Nie kocham mojego chłopaka.
Jest mi z tym strasznie źle, bo chłopak dobry, stara się o mnie i serio mu zależy.
Jesteśmy razem od 2 lat. Początkowo czułam te iskierki, motylki, wiązałam duże nadzieje, ale moja mama od początku starała się mi obrzydzić tego faceta. Ciągle coś jej się nie podobało, ale nie mówiła tego wprost tylko poprzez nieciekawe rekacje gdy mówiłam, że dziś mnie odwiedzi, albo że gdzies jedziemy. Nie robiła tego otwarcie, ale dawała nieźle popalić.
Sądzę, że to przez to tak się zamknęłam i nie pozwoliłam narodzić się głębszemu uczuciu. Teraz odczuwam co raz to większą niechęć. Co gorsze, nie wyobrażam sobie z nim życia, ale też nie widzę opcji rozstania się z nim. Po pierwsze, to gdy pomyślę, że zmarnowałam 24 letniemu facetowi, który chce niebawem się oświadczyć 2 lata życia, to robi mi się słabo.. nie zasłużył na to. Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie teraz być sama, szukać kogoś.. czuję, że jestem w sytuacji bez wyjścia.
Ciągle próbuję się przekonać do niego, ale nie ułatwia mi tego moja rodzina, ani jego rodzice, a w szczególności ojciec którego bardzo nie lubię, ale to obszerny temat.
Dodatkowo nie potrafię zaakceptować faktu, że chłopak jest policjantem. Nie widzę w nim, żeby ten zawód jakoś odbijał sięna jego zachowaniu, ale to dopiero jego początki i boję się, że później będzie gorzej.
Pewnie powiecie mi, że mam go zostawić i nie marnować mu więcej życia. Ale proszę, powiedzcie mi tylko jedno... Jeżeli nie potrafię pokochać chłopaka, to znaczy, że jestem skazana na potępienie i nigdy za karę nie znajdę faceta? Bo już spotkałam się z taką opinią, że jeśli ktoś kogoś zostawia, bo go nie kocha, to nie zasługuje już na miłość. Ale czy mozna nauczyć się kochać?