Cześć ![]()
Witam wszystkie koleżanki i kolegów, długo zastanawiałem się czy pisać tutaj tego posta. Jednak po przeczytaniu dużej ilości wątków, stwierdziłem że podzielę się z Wami swoją historią, być może któreś z koleżanek coś ciekawego doradzą, a obecni koledzy wspomogą swoimi doświadczeniami.
Zaczynając od początku jestem Zenek, pochodzę z woj. lubelskiego z jego północnych krańców. Studiowałem w Rzeszowie, po studiach zostałem i pracuję w jednej z firm. Na drugim roku studiów poznałem pewną dziewczynę, pochodzącą z woj. zachodniopomorskiego, jakoś udało nam się zejść. Zostaliśmy parą wszystko było pięknie - tyle słowem wstępu.
Ogólnie jestem gościem dość nieśmiałym, mam problemy w kontaktach z kobietami, ale dopiero w fazie gdy zaczyna mi zależeć. Z Basią dość długo byliśmy "kolegami" uczucie kwitło, ja się cieszyłem, ona nie wiedziała co ma robić. Miała kilku kandydatów na swojego partnera, przynajmniej tak mi mówiła, kiedy myślałem że wszystko na nic, zostanę tylko przyjacielem - jak grzmot z jasnego nieba zostaliśmy parą. Było ekstra, wszystko grało i życie intymne, i życie codzienne, i wolne chwile. Po prostu było ekstra.
Ja w tym momencie zawaliłem, dałem dupy po całości. Baśka była we mnie wpatrzona, a ja jak ostatni idiota nie robiłem nic, co prawda na swoje usprawiedliwienie dodam, że była to skomplikowana sytuacja: studia, praca. Nie podobało mi się to, że Basia chce się spotkać z jakimś swoim kolegą. Mimo, że nie wiedziałem że nie zrobi nic głupiego. Instynkt i niskie poczucie własnej wartości podpowiadało mi, że tamten koleś na pewno wykorzysta to że taka fajna dziewczyna jest z takim lamusem i ona odejdzie. Zaczęliśmy się kłócić z byle powodów, ogólnie nie ciekawie.
Cały czas razem mieszkaliśmy. Basia starała się sprzątała, gotowała obiady, ja byłem beznadziejny, widziałem tylko własny czubek nosa. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że to była najdurniejsza rzecz na świecie, byłem strasznym idiotą, ale czasu niestety nie cofnę.
Po kolejnej kłótni, usiedliśmy porozmawialiśmy, ja postanowiłem że zacznę się zmieniać. Wydaje mi się że zmiana przebiegła, dziewczyna też mówiła że widzi że się staram. Stawałem na głowie, żeby było ok. Widziałem za to, że jej się już nic nie chce. Ma inne priorytety, a w sumie to żadnych. Po przyjściu z pracy/uczelni ona siedziała przed telewizorem. Gotowała, ale to już nie było to co kiedyś. Wspierałem ją jak tylko mogłem (ja osobiśnie nie potrafię gotować, ale sprzątanie, zakupy. Byłem na każde zawołanie).
Starałem się jak mogłem, chyba jednak bylejakość i gasnąca miłość spowodowała prawie rozstanie. Baśka poznała Krzyśka jakiegoś gościa od siebie z uczelni. Randomowy koleś, ale pewnego wieczoru zakomunikowała, że idzie z Krzyśkiem na spacer. Mnie zamurowało, tekst jaki usłyszałem podczas późniejszej rozmowy wbij mnie w bujany fotel: "Przy Tobie nie czuję się kobietą"... moje życie stanęło na krawędzi.
Niby to było jedne spotkanie, argumentowane później, że chciała poznać kogoś nowego, bo nie ma znajomych. Dla mnie to był cios poniżej pasa. Mimo, że przyjąłem to do wiadomości zakomunikowałem, że nie podoba mi się coś takiego, po niej to spływało. Ważne było tylko jej "JA". Tłumaczyłem sobie, że to odwet za moje błędy. Dalej starając się spełniać jej oczekiwania.
Czasami było okej, czasami było beznadziejnie. Jak to w życiu, nigdy nie jest w 100% idealnie. Nagle coś tąpnęło. Baśka stwierdziła, że chce miesiąc przerwy.
Miesiąc przerwy ode mnie, od wspólnego życia. Jest zmęczona, nie może podjąć decyzji co chce dalej robić ze swoim życiem. Pogubiła się.
Byłem przeciwny, bo uważam że dorośli ludzie powinni podejmować decyzje i być za nie odpowiedzialni. Nie wyobrażam sobie, że za 20 lat będąc w związku małżeńskim z np. Basią ona mówi chce pół roku przerwy. Dla mnie to idiotyzm i skrajna nieodpowiedzialność.
Ale stało się tydzień temu w czwartek usłyszałem wieczorem jutro się wyprowadzam. Mocno się zdenerwowałem, uznałem ok, wyraziłem swoje zdanie, że to trochę zabawa uczuciami i uważam że po miesiącu i tak nic z tego nie będzie i już nie wróci. Zaoferowałem pomoc w przeprowadzce....
W piatek wróciłem o domu, pustego domu. Zabrała wszystkie swoje rzeczy (no prawie), zrobiło mi się strasznie smutno, przykro. Nie wiem jak mam sie zachować teraz. Czy się odezwać pokazać, że mi zależy. Czy czekać na rozwój wydarzeń, czy może samemu stwierdzić że to nie ma sensu i zakończyć ten związek.
Rozum podpowiada, że to robienie ze mnie debila. Ja wiem, że nie byłem idealny, ale każdy popełnia błędy, uczucie gaśnie..., ale związek dwojga ludzi to chyba pójście na kompromis, próba dogadania się.
Proszę Was doradźcie z własnego doświadczenia. Nie zawarłem tutaj całej historii, bo jej już nie pamiętam, zresztą byłoby to mnóstwo pisania, ale myślę, że chociaż zarys najważniejszych faktów jest zaznaczony.
Prosze o rady, czy odzywać się przez ten miesiąc, czy czekać. Mi osobiście bardzo zależy, od kiedy nie ma Basi przy mnie wiem, że zależy mi jeszcze bardziej. Po prostu ją kocham.
Pozdrawiam Zenek ![]()