Będę pisać pokrótce, bo poprzedni post mi się niechcący skasował i nie mam siły pisać drugiej tak długiej wiadomości.
Zacznę od tego, że zawsze byłam dobrą uczennicą, każdy rok szkolny kończyłam z czerwonym paskiem, ale było to okupione ogromnym stresem. Apogeum tego stresu nastąpiło w klasie maturalnej. Wtedy bardzo zależało mi na dobrym wynikach z egzaminów maturalnych i byciu przyjętą na wymarzone studia. Co więcej, nauczyciele narzucili na nas ogromną presję. Wszystko to kosztowało mnie to dużo stresu, w skutek którego potrafiłam dzień w dzień, po powrocie ze szkoły do domu płakać z nerwów i bezsilności. W tym samym czasie zdecydowałam się spróbować poszukać pomocy u specjalisty. Przez krótki czas chodziłam na psychoterapię, jednak zrezygnowałam, bo nie potrafiłyśmy do siebie dotrzeć z psychoterapeutką. Nie przemawiał do mnie jej sposób prowadzenia sesji, tak samo jak nie przemawiały do mnie jej słowa, że w ogóle to niepotrzebnie się stresu, przecież od moich gorszych ocen czy słabszych wyników z matury świat się nie zawali. Jak nie zawali, jak dla mnie by się zawalił. Jak miałam sobie odpuścić w tamtym momencie, kiedy ważyły się moje losy. Nie wiem. Maturę zdałam w miarę przyzwoicie, choć nie jestem do końca usatysfakcjonowana z tych wyników, w szczególności z jednego przedmiotu. Poszłam na te wymarzone studia i czuję, jak spirala stresu znowu się nakręca. Studiuję raptem od półtora miesiąca, a już mam schizy, że radzę sobie gorzej niż cała reszta, że jestem głupia i leniwa. Bardzo zależy mi na tych studiach, chciałabym przebrnąć przez nie z godnością, a nie na trójach albo, co gorsza, na poprawkach i warunkach. Dla mnie niezdalnie egzaminów byłoby końcem świata. Uczę się codziennie, po kilka godzin, ale i tak mam wrażenie, że robię zbyt mało, żeby dobrze się przygotować do egzaminów. Co więcej, od jakiegoś czasu zauważam u siebie problemy z koncentracją - słucham czegoś, ale jakbym nie rozumiała, czytać coś i też nie rozumiem, co jest napisane. Mam jakby problem z zapamiętywaniem materiału, przez co moja nauka jest mniej efektywna niż bym chciała. Dodatkowo stresuje mnie jeszcze cała ta sytuacja z pandemią i nauczaniem zdalnym. Dzisiaj znowu się nakręciłam i aż się popłakałam ze stresu. To już kolejny raz na przestrzeni tego półtora miesiąca. Czasami sobie myślę, że do niczego się nie nadaję i powinnam prędzej iść do byle jakiej pracy niż na studia.
Co zrobić, żeby nie zwariować? A może faktycznie postawiłam sobie za wysoko poprzeczkę?