Witam,
przepraszam, że pisze na tym forum, ale chciałbym poznać zdanie drugiej strony bo już chyba straciłem sens i cel w życiu.
Mam 34 lata, jestem już w trzecim związku (a może już nie - przerwa), w którym oddaje się w 100% bo myślę, że będąc dobrym i wspierając kosztem siebie będzie to widziane i będzie odwzajemnione w ten sposób, że ta osoba będzie kochać i będzie jej zależało na mnie, moim zdaniu i rozumiała, że czasami muszę powiedzieć nie czy się nie zgadzać z różnymi sytuacjami, planami bo widzę, że będą powodować konflikty, które prowadzą do nerwów, stresów i spowodują dystans w związku. Nie chcę słów, chcę po prostu widzieć to.
Czy naprawdę tak trudno trafić na "tą" osobę? Przecież nigdy nikomu krzywdy nie zrobiłem, jestem wychowany z szacunkiem do kobiet, zawsze staje w obronie, nawet wystawiając się na sytuację, których konsekwencję były by dość bolesne byle mojej partnerce nic się nie stało, puszczam kobiety przodem, otwieram drzwi w samochodzie - piszę tak bo partnerka z którą jestem/byłem dziwiła się, że ma tak dobrze i nigdy tak nie miała bo inni tylko siedzieli, pachnieli i zauważyłem, że byli lepiej, szanowani i była o nich walka z wybaczaniem naprawdę ciężkich sytuacji, seks też miała kiepski bo to z czasem wychodziło jak ją obserwowałem - chcąc zaimponować starałem się uczyć i poznawać ją by było jak najlepiej i mi się to udawało, takiego potu na jej plecach nie da się oszukać itd.. ale nie o tym temat. A tutaj jest ktoś kto się stara, jest stanowczy kiedy trzeba, szanuje i jednocześnie by nie było niedomówień potrafię powiedzieć "nie", a to kończyło się awanturą. Kiedy jednak szedłem na rękę, a przez jej pomysł, plan powstawał problem to jest szukanie winy we mnie. Buntowałem się tylko kiedy widziałem, że może być źle i byłem tego pewny, a reszta to wolna ręka, co chciała to miała, czas, dystans, mnie, chwalenie się koleżankami jak ma dobrze itd. Oczywiście na początku nie rozumiałem dlaczego chcę mieć więcej czasu dla siebie, ale jak poznałem historię to zrozumiałem i nauczyłem się z czasem robić tak jak chcę, ale powoli przełamywałem tą jej blokadę i zaczęło się jej podobać być blisko mnie.
Nie ważne ile zrobię, pomogę, wesprze, ile zduszę w sobie złości, wystarczy, że się nazbiera, wybuchnę i powiem swoje - to koniec.
Nic nie da tłumaczenie, że za dużo już czegoś, że ile można słuchać czy rozwiązywać problemy powstałem przez angaż w coś nie patrząc na drugą osobę i najgorsze jest to, że te problemy, plany, angaże były dla trzecich osób i nie związane z nami.
Próbowałem tłumaczyć, ze coś ma przyczynę, że każdy ma jakieś granicę, ale wmawiane mi jest, że jestem nerwowy i muszę z tym coś robić. Oskarżenia typu "wypominasz mi" mnie po prostu osłabiają bo ja tylko bronie się mówiąc, że naprawdę dużo potrafię z siebie dać, że to wszystko robię bo kocham, że nie robił bym tego jak by mi nie zależało i dlaczego tego nie widzi? Dlaczego ciężko zrozumieć, że potrafię zdenerwować się bo zależy mi na związku, a nie ulepszaniu świata i walczenia z czymś co nas nie dotyczy, chcę się skupiać na związku i go budować, bo to jest na pierwszym miejscu, a nie inni.
Mimo tego wszystkiego co się robi pojawiają się teksty typu "jak Ci się nie podoba ze mną być to nie musisz" i stanowcze odsuwanie się ode mnie.
Nie wiem co robić, zależy mi bo uważam to za mały problem, osoba, z którą się spotykam/spotykałem nie miała czułych związków, głownie wykorzystywana i okłamywana przez facetów, rozmawialiśmy kiedyś o tym bo dziwiłem się dlaczego pojawiają się jakieś dziwne rzeczy w jej zachowaniu, chciałem znać prawdę by pomóc nam i przez to mogłem się starać i być lepszym dla niej. Trochę dzięki temu udało mi się zmienić i mogła poczuć jak to jest mieć kogoś w każdej sytuacji.
Czy aż tak przebywanie z takimi partnerami zmienia kobietę? Myślałem, że będzie inaczej, a tak docenia bardzo w słowach, w okazyjnych akcjach by mi pokazać, że robi to dla mnie, dla nas, kiedy ja widzę, że robi bo ma wolną chwilę, okazję, albo coś się dzieje. Nie pamiętam kiedy poszła na kompromis z jakimś naprawdę ważnym tematem, próbowała wykorzystywać coś co jej się znudziło lub miała przez to problemy i od tego odeszła mówiąc, że zrezygnowała dla nas...
Jestem tak głupim człowiekiem, że potrzebuję kochać i dawać, wtedy się cieszę z tego. Uwielbiam dzieci, one mnie akceptują i zawsze powiedzmy lgną do mnie, też pokazałem jaki mam stosunek do tego.
Ja się męczę będąc sam, robiłem sobie przerwy między związkami by dochodzić do siebie, by nie traktować przedmiotowo żadnej kobiety tylko mieć siłę i traktować wyjątkowo. Bez drugiej połówki nie mam celu w życiu, nie mam niczego, nie mam siebie, nie żyje tak jak bym chciał żyć.
Tak na marginesie, uprawiam sport, staram nie myśleć, staram się nie przejmować, ale nie mogę bo dla mnie to bardzo ważne - rodzina u mnie jest na pierwszy miejscu, jestem rodzinny i o to zawsze będę walczył. Nie byłem żonaty, nie mam dzieci, a kiedyś bym chciał, bardzo...
Przepraszam za chaotyczny wpis, ale jestem świeżo po ciężkiej kłótni i już nie wyrabiam, mam naprawdę chore myśli związane ze sobą.