Związałam się z chłopakiem, wszystko szło dość szybko, ale myślałam, że to ten jedyny. Lecz popełniłam błąd. Za bardzo chciałam go przy sobie zatrzymać, że przestałam dbać o swój interes. Z czasem on zaczął tracić zainteresowanie... widzieć więcej moich wad niż zalet. Na pewnej imprezie rozmawiałam dużo z jego przyjacielem i zarzucił mi, że się przymilałam. Rozstaliśmy się, lecz na drugi dzień wyprosiłam powrót. Jednak nic nie było takie same... był zimny. Aż w końcu, po pewnej kłótni wyznał mi, że nie może przetrawić incydentu z kolegą. Rozstaliśmy się burzliwie, łzy itd... Ale kontakt się nie urwał. Znowu prosiłam o powrót, o jeszcze jedną szansę. Nic z tego. W momencie, w którym zwróciliśmy sobie rzeczy myślałam, że to koniec. Po paru godzinach wrócił... mówił, że zdał sobie sprawę, że może mnie stracić, że mnie kocha itd. Wróciliśmy - był tydzień sielanki. I nastąpiła kłótnia o błahostkę, która przerodziła się w armagedon. Zerwał ze mną po raz kolejny twierdząc, że więcej szans nie będzie, że myślał, że jestem inna. Po paru dniach napisałam sms zamykający naszą relację. Odpisał dziękując za wspólnie spędzony czas, że to co było między nami było wspaniałe, że ma nadzieję, że nie mam do niego żalu. Nie odpisałam - zdenerwował się, że nie odpisuję, że on chce wiedzieć tylko czy u mnie jest okej. Odpisałam, że tak. Potem on się skontaktował z jakąś sprawą, którą mógł rozwiązać sam bez mojej pomocy. Ja byłam wtedy u znajomych. Zdenerwował się, że mam tę sprawę gdzieś i że on przeżywa - nie je, nie śpi, pije a ja jestem na wakacjach. Napisałam dzień później bo nie chciałam by źle mnie wspominał... najpierw robił z siebie ofiarę, później był gniew a na końcu stwierdził, że nasz związek nic dla mnie nie znaczył. Podczas tej rozmowy nie przepraszałam jak zwykle, a wytykałam mu jego błędy również. Jak się okazało zablokował mój numer telefonu.
Chciałabym go odzyskać... chciałabym żeby znowu było między nami jak na początku, ale nie wiem jak wznowić kontakt...