Cześć,
Mam bardzo poważny dylemat i nie wiem już, co robić. Wplątałam się w - od razu mówię - dziwną i "nieetyczną" sytuację. Proszę o radę - może pomożecie mi spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje. Wiem, że nie powinnam się w to pakować, ale za daleko zabrnęłam z emocjami. Jest mi bardzo trudno. Ale od początku.
Miesiąc temu pojechałam na dwutygodniową "zorganizowaną" wycieczkę objazdową zagraniczną z przyjaciółmi (mój serdeczny kolega od lat plus jego żona). Oczywiście było tam jeszcze sporo innych ludzi. I był pewien pan w średnim wieku, po pięćdziesiątce, znajomy moich przyjaciół. Jest żonaty od kilkunastu lat, nie ma dzieci, ale na wycieczkę pojechał sam, bo żona podróżować nie lubi. Podobno zawsze podróżuje sam. Ja jestem po trzydziestce, prawie 20 lat od niego młodsza, samotna - leczę ciężką depresję (nie przesadzam) po długim związku zakończonym bolesnym rozstaniem. Ta wycieczka, na którą namówili mnie przyjaciele, miała być dla mnie rozrywką, "odskocznią" od smutnej codzienności. Z jednej strony - jestem bardzo poraniona i pokaleczona, z drugiej - bardzo tęsknię za miłością, bliskością, itd.
Niemal od pierwszego dnia zaiskrzyło między nami. Rozmowy na postojach, wspólne zwiedzanie miast (w sensie - całą grupą, ale w tej grupie my jako dwójka, bezustannie ze sobą rozmawiający). Wieczorami wspólne spacery i wypady na piwo - tzn. we czwórkę - mój kolega i jego żona plus nasza dwójka. Zawsze razem przy stole podczas posiłków, nie odstępował mnie na krok. Robił mi zdjęcia, wypytywał o wszystko, co robię, co lubię, opowiadał mi dużo o sobie (jesteśmy oboje z jednej "branży", zajmujemy się właściwie tym samym, więc było mnóstwo wspólnych tematów). Ostatnie kilka dni to już był "amok". Mój kolega i jego żona patrzyli na to z boku i tylko się śmiali, że facet zupełnie zgłupiał na moim punkcie, że go "trafiło". No i zauważyli, że ja się również nim zauroczyłam. Wszyscy inni uczestnicy wycieczki też doskonale widzieli i komentowali po cichu to, co się działo (bo on nosi obrączkę i wszyscy wiedzieli, że jest żonaty).
No i ostatniego wieczoru wycieczki poszliśmy na spacer już tylko we dwójkę. I "wyznaliśmy" sobie, że oboje mamy do siebie słabość, że od początku zwróciliśmy na siebie uwagę, że nawzajem się tak jakoś "uwodziliśmy" (choć właściwie to on bardziej chodził za mną niż ja za nim). Całowaliśmy się i przytulaliśmy na środku ulicy, potem szliśmy sobie za rękę, on w pewnej chwili wziął mnie na ręce - totalne szaleństwo, jak nastolatki. Potem jeszcze było troszkę czułości w pustej stołówce (była już pierwsza w nocy), no i rozeszliśmy się do pokojów (oczywiście były wieloosobowe, bo to był hostel).
Następnego dnia - już wracaliśmy do Polski - podczas dłuższego postoju zaczęliśmy "poważnie" rozmawiać. No i oczywiście on powiedział, że to wczoraj to nie powinno się było wydarzyć, i że od czasu zawarcia małżeństwa nigdy nie przytulał i nie całował się z inną kobietą. I że - uwaga - jest ortodoksyjnym rzymskim katolikiem... (ja jestem innego wyznania). Zapytałam, czy jest szczęśliwy w małżeństwie, ale nie odpowiedział (mój kolega, który zna ich oboje, twierdzi, że nie). A jednocześnie umówił się ze mną za trzy dni w kawiarni (jesteśmy z tego samego miasta). A kiedy już przyjechaliśmy na dworzec i rozchodziliśmy się - pożegnania, podziękowania, czekanie na taksówkę, itd. - my uściskaliśmy się ostatni raz, a potem staliśmy i patrzyliśmy się na siebie bez słowa ze łzami w oczach (wiem, że to okropnie ckliwie brzmi, ale naprawdę tak było
Oczywiście potem płakałam w taksówce. Od momentu powrotu do domu (to było jakieś dwa tygodnie temu) zaczęliśmy wymieniać maile - codziennie. On zadeklarował, że chce mi bezinteresownie pomóc przy pewnych projektach, że zrobi, co tylko będzie mógł, żeby wesprzeć mnie swoim doświadczeniem, itd. Więc te maile wyglądały tak, że ja mu wysłałam jakiś tam projekt, no i potem pisaliśmy na ten temat, omawialiśmy go. A zarazem były one pełne ciepła, serdeczności i troski, czuć było, że to pisze ktoś, dla kogo nie jestem obojętna, kto jest mną co najmniej zafascynowany.
Trzy dni po powrocie spotkaliśmy się w "artystycznej" kawiarni. Dostałam prezenty - książkę (naukową) jego autorstwa z piękną dedykacją, płyty z piękną muzyką, o której mi opowiadał. Ja podarowałam mu mój ulubiony film. Najpierw pogadaliśmy o projekcie, a potem siedzieliśmy przy małym stoliku i patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa. W tych spojrzeniach było wszystko (przepraszam, że tak sentymentalnie piszę, ale chyba nie jestem dobrą humanistką). Potem zaczęliśmy rozmawiać, było fantastycznie, aż nagle, po półtorej godzinie, on powiedział, że trzeba już iść. Żeby już tego nie przeciągać. To było dla mnie jak uderzenie w twarz i zaczęłam płakać. Tam, w tej kawiarni, przy ludziach. I wygarnęłam mu, że nie chcę być jakąś koleżanką do miłych rozmów od czasu do czasu, że mnie to za dużo kosztuje. Że nie chcę być jakąś "muzą" do platonicznego adorowania i wzdychania w sekrecie przed żoną, tylko potrzebuję człowieka, z którym będę mogła być, do którego będę się mogła przytulić, itd. - jednym słowem - z którym będę mogła normalnie żyć. Na to on odpowiedział, że nic innego nie wchodzi w rachubę, że nie zostawi pięćdziesięcioletniej kobiety (żona), której ślubował przed Bogiem, a jego moralność nie pozwala mu mieć kochanki. Że jest szczęśliwy z powodu tego, co wydarzyło się na wycieczce (ta ostatnia noc), ale że gdyby jednak odszedł od żony i ożenił się ze mną, to miałby do końca życia wyrzuty sumienia. Że "trzasnęło" go na tej wycieczce, to prawda, że zauroczył się mną, jak czasem starszym facetom zdarza się fascynacja dużo młodszą kobietą, ale że nie może z tym nic zrobić. Powiedziałam, że chcę już iść do domu i że go kocham (już mi puściły emocje), ale już nigdy się nie zobaczymy. Na to on zbladł (serio!) i zaczęły drżeć mu ręce (serio!) i powiedział, że mnie odprowadzi. Szłam ulicą i płakałam (nie śmiejcie się ze mnie - ja naprawdę walczę z depresją), i zapytałam go tylko o jedno: skoro wiedział, że jego ortodoksyjna katolicka moralność nigdy nie pozwoli mu odejść od żony, to dlaczego - wiedząc, że jestem bardzo pokaleczona emocjonalnie i samotna - w ogóle wdawał się ze mną w ten wycieczkowy flirt, dlaczego w ogóle tak za mną biegał; dlaczego powiedział raz, że chciałby pojechać ze mną na wycieczkę tylko we dwójkę? Powiedziałam mu wprost: zrobiłeś mi krzywdę. A on zaczął mnie strasznie przepraszać, że nie chciał mnie zranić, że było tak miło, że się tak świetnie chodziło i rozmawiało, że nie pomyślał o tym, że może mnie skrzywdzić. Ponieważ już całkiem puściły mi nerwy, zapytałam go, czy już nigdy mnie nie przytuli. On powiedział, że będzie się tego wystrzegał. I że oczywiście nigdy nie przyjdzie do mnie do domu, bo "to się źle skończy". Ale że możemy sobie pojechać na wycieczkę w góry we czwórkę (mój kolega i jego żona, oraz ja i on), żeby cały dzień pobyć razem i rozmawiać. BO BOI SIĘ ZE MNĄ POJECHAĆ TYLKO WE DWOJE. Na to powiedziałam, że jest obłudnym idiotą, że mój kolega i kolegi żona mieliby pełnić rolę przyzwoitki, że to jest żałosne i chore - i co najgorsze: on po całym dniu "delektowania się" moim towarzystwem wróciłby do domu, do żony, a ja wróciłabym do pustego mieszkania - to jest po prostu nie fair. On: "to, co mówisz, jest okrutne". Ja: "ale tak jest". On: "no tak. Ale przepraszam cię, itd". Przytulił mnie na ulicy i delikatnie pocałował w usta, ale ja z płaczem uciekłam do domu.
Następnego dnia napisałam do niego maila, że chcę mu oddać jego e-booka, tzn. czytnik (bo pożyczył mi go jeszcze na wycieczce, żebym sobie czytała w autokarze), bo nie chcę już go trzymać w domu, i jak to mogę zrobić. On na to odpisał skruszonym tonem coś tam o moim projekcie i w górnolotnych, najczulszych słowach przepraszał mnie itd. No i stanęło na tym, że się znów spotkaliśmy za kilka dni, w tej samej kawiarni (wiem, jestem idiotką). Oddałam mu czytnik, a w zamian otrzymałam kolejne prezenty (jego - podobno - najukochańszą książkę filozoficzną z domowej biblioteczki, z podkreśleniami i zaznaczeniami, plus kolejne płyty). Tym razem trzymałam emocje na wodzy - było fantastycznie, przegadaliśmy kilka dobrych godzin, odprowadziłam go potem na przystanek, na pożegnanie przytulił mnie i pocałował w policzek. A następnego dnia znów serdeczne maile, codziennie, o projektach i nie tylko, jednym słowem - cały czas w kontakcie. W jednym z maili - chyba był wtedy pod wpływem alkoholu, tak czułam - napisał mi, że uwielbia spotykać się ze mną i rozmawiać, ale że jednocześnie "napawa go to ogromnym strachem" (cytuję dosłownie). No i tak od słowa do słowa, od maila do maila - umówiliśmy się znów na spotkanie. Już trzecie od czasu powrotu do domu. Trzecie w ciągu dwóch tygodni. A raczej na coś w rodzaju wycieczki - tylko że nie na cały dzień, tylko na pół dnia, i nie w góry, tylko po okolicznych lasach. Wczoraj od 10.00 rano do 15.00 po południu wędrowaliśmy po leśnych ścieżkach, a potem poszliśmy na pyszny obiad do klimatycznej włoskiej knajpki (oczywiście on nawet nie chce słyszeć, żebym za siebie płaciła). I znów - jego troska o mnie, o moje projekty, propozycje pomocy, wsparcia, fantastyczne rozmowy, zwierzenia na temat przeszłości, rozmowy o naszych duchowych poszukiwaniach, porozumienie bez słów - ale choć czasem przez długi czas na szlaku nie było nikogo, ani razu nie przytulił mnie, nie zrobił jednego serdecznego gestu - szliśmy jak ojciec z córką albo jak brat z siostrą, choć z drugiej strony przecież widzę jak on na mnie patrzy, jak patrzy mi w oczy, jak się do mnie uśmiecha, jak "pożera" mnie wzrokiem kiedy myśli, że tego nie widzę.
Podczas obiadu w knajpce - przesiedzieliśmy tam ponad dwie godziny - powiedziałam (zgodnie z prawdą), że jest mi obojętne kiedy umrę, mogę nawet jutro, bo nie ma już we mnie radości życia (to nie jest prowokacja ani kokieteria, tylko szczera prawda). Ponieważ zawsze zwierzamy się sobie i rozmawiamy szczerze, powiedziałam to. Na to on strasznie się przejął, znów zaczęły drżeć mu ręce, i zaczął przeżywać, że nie mogę mu czegoś takiego mówić, itd. O mało się nie rozpłakałam, ale zdołałam się opanować i skierowałam rozmowę na przyjemniejsze tematy. Jednym słowem: to był fantastyczny dzień. Około 18.00 rozstaliśmy się. Było przytulenie na do widzenia - i tyle. Po powrocie do domu wysłałam mu maila z powściągliwym podziękowaniem za miłą wędrówkę, po czym przepłakałam cały wieczór - z tęsknoty za nim, z nagłego, okropnego poczucia samotności, oraz z rozpaczy, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy razem.
Dziś rano zaglądam do poczty - a tu serdeczny mail od niego, "naszpikowany" uśmiechniętymi buźkami, pisany późną nocą, jak to się wyraził - "po alkoholu". Że to on dziękuje. Że fantastycznie nam się wędrowało. Że ta nasza wycieczka była dla niego "straszliwie ważna" z różnych powodów. Że dzięki długim rozmowom ze mną uświadamia sobie wiele istotnych rzeczy i widzi swoje życie w całkiem innym świetle. Że sam nie wie, czemu mi się tak zwierza, ale może tego potrzebuje? I że ogólnie było świetnie, fantastycznie, fajnie.
Ostatnie ważne spostrzeżenie: on nigdy nie opowiada o żonie. Nigdy. Nie, że mnie nie (nie pytam, bo to byłoby ponad moje siły). W ogóle nigdy nic nie mówi, nikomu. Mój kolega też to zauważył. On zna tę kobietę. Ona jest kilka lat od niego młodsza, podobno skupiona całkowicie na karierze zawodowej, a poza tym to podobno bardzo różnią się charakterami.
Przepraszam, że się tak rozpisałam. Być może to jest to wszystko dla Was głupie, dziwne. Ale ja naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Tak jak mówiłam - nie chcę być jakąś przyjaciółką od zwierzeń, jakąś "muzą" do adorowania w sekrecie przed żoną. Z drugiej strony ten "ortodoksyjny katolicyzm", kompletnie mi obcy (moje wyznanie dopuszcza ponowne małżeństwo). A z trzeciej strony przecież - mierząc "ortodoksyjną" miarą - on już zdradził żonę fizycznie (pieszczoty na wycieczce), a teraz cały czas zdradza ją emocjonalnie (po co w ogóle zaczynał ten flirt?), nawet jeśli wydaje mu się, że jest "święty", bo już mnie nie dotyka.
No i po czwarte - jak się pewnie domyślacie - zakochałam się...
Mój serdeczny kolega (ten nasz wspólny) wie o wszystkim i mówi, że się o mnie boi... (w sensie, żebym nie cierpiała).
Co o tym sądzicie? Co mam z tym zrobić? Czuję się bardzo, bardzo źle. Czy jest Waszym zdaniem jakiś cień szansy, że będziemy razem...?