jesteśmy małżeństwem od 7 lat, znamy się od 11, mamy 5-letniego synka. Kiedy się poznaliśmy ja miałam 26 lat, a mój mąż 23. Byliśmy dwojgiem fajnych, młodych, dość atrakcyjnych ludzi. Żadne z nas nie kwalifikował o się wprawdzie na okładki kolorowych czasopism, ale też żadne nie miało problemów z powodzeniem u płci przeciwnej.
Kiedy urodziłam synka przez moment zastanawiałam się czy nie będę mieć problemów z powrotem do figury sprzed ciąży, ale Matka Natura okazała się dla mnie łaskawa, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dziś waże mniej więcej tyle, co te 11 lat temu. Owszem, zmarszczek przybyło, piersi już nie te, co przed karmieniem, ale w swojej kategorii wiekowej nadal jestem atrakcyjną jednostką (MILFem), a przynajmniej nie mniej atrakcyjną niż przed laty. Ale też nie bardziej...
Trochę inaczej sprawa ma się z moim mężem. Za namową lekarza (problemy z nadciśnieniem) postanowił się odchudzić. Na przestrzeni kilku lat schudł ok 25-30 kg, zmienił dietę, zaczął regularnie chodzić na siłownię, podjął treningi sztuki walki, zmienił też pracę na wymagającą bardziej dopracowanego wizerunku. I z puchatego misia stał się naprawde niezłym ciachem...
Tylko że ja sobie z tym nie radzę.
Byłam apetyczną blondynką (choć może trochę zbyt niską, ze zbyt obszernymi udami czy niedoskonałym zgryzem), która poślubiła postawnego kolesia z brzuszkiem i problematyczną cerą. Teraz nadal jestem apetyczną blondynką (może trochę zbyt niską, ze zbyt obszernymi udami czy niedoskonałym zgryzem) mającą za męża atrakcyjnego bruneta z rozłożystymi barkami, płaskim brzuchem i niezłym bicepsem... Cos mi tu zgrzyta, mam dyskomfort.
Rozmawiałam o tym z mężem, rozmawiałam o tym z psychoterapeutą, nikt nie dostrzega problemu. Mąż na pewno nie oczekuje ode mnie, że zacznę się odchudzać i zasuwać na siłowni, czy też podniosę swoją atrakcyjność w inny sposób.
Myslałam o tym, żeby zapisać się na siłownię (a nie zumbę i aerobik, jak do tej pory) i bardziej popracować nad swoją sylwetką. Ale ja niespecjalnie czuje potrzebę zrobienia tego dla siebie. Mąż mówi, że powinnam chodzić na siłownię, jeśli mam na to ochotę, i odpuścić, jeśli wcale tego nie chcę i robiłabym to tylko ze względu na niego. A ja czuję się relatywnie mało atrakcyjna, ale nie czuję woli zmiany siebie. Najchętniej widziałabym opcję przytycia męża i spadku jego poziomu atrakcyjności. Ta sytuacje mmnie uwiera i kładzie się cieniem na moje poczucie bezpieczeństwa w związku.
Jestem ciekawa czy ktoś z forumowiczów będzie miał jakieś sugestie odnośnie takiej sytuacji...?
