Jeśli coś jest toksyczne u podstaw, to takie już chyba na zawsze pozostanie. Jestem historią z serii bestsellerów w swoim gatunku. Ponad 10 lat znajomości, kilkukrotne rozstania i powroty, nieustanne emocje i tak w kółko. Wprost nie mogę uwierzyć, że teraz, tym ostatnim razem byliśmy "na fali" aż kilka lat, wszystko w zgodzie, bez kłótni i dram. Było dobrze do takiego stopnia, że uwierzyłam w to, że można pokonać największe przeszkody i wszystko odmienić.
Po ostatnich takich perturbacjach pozostał ze mnie jedyne wrak człowieka, bez wiary, w to że jestem coś warta i że można mnie kochać, z totalnym poczuciem winy i przekonaniem, że to ja jestem wadliwym elementem tej i w ogóle każdej relacji. Przekonana o swojej beznadziejności ze łzami trafiłam na terapię. Upadłam wówczas tak nisko, że byłam w stanie wziąć na siebie dosłownie każdy zarzut. Czułam się odpowiedzialna za całe zło, przepraszałam za wszystkie zarzuty zarówno te powiedziane, jak i niewypowiedziane, a na koniec zostałam z tym wszystkim sama.
Terapia była moją najlepszą decyzją w życiu, teraz patrząc z boku na tamten czas, aż samej trudno mi uwierzyć, że coś takiego może mieć miejsce, a to jednak klasyka gatunku. I to wcale nie taka rzadka.
Terapeutka zapytała mnie wtedy, czy jestem świadoma tego, że gdy się zmienię i zacznę stawiać granice to możemy już do siebie nie wrócić, bo jemu moja zmiana się raczej nie spodoba. A jednak wróciliśmy do siebie.. W jednej z książek przeczytałam kiedyś, że w miarę zachodzenia zmian wewnętrznych podczas terapii, masz wrażenie, że ludzie i cały świat się zmieniają. Też tak czułam. I nawet myślałam, że pod moim wpływem i on trochę się zmienił, choć wiedziałam, że pewnie przyjdzie mi zmierzyć się z jego humorkami i manipulacjami - bo dziś jestem w stanie to zidentyfikować i nazwać po imieniu.
Wiele osób mówi, że gdy coś się sypie to najlepszą wymówką jest powiedzieć, że to parter był zaburzony. Dlatego też nie chcę stawiać tutaj oficjalnie diagnozy, która nigdy nie została zbadana przez specjalistę. Ale jednak ja przeszłam terapię..
I tak w sumie odnalezienie nowej wersji siebie, ale i odpowiednie podejście do mojego partnera przeniosło mnie te kilka lat dalej. Brutalna prawda została po raz kolejny odkryta. Znów karze mnie swoją obojętnością i milczeniem, za nie wiadomo co. Normalni ludzie nie mogą tego pojąć, że dosłownie z dnia na dzień tak można postąpić. Bez wyraźnej przyczyny. A jedynie o to, że ktoś ośmielił się go skrytykować. I to chyba nie byłam nawet ja, moja reakcja pojawiła się już w trakcie tej szopki. Obraził się na mnie za swoje emocje. Jak zwinnie przyszło przerzucenie winy na mnie, no a skoro jest "zbrodnia", to jest i kara. Dacie wiarę, że to trwa już kilkanaście dni? Oczywiście tym razem nie dałam się w to wrobić, to i chwilowo była konsternacja po drugiej stronie, po odparciu ataku i mało emocjonalnej odpowiedzi bez obrażania się. No ale ostatecznie i tak padło na "karę ignorowania" i robienia wszystkiego bym poczuła się jak g..
Dziś patrzę na życie z innej perspektywy. Do tego co się dzieje podchodzę raczej na chłodno i te gierki nie robią już na mnie większego wrażenia. Wiem, że w razie czego bez niego sobie poradzę. Bez histerii, pozostaję w obojętności co do najbliższej naszej przyszłości. W przeciwieństwie do tego co było kiedyś, normalnie jem i śpię, pracuję, bez rewelacji, ale i mam nawet nie najgorszy humor. Jednak jest mi po prostu najzwyczajniej w świecie przykro i chyba potrzebuję pogadać... Nigdy nie zakładałam wariantu, że ktoś taki jest zły w swojej naturze, ale z drugiej strony patrząc na tego typu akcje ciężko stwierdzić, że ma to cokolwiek wspólnego z uczuciami.
Dodajcie trochę otuchy, boję się, że to w którymś momencie jednak mnie złamie psychicznie i emocjonalnie.