dziwna "przyjaźń" z żonatym - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » dziwna "przyjaźń" z żonatym

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 39 ]

Temat: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Cześć,

Mam bardzo poważny dylemat i nie wiem już, co robić. Wplątałam się w - od razu mówię - dziwną i "nieetyczną" sytuację. Proszę o radę - może pomożecie mi spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje. Wiem, że nie powinnam się w to pakować, ale za daleko zabrnęłam z emocjami. Jest mi bardzo trudno. Ale od początku.

Miesiąc temu pojechałam na dwutygodniową "zorganizowaną" wycieczkę objazdową zagraniczną z przyjaciółmi (mój serdeczny kolega od lat plus jego żona). Oczywiście było tam jeszcze sporo innych ludzi. I był pewien pan w średnim wieku, po pięćdziesiątce, znajomy moich przyjaciół. Jest żonaty od kilkunastu lat, nie ma dzieci, ale na wycieczkę pojechał sam, bo żona podróżować nie lubi. Podobno zawsze podróżuje sam. Ja jestem po trzydziestce, prawie 20 lat od niego młodsza, samotna - leczę ciężką depresję (nie przesadzam) po długim związku zakończonym bolesnym rozstaniem. Ta wycieczka, na którą namówili mnie przyjaciele, miała być dla mnie rozrywką, "odskocznią" od smutnej codzienności. Z jednej strony - jestem bardzo poraniona i pokaleczona, z drugiej - bardzo tęsknię za miłością, bliskością, itd.

Niemal od pierwszego dnia zaiskrzyło między nami. Rozmowy na postojach, wspólne zwiedzanie miast (w sensie - całą grupą, ale w tej grupie my jako dwójka, bezustannie ze sobą rozmawiający). Wieczorami wspólne spacery i wypady na piwo - tzn. we czwórkę - mój kolega i jego żona plus nasza dwójka. Zawsze razem przy stole podczas posiłków, nie odstępował mnie na krok. Robił mi zdjęcia, wypytywał o wszystko, co robię, co lubię, opowiadał mi dużo o sobie (jesteśmy oboje z jednej "branży", zajmujemy się właściwie tym samym, więc było mnóstwo wspólnych tematów). Ostatnie kilka dni to już był "amok". Mój kolega i jego żona patrzyli na to z boku i tylko się śmiali, że facet zupełnie zgłupiał na moim punkcie, że go "trafiło". No i zauważyli, że ja się również nim zauroczyłam. Wszyscy inni uczestnicy wycieczki też doskonale widzieli i komentowali po cichu to, co się działo (bo on nosi obrączkę i wszyscy wiedzieli, że jest żonaty).

No i ostatniego wieczoru wycieczki poszliśmy na spacer już tylko we dwójkę. I "wyznaliśmy" sobie, że oboje mamy do siebie słabość, że od początku zwróciliśmy na siebie uwagę, że nawzajem się tak jakoś "uwodziliśmy" (choć właściwie to on bardziej chodził za mną niż ja za nim). Całowaliśmy się i przytulaliśmy na środku ulicy, potem szliśmy sobie za rękę, on w pewnej chwili wziął mnie na ręce - totalne szaleństwo, jak nastolatki. Potem jeszcze było troszkę czułości w pustej stołówce (była już pierwsza w nocy), no i rozeszliśmy się do pokojów (oczywiście były wieloosobowe, bo to był hostel).

Następnego dnia - już wracaliśmy do Polski - podczas dłuższego postoju zaczęliśmy "poważnie" rozmawiać. No i oczywiście on powiedział, że to wczoraj to nie powinno się było wydarzyć, i że od czasu zawarcia małżeństwa nigdy nie przytulał i nie całował się z inną kobietą. I że - uwaga - jest ortodoksyjnym rzymskim katolikiem... (ja jestem innego wyznania). Zapytałam, czy jest szczęśliwy w małżeństwie, ale nie odpowiedział (mój kolega, który zna ich oboje, twierdzi, że nie). A jednocześnie umówił się ze mną za trzy dni w kawiarni (jesteśmy z tego samego miasta). A kiedy już przyjechaliśmy na dworzec i rozchodziliśmy się - pożegnania, podziękowania, czekanie na taksówkę, itd. - my uściskaliśmy się ostatni raz, a potem staliśmy i patrzyliśmy się na siebie bez słowa ze łzami w oczach (wiem, że to okropnie ckliwie brzmi, ale naprawdę tak było smile

Oczywiście potem płakałam w taksówce. Od momentu powrotu do domu (to było jakieś dwa tygodnie temu) zaczęliśmy wymieniać maile - codziennie. On zadeklarował, że chce mi bezinteresownie pomóc przy pewnych projektach, że zrobi, co tylko będzie mógł, żeby wesprzeć mnie swoim doświadczeniem, itd. Więc te maile wyglądały tak, że ja mu wysłałam jakiś tam projekt, no i potem pisaliśmy na ten temat, omawialiśmy go. A zarazem były one pełne ciepła, serdeczności i troski, czuć było, że to pisze ktoś, dla kogo nie jestem obojętna, kto jest mną co najmniej zafascynowany.

Trzy dni po powrocie spotkaliśmy się w "artystycznej" kawiarni. Dostałam prezenty - książkę (naukową) jego autorstwa z piękną dedykacją, płyty z piękną muzyką, o której mi opowiadał. Ja podarowałam mu mój ulubiony film. Najpierw pogadaliśmy o projekcie, a potem siedzieliśmy przy małym stoliku i patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa. W tych spojrzeniach było wszystko (przepraszam, że tak sentymentalnie piszę, ale chyba nie jestem dobrą humanistką). Potem zaczęliśmy rozmawiać, było fantastycznie, aż nagle, po półtorej godzinie, on powiedział, że trzeba już iść. Żeby już tego nie przeciągać. To było dla mnie jak uderzenie w twarz i zaczęłam płakać. Tam, w tej kawiarni, przy ludziach. I wygarnęłam mu, że nie chcę być jakąś koleżanką do miłych rozmów od czasu do czasu, że mnie to za dużo kosztuje. Że nie chcę być jakąś "muzą" do platonicznego adorowania i wzdychania w sekrecie przed żoną, tylko potrzebuję człowieka, z którym będę mogła być, do którego będę się mogła przytulić, itd. - jednym słowem - z którym będę mogła normalnie żyć. Na to on odpowiedział, że nic innego nie wchodzi w rachubę, że nie zostawi pięćdziesięcioletniej kobiety (żona), której ślubował przed Bogiem, a jego moralność nie pozwala mu mieć kochanki. Że jest szczęśliwy z powodu tego, co wydarzyło się na wycieczce (ta ostatnia noc), ale że gdyby jednak odszedł od żony i ożenił się ze mną, to miałby do końca życia wyrzuty sumienia. Że "trzasnęło" go na tej wycieczce, to prawda, że zauroczył się mną, jak czasem starszym facetom zdarza się fascynacja dużo młodszą kobietą, ale że nie może z tym nic zrobić. Powiedziałam, że chcę już iść do domu i że go kocham (już mi puściły emocje), ale już nigdy się nie zobaczymy. Na to on zbladł (serio!) i zaczęły drżeć mu ręce (serio!) i powiedział, że mnie odprowadzi. Szłam ulicą i płakałam (nie śmiejcie się ze mnie - ja naprawdę walczę z depresją), i zapytałam go tylko o jedno: skoro wiedział, że jego ortodoksyjna katolicka moralność nigdy nie pozwoli mu odejść od żony, to dlaczego - wiedząc, że jestem bardzo pokaleczona emocjonalnie i samotna - w ogóle wdawał się ze mną w ten wycieczkowy flirt, dlaczego w ogóle tak za mną biegał; dlaczego powiedział raz, że chciałby pojechać ze mną na wycieczkę tylko we dwójkę? Powiedziałam mu wprost: zrobiłeś mi krzywdę. A on zaczął mnie strasznie przepraszać, że nie chciał mnie zranić, że było tak miło, że się tak świetnie chodziło i rozmawiało, że nie pomyślał o tym, że może mnie skrzywdzić. Ponieważ już całkiem puściły mi nerwy, zapytałam go, czy już nigdy mnie nie przytuli. On powiedział, że będzie się tego wystrzegał. I że oczywiście nigdy nie przyjdzie do mnie do domu, bo "to się źle skończy". Ale że możemy sobie pojechać na wycieczkę w góry we czwórkę (mój kolega i jego żona, oraz ja i on), żeby cały dzień pobyć razem i rozmawiać. BO BOI SIĘ ZE MNĄ POJECHAĆ TYLKO WE DWOJE. Na to powiedziałam, że jest obłudnym idiotą, że mój kolega i kolegi żona mieliby pełnić rolę przyzwoitki, że to jest żałosne i chore - i co najgorsze: on po całym dniu "delektowania się" moim towarzystwem wróciłby do domu, do żony, a ja wróciłabym do pustego mieszkania - to jest po prostu nie fair. On: "to, co mówisz, jest okrutne". Ja: "ale tak jest". On: "no tak. Ale przepraszam cię, itd". Przytulił mnie na ulicy i delikatnie pocałował w usta, ale ja z płaczem uciekłam do domu.

Następnego dnia napisałam do niego maila, że chcę mu oddać jego e-booka, tzn. czytnik (bo pożyczył mi go jeszcze na wycieczce, żebym sobie czytała w autokarze), bo nie chcę już go trzymać w domu, i jak to mogę zrobić. On na to odpisał skruszonym tonem coś tam o moim projekcie i w górnolotnych, najczulszych słowach przepraszał mnie itd. No i stanęło na tym, że się znów spotkaliśmy za kilka dni, w tej samej kawiarni (wiem, jestem idiotką). Oddałam mu czytnik, a w zamian otrzymałam kolejne prezenty (jego - podobno - najukochańszą książkę filozoficzną z domowej biblioteczki, z podkreśleniami i zaznaczeniami, plus kolejne płyty). Tym razem trzymałam emocje na wodzy - było fantastycznie, przegadaliśmy kilka dobrych godzin, odprowadziłam go potem na przystanek, na pożegnanie przytulił mnie i pocałował w policzek. A następnego dnia znów serdeczne maile, codziennie, o projektach i nie tylko, jednym słowem - cały czas w kontakcie. W jednym z maili - chyba był wtedy pod wpływem alkoholu, tak czułam - napisał mi, że uwielbia spotykać się ze mną i rozmawiać, ale że jednocześnie "napawa go to ogromnym strachem" (cytuję dosłownie). No i tak od słowa do słowa, od maila do maila - umówiliśmy się znów na spotkanie. Już trzecie od czasu powrotu do domu. Trzecie w ciągu dwóch tygodni. A raczej na coś w rodzaju wycieczki - tylko że nie na cały dzień, tylko na pół dnia, i nie w góry, tylko po okolicznych lasach. Wczoraj od 10.00 rano do 15.00 po południu wędrowaliśmy po leśnych ścieżkach, a potem poszliśmy na pyszny obiad do klimatycznej włoskiej knajpki (oczywiście on nawet nie chce słyszeć, żebym za siebie płaciła). I znów - jego troska o mnie, o moje projekty, propozycje pomocy, wsparcia, fantastyczne rozmowy, zwierzenia na temat przeszłości, rozmowy o naszych duchowych poszukiwaniach, porozumienie bez słów - ale choć czasem przez długi czas na szlaku nie było nikogo, ani razu nie przytulił mnie, nie zrobił jednego serdecznego gestu - szliśmy jak ojciec z córką albo jak brat z siostrą, choć z drugiej strony przecież widzę jak on na mnie patrzy, jak patrzy mi w oczy, jak się do mnie uśmiecha, jak "pożera" mnie wzrokiem kiedy myśli, że tego nie widzę.

Podczas obiadu w knajpce - przesiedzieliśmy tam ponad dwie godziny - powiedziałam (zgodnie z prawdą), że jest mi obojętne kiedy umrę, mogę nawet jutro, bo nie ma już we mnie radości życia (to nie jest prowokacja ani kokieteria, tylko szczera prawda). Ponieważ zawsze zwierzamy się sobie i rozmawiamy szczerze, powiedziałam to. Na to on strasznie się przejął, znów zaczęły drżeć mu ręce, i zaczął przeżywać, że nie mogę mu czegoś takiego mówić, itd. O mało się nie rozpłakałam, ale zdołałam się opanować i skierowałam rozmowę na przyjemniejsze tematy. Jednym słowem: to był fantastyczny dzień. Około 18.00 rozstaliśmy się. Było przytulenie na do widzenia - i tyle. Po powrocie do domu wysłałam mu maila z powściągliwym podziękowaniem za miłą wędrówkę, po czym przepłakałam cały wieczór - z tęsknoty za nim, z nagłego, okropnego poczucia samotności, oraz z rozpaczy, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy razem.

Dziś rano zaglądam do poczty - a tu serdeczny mail od niego, "naszpikowany" uśmiechniętymi buźkami, pisany późną nocą, jak to się wyraził - "po alkoholu". Że to on dziękuje. Że fantastycznie nam się wędrowało. Że ta nasza wycieczka była dla niego "straszliwie ważna" z różnych powodów. Że dzięki długim rozmowom ze mną uświadamia sobie wiele istotnych rzeczy i widzi swoje życie w całkiem innym świetle. Że sam nie wie, czemu mi się tak zwierza, ale może tego potrzebuje? I że ogólnie było świetnie, fantastycznie, fajnie.

Ostatnie ważne spostrzeżenie: on nigdy nie opowiada o żonie. Nigdy. Nie, że mnie nie (nie pytam, bo to byłoby ponad moje siły). W ogóle nigdy nic nie mówi, nikomu. Mój kolega też to zauważył. On zna tę kobietę. Ona jest kilka lat od niego młodsza, podobno skupiona całkowicie na karierze zawodowej, a poza tym to podobno bardzo różnią się charakterami.     

Przepraszam, że się tak rozpisałam. Być może to jest to wszystko dla Was głupie, dziwne. Ale ja naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Tak jak mówiłam - nie chcę być jakąś przyjaciółką od zwierzeń, jakąś "muzą" do adorowania w sekrecie przed żoną. Z drugiej strony ten "ortodoksyjny katolicyzm", kompletnie mi obcy (moje wyznanie dopuszcza ponowne małżeństwo). A z trzeciej strony przecież - mierząc "ortodoksyjną" miarą - on już zdradził żonę fizycznie (pieszczoty na wycieczce), a teraz cały czas zdradza ją emocjonalnie (po co w ogóle zaczynał ten flirt?), nawet jeśli wydaje mu się, że jest "święty", bo już mnie nie dotyka.

No i po czwarte - jak się pewnie domyślacie - zakochałam się...

Mój serdeczny kolega (ten nasz wspólny) wie o wszystkim i mówi, że się o mnie boi... (w sensie, żebym nie cierpiała).

Co o tym sądzicie? Co mam z tym zrobić? Czuję się bardzo, bardzo źle. Czy jest Waszym zdaniem jakiś cień szansy, że będziemy razem...?

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Można było dużo krócej: Jestem czasoumilaczem dla starszego, lekko znudzonego małżeństwem pana, który wprost komunikuje mi, że nic z tego nie będzie i pokazuje miejsce w szeregu. No ale jednak może się że mną tylko przekomarza dlatego ciekawa jestem co o tym sądzicie. Czy jest cień szansy, że będziemy razem?

Moja odpowiedź: Nie, nie ma nawet cienia cienia szansy.

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Gdyby to był uczciwy facet nie robiłby w konia ciebie ani żony. Ten chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Gdyby chciał być z tobą na serio spakowałby walizkę i się rozwiódł. Nie patrzyłby na różnice wieku czy cokolwiek innego.  Dla własnego dobra zerwij kontakt, oddaj mu prezenciki i niech spada być konserwatywnym katolikiem. Zresztą ten jego konserwatyzm jakoś nie przeszkadza mu obściskiwać się z tobą...

4

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
absencjaa napisał/a:

Można było dużo krócej: Jestem czasoumilaczem dla starszego, lekko znudzonego małżeństwem pana, który wprost komunikuje mi, że nic z tego nie będzie i pokazuje miejsce w szeregu. No ale jednak może się że mną tylko przekomarza dlatego ciekawa jestem co o tym sądzicie. Czy jest cień szansy, że będziemy razem?

Moja odpowiedź: Nie, nie ma nawet cienia cienia szansy.

Idealnie napisane, w sumie wszystko powiedziałaś. Można krótko i treściwie. Swoją drogą jakie to jest ciekawe, że ludzie zawsze opisują swój problem jako skomplikowany, podają tysiące szczegółów, które dla nich sa istotne, ważne. A w rzeczywistości można to podsumować 3 wersami wypowiedzi. Ciekawe to i straszne jednocześnie.

5

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Jeszcze takie uwagi: po pierwsze, sorry że aż tyle napisałam, ale chciałam to wszystko z siebie wyrzucić, a zarazem dokładnie naswietlic kontekst. Po drugie: z tej opowieści może wynikać, że ja cały czas płaczę i w ogóle zachowuję się jak dziecinna histeryczka. To wynika z mojego bardzo złego stanu psychicznego (wycieczka z przyjaciółmi miała być jedną z form terapii). Po trzecie: wiem, że jestem cholernie naiwna, ale zastanawiam się, czy jeśli będziemy spotykać się dłuższy czas, to może on jeszcze zmieni zdanie i np. stwierdzi, że jednak chce ze mną być. Może skoro teraz okazuje mi tyle ciepłych uczuć, to to się jeszcze rozwinie? Może to za szybko oczekiwać od niego deklaracji po kilku spotkaniach?
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji (tzn. relacja z zajętym facetem).

6

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Trollujesz aż się kurzy. Powinnaś dopracować część opowieści od strony głównego bohatera męskiego- tu widać brak doświadczenia.
Główna bohaterka raczej brzmi jak pensjonarka, a nie po 30. Opisana reakcja ludzi na wycieczce i znajomych też mocno przesadzona.

To tyle ja co do treści-- gramatykę sprawdzą jej forumowi miłośnicy wink

7

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
Nirvanka87 napisał/a:

Idealnie napisane, w sumie wszystko powiedziałaś. Można krótko i treściwie. Swoją drogą jakie to jest ciekawe, że ludzie zawsze opisują swój problem jako skomplikowany, podają tysiące szczegółów, które dla nich sa istotne, ważne. A w rzeczywistości można to podsumować 3 wersami wypowiedzi. Ciekawe to i straszne jednocześnie.



Swoją drogą, można czyjeś życie podsumować jeszcze krócej. Urodził się i umarł/umrze. Koniec, kropka. Nad czym się tu rozwodzić.

Albo, cytując pewnego pisarza: "urodził się i to go zgubiło".

(Sorry, ale mam specyficzne poczucie humoru).

8 Ostatnio edytowany przez czekoladazfigami (2019-08-03 19:39:49)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Żona robi karierę, a mąż śpi w pokojach wieloosobowych jak niezaradny student (bo zaradnych dawno stać na przyzwoite warunki)? Albo to żaden katolik, tylko zwyczajnie go nie stać na życie bez żony, albo to ty jesteś trollem (do tego słabym). Toś sobie wybrała: katol, hipokryta, obrzydliwy charakter i jeszcze biedak. Pogratulować...

9 Ostatnio edytowany przez kathleen2 (2019-08-03 19:50:02)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

To była wycieczka zorganizowana, objazdowa. Ponad 30 osób, z miejsca do miejsca. Spaliśmy przeważnie w hostelach. Tam nie ma "jedynek". Co w tym dziwnego?

Co do mojego stylu: nie trolluję. Gdybym została pisarką, no to pewnie byłabym tzw. grafomanką. Ale ja chcę się tylko "wypłakać"w internecie, nic więcej. Nie umiem pisać inaczej.

10

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Nie będzie zdradzał żony (a jeśli do tego dojdzie, to on zostanie duchowo zniszczony). Nie odejdzie od żony. Ty nie chcesz być tylko przyjaciółką. Zauroczyłaś się, więc bycie tylko przyjaciółką bęzdie wyniszczające.

Tutaj nie ma wspólnego rozwiązania. Trzeba zerwać, nie spotykać się -- to będzie bolało.

Co ja bym zrobił... na jego miejscu skorzystałbym z rozpalonego romansu, który i tak padnie za parę miesięcy. To tylko zauroczenie, chwilowe, być może pożądanie. A do romansu, to n musi być gotowy i Ty też. Ty musisz wiedzieć, że będziesz tylko kochanką. A on od żony nie odejdzie. Wy się nie znacie, i nigdy nie poznacie nawet. Dlatego jedyna opcja to romans, tajny. Gdybyście nie wymagali więcej od relacji niż romansu, to mógłby być uszczęśliwiający.

11 Ostatnio edytowany przez czekoladazfigami (2019-08-03 20:11:33)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Dziwne jest to, co napisałam wyżej, nie widziałaś? Że 50-letni mąż robiącej karierę żony jeździ na wycieczki o standardzie studenckim. Kurek z kasą przykręciła? Zresztą, skoro jechał sam to znaczy, że nie chciała z nim jechać ani żona, ani żaden kolega. Zastanowiłabym się nad kimś, komu 50 lat nie wystarczyło do znalezienia osoby, z którą na głupie wakacje można jechać...
Chociaż żonie się nie dziwię - mam męża w tym wieku i jakby mi zaproponował urlop w hostelach, stuknęłabym się w głowę. I bardzo prawdopodobne, że ona doskonale wie, co mężuś na wycieczkach wyprawia.

12

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Gary - ale przecież on już zdradził żonę. Całowanie i przytulanie to już jest zdrada. Codzienna wymiana maili czy wędrówki po lesie z "przyjaciółką" (czyli ze mną) i opowiadanie jej o sobie, zwierzenia - to też jest zdrada - tyle że emocjonalna. Która też niesamowicie boli. Tzn. ja tak uważam.

I dlatego uważam, że to jest wszystko takie dziwne. Bo on niby nie chce romansu (w sensie łóżka). Moralność mu nie pozwala, itd. A z drugiej strony - stworzył ze mną taką a nie inną relację. Tylko że gdyby mój mąż miał taką przyjaciółkę od spacerów, prezentów, "duchowych poszukiwań", patrzenia w oczy i zwierzeń, to byłabym szczerze załamana. A mówiąc wprost - zazdrosna.

Dlatego właśnie - może nieskładnie, może zbyt rozwlekle - zadałam tutaj pytanie: o co w ogóle mu chodzi. I dlaczego jesteście pewni (Ty również), że - w tym konkretnym przypadku - on nie odejdzie od żony.

I jeszcze raz powtarzam - może jestem naiwna, ale pytam szczerze, bo ja naprawdę nigdy nie byłam w takiej sytuacji (choć oczywiście, znam przypadki wśród znajomych czy w rodzinie, że jedni faceci nie odchodzili, ale niektórzy byli w stanie odejść i zacząć nowe życie).

13 Ostatnio edytowany przez czekoladazfigami (2019-08-03 21:47:53)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

To my Ci szczerze odpowiadamy, że nie odejdzie. Wiemy to od Ciebie, a Ty od niego. Skoro go tak kochasz, to nie rób z niego debila, który nie wie, co mówi. Co to za miłość, jak ukochanemu nie wierzysz?
Co najwyżej kiedyś żona może kopnąć go w dupę, jak zobaczy, z jakim sukinsynem żyje. Albo i nie - może dawno doskonale to wie i ma to w nosie.

14

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Normalny scenariusz, którego się należy spodziewać, to że on NIE odejdzie od żony. Tak należy zakładać.

Po drugie Wy się nie znacie. Tylko się zauroczyliście sobą na wycieczce.

Po trzecie on nie chce seksu. To źle.

Po czwarte Ty chcesz od razu deklaracji, jasności, "ustawienia" relacji.

Po piąte skoro on ma żonę, to nie poznasz go jakim naprawdę jest. Zauroczyliście się swoimi wyobrażeniami na temat drugiej osoby.

Po szóste romanse raczej padają szybko. Nic Was nie łączy. Żadna historia. Nie było czasu ze sobą pobyć. Nie mieliście kłopotu żadnego do rozwiązania wspólnie.

Dlatego jedynym bezbolesnym i szczęśliwym rozwiązaniem jest ... tylko romans... seks, parę miłych chwil. Jak macie klasę, to gdy emocje opadną, to NIE pokaleczycie się zbytnio.

Już są zgrzyty zresztą... Ty oczekujesz zaangażowania, wymagasz od niego tego i tamtego... a on się trzyma swojej religii, małżeństwa, a jednocześnie romansuje.

15 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-08-03 23:07:16)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
Gary napisał/a:

Nie będzie zdradzał żony (a jeśli do tego dojdzie, to on zostanie duchowo zniszczony). Nie odejdzie od żony. Ty nie chcesz być tylko przyjaciółką. Zauroczyłaś się, więc bycie tylko przyjaciółką bęzdie wyniszczające.

Tutaj nie ma wspólnego rozwiązania. Trzeba zerwać, nie spotykać się -- to będzie bolało.

Gary napisał/a:

Normalny scenariusz, którego się należy spodziewać, to że on NIE odejdzie od żony. Tak należy zakładać.

Po drugie Wy się nie znacie. Tylko się zauroczyliście sobą na wycieczce.

Po trzecie on nie chce seksu. To źle.

Po czwarte Ty chcesz od razu deklaracji, jasności, "ustawienia" relacji.

Po piąte skoro on ma żonę, to nie poznasz go jakim naprawdę jest. Zauroczyliście się swoimi wyobrażeniami na temat drugiej osoby.

Po szóste romanse raczej padają szybko. Nic Was nie łączy. Żadna historia. Nie było czasu ze sobą pobyć. Nie mieliście kłopotu żadnego do rozwiązania wspólnie.


Już są zgrzyty zresztą... Ty oczekujesz zaangażowania, wymagasz od niego tego i tamtego... a on się trzyma swojej religii, małżeństwa, a jednocześnie romansuje.

Mam bardzo podobne spostrzeżenia i wrażenia co Gary jak czytam Twój wątek .
Jest jeszcze coś co wydaje mi się niepokojące ta Twoja depresja po rozstaniu .
Czy aby nie masz ukrytej desperacji presji w sobie żeby ten facet i emocje z nim związane nie "wyleczyły" Ciebie z tego stanu po zerwaniu?rozstaniu i  "nie zmieniły całkiem Twojego życia".
To są  bardzo silnie emocje poprawa nastroju znacząca i zauważalna zmiana nawet o 180 stopni.
To bywa złudne i chwilowe .Masz  też momenty przygnębienia i rozterki.
Zwłaszcza że coraz mocniej oczekujesz trwałości tych "euforii" związanych z facetem i związkiem z nim na stałe.
W tej chwili po za Twoim zasięgiem taki układ - frustracja nie pomaga w depresjach robisz sobie krzywdę.
Wkręcasz się w złudne nadzieje konflikty i roszczenia i to też w dziedzinie pracy te projekty wszystko na raz.
Rozczarowanie i dół może być taki sam jak po poprzednim rozstaniu.
Nie wiem może chcesz za wszelką cenę stłumić to co było i miałaś w sobie przed tą wycieczką.
Nie znieczulisz się tym i nie zapomnisz trwale o tamtym w ten sposób- wiem to z doświadczenia to taka trochę ucieczka w "nową miłość".
Nic nie zniknie jedno zastępujesz drugim .To żadna rekompensata .
Takie zauroczenia "po" często się zdarzają i nie wiem czy trochę nie wymuszasz tego na sobie.
Depresja daje w kość chyba że lubisz ją mieć to też się zdarza.

16 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-08-04 00:19:11)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

No dobrze, skoro Pasławek i Gary uznajecie tę historię za prawdziwą, to czy zachowanie mężczyzny w tym wieku może takie egzaltowane? Nie mam na myśli na wycieczce tylko potem.

17

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Jak nie romansował wcześniej, wiele lat wierności, a tutaj o pokolenie młodsza kobieta się nim zauroczyła, i jeszcze byli na wycieczce, wiele czasu razem... to może też został pobudzony emocjonalnie, zauroczył się i tak działa jak autorka opisała...

18

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Nie odejdzie od żony. Co najwyżej się z Tobą prześpi. A potem zacznie się jazda bez trzymanki.
Ty ze swoją depresją i tym całym zakochaniem jesteś tak ślepa na to, że krzywdzisz inną osobę (jego żonę), że dalej będziesz ślepa i będziesz w to brnąć. On za to będzie bliski tego, by zwariować, ale ostatecznie jakoś się od Ciebie oderwie. Jest już za stary i za dużo przeżył, żeby rzucić żonę, po prostu. Po co mu to?
Przytulanie i pocałunki przychodzą mu łatwo, ok, zdarza się, nie on pierwszy ani ostatni. Seks, zwłaszcza pod wpływem alkoholu, też może mu przyjść łatwo.

Ale odejść od drugiego człowieka, zostawić... Pozałatwiać sprawy urzędowe, fizycznie się wyprowadzić... Dzielić majątek, widzieć w oczach żony nieskończony, najgłębszy ból...
To wymaga serii decyzji. Takich rzeczy nie zrobi pod wpływem impulsu, pożądania ani alkoholu. Nie ma po co. Dla dziewczyny z depresją, która się przykleiła wiedząc, że facet ma żonę? To za mało.

Przejrzyj na oczy, co tak naprawdę robisz. Nie wciskaj nam kitów, że jego żona jest zła, a on taki w Tobie zakochany. Oboje się tak naprawdę teraz bawicie, tylko że zabawa bardzo szybko się skończy, gdy wylądujecie w łóżku. Wtedy zobaczysz, jak go sytuacja otrzeźwi.

19 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-08-04 00:46:13)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
Ela210 napisał/a:

No dobrze, skoro Pasławek i Gary uznajecie tę historię za prawdziwą, to czy zachowanie mężczyzny w tym wieku może takie egzaltowane? Nie mam na myśli na wycieczce tylko potem.

Wszystko możliwe a facet ma przede wszystkim czas i sprawia wrażenie znudzonego może osamotnionego może jest wyrachowany.
Wywołać w sobie ten dalszy  entuzjazm egzaltacje pod wpływem chwili  wcale nie jest trudno tylko czy to uczciwe.
Te jego deklaracje .....religia nie chce seksu hmm no może twardy jest jak Dzierżyński kto go tam wie smile
Po drugie ma kobietę jakby podaną przez nią samą "na tacy".
Spore pokusy przed nim a co wybierze w co chce wierzyć to tak zrobi ale nie sądzę żeby odszedł od żony
Raczej ukryty romans i czasoumilacz/kochanka na żądanie - uwiąże kobietę jak ona się da.

20 Ostatnio edytowany przez czekoladazfigami (2019-08-04 01:04:12)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
zosienka napisał/a:

Nie odejdzie od żony. Co najwyżej się z Tobą prześpi. A potem zacznie się jazda bez trzymanki.
Ty ze swoją depresją i tym całym zakochaniem jesteś tak ślepa na to, że krzywdzisz inną osobę (jego żonę), że dalej będziesz ślepa i będziesz w to brnąć. On za to będzie bliski tego, by zwariować, ale ostatecznie jakoś się od Ciebie oderwie. Jest już za stary i za dużo przeżył, żeby rzucić żonę, po prostu. Po co mu to?
Przytulanie i pocałunki przychodzą mu łatwo, ok, zdarza się, nie on pierwszy ani ostatni. Seks, zwłaszcza pod wpływem alkoholu, też może mu przyjść łatwo.

Ale odejść od drugiego człowieka, zostawić... Pozałatwiać sprawy urzędowe, fizycznie się wyprowadzić... Dzielić majątek, widzieć w oczach żony nieskończony, najgłębszy ból...
To wymaga serii decyzji. Takich rzeczy nie zrobi pod wpływem impulsu, pożądania ani alkoholu. Nie ma po co. Dla dziewczyny z depresją, która się przykleiła wiedząc, że facet ma żonę? To za mało.

Przejrzyj na oczy, co tak naprawdę robisz. Nie wciskaj nam kitów, że jego żona jest zła, a on taki w Tobie zakochany. Oboje się tak naprawdę teraz bawicie, tylko że zabawa bardzo szybko się skończy, gdy wylądujecie w łóżku. Wtedy zobaczysz, jak go sytuacja otrzeźwi.

To nie ona krzywdzi żonę, tylko mąż. To on składał przysięgi, dla niej to obca baba i na lojalność się z nią nie umawiała. To on ma być wierny, nawet jakby mu inne nago przed oczami biegały, albo się rozwieść. Nie rozumiem tego polaczkowatego podejścia - kobieta winna, że mąż nie umie utrzymać rąk i portek na miejscu. Normalna rzecz, ludzie się rozwodzą i tyle... A oni w łóżku nie wylądują, bo dziad nie ma jaj. Poza tym albo ona to troll, albo on impotent. W obu przypadkach seks im nie grozi.

21

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
kathleen2 napisał/a:

Mój serdeczny kolega (ten nasz wspólny) wie o wszystkim i mówi, że się o mnie boi... (w sensie, żebym nie cierpiała).

Obawiam się że to właśnie Cię czeka. Musisz się na to przygotować, żeby jakoś przejść ciężkie chwile i się nie załamać. Szkoda że nie mogłaś trafić na wolnego i normalnego faceta.

Też jestem zdania że on nie odejdzie od żony. Wydaje mi się że bardziej traktuje Ciebie jak "córkę" niż drugą kobietę więc seks wam nie grozi. Ma tak ustawiony światopogląd i tak został wychowany przez rodziców i przez żonę, że swojego życia już nie zmieni.

Jeszcze jedno. Nie sądzę że trollujesz.

22

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
kathleen2 napisał/a:

Cześć,

Mam bardzo poważny dylemat i nie wiem już, co robić. Wplątałam się w - od razu mówię - dziwną i "nieetyczną" sytuację. Proszę o radę - może pomożecie mi spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje. Wiem, że nie powinnam się w to pakować, ale za daleko zabrnęłam z emocjami. Jest mi bardzo trudno. [...]

Po pierwsze, powinnaś posłuchać "wspólnego" kolegi, który zna go dużo lepiej.
Po drugie, jasny przekaz od niego samego, jak i plotki z zewnątrz mówią wyraźnie, że gość lubi się  zabawić.
Tylko zabawić. Bez kłopotów na przyszłość.
Nie uczepiaj się któregokolwiek, byle poczucie samotności zagłuszyć.
Zakochałaś się? Moim zdaniem, przesadzasz.
Rekonwalescencja wymaga czasu. Rozpad związku, depresja. Zajmij się czym innym w tym czasie. Żonkoś niech się do innych, łasych na gładkie słówka przystawia. Innego sposobu nie widzę.

23

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Kilka słów do Waszych postów.
Nigdzie nie pisałam, że jego żona jest zła. Podałam tylko fakt - że on często podróżuje sam i że ona jest podobno bardzo skupiona na pracy.

Tak, to prawda, że z racji rodzaju pracy on ma dużo wolnego czasu, a raczej może sam dowolnie swoim czasem zarządzać.

Poza tym czemu się tak uczepilyscie tego trollowania. Tylko dlatego że opisałam to w zbyt "egzaltowany" sposób? Ludzie bywają naprawdę dziwni, mają pokrecone historie, przeżywają rzeczy, jakich nie wymyślili by scenarzyści w filmach. A ten mój przypadek jest mimo wszystko dość typowy, jak na to z drugiej strony wskazują Wasze reakcje.

Co do seksu, to on jednoznacznie daje mi do zrozumienia, że chciałby, tylko mu "nie wolno" (religia, żona). Chciałby spędzać ze mną jak najwięcej czasu, ale, jak się wyraził, boi się, bo nie jest z kamienia i nie wie, czy da radę nad sobą zapanować.

I oczywiście zgadzam się, że na tym wyjeździe nastrój poprawił mi się o 180 stopni dzięki jego towarzystwu, i że w pewnym sensie od tego się emocjonalnie uzaleznilam - jak od lekarstwa.

24

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

To nie lekarstwo tylko trucizna.
Za jakiś czas będzie dwa razy gorzej .

25 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-08-04 10:34:24)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Jak nie trolujesz to tym gorzej dla Ciebie, sorry.
Bo jak nazwać kogoś kto po jednej wycieczce oczekuje że gość opuści żonę?
I interpretuje trzęsące się ręce i bladość jako lęk przed stratą miłości życia?:D- a jego strach obleciał, nie miłość zalała.
A gość teraz kombinuje jak uwolnić się od hmm.. niezrównoważonej kobitki..Chuchać, dmuchać? bo w tyłek kopnąć nie można, bo zrobi się bum i żona się dowie smile
weż się ogarnij .

2 wersja: Pan na etapie egzaltacji jak Ty, żona się dowiaduje i zaczynacie szczęśliwy związek trwający 2 miesiące. Bo- Jak Gary napisał- Wy się nie znacie i w nic o sobie nie wiecie.
Ryzyko twoje żadne, to On ma coś do stracenia- ale co tam, przecież go kochasz więc wiesz lepiej , że To Ty go uszczęśliwisz. wink
Jak prawdziwa, to Twoja historia poraża Twoim egocentryzmem dziecięcym wręcz, stąd przypuszczenie, że masz szkolne wakacje.
I nie można mieć do niego pretensji, że Cię uwiódł, bo Ty jesteś po 30!

Co robić by nie cierpieć?
W romans nie pójdziesz, bo go nie zmusisz, może dlatego płaczesz? bo On się wycofał?
Chciałby, ale mu nie wolno? big_smile jakbyś mu jasno powiedziała- tylko 1 miła chwila- jego skrupuły by zniknęły- oczywiście WTEDY, bo teraz to już wie jaka jesteś egzaltowana..
relacja przyjaciół, bliska i otwarta też z tego nie wyjdzie, bo TY WYMAGASZ dla siebie tego co ma jego żona- i płaczesz.
Pozostaje zerwanie i terapia.
Mimo wszystko szkoda mi Ciebie

Jeszcze coś, być może pomoże schłodzić głowę: zapytaj znajomego- jak często ten Pan jeżdzi na wycieczki z hostelem  chociaż go zapewne stać na hotel-solo?
Może tam łatwo złapać takie zdobycze jak Ty- sytuacji sam na sam nie będzie- więc można łykać romantyczne chwile, całusy nie dążąc do seksu- więc w jego pokręconej moralności- nie zdrada, czuje się wiernym katolikiem- dobrym mężem, wchodzi w erotykę- bo przytulanie, całusy, czułe wyznania to już to- udając że jest ok gościem, dobrym katolikiem. Jemu tego potrzeba i wystarcza- a Ciebie zostawia rozbudzoną i niezaspokojoną.. On pójdzie do łóżka żony i będą mieć namiętny seks- w jego głowie jest super facetem, uwiódł młodszą 20 lat! A Ty gdzie pójdziesz? W czyich ramionach się uspokoisz?
To jest nie fair. I chyba to do niego dotarło, wtedy gdy mu się ręce trzęsły i zbladł.. ale niee.. potem Cię jeszcze pocałował..pieprzony drań.. sorry
Porada: całuj tego- który dąży do seksu, jeśli już.:)

przemyśl, wyciągnij wnioski. pozdrawiam. przepraszam za chaos- na bieżąco myślę smile sama pomyśl, co Ci się składa w całość.

26 Ostatnio edytowany przez Kamoa (2019-08-04 11:04:46)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Podobny przypadek z mojego otoczenia tylko z odwrotnej strony że pan rozkochiwuje w sobie kobiety a potem trzyma je w ryzach, bardzo go to podnieca uczucie podobne do orgazmu , one zakochują się i wzdychają.  Nigdy nie szuka podlotków ani kobiety roztrzepanej, zawsze szukającej miłości i z kulturą (pani która nie będzie sterczała pod jego domem, wydzwaniała i terroryzowała ) nigdy nie zaprosi jej do siebie, zawsze będzie jakaś przeszkoda, jak przypadku autorki to radykalny katolicyzm (śmiech na sali).  Żona jak żona nie ma nic do powiedzenia i on dla niej jest Bogiem. Kiedyś zapytałam pani X dlaczego toleruje jego ekscesy ? odpowiedziała mi  ' nie ważne czy brzydki, pije, głuchy, bez nogi i co robi, ważne by Był ' .................

27

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
kathleen2 napisał/a:

Poza tym czemu się tak uczepilyscie tego trollowania. Tylko dlatego że opisałam to w zbyt "egzaltowany" sposób? Ludzie bywają naprawdę dziwni, mają pokrecone historie, przeżywają rzeczy, jakich nie wymyślili by scenarzyści w filmach. A ten mój przypadek jest mimo wszystko dość typowy, jak na to z drugiej strony wskazują Wasze reakcje.

Ja od początku Ci wierzę że nie trollujesz.

kathleen2 napisał/a:

I oczywiście zgadzam się, że na tym wyjeździe nastrój poprawił mi się o 180 stopni dzięki jego towarzystwu, i że w pewnym sensie od tego się emocjonalnie uzaleznilam - jak od lekarstwa.

Im dłużej będziesz w tym trwać tym ciężej będzie się od tego odciąć. Zasługujesz na szczęście i normalny związek. Bardzo dużo mądrych rad i przykładów w tym wątku. Teraz wystarczy je tylko zrozumieć i wcielić w życie.

28

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
kathleen2 napisał/a:

Cześć,

Mam bardzo poważny dylemat i nie wiem już, co robić. Wplątałam się w - od razu mówię - dziwną i "nieetyczną" sytuację. Proszę o radę - może pomożecie mi spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje. Wiem, że nie powinnam się w to pakować, ale za daleko zabrnęłam z emocjami. Jest mi bardzo trudno. Ale od początku.

Miesiąc temu pojechałam na dwutygodniową "zorganizowaną" wycieczkę objazdową zagraniczną z przyjaciółmi (mój serdeczny kolega od lat plus jego żona). Oczywiście było tam jeszcze sporo innych ludzi. I był pewien pan w średnim wieku, po pięćdziesiątce, znajomy moich przyjaciół. Jest żonaty od kilkunastu lat, nie ma dzieci, ale na wycieczkę pojechał sam, bo żona podróżować nie lubi. Podobno zawsze podróżuje sam. Ja jestem po trzydziestce, prawie 20 lat od niego młodsza, samotna - leczę ciężką depresję (nie przesadzam) po długim związku zakończonym bolesnym rozstaniem. Ta wycieczka, na którą namówili mnie przyjaciele, miała być dla mnie rozrywką, "odskocznią" od smutnej codzienności. Z jednej strony - jestem bardzo poraniona i pokaleczona, z drugiej - bardzo tęsknię za miłością, bliskością, itd.

Niemal od pierwszego dnia zaiskrzyło między nami. Rozmowy na postojach, wspólne zwiedzanie miast (w sensie - całą grupą, ale w tej grupie my jako dwójka, bezustannie ze sobą rozmawiający). Wieczorami wspólne spacery i wypady na piwo - tzn. we czwórkę - mój kolega i jego żona plus nasza dwójka. Zawsze razem przy stole podczas posiłków, nie odstępował mnie na krok. Robił mi zdjęcia, wypytywał o wszystko, co robię, co lubię, opowiadał mi dużo o sobie (jesteśmy oboje z jednej "branży", zajmujemy się właściwie tym samym, więc było mnóstwo wspólnych tematów). Ostatnie kilka dni to już był "amok". Mój kolega i jego żona patrzyli na to z boku i tylko się śmiali, że facet zupełnie zgłupiał na moim punkcie, że go "trafiło". No i zauważyli, że ja się również nim zauroczyłam. Wszyscy inni uczestnicy wycieczki też doskonale widzieli i komentowali po cichu to, co się działo (bo on nosi obrączkę i wszyscy wiedzieli, że jest żonaty).

No i ostatniego wieczoru wycieczki poszliśmy na spacer już tylko we dwójkę. I "wyznaliśmy" sobie, że oboje mamy do siebie słabość, że od początku zwróciliśmy na siebie uwagę, że nawzajem się tak jakoś "uwodziliśmy" (choć właściwie to on bardziej chodził za mną niż ja za nim). Całowaliśmy się i przytulaliśmy na środku ulicy, potem szliśmy sobie za rękę, on w pewnej chwili wziął mnie na ręce - totalne szaleństwo, jak nastolatki. Potem jeszcze było troszkę czułości w pustej stołówce (była już pierwsza w nocy), no i rozeszliśmy się do pokojów (oczywiście były wieloosobowe, bo to był hostel).

Następnego dnia - już wracaliśmy do Polski - podczas dłuższego postoju zaczęliśmy "poważnie" rozmawiać. No i oczywiście on powiedział, że to wczoraj to nie powinno się było wydarzyć, i że od czasu zawarcia małżeństwa nigdy nie przytulał i nie całował się z inną kobietą. I że - uwaga - jest ortodoksyjnym rzymskim katolikiem... (ja jestem innego wyznania). Zapytałam, czy jest szczęśliwy w małżeństwie, ale nie odpowiedział (mój kolega, który zna ich oboje, twierdzi, że nie). A jednocześnie umówił się ze mną za trzy dni w kawiarni (jesteśmy z tego samego miasta). A kiedy już przyjechaliśmy na dworzec i rozchodziliśmy się - pożegnania, podziękowania, czekanie na taksówkę, itd. - my uściskaliśmy się ostatni raz, a potem staliśmy i patrzyliśmy się na siebie bez słowa ze łzami w oczach (wiem, że to okropnie ckliwie brzmi, ale naprawdę tak było smile

Oczywiście potem płakałam w taksówce. Od momentu powrotu do domu (to było jakieś dwa tygodnie temu) zaczęliśmy wymieniać maile - codziennie. On zadeklarował, że chce mi bezinteresownie pomóc przy pewnych projektach, że zrobi, co tylko będzie mógł, żeby wesprzeć mnie swoim doświadczeniem, itd. Więc te maile wyglądały tak, że ja mu wysłałam jakiś tam projekt, no i potem pisaliśmy na ten temat, omawialiśmy go. A zarazem były one pełne ciepła, serdeczności i troski, czuć było, że to pisze ktoś, dla kogo nie jestem obojętna, kto jest mną co najmniej zafascynowany.

Trzy dni po powrocie spotkaliśmy się w "artystycznej" kawiarni. Dostałam prezenty - książkę (naukową) jego autorstwa z piękną dedykacją, płyty z piękną muzyką, o której mi opowiadał. Ja podarowałam mu mój ulubiony film. Najpierw pogadaliśmy o projekcie, a potem siedzieliśmy przy małym stoliku i patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa. W tych spojrzeniach było wszystko (przepraszam, że tak sentymentalnie piszę, ale chyba nie jestem dobrą humanistką). Potem zaczęliśmy rozmawiać, było fantastycznie, aż nagle, po półtorej godzinie, on powiedział, że trzeba już iść. Żeby już tego nie przeciągać. To było dla mnie jak uderzenie w twarz i zaczęłam płakać. Tam, w tej kawiarni, przy ludziach. I wygarnęłam mu, że nie chcę być jakąś koleżanką do miłych rozmów od czasu do czasu, że mnie to za dużo kosztuje. Że nie chcę być jakąś "muzą" do platonicznego adorowania i wzdychania w sekrecie przed żoną, tylko potrzebuję człowieka, z którym będę mogła być, do którego będę się mogła przytulić, itd. - jednym słowem - z którym będę mogła normalnie żyć. Na to on odpowiedział, że nic innego nie wchodzi w rachubę, że nie zostawi pięćdziesięcioletniej kobiety (żona), której ślubował przed Bogiem, a jego moralność nie pozwala mu mieć kochanki. Że jest szczęśliwy z powodu tego, co wydarzyło się na wycieczce (ta ostatnia noc), ale że gdyby jednak odszedł od żony i ożenił się ze mną, to miałby do końca życia wyrzuty sumienia. Że "trzasnęło" go na tej wycieczce, to prawda, że zauroczył się mną, jak czasem starszym facetom zdarza się fascynacja dużo młodszą kobietą, ale że nie może z tym nic zrobić. Powiedziałam, że chcę już iść do domu i że go kocham (już mi puściły emocje), ale już nigdy się nie zobaczymy. Na to on zbladł (serio!) i zaczęły drżeć mu ręce (serio!) i powiedział, że mnie odprowadzi. Szłam ulicą i płakałam (nie śmiejcie się ze mnie - ja naprawdę walczę z depresją), i zapytałam go tylko o jedno: skoro wiedział, że jego ortodoksyjna katolicka moralność nigdy nie pozwoli mu odejść od żony, to dlaczego - wiedząc, że jestem bardzo pokaleczona emocjonalnie i samotna - w ogóle wdawał się ze mną w ten wycieczkowy flirt, dlaczego w ogóle tak za mną biegał; dlaczego powiedział raz, że chciałby pojechać ze mną na wycieczkę tylko we dwójkę? Powiedziałam mu wprost: zrobiłeś mi krzywdę. A on zaczął mnie strasznie przepraszać, że nie chciał mnie zranić, że było tak miło, że się tak świetnie chodziło i rozmawiało, że nie pomyślał o tym, że może mnie skrzywdzić. Ponieważ już całkiem puściły mi nerwy, zapytałam go, czy już nigdy mnie nie przytuli. On powiedział, że będzie się tego wystrzegał. I że oczywiście nigdy nie przyjdzie do mnie do domu, bo "to się źle skończy". Ale że możemy sobie pojechać na wycieczkę w góry we czwórkę (mój kolega i jego żona, oraz ja i on), żeby cały dzień pobyć razem i rozmawiać. BO BOI SIĘ ZE MNĄ POJECHAĆ TYLKO WE DWOJE. Na to powiedziałam, że jest obłudnym idiotą, że mój kolega i kolegi żona mieliby pełnić rolę przyzwoitki, że to jest żałosne i chore - i co najgorsze: on po całym dniu "delektowania się" moim towarzystwem wróciłby do domu, do żony, a ja wróciłabym do pustego mieszkania - to jest po prostu nie fair. On: "to, co mówisz, jest okrutne". Ja: "ale tak jest". On: "no tak. Ale przepraszam cię, itd". Przytulił mnie na ulicy i delikatnie pocałował w usta, ale ja z płaczem uciekłam do domu.

Następnego dnia napisałam do niego maila, że chcę mu oddać jego e-booka, tzn. czytnik (bo pożyczył mi go jeszcze na wycieczce, żebym sobie czytała w autokarze), bo nie chcę już go trzymać w domu, i jak to mogę zrobić. On na to odpisał skruszonym tonem coś tam o moim projekcie i w górnolotnych, najczulszych słowach przepraszał mnie itd. No i stanęło na tym, że się znów spotkaliśmy za kilka dni, w tej samej kawiarni (wiem, jestem idiotką). Oddałam mu czytnik, a w zamian otrzymałam kolejne prezenty (jego - podobno - najukochańszą książkę filozoficzną z domowej biblioteczki, z podkreśleniami i zaznaczeniami, plus kolejne płyty). Tym razem trzymałam emocje na wodzy - było fantastycznie, przegadaliśmy kilka dobrych godzin, odprowadziłam go potem na przystanek, na pożegnanie przytulił mnie i pocałował w policzek. A następnego dnia znów serdeczne maile, codziennie, o projektach i nie tylko, jednym słowem - cały czas w kontakcie. W jednym z maili - chyba był wtedy pod wpływem alkoholu, tak czułam - napisał mi, że uwielbia spotykać się ze mną i rozmawiać, ale że jednocześnie "napawa go to ogromnym strachem" (cytuję dosłownie). No i tak od słowa do słowa, od maila do maila - umówiliśmy się znów na spotkanie. Już trzecie od czasu powrotu do domu. Trzecie w ciągu dwóch tygodni. A raczej na coś w rodzaju wycieczki - tylko że nie na cały dzień, tylko na pół dnia, i nie w góry, tylko po okolicznych lasach. Wczoraj od 10.00 rano do 15.00 po południu wędrowaliśmy po leśnych ścieżkach, a potem poszliśmy na pyszny obiad do klimatycznej włoskiej knajpki (oczywiście on nawet nie chce słyszeć, żebym za siebie płaciła). I znów - jego troska o mnie, o moje projekty, propozycje pomocy, wsparcia, fantastyczne rozmowy, zwierzenia na temat przeszłości, rozmowy o naszych duchowych poszukiwaniach, porozumienie bez słów - ale choć czasem przez długi czas na szlaku nie było nikogo, ani razu nie przytulił mnie, nie zrobił jednego serdecznego gestu - szliśmy jak ojciec z córką albo jak brat z siostrą, choć z drugiej strony przecież widzę jak on na mnie patrzy, jak patrzy mi w oczy, jak się do mnie uśmiecha, jak "pożera" mnie wzrokiem kiedy myśli, że tego nie widzę.

Podczas obiadu w knajpce - przesiedzieliśmy tam ponad dwie godziny - powiedziałam (zgodnie z prawdą), że jest mi obojętne kiedy umrę, mogę nawet jutro, bo nie ma już we mnie radości życia (to nie jest prowokacja ani kokieteria, tylko szczera prawda). Ponieważ zawsze zwierzamy się sobie i rozmawiamy szczerze, powiedziałam to. Na to on strasznie się przejął, znów zaczęły drżeć mu ręce, i zaczął przeżywać, że nie mogę mu czegoś takiego mówić, itd. O mało się nie rozpłakałam, ale zdołałam się opanować i skierowałam rozmowę na przyjemniejsze tematy. Jednym słowem: to był fantastyczny dzień. Około 18.00 rozstaliśmy się. Było przytulenie na do widzenia - i tyle. Po powrocie do domu wysłałam mu maila z powściągliwym podziękowaniem za miłą wędrówkę, po czym przepłakałam cały wieczór - z tęsknoty za nim, z nagłego, okropnego poczucia samotności, oraz z rozpaczy, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy razem.

Dziś rano zaglądam do poczty - a tu serdeczny mail od niego, "naszpikowany" uśmiechniętymi buźkami, pisany późną nocą, jak to się wyraził - "po alkoholu". Że to on dziękuje. Że fantastycznie nam się wędrowało. Że ta nasza wycieczka była dla niego "straszliwie ważna" z różnych powodów. Że dzięki długim rozmowom ze mną uświadamia sobie wiele istotnych rzeczy i widzi swoje życie w całkiem innym świetle. Że sam nie wie, czemu mi się tak zwierza, ale może tego potrzebuje? I że ogólnie było świetnie, fantastycznie, fajnie.

Ostatnie ważne spostrzeżenie: on nigdy nie opowiada o żonie. Nigdy. Nie, że mnie nie (nie pytam, bo to byłoby ponad moje siły). W ogóle nigdy nic nie mówi, nikomu. Mój kolega też to zauważył. On zna tę kobietę. Ona jest kilka lat od niego młodsza, podobno skupiona całkowicie na karierze zawodowej, a poza tym to podobno bardzo różnią się charakterami.     

Przepraszam, że się tak rozpisałam. Być może to jest to wszystko dla Was głupie, dziwne. Ale ja naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Tak jak mówiłam - nie chcę być jakąś przyjaciółką od zwierzeń, jakąś "muzą" do adorowania w sekrecie przed żoną. Z drugiej strony ten "ortodoksyjny katolicyzm", kompletnie mi obcy (moje wyznanie dopuszcza ponowne małżeństwo). A z trzeciej strony przecież - mierząc "ortodoksyjną" miarą - on już zdradził żonę fizycznie (pieszczoty na wycieczce), a teraz cały czas zdradza ją emocjonalnie (po co w ogóle zaczynał ten flirt?), nawet jeśli wydaje mu się, że jest "święty", bo już mnie nie dotyka.

No i po czwarte - jak się pewnie domyślacie - zakochałam się...

Mój serdeczny kolega (ten nasz wspólny) wie o wszystkim i mówi, że się o mnie boi... (w sensie, żebym nie cierpiała).

Co o tym sądzicie? Co mam z tym zrobić? Czuję się bardzo, bardzo źle. Czy jest Waszym zdaniem jakiś cień szansy, że będziemy razem...?

Przepiękna iluzja. Dlatego muszę Ci odpowiedzieć. To nie jest ani przyjaźń, ani też nie ma w tej znajomości niczego "dziwnego". To typowa znajomość z typowym żonatym facetem, który manipuluje Tobą, abyś to Ty była tą, od której wyjdzie ta "zakazana" propozycja. Wtedy będzie mógł powiedzieć, że to Ty skusiłaś jego, to wszystko Twoja wina, i kiedy będzie chciał się z Tobą rozstać, całą winę za powstały ambaras zrzuci na Ciebie. To takie "odwrócone" kuszenie.

29

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Zrob sobie 5 lat przerwy od zwiazkow. Na razie lecisz na autopilocie do destrukcji. Juz jestes w ciezkiej depresji i lapiesz sie za zonatego ? I liczysz na wielka milosc ? Poniewaz popatrzyl ci w oczy ?

30 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-08-06 18:01:38)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
MalaMe napisał/a:

Przepiękna iluzja. Dlatego muszę Ci odpowiedzieć. To nie jest ani przyjaźń, ani też nie ma w tej znajomości niczego "dziwnego". To typowa znajomość z typowym żonatym facetem, który manipuluje Tobą, abyś to Ty była tą, od której wyjdzie ta "zakazana" propozycja. Wtedy będzie mógł powiedzieć, że to Ty skusiłaś jego, to wszystko Twoja wina, i kiedy będzie chciał się z Tobą rozstać, całą winę za powstały ambaras zrzuci na Ciebie. To takie "odwrócone" kuszenie.

Też mi się to tak kojarzy,taki świętojeb...wy typek "niewiniątko" to "ona uwiodła mnie" (ewentualnie diabeł ) jak jeszcze kathleen2 powiesz mu sama z własnej inicjatywy proponując "dla Ciebie zrobię wszystko " czyli zgadzam się być kochanką na żądanie będzie "usprawiedliwiony" i zadowolony "rączki umyte".
Niczego konkretnego możesz nie usłyszeć samo wahanie,lawirowanie,zero deklaracji jak wydaje Ci się Autorko że to niemożliwe i tak się nie da. Da się nawet i 16 lat kogoś zwodzić na jego własne życzenie .

31

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Typowa historia.

Znudzony pan wieku średniego szuka sobie czasoumilacza. Żona już nie taka młoda i piękna, w małżeństwie brakuje emocji, a tu mu się siksa podkłada jak na tacy big_smile Bardzo szybko się też okaże, iż katolickie zasady są jednak nie tak mocne jak Ci najprzód mówił i skończy się na romansie, gdzie gościu będzie Ci nawijał makaron na uszy jak to jesteś jego miłością życia, ale jest milion powodów dla których nie może odejść od żony tongue

Dziewczyno, daj se spokój i lecz swoją depresję, zamiast komplikować sobie świat.

32 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2019-12-01 11:53:57)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

MalaMe, paslawek, Beyondyblackie  - o to,  to. Pan niby nie chce, ale lata za toba jak kot z pęcherzem.  ''Też mi się to tak kojarzy,taki świętojeb...wy typek "niewiniątko" to "ona uwiodła mnie"

tak, właśnie, [wulgaryzm]!!
A potem jakby zona sie dowiedziala, zwali na ciebie, ze to ty go uwiodlaś. Katolik, psiamać. To znaczy bez gumki, po bożemu i byle sie zona nie dowiedziala. A Ty jesteś ŁATWYM CELEM - dośc rozsądna, ale w ciężkiej zyciowej sytuacji, w depresji, smutna, no a on, pocieszyciel wielki, pokazuje ci ułamek swiata - ułude, w której będzie ci tak cudownie, jak tylko zaczniesz grac w jego gre. Już zaczełaś - bo przyjelas jego słowa za dobrą monetę, prezenciki, spotkania... A jak dojdzie do seksu i pan nie stanie na wysokości zadania, ( bo te 20 lat więcej) ojej, to bedziesz samo zło. A jak wyjdzie- to po kilku numerkach on ' wroci do żony" ...

33

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
kathleen2 napisał/a:

Cześć,

Mam bardzo poważny dylemat i nie wiem już, co robić. Wplątałam się w - od razu mówię - dziwną i "nieetyczną" sytuację. Proszę o radę - może pomożecie mi spojrzeć z dystansu na to, co się dzieje. Wiem, że nie powinnam się w to pakować, ale za daleko zabrnęłam z emocjami. Jest mi bardzo trudno. Ale od początku.

Miesiąc temu pojechałam na dwutygodniową "zorganizowaną" wycieczkę objazdową zagraniczną z przyjaciółmi (mój serdeczny kolega od lat plus jego żona). Oczywiście było tam jeszcze sporo innych ludzi. I był pewien pan w średnim wieku, po pięćdziesiątce, znajomy moich przyjaciół. Jest żonaty od kilkunastu lat, nie ma dzieci, ale na wycieczkę pojechał sam, bo żona podróżować nie lubi. Podobno zawsze podróżuje sam. Ja jestem po trzydziestce, prawie 20 lat od niego młodsza, samotna - leczę ciężką depresję (nie przesadzam) po długim związku zakończonym bolesnym rozstaniem. Ta wycieczka, na którą namówili mnie przyjaciele, miała być dla mnie rozrywką, "odskocznią" od smutnej codzienności. Z jednej strony - jestem bardzo poraniona i pokaleczona, z drugiej - bardzo tęsknię za miłością, bliskością, itd.

Niemal od pierwszego dnia zaiskrzyło między nami. Rozmowy na postojach, wspólne zwiedzanie miast (w sensie - całą grupą, ale w tej grupie my jako dwójka, bezustannie ze sobą rozmawiający). Wieczorami wspólne spacery i wypady na piwo - tzn. we czwórkę - mój kolega i jego żona plus nasza dwójka. Zawsze razem przy stole podczas posiłków, nie odstępował mnie na krok. Robił mi zdjęcia, wypytywał o wszystko, co robię, co lubię, opowiadał mi dużo o sobie (jesteśmy oboje z jednej "branży", zajmujemy się właściwie tym samym, więc było mnóstwo wspólnych tematów). Ostatnie kilka dni to już był "amok". Mój kolega i jego żona patrzyli na to z boku i tylko się śmiali, że facet zupełnie zgłupiał na moim punkcie, że go "trafiło". No i zauważyli, że ja się również nim zauroczyłam. Wszyscy inni uczestnicy wycieczki też doskonale widzieli i komentowali po cichu to, co się działo (bo on nosi obrączkę i wszyscy wiedzieli, że jest żonaty).

No i ostatniego wieczoru wycieczki poszliśmy na spacer już tylko we dwójkę. I "wyznaliśmy" sobie, że oboje mamy do siebie słabość, że od początku zwróciliśmy na siebie uwagę, że nawzajem się tak jakoś "uwodziliśmy" (choć właściwie to on bardziej chodził za mną niż ja za nim). Całowaliśmy się i przytulaliśmy na środku ulicy, potem szliśmy sobie za rękę, on w pewnej chwili wziął mnie na ręce - totalne szaleństwo, jak nastolatki. Potem jeszcze było troszkę czułości w pustej stołówce (była już pierwsza w nocy), no i rozeszliśmy się do pokojów (oczywiście były wieloosobowe, bo to był hostel).

Następnego dnia - już wracaliśmy do Polski - podczas dłuższego postoju zaczęliśmy "poważnie" rozmawiać. No i oczywiście on powiedział, że to wczoraj to nie powinno się było wydarzyć, i że od czasu zawarcia małżeństwa nigdy nie przytulał i nie całował się z inną kobietą. I że - uwaga - jest ortodoksyjnym rzymskim katolikiem... (ja jestem innego wyznania). Zapytałam, czy jest szczęśliwy w małżeństwie, ale nie odpowiedział (mój kolega, który zna ich oboje, twierdzi, że nie). A jednocześnie umówił się ze mną za trzy dni w kawiarni (jesteśmy z tego samego miasta). A kiedy już przyjechaliśmy na dworzec i rozchodziliśmy się - pożegnania, podziękowania, czekanie na taksówkę, itd. - my uściskaliśmy się ostatni raz, a potem staliśmy i patrzyliśmy się na siebie bez słowa ze łzami w oczach (wiem, że to okropnie ckliwie brzmi, ale naprawdę tak było smile

Oczywiście potem płakałam w taksówce. Od momentu powrotu do domu (to było jakieś dwa tygodnie temu) zaczęliśmy wymieniać maile - codziennie. On zadeklarował, że chce mi bezinteresownie pomóc przy pewnych projektach, że zrobi, co tylko będzie mógł, żeby wesprzeć mnie swoim doświadczeniem, itd. Więc te maile wyglądały tak, że ja mu wysłałam jakiś tam projekt, no i potem pisaliśmy na ten temat, omawialiśmy go. A zarazem były one pełne ciepła, serdeczności i troski, czuć było, że to pisze ktoś, dla kogo nie jestem obojętna, kto jest mną co najmniej zafascynowany.

Trzy dni po powrocie spotkaliśmy się w "artystycznej" kawiarni. Dostałam prezenty - książkę (naukową) jego autorstwa z piękną dedykacją, płyty z piękną muzyką, o której mi opowiadał. Ja podarowałam mu mój ulubiony film. Najpierw pogadaliśmy o projekcie, a potem siedzieliśmy przy małym stoliku i patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa. W tych spojrzeniach było wszystko (przepraszam, że tak sentymentalnie piszę, ale chyba nie jestem dobrą humanistką). Potem zaczęliśmy rozmawiać, było fantastycznie, aż nagle, po półtorej godzinie, on powiedział, że trzeba już iść. Żeby już tego nie przeciągać. To było dla mnie jak uderzenie w twarz i zaczęłam płakać. Tam, w tej kawiarni, przy ludziach. I wygarnęłam mu, że nie chcę być jakąś koleżanką do miłych rozmów od czasu do czasu, że mnie to za dużo kosztuje. Że nie chcę być jakąś "muzą" do platonicznego adorowania i wzdychania w sekrecie przed żoną, tylko potrzebuję człowieka, z którym będę mogła być, do którego będę się mogła przytulić, itd. - jednym słowem - z którym będę mogła normalnie żyć. Na to on odpowiedział, że nic innego nie wchodzi w rachubę, że nie zostawi pięćdziesięcioletniej kobiety (żona), której ślubował przed Bogiem, a jego moralność nie pozwala mu mieć kochanki. Że jest szczęśliwy z powodu tego, co wydarzyło się na wycieczce (ta ostatnia noc), ale że gdyby jednak odszedł od żony i ożenił się ze mną, to miałby do końca życia wyrzuty sumienia. Że "trzasnęło" go na tej wycieczce, to prawda, że zauroczył się mną, jak czasem starszym facetom zdarza się fascynacja dużo młodszą kobietą, ale że nie może z tym nic zrobić. Powiedziałam, że chcę już iść do domu i że go kocham (już mi puściły emocje), ale już nigdy się nie zobaczymy. Na to on zbladł (serio!) i zaczęły drżeć mu ręce (serio!) i powiedział, że mnie odprowadzi. Szłam ulicą i płakałam (nie śmiejcie się ze mnie - ja naprawdę walczę z depresją), i zapytałam go tylko o jedno: skoro wiedział, że jego ortodoksyjna katolicka moralność nigdy nie pozwoli mu odejść od żony, to dlaczego - wiedząc, że jestem bardzo pokaleczona emocjonalnie i samotna - w ogóle wdawał się ze mną w ten wycieczkowy flirt, dlaczego w ogóle tak za mną biegał; dlaczego powiedział raz, że chciałby pojechać ze mną na wycieczkę tylko we dwójkę? Powiedziałam mu wprost: zrobiłeś mi krzywdę. A on zaczął mnie strasznie przepraszać, że nie chciał mnie zranić, że było tak miło, że się tak świetnie chodziło i rozmawiało, że nie pomyślał o tym, że może mnie skrzywdzić. Ponieważ już całkiem puściły mi nerwy, zapytałam go, czy już nigdy mnie nie przytuli. On powiedział, że będzie się tego wystrzegał. I że oczywiście nigdy nie przyjdzie do mnie do domu, bo "to się źle skończy". Ale że możemy sobie pojechać na wycieczkę w góry we czwórkę (mój kolega i jego żona, oraz ja i on), żeby cały dzień pobyć razem i rozmawiać. BO BOI SIĘ ZE MNĄ POJECHAĆ TYLKO WE DWOJE. Na to powiedziałam, że jest obłudnym idiotą, że mój kolega i kolegi żona mieliby pełnić rolę przyzwoitki, że to jest żałosne i chore - i co najgorsze: on po całym dniu "delektowania się" moim towarzystwem wróciłby do domu, do żony, a ja wróciłabym do pustego mieszkania - to jest po prostu nie fair. On: "to, co mówisz, jest okrutne". Ja: "ale tak jest". On: "no tak. Ale przepraszam cię, itd". Przytulił mnie na ulicy i delikatnie pocałował w usta, ale ja z płaczem uciekłam do domu.

Następnego dnia napisałam do niego maila, że chcę mu oddać jego e-booka, tzn. czytnik (bo pożyczył mi go jeszcze na wycieczce, żebym sobie czytała w autokarze), bo nie chcę już go trzymać w domu, i jak to mogę zrobić. On na to odpisał skruszonym tonem coś tam o moim projekcie i w górnolotnych, najczulszych słowach przepraszał mnie itd. No i stanęło na tym, że się znów spotkaliśmy za kilka dni, w tej samej kawiarni (wiem, jestem idiotką). Oddałam mu czytnik, a w zamian otrzymałam kolejne prezenty (jego - podobno - najukochańszą książkę filozoficzną z domowej biblioteczki, z podkreśleniami i zaznaczeniami, plus kolejne płyty). Tym razem trzymałam emocje na wodzy - było fantastycznie, przegadaliśmy kilka dobrych godzin, odprowadziłam go potem na przystanek, na pożegnanie przytulił mnie i pocałował w policzek. A następnego dnia znów serdeczne maile, codziennie, o projektach i nie tylko, jednym słowem - cały czas w kontakcie. W jednym z maili - chyba był wtedy pod wpływem alkoholu, tak czułam - napisał mi, że uwielbia spotykać się ze mną i rozmawiać, ale że jednocześnie "napawa go to ogromnym strachem" (cytuję dosłownie). No i tak od słowa do słowa, od maila do maila - umówiliśmy się znów na spotkanie. Już trzecie od czasu powrotu do domu. Trzecie w ciągu dwóch tygodni. A raczej na coś w rodzaju wycieczki - tylko że nie na cały dzień, tylko na pół dnia, i nie w góry, tylko po okolicznych lasach. Wczoraj od 10.00 rano do 15.00 po południu wędrowaliśmy po leśnych ścieżkach, a potem poszliśmy na pyszny obiad do klimatycznej włoskiej knajpki (oczywiście on nawet nie chce słyszeć, żebym za siebie płaciła). I znów - jego troska o mnie, o moje projekty, propozycje pomocy, wsparcia, fantastyczne rozmowy, zwierzenia na temat przeszłości, rozmowy o naszych duchowych poszukiwaniach, porozumienie bez słów - ale choć czasem przez długi czas na szlaku nie było nikogo, ani razu nie przytulił mnie, nie zrobił jednego serdecznego gestu - szliśmy jak ojciec z córką albo jak brat z siostrą, choć z drugiej strony przecież widzę jak on na mnie patrzy, jak patrzy mi w oczy, jak się do mnie uśmiecha, jak "pożera" mnie wzrokiem kiedy myśli, że tego nie widzę.

Podczas obiadu w knajpce - przesiedzieliśmy tam ponad dwie godziny - powiedziałam (zgodnie z prawdą), że jest mi obojętne kiedy umrę, mogę nawet jutro, bo nie ma już we mnie radości życia (to nie jest prowokacja ani kokieteria, tylko szczera prawda). Ponieważ zawsze zwierzamy się sobie i rozmawiamy szczerze, powiedziałam to. Na to on strasznie się przejął, znów zaczęły drżeć mu ręce, i zaczął przeżywać, że nie mogę mu czegoś takiego mówić, itd. O mało się nie rozpłakałam, ale zdołałam się opanować i skierowałam rozmowę na przyjemniejsze tematy. Jednym słowem: to był fantastyczny dzień. Około 18.00 rozstaliśmy się. Było przytulenie na do widzenia - i tyle. Po powrocie do domu wysłałam mu maila z powściągliwym podziękowaniem za miłą wędrówkę, po czym przepłakałam cały wieczór - z tęsknoty za nim, z nagłego, okropnego poczucia samotności, oraz z rozpaczy, że prawdopodobnie nigdy nie będziemy razem.

Dziś rano zaglądam do poczty - a tu serdeczny mail od niego, "naszpikowany" uśmiechniętymi buźkami, pisany późną nocą, jak to się wyraził - "po alkoholu". Że to on dziękuje. Że fantastycznie nam się wędrowało. Że ta nasza wycieczka była dla niego "straszliwie ważna" z różnych powodów. Że dzięki długim rozmowom ze mną uświadamia sobie wiele istotnych rzeczy i widzi swoje życie w całkiem innym świetle. Że sam nie wie, czemu mi się tak zwierza, ale może tego potrzebuje? I że ogólnie było świetnie, fantastycznie, fajnie.

Ostatnie ważne spostrzeżenie: on nigdy nie opowiada o żonie. Nigdy. Nie, że mnie nie (nie pytam, bo to byłoby ponad moje siły). W ogóle nigdy nic nie mówi, nikomu. Mój kolega też to zauważył. On zna tę kobietę. Ona jest kilka lat od niego młodsza, podobno skupiona całkowicie na karierze zawodowej, a poza tym to podobno bardzo różnią się charakterami.     

Przepraszam, że się tak rozpisałam. Być może to jest to wszystko dla Was głupie, dziwne. Ale ja naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Tak jak mówiłam - nie chcę być jakąś przyjaciółką od zwierzeń, jakąś "muzą" do adorowania w sekrecie przed żoną. Z drugiej strony ten "ortodoksyjny katolicyzm", kompletnie mi obcy (moje wyznanie dopuszcza ponowne małżeństwo). A z trzeciej strony przecież - mierząc "ortodoksyjną" miarą - on już zdradził żonę fizycznie (pieszczoty na wycieczce), a teraz cały czas zdradza ją emocjonalnie (po co w ogóle zaczynał ten flirt?), nawet jeśli wydaje mu się, że jest "święty", bo już mnie nie dotyka.

No i po czwarte - jak się pewnie domyślacie - zakochałam się...

Mój serdeczny kolega (ten nasz wspólny) wie o wszystkim i mówi, że się o mnie boi... (w sensie, żebym nie cierpiała).

Co o tym sądzicie? Co mam z tym zrobić? Czuję się bardzo, bardzo źle. Czy jest Waszym zdaniem jakiś cień szansy, że będziemy razem...?

Napiszę tylko jedno... lecz depresję, zanim z jej powodów totalnie zmarnujesz sobie życie, bo już jesteś na dobrej drodze.

34

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Twoje zachowanie brzmi jak gdybys byla duzo mlodsza.
Nic z tego nie bedzie.

35

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Cataga ulżyło Ci? Emocje rozładowane?
Niestety albo stety facet nie wpadł w "amok" jak Autorka i nie był gotowy na wszystko.
A Autorka była gotowa złamać wszystkie granice. Kobiety nie musza w takich sytuacjach wpadać w amok i być zależne od tego co z nimi zrobi facet. Też mają swój rozum, którym powinny się kierować.

36 Ostatnio edytowany przez Salomonka (2019-12-01 13:40:32)

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Dlaczego zakładasz, że faceta wiele z żoną nie łączy? Bo na wycieczki z nią nie jeździ? Naprawdę dużo o życiu w związku, to ty nie wiesz. Możliwe, że łączy ich silna i solidna więź, a właśnie dlatego, że potrafią i chcą zostawić sobie jakąś przestrzeń tylko dla siebie, jest im ze sobą wciąż ciekawie i mogą ze sobą zyć w zgodzie.
Tak mi przyszlo do głowy, gdy czytałam twój list.. Ja jak nie byłam zainteresowana zapędami jakiegoś adoratora i nic więcej nie działało, to mówiłam że jestem ultrakatoliczką, a teraz własnie nie mam na nic czasu bo pędzę do kościoła na nieszpory. Naprawdę, w 90% działalo jak wiadro zimnej wody na faceta.

Mam wrażenie, że facet ma całe spektrum niezaspokojonych uczuć ojcowskich, a ty potrzebujesz kogoś w tej chwili, na już i obojetnie jakiego. Spotkaliście się w troche niezbyt dobrym dla ciebie czasie i popłynęłaś... Okazane ci zainteresowanie, kilka miłych slowek i już gotowa byłaś rozwieźć go z żoną.
Nie widzisz, że twój wybranek nie jest zainteresowany zdradą? Facet broni się przed nią jak może (propozycja wyjazdu z przyjaciólmi), ale też nie chce cię krzywdzic, bo wciąż go paraliżujesz swoim poczuciem krzywdy, dramatem, jaki będziesz przeżywac, gdy zniknie z twojego życia. Jestes jak kobieta bluszcz.. Jak już zlapiesz, to nie puścisz, tylko będziesz coraz to bardziej oplatać, powoli, ale skutecznie. To niewątpliwie wynik twojej depresji, z którą nie doszłaś jeszcze do ładu. (Przynajmniej chcę tak mysleć).

Ochłoń i ostudż zapędy wobec tego pana, pozostaw wszystko na szczeblu przyjaźni, ale nie natarczywej czy nachalnej. Przestań tak "montować rzeczywistość", aby dochodziło do waszych spotkań, bo naprawde robisz krzywdę paru osobom, a sobie największą. Łudzisz się, topisz w smutku, płaczesz i kombinujesz, co by tu zrobić, żeby zostać jego kochanką. Tak, tak.. Tak ci śpieszno do tej roli? Nie masz w życiu innych, bardziej ambitnych celów?
Odwiedź swojego lekarza i zacznij terapię, bo teraz robisz tylko bałagan w swoim życiu, nie myślisz racjonalnie.

37

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

balin, ulzyło Ci? Emocje rozładowane?


czego wjezdzasz na mnie , jedynie napisałam, ze zgadzam się powyzszymi forumowiczami? zejdź ze mnie i załóz sobie własny wątek pt" cataga mnie wnerwia'' czy coś podobnego, a swoimi przemysleniami  nie zasmiecaj cudzych wątkow

38

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym
cataga napisał/a:

balin, ulzyło Ci? Emocje rozładowane?


czego wjezdzasz na mnie , jedynie napisałam, ze zgadzam się powyzszymi forumowiczami? zejdź ze mnie i załóz sobie własny wątek pt" cataga mnie wnerwia'' czy coś podobnego, a swoimi przemysleniami  nie zasmiecaj cudzych wątkow

Balin napisał kulturalnie i na temat. Ty potrafisz się zdobyć jedynie na agresję i bluzgi. Zluzuj gumkę w majtkach, strzel sobie lampkę wina, zapal. Zrób coś żeby rozładować stres. Wyluzuj bo ci żyłka pęknie.

39

Odp: dziwna "przyjaźń" z żonatym

Proponuję, byście powrócili do tematu wątku i kontynuowali dyskusję w sposób kulturalny.

Posty [ 39 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » dziwna "przyjaźń" z żonatym

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024