Od 2 lat mieszkam i żyję ze swoim chłopakiem. Wyprowadził się ze mną gdy wyprowadziłam się na studia. On w tym momencie akurat kończył ośrodek. Jest to moja pierwsza poważna miłość i jedyny partner łóżkowy(nie wiem czy to będzie miało jakieś znaczenie na to jak jestem bardzo przywiązana do niego ale chce wam w skrócie przedstawić cała sytuację).
Pierwszy rok był cudowny, dogadywalismy się, było dobrze. Naprawdę dobrze, po tym jak dowiedziałam się, że przez pierwsze kilka miesięcy jak ze mną już mieszkał to jeszcze pisał kilka razy z dziewczyną z którą też się umawial. Nie ukrywam zabolało mnie to na tyle, że bardzo zaczęłam go sprawdzać. Końcem końców, tak się zatracilam, że przestałam widzieć siebie. Szukałam tylko powodów aby się z nim kłócić, byłam zrzedliwa, obwiniałam go za wszystko. Wytrzymał to wszystko i teraz próbujemy walczyć o nasz związek z jednym ale. Jest narkomanem. Teraz może i nie zażywa kokainy, mefedronu czy kij wie czego (3 lata już) ale za to palimy razem marihuanę i pijemy. Co wiem, że jest ogromnym błędem z mojej strony w jego przypadku. Nie powinnam się na to zgadzać ale staliśmy się wspoluzaleznieni. Postanowiliśmy, że zaczynamy detoks. Że walczymy ze złym trybem życia praca>dom>wynos>netflix>spac>replay.
Zaczynamy małymi krokami od gotowania w domu po wyłączanie telewizora do spania. Wiem, że to śmieszne ale od czegoś trzeba zacząć.
Przeraża mnie jedno, to że bywa nieznośny. Bywa tak ironiczny, że czasem mam ochotę wyjść i nie wracać. On staje się drazliwy i wredny. A co dopiero po odstawieniu marihuany i alkoholu. Sam stwierdził, że ja mogę tego nie wytrzymać ale ja wiem, że gdybym widziała z jego strony ogromną miłość, jestem wstanie to wytrzymać dla niego. Jest dla mnie najważniejsza osoba na świecie, nigdy nie pokochałam kogoś tak jak jego i nie poświęciłam aż tak. Wyjechalam z dnia na dzień z rodzinnego domu tylko dlatego aby on nie był sam po ośrodku, wydałam wszystkie oszczędności, każdy skrawek zrobionego grosza oddałam na nasze wspólne życie, potrafiłam od poniedziałku do piątku pracować aby zarobić na czynsz, a w weekend studiować. Tylko, że nie dawałam rady i zostawiłam studia(poniekąd uważam że studia nie są dla mnie, wolę inaczej się rozwijać). Na pytanie czy to kocham, bez zastanowienia potrafię powiedzieć tak. Mogę na niego spojrzeć i widzieć w nim męża naszych dzieci bo wiem, że ma wielkie serce ale skryte.
Ja wiem, że on mnie kocha. Mówi mi o tym codziennie, tylko nie potrafię pojąć jego uczuć. Są inne niż u mnie, podczas ostatnie rozmowy wyjaśnił mi, że u niego działa to zero jedynkowo. Ze albo coś sprawia mu ogromną radość albo nie.
Nie wiem jak mam to wszystko rozwiązać. Chcę próbować, boję się. Nie wiem, nie jest katem, stara się dla nas pracuje czasem oo ponad 200h tylko po to aby mi nic nie zabrakło. Jeżeli czegos chce to mi to kupi lub załatwi, jeżeli go o coś poproszę to to zrobi, są chwile kiedy bez słowa czuję jego miłość. Ale są dni kiedy siedzę zaplakana w łazience bo zraniło mnie jego słowo. Cały czas go tłumacze tym, że przez narkotyki nie ma takiej granicy po hamowania języka, że to jak czasem do niego nic nie dociera to też wina nałogu. Większość jego zachowan tak tłumacze. Ale też nie podkulam ogona i przytakuje. Właśnie największe kłótnie są o drobnostki bo obydwoje jestesmg uparci.
Po tylu latach walki o nasz związek i o nasze lepsze życie widzę jak zmienił się z charakteru dla mnie, jak usunął pewne jego zachowania które mnie krzywdzily,widzę jak walczy z tym wszystkim ale na swój sposób. Choc z drugiej strony razem ciągniemy siebie na dno z takim trybem życia.
Tak dużo przeszliśmy, nie wiem szczerze co mam robić. Bo chce mu pomóc, chce naszego wspólnego życia. Ale boję się, że ten czas zostanie zmarnowany. Bo przecież mogłabym iść na łatwiznę i znaleźć sobie kogoś innego, kogoś łatwiejszego do życia.
Czy ktoś z was był kiedyś w podobnej sytuacji, czy któraś żyła z zaleczonym narkomanem.
Czy warto jest walczyć?
Zawsze uważałam, że jeżeli jest się pewnym tego, że się kogoś kocha to trzeba walczyć.