Witajcie.
Jestem załamana, jestem głupia i naiwna.
Przez ponad rok spotykałam się z żonatym facetem. Poznaliśmy się w pracy. Nigdy nie sądziłam, że dopuszczę się takiego czynu, ale jednak.... Zaczęło się od rozmów, on mi mówił o swoim życiu. Jak nie układa mu się z żoną.. Mówił że jej nie kocha, że go nie pociąga. Uważa tylko swoją rodzinę, że tylko ona się dla niej liczy. Nawet w święta zostawiła go samego. Mi zaś mówił, że jestem dla niego najważniejsza, że ze mną czuję się szczęśliwy. Pomagał mi dużo w pracy. Ja też jak umiałam pomagałam mu. Spędzaliśmy że sobą bardzo dużo czasu. W końcu powiedziałam mu, że jeśli mamy dalej to ciągnąć, chciałabym aby rozstał się z żoną. On to przeciagal, tłumaczył mi że z nim nie będę szczęśliwa, że nie chce mi zmarnować życia. Po czasie nasze kontakty uległy ochłodzeniu, chociaż dalej mówi że zawsze mi pomoże i mogę z nim pogadać. Ja głupia wierzyłam, że skoro mnie kocha to będzie że mną. Ja bardzo się zakochałam, nikt nigdy nie był dla mnie taki jak on. Chociaż ostatnio to się też zmieniło.. Mówiłam mu, co czuje. On też mówił że nie jest mu łatwo ale ze nasz związek nie ma przyszłości, że nie ma nic, że jest dla mnie za stary, że ludzie będą nas wytykać palcami. Mówił że ja jeszcze sobie życie ułożę a on jesr za stary aby zaczynać wszystko od nowa i że musi być jak jest mimo że kocha... Zanim się poznaliśmy kupił z żoną mieszksnie(w większej częście to ona wyłożyła kasę) mówi że te mieszkanie go cieszy że w końcu będzie miał coś swojego bo do tej pory mieszka na stancji.. Dodam że jest ode mnie starszy o 15 lat. Mam do siebie żal i to co zrobiłam, że weszłam w taka relacje i mam za swoje.. To wszystko przez to że szczerze pokochałam i serce zwyciężyło nad rozumem. Teraz jest mi ciężko, bo nadal go widuje w pracy. Bardzo mi go brak. Żyć mi się odechciewa. Może był ktoś z was w podobnej sytuacji? Ja nie umiem się po tym pozbierać i wiem że to moja wina bo byłam naiwna. Mam nawet myśli, żeby skończyć te beznadziejne życie....