Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 10 ]

1 Ostatnio edytowany przez Polerina (2020-09-15 19:52:59)

Temat: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Dojrzałam do decyzji, że są kwestię, które powinnam przepracować z pomocą specjalisty. Zapisałam się już na wizytę.
Teraz pozostaje pytanie jak to jest z tą terapią? Czy to naprawdę pomaga? Czy po terapii problem, który był powodem terapii zostaje przepracowany i znika(z braku lepszego słowa)? Czy jest to raczej tak jak z uzależnieniem, można np. nie pić, ale alkoholikiem jest się już do końca życia i trzeba się pilnować. Czy z terapią innych problemów jest tak samo? Czy przepracowany problem może wrócić?
Zakładam, że mój problem ma głębsze podłożę, więc będzie to raczej terapia długoterminowa.


Z chęcią poczytałabym opinie od osób, które taką terapię przeszył i już zakończyły aby odpowiedziały o swoich spostrzeżeniach o tym jak jest teraz, czy jest lepiej/inaczej. Czy stare problemy, schematy nie wracają czy cały czas pracują nad sobą? Jak to wygląda?


Oczywiście zdaje sobie sprawę, że dużo zależy ode mnie, od mojego zaangażowania i ciężkiej pracy nie tylko w gabinecie z terapeutą, ale również poza nim, ale opinie od osób, które mają to już za sobą są zawsze cenne.

Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez paslawek (2020-09-15 20:44:44)

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Trochę to zależy jaki masz problem .
Akurat ja jestem alkoholikiem po kilkuletniej terapii ,więc powiem Ci że mnie terapia była niezbędna,pożyteczna i pomocna bardzo, jak się okazało a jak robiłem sobie wakacje od niej to z początku przez parę lat miałem nawroty i niektóre problemy wracały, a sam alkohol to okazał się najmniejszym z problemów.Mnie pomogła terapia niewątpliwie sam nie dał bym rady, chociaż próbowałem, dziś uważam za nierozsądne, nie skorzystanie z możliwości terapii i różne wymówki opory przed nią ,kombinacje a życie jakby potwierdza to o czym napisałem.Opory, obawy przed terapią bywają związane z problemami.
Z depresjami i nerwicami bywa bardzo podobnie, trzeba ze zrozumieniem siebie i dobrowolnie ,dbać o swój stan i higienę psychiczną pracować nad uczuciami, a to że się zobaczy schematy czy wzory to za mało żeby same zniknęły potrzeba ćwiczeń i nauki nowego innego myślenia .

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

3

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Myślę, że tak jak zauważył Paslawek, zależy to od problemu, z którym się zmagasz. Na ile głęboko jest to w tobie zakorzenione. W moim przypadku terapia sprawiła że jest inaczej niż było. Może nawet lepiej? bo dostrzegam pewne schematy, którymi kieruję się w życiu, a to że jestem ich świadoma do pierwszy krok do ich korygowania. Czy mi to wychodzi? Różnie. Bardzo różnie. Miesiącami jest dobrze, potem ciemność wraca... Także przepracowany problem może wrócić, ale ponieważ jest już przepracowany - patrzysz na niego inaczej.
To już ponad dwa lata od zakończenia spotkań z psychoterapeutą. 5 lat terapii. Czy bez niej dałabym radę? Wątpię.

"Czy znasz taki dzień, co nie kończy się zmierzchaniem?.."

4

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Trudno ocenić nie wiedząc z czym się zmagasz, jak bardzo zaawansowany jest to problem, co i w jak dużym zakresie musisz zmienić, ile masz w sobie chęci i motywacji do pracy nad sobą.
Czasem wystarczy zrozumienie podłoża problemu, poznanie mechanizmu własnych zachowań i nauczenie się radzenia sobie w określonych sytuacjach, ale czasem jest to niestety za mało, bo człowiek uwikłany jest w szereg innych zależności, a sam problem jest znacznie bardziej złożony.
Reasumując, samo przepracowanie może nie wystarczyć, choć niewątpliwie przynosi wiele korzyści, zarówno z uwagi na świadomość tego co się w danym momencie z Tobą dzieje, jak również ze względu na umiejętność dostrzegania zagrożenia i reagowanie z pewnym wyprzedzeniem, czyli zanim nastąpi kryzys.

Regulamin Forum Netkobiety.pl - koniecznie przeczytaj smile 
Dzieląc się swoją opinią pamiętaj, że po drugiej stronie siedzi drugi człowiek. Hejt może ranić!

"Nie czyń samego siebie przedmiotem kompromisu, bo jesteś wszystkim, co masz." (Janis Joplin)

5

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga
Polerina napisał/a:

Dojrzałam do decyzji, że są kwestię, które powinnam przepracować z pomocą specjalisty. Zapisałam się już na wizytę.
Teraz pozostaje pytanie jak to jest z tą terapią? Czy to naprawdę pomaga? Czy po terapii problem, który był powodem terapii zostaje przepracowany i znika(z braku lepszego słowa)? Czy jest to raczej tak jak z uzależnieniem, można np. nie pić, ale alkoholikiem jest się już do końca życia i trzeba się pilnować. Czy z terapią innych problemów jest tak samo? Czy przepracowany problem może wrócić?
Zakładam, że mój problem ma głębsze podłożę, więc będzie to raczej terapia długoterminowa.


Z chęcią poczytałabym opinie od osób, które taką terapię przeszył i już zakończyły aby odpowiedziały o swoich spostrzeżeniach o tym jak jest teraz, czy jest lepiej/inaczej. Czy stare problemy, schematy nie wracają czy cały czas pracują nad sobą? Jak to wygląda?


Oczywiście zdaje sobie sprawę, że dużo zależy ode mnie, od mojego zaangażowania i ciężkiej pracy nie tylko w gabinecie z terapeutą, ale również poza nim, ale opinie od osób, które mają to już za sobą są zawsze cenne.

Jak słusznie zauważyłaś, problemy i zaburzenia nie znikają, ale na terapii możesz nauczyć się je akceptować i funkcjonować w tej świadomości, że one są. Mnie terapia bardzo pomogła. Nauczyłam się panować nad emocjami, nauczyłam się wyciszać, kiedy jest to niezbędne. Pogodziłam się z niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu.

Oczywiście miewam gorsze momenty, bo nie istnieje na świecie człowiek, który jest non stop przepełniony motywacją i entuzjazmem. Każdego czasem dopada melancholia czy zwątpienie.

Dużo zależy od nastawienia i od samego feelingu między terapeutą, a pacjentem. Bardzo lubiłam i lubię moją terapeutkę. Podczas regularnych spotkań wytwarza się coś podobnego do pewnego rodzaju więzi. Ma to swój urok. Co jakiś czas kontaktujemy się mailowo.

6

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Dziękuje za wszystkie odpowiedzi.


Z tego co sama zaobserwowałam to te problemy są ze sobą połączone, terapeuta pewnie coś jeszcze dołoży od siebie po rozmowie ze mną.

a)bardzo niskie poczucie własnej wartości na zewnątrz tego nie widać i myślę, że większość osób nie zdaję sobie nawet sprawy z tego co czasami mi się tam w środku dzieje.

b)brak pewności siebie

c)lęk przed negatywną opinią innych - czasami aż w szoku jestem jak bardzo mnie to blokuje i zapędza w jakiś kozi róg. Chociaż to też jest wybiórczo są rzeczy do których nie potrafię się przyznać, że mam niewielkie doświadczenie czy czego nie umiem, bo mam jakieś wyobrażenie, że to wstyd, a są takie z którymi absolutnie nie mam problemu i mówię o tym otwarcie nie przejmując się totalnie opinią innych w tym temacie.

d)nieprawidłowy wzorzec związku - jak tak teraz pomyślę to żadna moja dotychczasowa relacja (bo związkami chyba tego nazwać nie można) nie była zdrowa, zazwyczaj byli to faceci z problemami, które ja bohaterka chciałam pomóc im rozwiązać - oczywiście nie mogło się to kończyć dobrze z każdej takiej relacji wychodziłam jeszcze bardziej poturbowana z dodatkowym bagażem.

Bliżej mi już do 30 i coraz częściej doskwiera mi brak partnera, takiego na stałe z którym mogłabym planować jakąś ewentualną wspólną przyszłość z drugiej jednak strony zastanawiam się czy ja jestem w ogóle zdolna do takiej prawdziwej bliskości z partnerem - do takiego otworzenia się.
Jeżeli podświadomie wybieram takich partnerów z którymi taka bliskość nie była możliwa do osiągnięcia

I coś czego nie umiem nazwać, ale pewnie wynika z ad.a) gdy kogoś poznaję to bardzo szybko się wkręcam i oczami wyobrazi widzę nas w cudownym, idealnym związku jakbym miała jakieś klapki na oczach - tylko happy end.

Ostatnio poznałam kogoś, nie znamy się zbyt długo, ale od samego początku iskrzyło między nami strasznie - oboje wiedzieliśmy, że wylądujemy razem w łóżku co też się stało.
Zanim jeszcze się przespaliśmy on szczerze powiedział, że seks owszem, ale nie chce teraz wchodzić w żaden związek. Ja znam siebie i wiem, że nie nadaję się do takich relacji dlatego mu powiedziałam, że mam straszną ochotę żeby się z nim przespać, ale na jednym razie kończymy, bo inaczej zrobię sobie krzywdę.

No i teraz znowu ten schemat z tym happy endem, coś mi się w głowie tworzy, że jednak ten happy end jest możliwy. Sama pytam siebie na jakiej podstawie tak twierdzę? Nie znam go zbyt dobrze, nie wiem czy mamy takie samo spojrzenie na życie, nie wiem czego on od życia oczekuje, jaki jest tak naprawdę, ale widzę możliwość stworzenia szczęśliwego związku.
Sama widzę, że to paranoja i nie rozumiem tego, ale tak właśnie jest. Teraz jest trochę inaczej, bo jestem tego świadoma, mam do tego wgląd i jakoś panuję nad tym żeby nie zrobić sobie krzywdy, ale samo to myślenie mnie denerwuję, bo nie mam nawet najmniejszego powodu żeby tak twierdzić, nic kompletnie, a jednak taka wizja się pojawia.
Pewnie ma to jakiś związek z brakiem pewności siebie i po prostu jak już ktoś się mną zainteresował to ja od razu widzę happy end, bo dostałam kropelkę zainteresowania, poczułam się ważna i chce się tego kurczowo trzymać.

Część z tych rzeczy to bagaż z dzieciństwa, odkąd pamiętam dorastałam w cieniu starszej kuzynki, ona zawsze była ładniejsza, szczuplejsza, mądrzejsza. Moi rodzice ciężko pracowali, ale nie przelewało się u nas. Nie mogłam sobie na zbyt wiele pozwolić żeby nadążyć za rówieśnikami w kwestii posiadania czegoś czy jakiś rozrywek po szkole. Często z tego rezygnowałam. Mam wrażenie, że ominęła mnie część mojego młodzieńczego życia przez to i niektóre rzeczy muszę nadrabiać teraz.
Z rodzicami relację mam dobre, ale przez lata napatrzyłam się jak raczej żyją obok siebie niż ze sobą. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek widziałam ich aby się przytulili nie mówiąc o pocałunku. Być może to rzutuję na moje problemy w związkach. 

Przez długi czas żyłam nie swoim życiem. Ciągle byłam dla kogoś żeby wesprzeć, pomóc. Nie zauważyłam jak będąc manipulowaną przeleciało mi przed nosem kilka lat nieswojego życia. Moje czekało w kolejce, bo zawsze coś i ktoś było ważniejsze. Dopiero kilka lat temu się ocknęłam, ale potrzebowałam ogromnego trzęsienia ziemi w moim świecie żeby wyrzucić z życia toksycznych dla mnie ludzi i zacząć budować własne życie. Niby mi się to udaję, ale mam wrażenie, że to wszystko to tylko pozory.


Sama już nie wiem czy to życie, które mam teraz to moje życie czy może nieświadomie znowu jakoś układam je pod czyjeś wymagania żeby było, że jest super.

Skończyłam studia, mam całkiem spoko pracę (którą chce zmienić), ale zwlekam z tym, bo nie wiem czy ta zmiana wynika ze mnie samej czy znowu jest to jakaś chęć otrzymania od innych pochwały, od 3 lat trenuję dość niecodzienną i widowiskową dyscyplinę - mega to lubię, ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać co robię to dla siebie czy dlatego, bo to innym imponuję.

Męczy mnie strasznie takie rozdarcie dlatego postanowiłam poszukać pomocy u specjalisty no i zaczęłam się zastanawiać jak to jest po. Oczywiście terapia to nie tabletka na katar który zniknie po zażyciu, zdaje sobie sprawę, będzie to dla mnie prawdopodobnie ciężkie, ale jestem zdeterminowana, aby zacząć pracę nad sobą, bo nie chce zniszczyć sobie życia, a jestem chyba na najlepszej drodze do tego.

7

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Moja rada. smile
Odrzuć myślenie, że żyłaś - jak to nazwałaś - nieswoim życiem. Uważałaś (a może myślisz tak dalej), że Ty i Twoje problemy są mniej ważne od innych osób i ich spraw. W związku z tym rzucałaś się na pomoc, otrzymując niemałą zapłatę, było nią myślenie o sobie jako istocie szlachetnej, pomocnej, usłużnej.
Poczucie własnej wartości, a raczej jego brak, faktycznie jest kluczem do opisanych przez Ciebie problemów, dostrzeżenie własnych zalet i cenienie ich jest możliwe.
Początkiem zmian jest wzięcie odpowiedzialności za swoje wybory, nawet te, które z dzisiejszej perspektywy oceniasz negatywnie.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

8

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Podzielę się swoim doświadczeniem dość krótkiej terapii (14 spotkań w pół roku). Przyszłam z różnymi problemami: ogromnym smutkiem, poczuciem beznadziei, złością na siebie i wszystko i wszystkich, głównie rodziców za to, że miałam złe dzieciństwo; rozrośniętym do monstrualnych rozmiarów krytykiem wewnętrznym, który miał mi za złe, że śpię, jem i nie uśmiecham się; z zaburzonym poczuciem własnej wartości; nie umiałam wyrażać złości, bałam się jej u innych; nieprzepracowaną załobą po stracie brata.

To, czego doświadczyłam i co mi to dało, jest dla mnie najważniejszym wydarzeniem ostatnich lat i nadal zbieram tego owoce. Nauczyłam się wiele: jak przestać "matkować" bratu i mieć normalną relację; jak stawiać siebie na pierwszym miejscu, jak widzieć swoje potrzeby i na nie reagować. Nauczyłam się rozpoznawać głód i jeść obiad w 15 minut, nie w dwie, nauczyłam się uciszać, ignorować i przeganiać wewnętrznego krytyka, nauczyłam się chwalić siebie, widzieć swoje zasoby, postępy, sukcesy codziennego dnia; nauczyłam się oddzielać od matki - przestać grać role mediatiorki, uszczęśliwiacza mojej rodziny, przestałam przyjmować winę, którą chciała na mnie zrzucać, nauczyłam się rozpoznawać swoje irracjonalne lęki (ale jeszcze ich nie pozbyłam się), nauczyłam się być zła i pozwalać na złość innym, nauczyłam się, że mam prawo do swoich emocji, do poczucia krzywdy, do żalu i innych trudnych emocji, na które nie miałam pozwolenia; zaakceptowałam że moi rodzice nie byli najlepszymi rodzicami, przyjęłam moją przeszłość seksualną. Doświaczyłam prawdziwej, czystej empatii. I napisałam wreszcie magisterkę!

Tego się nie da opisać. Nie było pięknie miło czy łatwo. Płakałam prawie na każdej sesji, po sesjach czasem czułam, że nie mam mózgu. Do tej pory niektóre rzeczy nie działają, na przykład czasem pozwalam, żeby emocje mojej matki miały na mnie zbyt duży wpływ; nie pogodziłam się z odejściem brata i wciąż mam dni, kiedy czuję, że się rozsypie. Czasem znów rzucam gromy w myślach na moich rodziców za przekonania i problemy, które przez nich mam. Nadal jestem otyła i mam zaburzony obraz swojego ciała i problem ze słodyczami. Czasem wpadam w stare schematy, ale już je widzę. Wiem jak z nich wychodzić i jak jest "po drugiej stronie". Przede wszystkim widzę siebie i bardziej siebie rozumiem. Wciąż się rozwijam, wciąż mam tematy do przepracowania. Ale mam teraz najważniejszą rzecz - siebie, swoje zasoby i mocne storny na wyciągnięcie ręki.

If you can be anything, be kind.

9

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Biorąc pod uwagę, że terapii jeszcze nie zaczęłaś, wydajesz się całkiem nieźle orientować w tym co się z Tobą dzieje i jakie mogą być tego przyczyny. Samoświadomość jest bardzo ważna i na dobrą sprawę jest krokiem milowym ku zmianie.

Zwróciłam uwagę na te dwa fragmenty Twojego posta:

Polerina napisał/a:

Bliżej mi już do 30 i coraz częściej doskwiera mi brak partnera, takiego na stałe z którym mogłabym planować jakąś ewentualną wspólną przyszłość z drugiej jednak strony zastanawiam się czy ja jestem w ogóle zdolna do takiej prawdziwej bliskości z partnerem - do takiego otworzenia się.

(...)

I coś czego nie umiem nazwać, ale pewnie wynika z ad.a) gdy kogoś poznaję to bardzo szybko się wkręcam i oczami wyobrazi widzę nas w cudownym, idealnym związku jakbym miała jakieś klapki na oczach - tylko happy end.

Przypuszczam, że to Twoje "widzenie oczami wyobraźni cudownego, idealnego związku" już na bardzo wczesnym etapie znajomości wynika właśnie z tej ogromnej potrzeby bycia z kimś i stworzenia z nim czegoś trwałego. Równocześnie Twoje niskie poczucie własnej wartości poprzez podświadomość daje Ci znak, że jeśli się tej myśli i tej osoby nie uczepisz, to ona może odejść. To jest jednak bardzo błędny i w gruncie rzeczy nieefektywny mechanizm, który ja nazywam desperacją, a który - wbrew temu, co rodzi Ci się w głowie - potencjalnego partnera bardziej odstrasza niż do Ciebie przyciąga. Polega to na tym, że możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, a jednak wysyłać pewne, świadczące o tej silnej potrzebie sygnały, wówczas obiekt Twojego zainteresowania z odpowiedzialności za Twoje emocje zacznie się odsuwać, zanim jeszcze pozwoli Ci się dobrze poznać i dokończyć tę bajkę z nim w roli głównej.

Z Twoich słów wyraźnie przebija się również potrzeba zmiany. Chyba poczułaś się już zmęczona "byciem dla innych". I bardzo słusznie, teraz pora sobą samą się zaopiekować, czyli robić to, co dla CIEBIE jest ważne i co TOBIE służy, bez poczucia winy i stawiania sobie za cel zasłużenia na czyjeś uznanie. Twoim błędem jest przeglądanie się w oczach innych ludzi i opieranie poczucia własnej wartości na tym, co w nich widzisz, bo ono powinno pochodzić z Twojego własnego wnętrza i być niezależne od tego, w jaki sposób oceniają nas inni i co robi na nich wrażenie. 

Sądzę, że w Twoim przypadku przepracowanie wspomnianych problemów da Ci takie narzędzia, dzięki którym uwierzysz w siebie i swoją wartość, będziesz potrafiła w zdrowy dla siebie sposób układać sobie relacje z innymi ludźmi, a przy tym, o czym wcześniej wspomniałam, dla siebie samej być dobrą, wyrozumiałą i po prostu się lubić. Jeśli w cały ten proces będziesz zaangażowana i gotowa do zmian, powinny być one trwałe.

Regulamin Forum Netkobiety.pl - koniecznie przeczytaj smile 
Dzieląc się swoją opinią pamiętaj, że po drugiej stronie siedzi drugi człowiek. Hejt może ranić!

"Nie czyń samego siebie przedmiotem kompromisu, bo jesteś wszystkim, co masz." (Janis Joplin)

10

Odp: Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga
Olinka napisał/a:

Biorąc pod uwagę, że terapii jeszcze nie zaczęłaś, wydajesz się całkiem nieźle orientować w tym co się z Tobą dzieje i jakie mogą być tego przyczyny. Samoświadomość jest bardzo ważna i na dobrą sprawę jest krokiem milowym ku zmianie.

Zwróciłam uwagę na te dwa fragmenty Twojego posta:

Polerina napisał/a:

Bliżej mi już do 30 i coraz częściej doskwiera mi brak partnera, takiego na stałe z którym mogłabym planować jakąś ewentualną wspólną przyszłość z drugiej jednak strony zastanawiam się czy ja jestem w ogóle zdolna do takiej prawdziwej bliskości z partnerem - do takiego otworzenia się.

(...)

I coś czego nie umiem nazwać, ale pewnie wynika z ad.a) gdy kogoś poznaję to bardzo szybko się wkręcam i oczami wyobrazi widzę nas w cudownym, idealnym związku jakbym miała jakieś klapki na oczach - tylko happy end.

Przypuszczam, że to Twoje "widzenie oczami wyobraźni cudownego, idealnego związku" już na bardzo wczesnym etapie znajomości wynika właśnie z tej ogromnej potrzeby bycia z kimś i stworzenia z nim czegoś trwałego. Równocześnie Twoje niskie poczucie własnej wartości poprzez podświadomość daje Ci znak, że jeśli się tej myśli i tej osoby nie uczepisz, to ona może odejść. To jest jednak bardzo błędny i w gruncie rzeczy nieefektywny mechanizm, który ja nazywam desperacją, a który - wbrew temu, co rodzi Ci się w głowie - potencjalnego partnera bardziej odstrasza niż do Ciebie przyciąga. Polega to na tym, że możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, a jednak wysyłać pewne, świadczące o tej silnej potrzebie sygnały, wówczas obiekt Twojego zainteresowania z odpowiedzialności za Twoje emocje zacznie się odsuwać, zanim jeszcze pozwoli Ci się dobrze poznać i dokończyć tę bajkę z nim w roli głównej.

Z Twoich słów wyraźnie przebija się również potrzeba zmiany. Chyba poczułaś się już zmęczona "byciem dla innych". I bardzo słusznie, teraz pora sobą samą się zaopiekować, czyli robić to, co dla CIEBIE jest ważne i co TOBIE służy, bez poczucia winy i stawiania sobie za cel zasłużenia na czyjeś uznanie. Twoim błędem jest przeglądanie się w oczach innych ludzi i opieranie poczucia własnej wartości na tym, co w nich widzisz, bo ono powinno pochodzić z Twojego własnego wnętrza i być niezależne od tego, w jaki sposób oceniają nas inni i co robi na nich wrażenie. 

Sądzę, że w Twoim przypadku przepracowanie wspomnianych problemów da Ci takie narzędzia, dzięki którym uwierzysz w siebie i swoją wartość, będziesz potrafiła w zdrowy dla siebie sposób układać sobie relacje z innymi ludźmi, a przy tym, o czym wcześniej wspomniałam, dla siebie samej być dobrą, wyrozumiałą i po prostu się lubić. Jeśli w cały ten proces będziesz zaangażowana i gotowa do zmian, powinny być one trwałe.


Można powiedzieć, że sama już wyciągnęłam się z jednego dołu, kilka lat temu było ze mną zdecydowanie gorzej. Tylko wtedy zupełnie nie byłam tego świadoma.
Zaczęłam prace nad sobą, czytam książki, słucham podcastów, sporo się już zmieniło. Dużo zrozumiałam, jest lepiej niż było. Przede wszystkim mam wrażenie, że mam wgląd w samą siebie. Analizuje to co robię i jak robię. Widzę powtarzalność niektórych rzeczy, które robię. Jakaś taka bardziej świadoma i uważna jestem. Teraz jednak doszłam do momentu w którym mam wrażenie, że sama już nie jestem w stanie nic więcej ruszyć, bo podstawy tego siedzą bardzo głęboko i co tu dużo mówić bolą.

Nie sądziłam, że ten mechanizm "wyobraźni" może aż tak działać i oddziaływać na inne osoby. Sama wcześniej w ogóle nie byłam świadoma tego problemu. Oczywiście on istniał, ale dopiero tym razem stanęłam z nim twarzą w twarz. Bo o ile wcześniej powiedźmy, że miało to jako taki sens (co oczywiście nie oznacza, że było to zdrowe, bo wiem, że to nieprawidłowy mechanizm) to teraz  wiedziałam od początku, że związku z tego nie będzie, dostałam jasny komunikat, sama z resztą zdecydowałam, że będzie to szaleństwo jednego wieczoru i odpuszczamy sobie. Gdy w głowie pojawiły się te myśli to jakby mi jakaś cegła spadła na głowę. Bo skąd to w ogóle? Wcześniej nawet przez myśl mi to nie przeszło (albo nie byłam tego świadoma) od początku było pożądanie i oboje myśleliśmy o tym, nie o związku taka prawda. Analizując to teraz wiem, że to nawet nie chodzi o tego konkretnego faceta, bo nie znam go na tyle żeby móc powiedzieć, że np. jest taki i taki i to mi się podoba, albo spełnia moje oczekiwania w tym i tym, albo ma podobne spojrzenie na taką i taką kwestię i rokuje to w jakiś sposób dla nas na tworzenie jakiejś relacji. Trochę autoanaliza mi wyszła.
Natomiast cieszę się, że sobie to uświadomiłam, bo budowanie czy wchodzenie w relację na podstawie takiego mechanizmu nie rokuje dobrze.

Lepiej bym chyba tego nie ujęła, bo naprawdę czuję się ogromnie zmęczona, dużo już się zmieniło, bo wcześniej nieustannie wręcz robiłam coś dla kogoś. Teraz jeżeli pomagam to dlatego, że naprawdę chce danej osobie poświecić czas i jej pomóc.
Często odmawiam, gdy widzę, że ktoś chce zrzucić na mnie odpowiedzialność za coś co sam może czy powinien zrobić - to się już zmieniło.

Pora wyrzucić z głowy tego wewnętrznego krytyka. Tym bardziej, że obiektywnie myślę, że naprawdę nie jest ze mną aż tak źle, a na pewno mogłoby być lepiej i przyjemniej gdybym zaczęła patrzeć na siebie i robiła to na co mam ochotę i jest w zgodzie ze mną.

Posty [ 10 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Życie po terapii - czy to naprawdę pomaga

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018