Witam!
Jestem 37 letnią jak do tej pory singielką - tak mi się wydaje? Mam za sobą 3 nieudane znajomości. Jakieś 1,5 roku temu bliższą znajomość zaproponował mi nowy kolega z pracy. Też samotny, równolatek, jedynak wychowywany tylko przez matkę, twierdził, że jest zapracowany i nie miał czasu na poznanie kogoś, ale chciałby to zmienić i może w przyszłości założyć rodzinę. Na początku, około roku znajomość rozwijała się dobrze, romantyczne spotkania, długie rozmowy telefoniczne, wspólne wyjścia na imprezy taneczne. Oczywiście praca na pierwszym miejscu. Problemem była zawsze tylko jego mama, której na początku trudno było mnie zaakceptować i nigdy nie zapraszała mnie do siebie, nawet na święta, ale w moim towarzystwie przebywała na weselach, jakichś piknikach, uroczystościach zawodowych. Nie sprawiała nigdy wrażenia, że mnie nie akceptuje i to było dziwne. Cała nasza trójka wykonuje ten sam zawód w różnych miejscach i tematów do rozmowy znalazłoby się wiele. W każdym razie mnie z moim przyjacielem - synkiem mamusi układało się dobrze mimo jego zapracowania i tego, że mama jest na pierwszym miejscu. Zaczęło się psuć, kiedy on stracił przydzielone mu etatowe prace, choć go wspierałam, a potem ja straciłam część etatu. Byłam mało wspierana. On z kolei znalazł pracę, ale ciągle dobierał zlecenia dodatkowe. Nawet z jego mamą poprawiły mi się stosunki i chociaż nie zaprosiła mnie jeszcze do siebie, to zabrała mnie ze sobą na tygodniowe wczasy, których ona była organizatorem. Myślałam, że będzie już tylko lepiej, nawet pomógł mi w znalezieniu pracy z mamą, a tymczasem on zaczął się oddalać, brał coraz więcej pracy i zleceń, nie odwiedził mnie prawie przez miesiąc. Twierdził, że ma problem, z którym musi się uporać i to minie, ale kiedy zaproponowałam, żeby pojechać gdzieś na weekend, to ma już cały plan zajęć i zleceń do końca wakacji może w tygodniu coś tam znajdzie wolnego, ale nie wiadomo kiedy, a ja jestem potraktowana jak koleżanka. Najgorsze jest to, że po urlopie oboje będziemy pracować znów w jednym miejscu, tak jak wtedy, kiedy się poznaliśmy i to jeszcze on mi pomógł, żeby tam się do pracy dostać. Nie wiem, jak mam traktować taką znajomość? Wiem, że nie ma innych kobiet, nie o kobietę tu chodzi na 100% tylko o pracoholizm i egoizm, pęd za pieniądzem. Nie mogę zerwać kontaktu, bo i tak będzie w pracy. Czy to się przerodzi w coś głębszego kiedyś? Nie wiem? Ja chciałabym wyjść za mąż, urodzić dziecko, ale zdaje mi się, że nie zmierza to w tym kierunku? Nie widzę wspólnej przyszłości. Jeszcze ta jego mama i trudne dzieciństwo, zerwane kontakty rodzinne? Nie wiem? Co wy o tym sądzicie? Napiszcie proszę !
Pozdrawiam.
To Ty nam powiedz czy to związek czy koleżeństwo bo mało napisalas o Was .więcej chyba o tej mamie...
Co was łączyło? Tak prywatnie.poza pracą?
Praca łączy nas mocno, jest specyficzna i bardzo trudna psychicznie, ale poza tym oboje byliśmy całe życie samotni, bez drugiej połówki. wiedliśmy smutne życie wypełnione pracą, studiami.
Oboje byliśmy, czy jesteśmy outsiderami - nie mamy wielu przyjaciół, nie dopuszczamy do siebie łatwo wszystkich ludzi, nie jesteśmy zbytnio otwarci. Trudno nam nawiązać kontakty z ludźmi, to że się dogadaliśmy, to już był cud. Mamy też podobne smutne doświadczenia z dzieciństwa, wczesnej młodości, odrzucenie środowiska itp. Dlatego się tak dobrze rozumiemy, wyznajemy te same wartości. Tak myślałam do tej pory- bez oszustwa. Z fajnych rzeczy, lubimy dużo mówić ze sobą, jeśli już mówimy. Lubimy muzykę, film, taniec we dwoje - to odkryliśmy dopiero jak się poznaliśmy, wcześniej nawet nie wiedziałam, że umiem tańczyć. Mamy takie samo poczucie humoru, gusty kulinarne. Ale to są chyba rzeczy, które podzielają i przyjaciele i pary w związkach? Na początku znajomości było też dużo chemii, pocałunki, fascynacja drugą osobą, atrakcyjność fizyczna - przyciąganie. No i była ta wspólna myśl - wspólny cel, że chcemy mieć dzieci, własną rodzinę! A teraz nie wiem, co się stało? Cel się oddala, fascynacja mija, a praca u niego jest na pierwszym miejscu?
Praca łączy nas mocno, jest specyficzna i bardzo trudna psychicznie, ale poza tym oboje byliśmy całe życie samotni, bez drugiej połówki. wiedliśmy smutne życie wypełnione pracą, studiami.
Oboje byliśmy, czy jesteśmy outsiderami - nie mamy wielu przyjaciół, nie dopuszczamy do siebie łatwo wszystkich ludzi, nie jesteśmy zbytnio otwarci. Trudno nam nawiązać kontakty z ludźmi, to że się dogadaliśmy, to już był cud. Mamy też podobne smutne doświadczenia z dzieciństwa, wczesnej młodości, odrzucenie środowiska itp. Dlatego się tak dobrze rozumiemy, wyznajemy te same wartości. Tak myślałam do tej pory- bez oszustwa. Z fajnych rzeczy, lubimy dużo mówić ze sobą, jeśli już mówimy. Lubimy muzykę, film, taniec we dwoje - to odkryliśmy dopiero jak się poznaliśmy, wcześniej nawet nie wiedziałam, że umiem tańczyć. Mamy takie samo poczucie humoru, gusty kulinarne. Ale to są chyba rzeczy, które podzielają i przyjaciele i pary w związkach? Na początku znajomości było też dużo chemii, pocałunki, fascynacja drugą osobą, atrakcyjność fizyczna - przyciąganie. No i była ta wspólna myśl - wspólny cel, że chcemy mieć dzieci, własną rodzinę! A teraz nie wiem, co się stało? Cel się oddala, fascynacja mija, a praca u niego jest na pierwszym miejscu?
Cóż pewnie bardzo chcieliście, to Was na początku nakręciło, ale jak widzisz zgasło. bo ciężko zbudować związek na rozsądku jak widzisz..
Chcesz mieć rodzinę, życie prywatne, to musisz stworzyć sobie tę prywatną sferę, wpuścić nowych ludzi, nowe zainteresowania, a może nawet nową pracę.