Mam na imię SAM
Zielen za oknem nie była jeszcze nigdy tak intensywna...w ten pochmurny dzień, zimny i mglisty stanowiła dziwny kontrast. Ulica zdawała sie milczec jakby chciała dochowac tajemnicy. Pustka przechadzała sie głowna aleja mijając białe, brązowe i drewniane domy, wysokie dęby i piekne tak równo przystrzyózne trawniki. W tym spokojnym dniu dało sie odczuc jednak smak trwogi. Ciszę przed burzą...
Serce biło spokojnie. Otworzył oczy. Leżał przez chwilę w swym ogromnym lózku w swej satynowej białej poscieli. Patrzył w strone lustra stojącego naprzecwiko łozka. Jakby chciał dostrzec że cos sie zmienilo...Nic.nic sie nie zmieniło...Ale nie wazne .Zmieni sie. Wkrotce sie zmieni. Wierzył w to. Był juz zmeczony, jednak z wyuczona cierpliwoscia czekał na ten dzień.
Spojrzał na swa lewa dłoń. Zacisnął pięsc i usiadł na skraju lozka.
Ten piekny poranek powitał go. Czuł w pokoju zapach switu. Pachniało deszczem i mokrą trawą. Podszedł do lustra o spojrzał na swa sylwetke. Oczy ? duże, dzikie i stesknione brązowe oczy. Nos, usta przetarł ręką po policzku. Był gładki.
Był to męzczyzna młody o silnej budowie ciała i ciemnej karnacji.
Był niezwyczajny. Było w nim cos czego niektorzy szukaja przez wiele lat. Dziwny urok. Jednak patrzac na jego twarz nie mozna było odgadnąć jaki to mężczyzna...Podszedł do stolika na ktorym stała nieduza miska, dzban pełen wody i dwa czarne starannie ułożone reczniki. Nałal do mizki wody. Ochłapał twarz i przetarł rekoma krotkie włosy. Czekał chwilę aż woda w misce stanie się gładką taflą. Kropelki wody spływały mu po twarzy i spadału do miski burząc ten idealny stan...Patrzył w swoja twarz jakby chciał przypięczetowac to co zobaczył w lustrze.
Ubrał sie w czarna koszulke i dzinsy i wyszedł przed dom. Rozejrzał sie dookoła. Jest! ? ten horyzont. Czarne nierowne drzewa tam wysoko...Ucieszył sie ze znow je widzi. Zaciągnął sie powietrzem zamknął oczy i usmiechnał sie nieznacznie. W ogrodku przed domem mial tylko jedna rosline. Była to ciemna karminowa róża. Starannie ja pielegnował. Podszedł do niej i opuszkiem palców dotknął kwiatu. Starł kropelki deszczu z płatków. Patrzył przez chwile w zamysleniu po czym wszedł do domu. Zjadł sniadanie w kompletnej ciszy. zostawił naczynia na stole i poszedł do garażu. Panował tam porzadek. Narzedzia wisiały na scianie a mniejsze starannie poukladane i posegregowane. Wszystko. Na srodku pod szarym starym kocem stał motocykl. Odrył go. Był to ciemny, piekny duży motor. Suzuki - Intruder. Zdjął z wieszaka kurtkę i założył ja. Wyprowadził maszyne na podjazd. Zakmnął garaż i wsiadł na motor. Ruszył szybko. Jechał w stronę wybrzeża jeziora Ontario. Mijał lasy i pola tak cudownie tanczące na wietrze. Jechał coraz szybciej z zacisnietymi wargami jakby chciał porzucic za soba wszystko co miał. Gdy dotarł na miejsce zatrzymał sie pomału na poboczu. Było to niemal zaczarowane miejsce. Mężczyzna stanął na brzegu. Kamienista wysepka była dla niego czyms wiecej niz ulubionym miejscem. Przykucnął na jednym z kamieni i chłonąl oczyma kazdy punkt tego wspanialego miejsca. Jezioro swa ciemna tafla straszyło jakby chcialo powiedziec nie podchodź...Szare niebo wisiało niebezpiecznie nisko a zimny wiatr wiał jakby gniewal sie ze ktos przyszedł podglądac jego swiat..Stał chwile upajajac sie tym widokiem. Ręce trzymał w kieszeni. Schylił sie i chwycił kamien lezący tuz pod jego stopą. Obejrzał go dokladnie po czym z wielka siła cisnał nim w siną mroczną lecz dzwinie kuszaca przestrzen. Przychodził tu trzy razy w tygodniu. To miejsce napelnialo go energią, czuł sie silny, niezwykle podniecony i chyba wolny.
Wracał do domu gdy zaczał padac deszcz. Czuł w tej podrózy potrzebną mu moc, wsłuchiwał sie w rzęch silnika, odgłosy pojazdow na mokrej jezdni, wdychał wilgotne powietrze i woń mokrych iglastych lasów..Wrocił do domu.
Wyciagnął wielki oprawiony w skure album. Trzy pierwsze strony były zapelnione zdjeciami. Na jednym ze zdjęć kobieta o jasnych wlosach usmiechala sie serdecznie pochylona nad chlopcem ok 10 letnim. Obok niej stał wyprostowany meżczyzna z wasami o sniadej cerze. Chłopiec na zdjeciu trzymał czerwony woz strazacki i wcale sie nie uzmiechał.Był naprawde slicznym dzieckiem o ciekawym madrym spojrzeniu. Wlączył muzykę. Delikatne nuty harfy przepełniły wnetrze salonu. Ukryl swa twarz w dłonie i zaczał płakać. Ciepłe łzy spływału po policzku jedna za drugą..Zal przepelniał jego serce.Czuł sie poniżony, zagubiony jakby swiat go - odrzucil.
Noc jak kazda inna. Te same gwiazdy ten sam ksiezyc. Ten sam zapach bzu i ten sam ciepły wiatr.
Ona niewysoka blondynka w białej sukience. Twarz anioła. Jej oczy były tak niezwykłe ?i tak nierzeczywiscie piekne nie mogł przestac sie w nie wpatrywac. Zapadał sie w nie jak w błekitna otchłan chłodna i głeboka. Przyjaźnili sie juz dziesiec lat. On czuł o wiele wiecej niz przyjaźn. Była dla niego odskocznia od wszystkiego. Była zapomnieniem. Była kims kto sprawial ze wierzył iz jest wyjatkowy. Ona znała go tak doskonale. Zrobilby wszystko zeby poczuła choc w ułamku to co on czuł do niej. Jednak milczał tak bardzo chciał byc blisko niej. Miała na imie Jo.
Pamieta festyn, ten feralny festyn. Kolorowe swiatła nad jeziorem Towszystko toneło jak echo odbijajac sie coraz ciszej gdy jej szukał. Jest..
Jo usmiechała sie...tak jak nigdy przy nim. Zalotnie...znacząco..była zjawiskowa. Obok niej stał wysoki mezczyzna z piwem w reku. Szeptał jej cos do ucha. Smiala sie odchylajac glowe do tyłu ukazując rzad białych rownych zębow. Mezczyzna dotykał jej włosów...jej nagiego ramienia..po chwili nachylił sie i ja pocałował...Fajerwerki swiszczały niebo jasniało..ciemniało...błyskało tecza kolorow a twarz Sama tonęła w tych barwach.Toneła niczym ciche oblicze ukryte za drzewami...niczym płonacy ptak.
Bolalo. Tak bardzo ze poszedł do przydroznego baru i wypił butelke wodki. Chwiejnym krokiem poszedł na tyły baru i walił piesciami o mur dopoki zabrakło mu sił. Jeden z klientow wyszedł porozmawiac przez telefon gdy zobaczył Sama złapał go za ramiona i odepchnal od muru.
- hej! ? wszystko gra?
Sam ledwo stojac na nogach spojrzał na faceta dziwnie przytomnym wzrokiem.
- jak najbardziej kolego ? odparł z przekonaniem.
Stali tak przez chwile w milczeniu. Nienzajomy nie wiedział czy zaproponowac mu podwiezienie do domu..Wygladał bez watpienia na kogos kto potrzebuje pomocy...w koncu zaryzykował
- Potrzebuje pan pomocy? ? moze zawiesc pana do szpitala? rzucił niepewnie.
Sam zatrzymał sie. Odwrócił sie i podszedł do mezczyzny. Stanął niebezpieznie blisko i spojrzał mu w oczy.
Nieznajomy wzdrygnął sie i mimowolnie zrobił krok do tyłu.
- Dzieki ? rzucił Sam. W jego oczach widac było błysk. Jakby sie usmiechnal.
-Nie nie potrzebuje pomocy mruknął po chwili...przepraszam...nie chciałem pana wystraszyc ..czasem po prostu jest taki dzien ze wydaje sie ze innego juz po prostu nie bedzie...albo na ieszczescie własnie bedzie..
- Jest Pan nieco zdezorientowany...
- Zdezorientowany...to dobre słowo ? usmiechnał sie pod nosem.
Nienzajomy facet zamyslił sie przez chwile i nie odzywajac sie juz poszedł w kierunku parkingu . przystanal przed swoim czerwonym fordem i zgasił papierosa. Bywaj ? krzyknał do Sama. Wiesz czasem lepiej zebysmy nie czekali na nastepny dzien bo nigdy nie wiesz co przyniesie licho..
Tak... ? Sam z ledwoscia kojarzył słowa tego faceta...z ledwoscia czułze stoi na nogach ale z cała pewnoscia nie czekał na jutro...