W zasadzie doszłam do wniosku, że naprawdę NIC nie stoi już na przeszkodzie, aby zacząć na nowo.
Z mężem spędziłam dużo czasu - to było kilkanaście wspólnych lat. To dużo czasu i syndrom "odstawienny" długo trwał, adekwatnie do stażu małzeńskiego. Nie idealizuję już swojego związku (był taki etap) - widzę go teraz takim, jakim był. Puściłam już tę iluzję, mój mózg przepracował w końcu ten etap (mam nadzieję, że na dobre i że już nie będzie mi płatać figli
).
U mnie w życiu teraz takie ... przedwiośnie. Zmiany się szykują - nie za tydzień, miesiąc czy pół roku. Troszkę później, ale będą. I to radykalne. To już wiem. I na wielu płaszczyznach.
Dobrze, że skończyła się już zima, krótkie dni, brak światła i słońca. Od razu czuję się lepiej. Nastrój miałam ostatnio fatalny przez moje ciągnące się sprawy w sądzie. Skończą się, przetnie się wtedy ostatnia nić łącząca mnie jeszcze z jm. To zapewne jeszcze potrwa, biorąc pod uwagę opieszałość polskiego sądownictwa, strategię jm, aby mnie pognębić finansowo i oczywiście się wybielić.
Emocje u mnie ostatnio były bardzo silne, niestety te negatywne. Ale już jest lepiej. 
Wstawię Wam tu ku refleksji taki ładny cytat, który przykuł moją uwagę:

Love, love, love ...
Love is all you need.