Nie żyję byle jak! - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » NASZA SPOŁECZNOŚĆ » Nie żyję byle jak!

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 15 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 261 do 325 z 972 ]

261

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.

W sumie to też bym tak chciała, bo przynajmniej od razu "wyrzuca się" te negatywne emocje i w jakiś sposób się oczyszcza. U mnie to niestety tak nie działa. Moja pierwsza reakcja to zobojętnienie, a dopiero za jakiś czas wszystko do mnie dociera i następuje kumulacja. A to nie jest nic zdrowego, bo jak już mnie "uderzy", to mam ochotę najchętniej nie wychodzić z domu, zaszyć się gdzieś i zniknąć. I obiektywnie wiem, że przecież nie powinnam się tak czuć, bo te sytuacje nie dotyczą mnie osobiście, więc nie mam prawa się nad sobą użalać. A jednak trudno cokolwiek na to poradzić. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko, założyć już własną rodzinę i "zamknąć" się w jej obrębie, tak jak robi większość ludzi. Chyba mam też trochę poczucie winy, że mam takie fajnie życie i że nie powinno tak być, bo właściwie nie zrobiłam niczego, by na to zasłużyć (oczywiście chodzi mi o ogólny sens, a nie jakieś głupie osiągnięcia).

Zobacz podobne tematy :

262

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:
kammiś napisał/a:

Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.

W sumie to też bym tak chciała, bo przynajmniej od razu "wyrzuca się" te negatywne emocje i w jakiś sposób się oczyszcza. U mnie to niestety tak nie działa. Moja pierwsza reakcja to zobojętnienie, a dopiero za jakiś czas wszystko do mnie dociera i następuje kumulacja. A to nie jest nic zdrowego, bo jak już mnie "uderzy", to mam ochotę najchętniej nie wychodzić z domu, zaszyć się gdzieś i zniknąć. I obiektywnie wiem, że przecież nie powinnam się tak czuć, bo te sytuacje nie dotyczą mnie osobiście, więc nie mam prawa się nad sobą użalać. A jednak trudno cokolwiek na to poradzić. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko, założyć już własną rodzinę i "zamknąć" się w jej obrębie, tak jak robi większość ludzi. Chyba mam też trochę poczucie winy, że mam takie fajnie życie i że nie powinno tak być, bo właściwie nie zrobiłam niczego, by na to zasłużyć (oczywiście chodzi mi o ogólny sens, a nie jakieś głupie osiągnięcia).

A o kim można powiedzieć, że zasłużył?
Ja też nie zasłużyłam, a lubię swoje życie smile Chociaż jesień idzie, będę marudzić big_smile

Ja mam odwrotnie - muszę coś zrobić. Nie wyobrażam sobie się właśnie "zamknąć" w obrębie kilku osób.

263 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-08 22:59:06)

Odp: Nie żyję byle jak!

Wiem, to nie jest racjonalne uczucie. Też bardzo lubię swoje życie i każdego dnia czuję wdzięczność, że mam właściwie wszystko. Tylko kiedy odwiedzam np. hospicjum, to miewam poczucie niesprawiedliwości i głupio mi tak po prostu zamknąć drzwi, wrócić do swoich spraw, śmiać się i korzystać z życia. Co oczywiście nie oznacza, że tego nie robię. No ale nie jest prosto tak się przełączać i zmieniać tryb. Ostatni miesiąc zabiegałam o to, żeby pewne chore dziecko mogło spełnić swoje marzenia i spotkać się z ulubioną aktorką. Aktorka okazała się wyjątkowo niesympatyczna i zadzierająca nosa, tłumaczyła się brakiem czasu itp. Nie dawałam za wygraną i w końcu się zgodziła. Spotkanie było już umówione, tylko niestety dziecko go nie doczekało. Także mówię właśnie o tego typu sytuacjach, że zdarza mi się wtedy myśleć, by zająć się takimi typowo przyziemnymi sprawami i martwić głównie o wywiadówki, obiady, no i o moją pracę. Nie chodziło mi o zamknięcie się na ludzi tak ogólnie. Poza tym to tylko głupie myśli wywołane przez poczucie bezsilności, a od myślenia do realizacji jest daleka droga.

264 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2015-09-08 23:11:31)

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:
kammiś napisał/a:

Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.

W sumie to też bym tak chciała, bo przynajmniej od razu "wyrzuca się" te negatywne emocje i w jakiś sposób się oczyszcza. U mnie to niestety tak nie działa. Moja pierwsza reakcja to zobojętnienie, a dopiero za jakiś czas wszystko do mnie dociera i następuje kumulacja. A to nie jest nic zdrowego, bo jak już mnie "uderzy", to mam ochotę najchętniej nie wychodzić z domu, zaszyć się gdzieś i zniknąć. I obiektywnie wiem, że przecież nie powinnam się tak czuć, bo te sytuacje nie dotyczą mnie osobiście, więc nie mam prawa się nad sobą użalać. A jednak trudno cokolwiek na to poradzić. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko, założyć już własną rodzinę i "zamknąć" się w jej obrębie, tak jak robi większość ludzi. Chyba mam też trochę poczucie winy, że mam takie fajnie życie i że nie powinno tak być, bo właściwie nie zrobiłam niczego, by na to zasłużyć (oczywiście chodzi mi o ogólny sens, a nie jakieś głupie osiągnięcia).

Ja w takich miejscach w sumie od razu jestem smutna. Na razie nie dałabym rady do nich chodzić. No mam dużo w sobie wrażliwości, czasem aż za dużo, więc mnie to mocno dotyka. Jasne, trochę nad tym i tak popracowałam, staram się do pewnych spraw trzymać dystans, ale nadal mocno mnie to rusza, ciągle bym chyba o tym myślała, gdybym tam chodziła, chociaż może kiedyś bym nabrała dystansu, po dłuższym czasie, nie wiem. No, ale jakbym już miała chodzić to po dłuższym czasie po śmierci mamy, bo i tak smutku już mam bardzo dużo, byłoby jeszcze gorzej, jakbym go sobie dołożyła teraz.

Cslady, to jest normalne, nikt empatyczny nie wyjdzie z tego miejsca i nie będzie od razu wracał do swoich spraw. Każdemu praktycznie włączy się zaduma i choć chwilowy smutek. To jest normalna reakcja i to, że Cię to rusza, to dobrze o Tobie świadczy. Można mieć swoje życie, ale jak nie zwracamy uwagi na innych i jest znieczulica, to jest dużo gorzej. No i nie ma na świecie sprawiedliwości, ale dla mnie wystarczające jest to, że czujesz wdzięczność za to co masz, to jest dobre, do tego pokora, bo nigdy nie wiadomo czy u Ciebie ktoś bliski też nie zachoruje, więc nie jest powiedziane, że ktoś będzie miał zawsze świetne życie. Dlatego nie czuj wręcz niesprawiedliwości, bo ok, masz dobre życie, ale nigdy nie wiadomo czy u Ciebie nie będzie choroby - czego nie życzę. No, ale chodzi o to, że to są rzeczy na które nie zawsze mamy wpływ. Ludzie mogli mieć fajne życie, podobnie jak Ty, a potem zachorować. Dlatego oczywiście warto cenić życie i mieć taką pokorę, że nie wiadomo co mnie spotka, bo choroby są nieprzewidywalne, dlatego no to pozwala jeszcze bardziej z życia korzystać. A tym, którzy cierpią, współczujesz, masz uczucia i to jest normalne, bo oczywistym jest, że to jest niesprawiedliwe, bo czasem i ktoś dba o siebie i zachoruje, tak też czasem jest. Szkoda, że jest tak niesprawiedliwie, ale teraz to ja mam nadzieję, że na raka wynajdą lepsze leki. Bardzo smutno, że moja mama nie mogła mieć lepszych leków, tylko właśnie tutaj chemioterapia, która nie zawsze jest skuteczna, ale kiedyś oby w końcu też znaleźli coś lepszego.

265

Odp: Nie żyję byle jak!

No tak, najbardziej się boję, że ktoś z moich bliskich zachoruje. Jeśli ja zachoruję i umrę, to na pewno nie będę z tego powodu szczęśliwa, ale też nie będę miała poczucia niesprawiedliwości, bo przeżyłam prawie wszystko to, co chciałam przeżyć. Skończyłam studia, mam świetną pracę, kupiłam dom, spełniłam wiele swoich marzeń, mam fajne zwierzaki, no i przede wszystkim znalazłam swoją bratnią duszę. Fakt, chciałabym jeszcze mieć dzieci, ale gdybym nie mogła, to trudno. Dlatego uważam, że tutaj nie ma co porównywać się w tych kategoriach z chorymi dziećmi, bo one nigdy nie przeżyją tego, co mnie już i tak udało się przeżyć.

266

Odp: Nie żyję byle jak!

Ja zawsze rycze w schronisku.
Ze zwierzetami jest latwiej o tyle, ze mozesz okazac emocje np. przez lzy. W hospicjum musisz nad soba zapanowac. Nie masz wyjscia.

Ale nie wiem czemu - moze niektorych to oburzy ale tak po prostu jest - nie potrafie czuc zadnych emocji jak np. w wiadomosciach mowia o smierci kilkuset osob (np. wypadek lotniczy). Nie wiem, bardziej przemawia jedna osoba i jej historia niz takie suche fakty.
Poza tym, dla mnie smierc na miejscu w wypadku nie jest wcale taka najstraszniejsza. No i wiecej emocji jest jak ktos robi drugiemu krzywde. Bo jak wypadek to jakos tak to czlowiek inaczej odbiera, przynajmniej ja tak mam. Kazdy z nas moze w kazdej chwili zginac w wypadku nawet we wlasnym domu.

267 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-08 23:54:30)

Odp: Nie żyję byle jak!

Ja też nie odczuwam większych emocji, gdy słyszę o wypadkach. Wszystko przez to, że media nas do tego przyzwyczaiły. Codziennie jest jakaś nowa tragedia, więc ile można o tym słuchać. Poza tym jeśli tylko się słyszy, to przynajmniej mnie nie wydaje się to jakieś namacalne i prawdziwe, dlatego nie odczuwam emocji. Chociaż oczywiście są zdarzenia, o których tylko słyszę, a które w jakiś sposób mnie ruszają, np. ta dziewczynka zabita siekierą. Nie ma tutaj reguły.

268

Odp: Nie żyję byle jak!

Ale ogolnie sam wypadek... jakos mnie nie rusza. Pod moim blokiem byl wypadek (nie wiem jakim cudem bo to spokojna okolica i maly ruch) i jakos no...nie wiem, nie czulam emocji. Zwlaszcza ze nikt nie zginal, no ale karetka byla.
Emocje - wkurzenie - odczuwam za to jak piesi nie uwazaja. A nie uwazaja. Ja akurat boje sie jezdzic wiec jezdze bardzo powoli i uwaznie i skupiam sie cala soba na jezdzie. Raczej nie rozmawiam, nic nie robie. A piesi wylaza pod kola. Sama jestem tez czasem piesza i staram sie uwazac, bo wiem jak moze byc ciezko z drugiej strony. Tak jak wtedy ten pijak, co mi wlazl prosto pod kola, ma szczescie ze jechalam wolno bo zwalnialam przed swiatlami. Ale nie, on nie mogl isc na przejscie. Do dzis mam traume.
I po tym wydarzeniu uwazam ze wiele wypadkow niektorzy (czy to kierowcy czy piesi) maja na wlasne zyczenie.

269 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2015-09-09 02:33:32)

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Ja też nie odczuwam większych emocji, gdy słyszę o wypadkach. Wszystko przez to, że media nas do tego przyzwyczaiły. Codziennie jest jakaś nowa tragedia, więc ile można o tym słuchać. Poza tym jeśli tylko się słyszy, to przynajmniej mnie nie wydaje się to jakieś namacalne i prawdziwe, dlatego nie odczuwam emocji. Chociaż oczywiście są zdarzenia, o których tylko słyszę, a które w jakiś sposób mnie ruszają, np. ta dziewczynka zabita siekierą. Nie ma tutaj reguły.

Zgadzam się. No i wtedy są suche fakty, że tyle a tyle osób zginęło, więc inaczej się na to patrzy. Jest to smutne, ale jest to takie podawane szybko, jako zwykła informacja i tak mózg to chyba odbiera, stąd taka reakcja.

Cslady, to prawda, zawsze najbardziej obawiamy się choroby bliskich. Tak ja jak mama zachorowała na raka 5 lat temu, potem leczenie, rok czy 2 lata remisji (czasem mi się miesza), no a tak to leczenie. Cały te lata stres, ale i tak wiedziałam, że wolę to i żyjącą mamę (oczywiście też dlatego, że mama chciała żyć i walczyć, więc to nie był taki mój egoizm, ale mama też bardzo chciała, cały czas walczyła, a ja też chciałam,wiadomo). No, ale cierpienie przy tak długim leczeniu jest. No, a teraz gdy jej nie ma, to jeszcze większe. Nie da się tego do niczego porównać. Cieszę się oczywiście, że mam tyle pięknych wspomnień z mamą, a smutno mi, że nie ma jej obok, tęsknię, no i cóż, choćby nieświadomie czuję emocje takie jak złość, że czasem źli ludzie żyją długo, a moja mama taka dobra tylko 47 lat.

No te emocje są normalne, zwłaszcza po tak krótkim czasie, ale to i tak boli, bo nie ma sprawiedliwości. No i żeby tak dobre osoby tak cierpiały, bo leczenie jest właśnie takie, że osłabia itp. Cały czas szkoda mi było mojej mamy i tak bardzo chciałam jej wyleczenia czy dłuższej remisji, no ale los był jednak bezlitosny. Wiesz, czasem mimo wszystko jest takie poczucie, że inni chorują, a że np u Ciebie nie, bo jak kiedyś u mnie w rodzinie nie było tak chorób, to wydawało mi się, że to jest gdzieś dalej. No, ale jednak wiadomo każdego może to spotkać, pokora dlatego jest. Dlatego człowiek dobrze jak cieszy się każdą chwilą no i sam i z bliskimi, bo oni są bardzo ważni, a potem właśnie ma człowiek wyrzuty sumienia, że np nie odwiedzał w szpitalu jak ja, bo ten ból tak przytłoczył. No dlatego dla innych to może być lekcja, by wykorzystywać każdą chwilę, a ja wiem chociaż, że teraz postąpiłabym inaczej, jeździłabym do szpitala, dzięki temu tego czasu spędzonego z mamą miałabym więcej i wiedziałabym, że byłam obok.

No, ale byłam w dzień, gdy odchodziła, to było trudne, no i późno, że dopiero wtedy byłam, a wcześniej nie jak była w szpitalu, bo właśnie tak mnie to wszystko bolało, ale jest jednak to choć mała ulga, że wtedy z nią byłam ostatniego dnia, trzymałam za rękę, wtedy trochę jednak pokazałam, że mogę się zmienić. No i tak, mama na pewno rozumiała to. Tak mi teraz choćby tata mówi i na pewno tak jest. A przez telefon tak z mamą nie gadałam też, bo ona nie miała siły dzwonić, ja nie miałam za bardzo jak doładować konta, także no nie porozmawiałam z mamą zbyt wiele, no jedynie z tydzień przed, bo wtedy byłam raz w szpitalu, potem już nie byłam oprócz dnia odchodzenia, bo nie dawałam rady psychicznie. Trochę pomaga też to, że przecież na pewno są też inne osoby, które też miały taką reakcję psychiki, że nie odwiedzały bliskich osób w szpitalu, bo było to dla nich tak ciężkie psychicznie. No jedni odwiedzają, inni nie odwiedzają, bo nie chcą, a inni nie odwiedzają, bo naprawdę im ciężko, ale kochają. Różnie jest.

Dlatego wiadomo, że nikt raczej nie oceni mnie źle, ale zrozumie, że to była reakcja obronna psychiki, że jest to zrozumiałe w tej sytuacji, że tak mogłam postąpić. No, a teraz bym naprawdę to zmieniła, bo z czasem po prostu widzi się to, że była to reakcja obronna, że teraz by się lepiej z tym poradziło, taka prawda. No, ale czasu się cofnie, mama i tak wiedziała, że ją kocham, rozumiała to na pewno, znała mnie, więc wiedziała, że to dlatego, że to dla mnie obciążające psychicznie, a ja znam mamę, nie miała do mnie na pewno żalu, po prostu rozumiała. No także tych rozmów nie było wiele, było mało, ale teraz najlepsze co mogę zrobić, to dbać o pamięć o mamie, co robię, jak będę za to w stanie żyć tak, by była dumna, by cieszyła się, że jakoś tam żyję i że dbam o rodzinę, przyjaciół.

Dobranoc.

270

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Ja akurat boje sie jezdzic wiec jezdze bardzo powoli i uwaznie i skupiam sie cala soba na jezdzie.

To nad czym tak się skupiasz prowadząc samochód z automatem? Robisz z siebie kłębek nerwów?

kammiś napisał/a:

Tak jak wtedy ten pijak, co mi wlazl prosto pod kola, ma szczescie ze jechalam wolno bo zwalnialam przed swiatlami.

Skoro zwalniałaś z "jeżdżę bardzo powoli", to już chyba prawie stałaś w miejscu?

Proponuję parę lekcji odstresowania się za kierownicą. Na początek może zacznij jeść w samochodzie śniadanie. Na przykład pogryzaj marchewkę, której opakowanie odkładaj z każdą lekcją coraz dalej od swojego miejsca kierowcy. Potem możesz np. zmieniać płyty w trakcie jazdy. Przestań robić makijaż w domu albo zostawiaj sobie np. zrobienie oka na chwilę przed lusterkiem w samochodzie smile Następnie przejdź do gadania przez telefon w czasie jazdy, tylko wyrzuć te zestawy głośnomówiące. Zacznij od prostego, krótkiego telefonu, a potem zwiększaj poziom trudności przez telefony w ważniejszych sprawach. Ukoronowaniem mogą być rozmowy o zapięciu kontraktu, który da ci chleb na 5 lat albo kłótnia z chłopakiem, dlaczego jest jak jest lol
Pojedź do rodziców nie autobusem, co jest w zasadzie chore, tylko samochodem. Dociśnij trochę gazu, przekrocz dozwoloną prędkość choć o 10 km/h, odkręć szybę, daj muzę na full i poczuj wiatr we włosach...
Ostatnio słyszałem anegdotkę o znajomym co już dobiega 90-tki. Pożyczył od syna kabriolet i pojechał w trasę. Złapał go patrol z radarem. Znajomy stoi przy samochodzie i słyszy jak policjanci przy radiowozie analizując jego dokumenty mówią do siebie tak: patrz jaki stary, a jak zapierd......a lol

271

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
kammiś napisał/a:

Ja akurat boje sie jezdzic wiec jezdze bardzo powoli i uwaznie i skupiam sie cala soba na jezdzie.

To nad czym tak się skupiasz prowadząc samochód z automatem? Robisz z siebie kłębek nerwów?

kammiś napisał/a:

Tak jak wtedy ten pijak, co mi wlazl prosto pod kola, ma szczescie ze jechalam wolno bo zwalnialam przed swiatlami.

Skoro zwalniałaś z "jeżdżę bardzo powoli", to już chyba prawie stałaś w miejscu?

Proponuję parę lekcji odstresowania się za kierownicą. Na początek może zacznij jeść w samochodzie śniadanie. Na przykład pogryzaj marchewkę, której opakowanie odkładaj z każdą lekcją coraz dalej od swojego miejsca kierowcy. Potem możesz np. zmieniać płyty w trakcie jazdy. Przestań robić makijaż w domu albo zostawiaj sobie np. zrobienie oka na chwilę przed lusterkiem w samochodzie smile Następnie przejdź do gadania przez telefon w czasie jazdy, tylko wyrzuć te zestawy głośnomówiące. Zacznij od prostego, krótkiego telefonu, a potem zwiększaj poziom trudności przez telefony w ważniejszych sprawach. Ukoronowaniem mogą być rozmowy o zapięciu kontraktu, który da ci chleb na 5 lat albo kłótnia z chłopakiem, dlaczego jest jak jest lol
Pojedź do rodziców nie autobusem, co jest w zasadzie chore, tylko samochodem. Dociśnij trochę gazu, przekrocz dozwoloną prędkość choć o 10 km/h, odkręć szybę, daj muzę na full i poczuj wiatr we włosach...
Ostatnio słyszałem anegdotkę o znajomym co już dobiega 90-tki. Pożyczył od syna kabriolet i pojechał w trasę. Złapał go patrol z radarem. Znajomy stoi przy samochodzie i słyszy jak policjanci przy radiowozie analizując jego dokumenty mówią do siebie tak: patrz jaki stary, a jak zapierd......a lol

Oj nie nie nie! tongue
Chcesz zebym kogos zabila?
Jestem od zawsze slaba manualnie. Wole uwazac. Dla mnie najgorsze jest ze musze jednoczesnie krecic kierownica, naciskac nogami i uwazac co sie na drodze dzieje
big_smile

272

Odp: Nie żyję byle jak!

co do zycia "byle jak" wink
Dzis juz bylam szczepic sie przeciw grypie, jako pierwsza z pacjentow tego gabinetu big_smile
Nawet szybciej niz lekarz, ktory zawsze sie szczepi pierwszy big_smile
Mam swira na punkcie szczepien, jakos bezpieczniej sie wtedy czuje. Raz w zyciu to oczywiscie te dla dzieci, ja mialam tez wzw i hpv ostatnio. No i te okresowe - tezec raz na 10 lat i grypa co roku.
Zastanawiam sie tez czy w przyszlym roku nie zaszczepic sie przeciw odkleszowemu zapaleniu mozgu.
Nie wyobrazam sobie tak zostawiac wszystko wlasnemu losowi. Wiadomo ze nie wszystkiemu moge zapobiec, ale jesli moge np. zaszczepic sie przeciw tezcowi, to czemu nie?

273

Odp: Nie żyję byle jak!

Jedyną znaną mi metodą na opanowanie tego problemu jest jeździć, jeździć, jeździć... smile Poza tym bezwstydnie ułatwiasz sobie nie korzystając z manualnej skrzyni smile A wyobraź sobie przejazd taką Warszawą w normalnych godzinach mając manualna skrzynię, załatwiając sprawy na dwóch telefonach i jeszcze paląc papierochy lol Dlatego proponuję prostsze ćwiczenia... Uważanie na drodze nie powinno być aktem świadomej uwagi ale wyuczonych nawyków, a te nabywa się praktyką. Ciągle napięta uwaga wcale nie jest dobra, bo generuje nerwowość i stres. Chociaż mój instruktor z przed eee... 24 lat wprowadzał na jazdach terror i ekstremalny stres. Byli tacy co nie wytrzymywali tego i porzucali jazdy trzaskając drzwiami. A on mi kiedyś wytłumaczył, że wy macie robić w portki na myśl o jeździe ze mną, bo wtedy jazda z egzaminatorem, to będzie dla was miły epizod. No i coś w tym było. Na co dzień trzeba po prostu jeździć jak najwięcej, bo tylko jazda uczy automatyzmu zachowań. Przecież ja teraz w ogóle nie myślę o tym jak prowadzić samochód, kiedy bieg zredukować, a kiedy wyższy. Kiedy włączyć kierunek, kiedy spojrzeć w lusterko. To wszystko odbywa się już na poziomie zachowań automatycznych. Dlatego nie rozumiem niechęci do jazdy w trasy, bo to najprzyjemniejsza forma jazdy samochodem. Oczywiście jak będziesz jechać 60 km/h, to cię będą piiiiiip wszyscy po drodze lol Musisz pamiętać, że za zbyt wolną jazdę też można dostać mandat.
Ja to lubię czasem żonę podenerwować kiedy ona prowadzi. Jeździ już parę lat i myśli, że jest super kierowcą ale jak się zdenerwuje, to zaczyna robić szkolne błędy smile A trzeba umieć bezpiecznie prowadzić mimo nerwów. Tego się nie nabędzie bez praktyki smile Chociaż ja w stresie też jeżdżę inaczej. Brutalniej ale na co dzień nie preferuję. Szkoda mi benzyny. Co prawda teraz jeżdżę pożyczonym (mój w naprawie) małym, śmiesznym autkiem z niezłym silnikiem i zabawę mam przednią na światłach.

274

Odp: Nie żyję byle jak!

Też sądzę, że trzeba po prostu praktyki. Na początku sama jeździłam wolno, niepewnie i musiałam się skupiać na tym, by mieć oczy dookoła głowy. A potem jakoś samo przeszło. W normalnym odruchu unikałam wtedy jazdy samochodem i np. w godzinach szczytu wolałam jeździć autobusem. Tylko tata wtedy mnie "zmusił", żebym do szkoły dojeżdżała samochodem i jeszcze woziła go w różne miejsca, gdzie dojazd uważałam za trudny. Był miesiąc codziennego stresu, a potem już poczułam się pewnie, nawet nie zauważyłam kiedy. Dopiero ostatni wypadek odbił się na moim stylu jazdy, bo zauważyłam, że bardziej się skupiam i wytężam uwagę, a to nie służy mojej jeździe. Znowu przestało mnie cieszyć prowadzenie samochodu i co prawda nie stresuję się (przynajmniej nie świadomie), ale już widzę u siebie taki delikatny odruch unikania jazdy w niektóre miejsca albo w określonych porach. Dlatego partner wykupił mi lekcje jazdy w ekstremalnych warunkach. Niedługo zaczynam i sądzę, że to faktycznie może mi pomóc, by znowu poczuć się pewnie za kierownicą.

275

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:

Chociaż mój instruktor z przed eee... 24 lat wprowadzał na jazdach terror i ekstremalny stres. Byli tacy co nie wytrzymywali tego i porzucali jazdy trzaskając drzwiami. A on mi kiedyś wytłumaczył, że wy macie robić w portki na myśl o jeździe ze mną, bo wtedy jazda z egzaminatorem, to będzie dla was miły epizod.

Mój ojciec wychodził z takiego samego założenia, jak uznał, że przygotuje mnie do egzaminu na młodszego ratownika WOPR (wtedy jeszcze był ten podział z młodszym/wodnym/...) jeszcze przed kursem. Mimo że to był okres, w którym miałam treningi pływackie po 8 razy w tygodniu, to po "lekcjach" z tatusiem albo nie byłam w stanie wyjść o własnych siłach z basenu, albo mózg mi parował od wkutych książek. Na kursie instruktor (znajomy ojca) poinformował mnie uprzejmie, że to materiał do starszego ratownika włącznie. ;_;

A to już w sumie niezwiązane z tematem, ale mi się przypomniało... tongue Jak zdawaliśmy część teoretyczną, to byliśmy pomieszani z kandydatami na wodnego. Oni mieli inny zestaw pytań, m.in. narysować kąpielisko. Na kartce było tylko zaznaczone liniami - plaża, woda prawie do samej góry i kawałek nieba. No i chodziło o zaznaczenie stref, przypisanie odległości, oznaczeń/bojek, ilości ratowników w danym miejscu. Do tego zdaje się zaznaczenie flagi i takiej tablicy, w której trzeba było wpisać najgorsze możliwe warunki (temperatura, wiatr...) do otwarcia kąpieliska.
Taki rysunek występował w praktycznie każdej książce, nie dało się go nie zapamiętać. Zerkam do mojej "sąsiadki", a ona tam narysowała łódkę, naszkicowała plażowiczów, jakąś trzcinę... no ogólnie podeszła do tego polecenia artystycznie, a nie ratowniczo. Myślałam, że zlecę z krzesła ze śmiechu. big_smile

276

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Też sądzę, że trzeba po prostu praktyki. Na początku sama jeździłam wolno, niepewnie i musiałam się skupiać na tym, by mieć oczy dookoła głowy. A potem jakoś samo przeszło. W normalnym odruchu unikałam wtedy jazdy samochodem i np. w godzinach szczytu wolałam jeździć autobusem. Tylko tata wtedy mnie "zmusił", żebym do szkoły dojeżdżała samochodem i jeszcze woziła go w różne miejsca, gdzie dojazd uważałam za trudny. Był miesiąc codziennego stresu, a potem już poczułam się pewnie, nawet nie zauważyłam kiedy. Dopiero ostatni wypadek odbił się na moim stylu jazdy, bo zauważyłam, że bardziej się skupiam i wytężam uwagę, a to nie służy mojej jeździe. Znowu przestało mnie cieszyć prowadzenie samochodu i co prawda nie stresuję się (przynajmniej nie świadomie), ale już widzę u siebie taki delikatny odruch unikania jazdy w niektóre miejsca albo w określonych porach. Dlatego partner wykupił mi lekcje jazdy w ekstremalnych warunkach. Niedługo zaczynam i sądzę, że to faktycznie może mi pomóc, by znowu poczuć się pewnie za kierownicą.

Tylko ze ja nie mam... Zdolnosci do prowadzenia tongue
O tym mowi kazdy, moj instruktor mowil rowniez. Bylam jedna z najgorszych kursantek big_smile
Jezdze w sumie codziennie, do rodzicow czasem tez, do lekarza chodze nadal tam u nich i dzisiaj jechalam big_smile mialam co prawda w planach autobus, ale kurde zaspalam big_smile
Po miescie jezdze autem, chociaz slyszalam ze sa plany zeby walnac przystanek tramwajowy 3 minuty spacerkiem od mojego domu i dojezdzalby pod sama uczelnie. Hehe big_smile
Teraz nie ma szans zebys zima szla na przystanek, ale wtedy...
A jak mieszkalam z rodzicami na 1 roku studiow to mialam dobry patent (ojcu sie strasznie nie podobal big_smile ) - albo jezdzilam z ojcem (ale rzadko bo rzadko mi pasowalo godzinowo) albo bralam auto, jechalam 5 minut prosciutenka nieuczeszczana droga do pkp, wsiadalam w pociag i wsio big_smile rano tam byly straszne korki, 25 km a jechalo sie (z ojcem-dobrym kierowca!) zima nawet i poltorej godziny.

277

Odp: Nie żyję byle jak!
Eileen napisał/a:

Na kursie instruktor (znajomy ojca) poinformował mnie uprzejmie, że to materiał do starszego ratownika włącznie.

Oj wiesz, ja żeby wykonywać swój zawód musiałem zdać poważny państwowy egzamin. Zakres wiedzy prawnej jest pokrewny z kilkoma innymi zawodami, wręcz baza ustaw, rozporządzeń i podobnych aktów jest ta sama ale są w niej zakresy przypisane do poszczególnych zawodów i zdaje się właśnie z tego węższego zakresu. Mnie zaś się pomyliło i przerobiłem cały materiał. Ile się nakląłem jak się zorientowałem w swojej pomyłce...

278

Odp: Nie żyję byle jak!

Hahahahahha! big_smile
Ty się chociaż nakląłeś na siebie, a ja na ojca, który podczas tego klęcia (?) podśmiewał się pod nosem niesamowicie z siebie zadowolony. Do dzisiaj pamiętam te jego "to musisz umieć, to zawsze jest na egzaminie!" - i tak o każdym rozdziale. tongue

279

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
Eileen napisał/a:

Na kursie instruktor (znajomy ojca) poinformował mnie uprzejmie, że to materiał do starszego ratownika włącznie.

Oj wiesz, ja żeby wykonywać swój zawód musiałem zdać poważny państwowy egzamin. Zakres wiedzy prawnej jest pokrewny z kilkoma innymi zawodami, wręcz baza ustaw, rozporządzeń i podobnych aktów jest ta sama ale są w niej zakresy przypisane do poszczególnych zawodów i zdaje się właśnie z tego węższego zakresu. Mnie zaś się pomyliło i przerobiłem cały materiał. Ile się nakląłem jak się zorientowałem w swojej pomyłce...

Doceniam wysiłek, Snake. Zwłaszcza ten, pozornie zbędny. Nigdy nie wiadomo, co może się przydać. smile
Robiłeś to jednak w warunkach stresu uczelnianego, później innych form pobierania nauk, ale wciąż bez damoklesowego miecza nad karkiem. Przynajmniej, tak to zrozumiałem, choć mogę.się mylić, bo i tak mogło być, jak u mnie.
Choć przyswoiłem sobie komentarze do Kodeksu postępowania karnego w najważniejszych kategoriach przestępstw, decydować musiałem o zatrzymaniu osoby (które jest przecież pozbawieniem wolności) w każdym przypadku, który nosił według mnie znamiona przestępstwa, a tzw. "wolna stopa" (w tym przedsądowym znaczeniu) zagrażała zniszczeniem dowódów lub ukryciem przedmiotu przestępstwa.
W tzw. drobnych sprawach, policjant zostaje sam, więc odpowiedzialność za pozbawienie wolności staje się sierotą "ze wskazaniem".
Nie wspomnę o UKS, Kodeksie rodzinnym i nieletnich i innych ustawach zawierających przepisy karne dla przekroczeń prawa o znaczeniu występku.
Dostałem kilka razy po łapach od przełożonych, choć sąd oddalił zażalenia na zatrzymanie.
Bo też o samo zatrzymanie nie chodziło, ale o decyzję o przeszukaniu.
Czyli - miałem rację, ale winienem poczekać, aż pan prokurator wypije poranną kawę. Tyle, że wtedy byłoby po ptokach zapewne. A działałem w granicach określonych przepisami.art. 308 § 1 kpk przecież, czyli na "legitymację".
Ten przepis staje się powoli martwy, z przywołanych przeze mnie.względów.
Może to i dobrze, że statystyka policyjna przestała mieć główne znaczenie w ocenie poszczególnych jednostek policji.

Jednym słowem uczyłem się na błędach własnych i cudzych, ale w tzw. "boju" smile

280

Odp: Nie żyję byle jak!
Excop napisał/a:

Robiłeś to jednak w warunkach stresu uczelnianego, później innych form pobierania nauk, ale wciąż bez damoklesowego miecza nad karkiem.

Nie to było dużo później i właśnie bez żadnej presji. Egzamin był po to żebym mógł samodzielnie wykonywać swój zawód, zostać wpisanym na stosowną państwową listę itd. Głupio było już dłużej z nim zwlekać smile Najśmieszniejsze było to, że baza pytań do egzaminu jest znana, a przynajmniej wtedy była smile Można było wykuć je na pamięć ale ja naprawdę przerobiłem materiał źródłowy do tych pytań czyli większość tych aktów prawnych. Żartowałem z tą wściekłością. no trochę pokląłem ale w sumie byłem zadowolony, bo niektóre rzeczy były ciekawe, a niewielka jest szansa żebym miał powód do nich sięgać. Na szczęście w zawodzie nie chodzi o to żeby znać na blachę przepisy tylko ich ducha oraz wiedzieć, gdzie znaleźć resztę. Tyle, że siłą rzeczy lata praktyki i zna się już na pamięć dużo z tego. Niedawno trochę mnie rozbawili młodzi adepci mojego fachu, bo kiedy im coś tłumaczyłem, to reagowali urazą, że dlaczego ich tego nie uczyli na studiach... Mają rację i nie mają. Nie mają, bo studia są na to za krótkie i nieprawdziwe. Naprawdę uczyć będą się właśnie na sobie samych w czasie prawdziwej pracy. Mają rację, bo studia powinny ich lepiej przygotowywać na tą zmienność i otwartość wobec problemów. Niestety absolwenci wychodzą z postawą, że ktoś, coś zrobi. Ja im się śmieję w twarz i mówię, że jak będą na to czekać, to się na peeeeewnooooo doczekają... Na starcie muszą umieć zlecić wykonanie zadanie innym ludziom i kontrolować ich pracę choć nie mają praktycznie wiedzy o niej. I jest zdziwienie, bo się okazuje, że niedawno skończyli studia z jednego zawodu, a tu muszą w biegu nauczyć się podstaw pięciu innych zawodów. Nie nauczą się, to jest duża szansa, że ich ktoś będzie robił w balona. Na razie nie mówiłem im, że to dopiero początek nauki... lol

281

Odp: Nie żyję byle jak!

Eileen, a jak Ci się podoba na studiach? Z tego co pamiętam, to studiujesz informatykę? Wiążesz swoją przyszłą karierę z tym konkretnym kierunkiem?  Trochę zazdroszczę, bo tylu masz facetów do oglądania. Wiem, że istnieje stereotyp informatyka i często widzę ten stereotyp na co dzień, ale z samego założenia przy tak dużej ilości mężczyzn trafiają się też bardzo przystojni i zadbani. Na pierwszym roku miałam część zajęć w budynku, gdzie studiowali informatycy i fizycy. Napatrzyłam się aż miło. Zresztą teraz też na co dzień widuję wielu takich mężczyzn.

282

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
Eileen napisał/a:

Na kursie instruktor (znajomy ojca) poinformował mnie uprzejmie, że to materiał do starszego ratownika włącznie.

Oj wiesz, ja żeby wykonywać swój zawód musiałem zdać poważny państwowy egzamin. Zakres wiedzy prawnej jest pokrewny z kilkoma innymi zawodami, wręcz baza ustaw, rozporządzeń i podobnych aktów jest ta sama ale są w niej zakresy przypisane do poszczególnych zawodów i zdaje się właśnie z tego węższego zakresu. Mnie zaś się pomyliło i przerobiłem cały materiał. Ile się nakląłem jak się zorientowałem w swojej pomyłce...

Wiedzy prawniczej.
Wiedza, studia, komparatystyka, seminarium, konferencja są prawnicze.
Tak samo jak odróżniamy język prawniczy od języka prawnego.
Określenie "wiedza prawna" nie jest poprawne.

283 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-09-09 20:24:33)

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Eileen, a jak Ci się podoba na studiach? Z tego co pamiętam, to studiujesz informatykę? Wiążesz swoją przyszłą karierę z tym konkretnym kierunkiem?  Trochę zazdroszczę, bo tylu masz facetów do oglądania. Wiem, że istnieje stereotyp informatyka i często widzę ten stereotyp na co dzień, ale z samego założenia przy tak dużej ilości mężczyzn trafiają się też bardzo przystojni i zadbani. Na pierwszym roku miałam część zajęć w budynku, gdzie studiowali informatycy i fizycy. Napatrzyłam się aż miło. Zresztą teraz też na co dzień widuję wielu takich mężczyzn.

Hej:)
EJ ja nie wiem jak to jest. Ja jakoś mało kochliwa jestem. Nie oglądam się za facetami. Nigdy się nie zdarzyło od początku podstawówki do końca studiów żeby mi się któryś kolega z grupy podobał. Znaczy jako koledzy, fajne się gadało. Ale nigdy o żadnym nie pomyślałam, że jest ciacho lol
A ja się podobno podałam, ale że ja nie należę do otwartych dziewczyn to szybko zniechęcałam do siebie. Ja miałam i mam bardzo określony typ faceta. Jak dla mnie to albo wojskowy albo ostatecznie prawnik. I żaden informatyk, sporowiec, budowlaniec nie wchodzi w grę. Żadne flirty, kawki, kwiaty, walentynki nic, nic. Znaczy ja jeszcze tak, że im się facet bardziej stara, puszcza oczko, komplementy prawi,  to mnie denerwuje.
A mój skarb, od początku był obojętny nie nadskakiwał za to ja wykazywałam się za nas dwoje lol Obok mnie przeszło obok 1000 facetów, a ja właśnie na tego zapolowałam, ale na śmierć i życie. Ten i żaden inny. Ludzie to żartują ,,ale ty się na niego uwzięłaś'' lol Teraz widuje mnóstwo facetów, na basenie, na masaż przychodzą, na siłowni, na mieście, w urzędach. Ale jakoś z tych wszystkich których znam, z żadnym bym się na kawę nie umówiła.
Na tego mojego to mam wrażenie, że całe życie czekałam smile

284 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-09 20:37:00)

Odp: Nie żyję byle jak!

Kochliwa to też raczej nie jestem, bo nie zakochuję się w innych mężczyznach. Jednak doceniam męską urodę i lubię sobie popatrzeć. Na kawę też chętnie się umawiam, oczywiście na stopie czysto koleżeńskiej. Fakt, podobają mi się przystojni mężczyźni, ale zawsze mam na myśli wygląd+osobowość. Wiadomo, że gdy kogoś nie znam, to trudno mówić o osobowości. Chodzi mi bardziej o mowę ciała. Zauważyłam, że tak poważniej zwracam uwagę na innych mężczyzn właśnie od momentu, kiedy mam partnera. I to nie dlatego, że czuję się jakoś zniewolona, bo mnie monogamia bardzo odpowiada. Raczej przez to, że dopiero teraz rozbudziłam się seksualnie i zwracam uwagę na takie rzeczy. Nie mówiąc już o tym, że pochlebia mi zainteresowanie interesujących mężczyzn, tak samo jak zaloty pięknych kobiet.

285 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-09-09 20:52:48)

Odp: Nie żyję byle jak!

A ja jakoś nie lubię sobie popatrzeć na mężczyzn. Znaczy na przykład kiedyś przyszli piłkarze na basen jak byłam, no wiadomo wysportowani, zadbani. Ale jakoś w ogóle nie był to dla mnie interesujący widok, nawet o tym nie pomyślałam, że są seksowni. A byli w kąpielówkach. Przy zjeżdżani zrobiło się zbiegowisko kobiet. Zupełnie nie wiem o co ten szum. Faceci jak faceci.
Tak samo jak nigdy nie zauważam i nie zwracam uwagi na to, że jakiś facet się za mną obejrzał. Jak już o basenie mowa. Ja tam chodzę typowo w celach zdrowotno-kondycyjno-sportowych. Zakładam, ze przepłynę tyle i tyle metrów, takim i takim stylem. To jestem skupiona wyłącznie na tym. Robię to solidnie książkowo i nawet jakby obok mnie przypłynął Robert Lewandowski to bym go nie zauważyła. A jak już to wolałabym żeby to była Anna, bo chciałam ją zapytać o kilka czysto zawodowych spraw smile

286

Odp: Nie żyję byle jak!
Ludmiłaa napisał/a:

A ja jakoś nie lubię sobie popatrzeć na mężczyzn. Znaczy na przykład kiedyś przyszli piłkarze na basen jak byłam, no wiadomo wysportowani, zadbani. Ale jakoś w ogóle nie był to dla mnie interesujący widok, nawet o tym nie pomyślałam, że są seksowni. A byli w kąpielówkach. Przy zjeżdżani zrobiło się zbiegowisko kobiet. Zupełnie nie wiem o co ten szum. Faceci jak faceci.

W takich przypadkach mam tak jak Ty. Tzn. nie zwracam uwagi na mężczyznę, jeśli ma po prostu wysportowane ciało. Mężczyzn, którzy mi się podobają najczęściej spotykam w pracy. Są przystojni, dobrze ubrani, szarmanccy, mają fajne poczucie humoru, są bardzo pewni siebie itp. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy albo większość jest taka. To są pojedyncze jednostki, ale spotykam je regularnie. Czasami nawet nie muszą być przystojni, a i tak mi się podobają. Jednak jeszcze mi się nie zdarzyło, by spodobał mi się mężczyzna, których jest tylko przystojny.

287

Odp: Nie żyję byle jak!
Ludmiłaa napisał/a:
cslady napisał/a:

Eileen, a jak Ci się podoba na studiach? Z tego co pamiętam, to studiujesz informatykę? Wiążesz swoją przyszłą karierę z tym konkretnym kierunkiem?  Trochę zazdroszczę, bo tylu masz facetów do oglądania. Wiem, że istnieje stereotyp informatyka i często widzę ten stereotyp na co dzień, ale z samego założenia przy tak dużej ilości mężczyzn trafiają się też bardzo przystojni i zadbani. Na pierwszym roku miałam część zajęć w budynku, gdzie studiowali informatycy i fizycy. Napatrzyłam się aż miło. Zresztą teraz też na co dzień widuję wielu takich mężczyzn.

Hej:)
EJ ja nie wiem jak to jest. Ja jakoś mało kochliwa jestem. Nie oglądam się za facetami. Nigdy się nie zdarzyło od początku podstawówki do końca studiów żeby mi się któryś kolega z grupy podobał. Znaczy jako koledzy, fajne się gadało. Ale nigdy o żadnym nie pomyślałam, że jest ciacho lol
A ja się podobno podałam, ale że ja nie należę do otwartych dziewczyn to szybko zniechęcałam do siebie. Ja miałam i mam bardzo określony typ faceta. Jak dla mnie to albo wojskowy albo ostatecznie prawnik. I żaden informatyk, sporowiec, budowlaniec nie wchodzi w grę. Żadne flirty, kawki, kwiaty, walentynki nic, nic. Znaczy ja jeszcze tak, że im się facet bardziej stara, puszcza oczko, komplementy prawi,  to mnie denerwuje.
A mój skarb, od początku był obojętny nie nadskakiwał za to ja wykazywałam się za nas dwoje lol Obok mnie przeszło obok 1000 facetów, a ja właśnie na tego zapolowałam, ale na śmierć i życie. Ten i żaden inny. Ludzie to żartują ,,ale ty się na niego uwzięłaś'' lol Teraz widuje mnóstwo facetów, na basenie, na masaż przychodzą, na siłowni, na mieście, w urzędach. Ale jakoś z tych wszystkich których znam, z żadnym bym się na kawę nie umówiła.
Na tego mojego to mam wrażenie, że całe życie czekałam smile

Haha "ostatecznie prawnik" big_smile
Jak byłam w liceum to mówiłam - albo prawnik, albo lekarz, albo przedsiębiorca big_smile
Wyszło mi połączenie prawnika-przedsiębiorcy (bo kancelaria to też działalność gospodarcza).
Ale jak zaczęłam studia to nie myślałam o facetach wcale. Tylko studiach big_smile Jakoś samo wyszło big_smile
A wcześniej, za młodu, w liceum wzdychałam do syna mojego lekarza - też lekarza, on jest bardzo specyficzny i na ogół nie w moim typie. Na motorze jeździ, ma dziary i włosy takie półdługie, znaczy nie ścięte krótko. Ale facetowi tak to pasuje, jest tak przystojny i tak INTELIGENTNY, że wzdychałam big_smile Oczywiście z racji aż tak dużej różnicy wieku nie miało to szans powodzenia big_smile

288

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Wiedzy prawniczej.
Wiedza, studia, komparatystyka, seminarium, konferencja są prawnicze.
Tak samo jak odróżniamy język prawniczy od języka prawnego.
Określenie "wiedza prawna" nie jest poprawne.

Polemizowałbym smile Nie uczyłem się na prawnika więc nie mam wiedzy prawniczej i nie aspiruję*. Rozróżniając zaś to czym jest język prawny, a czym prawniczy, to charakter wiedzy jaką musiałem opanować lepiej oddaje określenie wiedza prawna. Wam prawnikom pozostawiam wiedzę prawniczą smile

* - no może czasem, kiedy kolejny raz uderzam jak w betonową ścianę w zjawisko jakim jest żałośnie nędzny poziom wiedzy o tej części prawa przez sądy powszechne. Kolekcjonuję nawet co wybitniejsze perełki orzecznictwa polskich sądów. Mam w wyniku tego jakieś takie nieodparte wrażenie, że sędziowie w Polsce najlepiej jakby się zajmowali jakimiś rozwodami, kradzieżą kury albo coś w ten deseń. To im może nawet jeszcze jako tako idzie. Mam taki przykład z bliskiego otoczenia, gdzie ktoś musi już 7 rok udowadniać przed takimi tuzami wiedzy he, he prawniczej, że nie jest garbaty. Sąd zawodowy rozstrzygnął sprawę na jednym posiedzeniu ale w odróżnieniu od sądu powszechnego miał wiedzę niezbędną aby ocenić meritum sprawy. Ten ktoś po tych 7 latach ocenia, że jeszcze 3 lata i będzie miał sprawę wygraną, a więc 10 lat zajmie mu przed polskim sądem udowodnienie, że białe jest białe, bo mniej więcej do tego sprawa się sprowadza. Sprawa byłaby nawet śmieszna, gdyby nie to, że właśnie z takiego gówna (to akurat piszę celowo) żyje ta warstwa pasożytnicza lol A w mediach gdzieś ostatnio donosili, że sukces, bo średni czas rozpatrywania spraw przed sądami spadł do dwóch lat czy jakoś tak. No w bardzo trudnych 3-4 lat. Bez jaj...

289

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:
Ludmiłaa napisał/a:

A ja jakoś nie lubię sobie popatrzeć na mężczyzn. Znaczy na przykład kiedyś przyszli piłkarze na basen jak byłam, no wiadomo wysportowani, zadbani. Ale jakoś w ogóle nie był to dla mnie interesujący widok, nawet o tym nie pomyślałam, że są seksowni. A byli w kąpielówkach. Przy zjeżdżani zrobiło się zbiegowisko kobiet. Zupełnie nie wiem o co ten szum. Faceci jak faceci.

W takich przypadkach mam tak jak Ty. Tzn. nie zwracam uwagi na mężczyznę, jeśli ma po prostu wysportowane ciało. Mężczyzn, którzy mi się podobają najczęściej spotykam w pracy. Są przystojni, dobrze ubrani, szarmanccy, mają fajne poczucie humoru, są bardzo pewni siebie itp. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy albo większość jest taka. To są pojedyncze jednostki, ale spotykam je regularnie. Czasami nawet nie muszą być przystojni, a i tak mi się podobają. Jednak jeszcze mi się nie zdarzyło, by spodobał mi się mężczyzna, których jest tylko przystojny.

No tak, raczej chodzi najbardziej o sposób bycia, to wtedy fascynuje bardziej.

290

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
kammiś napisał/a:

Wiedzy prawniczej.
Wiedza, studia, komparatystyka, seminarium, konferencja są prawnicze.
Tak samo jak odróżniamy język prawniczy od języka prawnego.
Określenie "wiedza prawna" nie jest poprawne.

Polemizowałbym smile Nie uczyłem się na prawnika więc nie mam wiedzy prawniczej i nie aspiruję*. Rozróżniając zaś to czym jest język prawny, a czym prawniczy, to charakter wiedzy jaką musiałem opanować lepiej oddaje określenie wiedza prawna. Wam prawnikom pozostawiam wiedzę prawniczą smile

* - no może czasem, kiedy kolejny raz uderzam jak w betonową ścianę w zjawisko jakim jest żałośnie nędzny poziom wiedzy o tej części prawa przez sądy powszechne. Kolekcjonuję nawet co wybitniejsze perełki orzecznictwa polskich sądów. Mam w wyniku tego jakieś takie nieodparte wrażenie, że sędziowie w Polsce najlepiej jakby się zajmowali jakimiś rozwodami, kradzieżą kury albo coś w ten deseń. To im może nawet jeszcze jako tako idzie. Mam taki przykład z bliskiego otoczenia, gdzie ktoś musi już 7 rok udowadniać przed takimi tuzami wiedzy he, he prawniczej, że nie jest garbaty. Sąd zawodowy rozstrzygnął sprawę na jednym posiedzeniu ale w odróżnieniu od sądu powszechnego miał wiedzę niezbędną aby ocenić meritum sprawy. Ten ktoś po tych 7 latach ocenia, że jeszcze 3 lata i będzie miał sprawę wygraną, a więc 10 lat zajmie mu przed polskim sądem udowodnienie, że białe jest białe, bo mniej więcej do tego sprawa się sprowadza. Sprawa byłaby nawet śmieszna, gdyby nie to, że właśnie z takiego gówna (to akurat piszę celowo) żyje ta warstwa pasożytnicza lol A w mediach gdzieś ostatnio donosili, że sukces, bo średni czas rozpatrywania spraw przed sądami spadł do dwóch lat czy jakoś tak. No w bardzo trudnych 3-4 lat. Bez jaj...

Nie, wiedza nie jest "prawna" i nie jest to kwestia uznaniowa dla Ciebie.
Wytłumaczę na przykładzie języka prawnego i prawniczego.
Język prawny to TYLKO język aktów prawnych.
Język prawniczy to KAŻDY język, którym posługuje się ktoś, kto mówi o prawie. Sędzia również nie posługuje się językiem prawnym.
Ale Ty jak zwykle wiesz lepiej, więc szkoda mojego gadania.

Coś takiego jak "sąd zawodowy" nie istnieje. Są jakieś tam wewnętrzne organy zajmujące się orzekaniem, "sądy" koleżeńskie, ale za sąd tego uznać nie można. Polecam Konstytucję + 5 ustaw.

Rozwodami ktoś się zajmować musi. I to bardzo chętnie, bo z tego kasa jest.
Chociaż lepsze spółki.
Mało wiesz, skoro drwisz z cywila. Dziwnym trafem wszyscy chcą się nim zajmować.

Przewlekłość postępowania jest kwestią problematyczną. Czytałeś o tym COKOLWIEK? Mówię o literaturze specjalistycznej. Sporo przedstawicieli doktryny się tym zajmowało.

291

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Ale Ty jak zwykle wiesz lepiej, więc szkoda mojego gadania.

Nie, ty wiesz lepiej, ja tylko piszę co lepiej oddaje pewną rzeczywistość smile

kammiś napisał/a:

Coś takiego jak "sąd zawodowy" nie istnieje. Są jakieś tam wewnętrzne organy zajmujące się orzekaniem, "sądy" koleżeńskie, ale za sąd tego uznać nie można. Polecam Konstytucję + 5 ustaw..


No nie istnieje, a każdy "poszkodowany" może tam wnieść skargę, nazywa się to sądem, może orzekać kary i to bolesne. Mówisz, że w razie czego mam się powołać na Konstytucję i olać taki wyrok?

kammiś napisał/a:

Rozwodami ktoś się zajmować musi. I to bardzo chętnie, bo z tego kasa jest.
Chociaż lepsze spółki.
Mało wiesz, skoro drwisz z cywila. Dziwnym trafem wszyscy chcą się nim zajmować.


Ależ nie drwię tylko stwierdzam fakt i stan, który sama wprost nazwałaś "bo z tego kasa jest". To nie jest mój wymysł, bo paru mecenasów i radców znam, którzy sporo robią wokół mojego zawodu i oni mnie już dawno wyczulili na to co pisałem. Czyli, że sędzia nie będzie miał na 99% zielonego pojęcia i że tak w skrócie opiszę zalecenia od twoich przyszłych kolegów - musisz dla sądu pisać DUŻYMI DRUKOWANYMI LITERAMI, BO NIC NIE ZROZUMIE, A PO TRZECIEJ STRONIE PRZESTANIE CZYTAĆ I PRZESKOCZY DO WNIOSKÓW KOŃCOWYCH...

kammiś napisał/a:

Przewlekłość postępowania jest kwestią problematyczną. Czytałeś o tym COKOLWIEK? Mówię o literaturze specjalistycznej. Sporo przedstawicieli doktryny się tym zajmowało.

O fajnie, jedne pasożyty żyją z przewlekania, a drugie żyją z badania zjawiska przewlekania. Podoba mnie się...

292 Ostatnio edytowany przez kammiś (2015-09-10 09:14:07)

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
kammiś napisał/a:

Ale Ty jak zwykle wiesz lepiej, więc szkoda mojego gadania.

Nie, ty wiesz lepiej, ja tylko piszę co lepiej oddaje pewną rzeczywistość smile

kammiś napisał/a:

Coś takiego jak "sąd zawodowy" nie istnieje. Są jakieś tam wewnętrzne organy zajmujące się orzekaniem, "sądy" koleżeńskie, ale za sąd tego uznać nie można. Polecam Konstytucję + 5 ustaw..


No nie istnieje, a każdy "poszkodowany" może tam wnieść skargę, nazywa się to sądem, może orzekać kary i to bolesne. Mówisz, że w razie czego mam się powołać na Konstytucję i olać taki wyrok?

kammiś napisał/a:

Rozwodami ktoś się zajmować musi. I to bardzo chętnie, bo z tego kasa jest.
Chociaż lepsze spółki.
Mało wiesz, skoro drwisz z cywila. Dziwnym trafem wszyscy chcą się nim zajmować.


Ależ nie drwię tylko stwierdzam fakt i stan, który sama wprost nazwałaś "bo z tego kasa jest". To nie jest mój wymysł, bo paru mecenasów i radców znam, którzy sporo robią wokół mojego zawodu i oni mnie już dawno wyczulili na to co pisałem. Czyli, że sędzia nie będzie miał na 99% zielonego pojęcia i że tak w skrócie opiszę zalecenia od twoich przyszłych kolegów - musisz dla sądu pisać DUŻYMI DRUKOWANYMI LITERAMI, BO NIC NIE ZROZUMIE, A PO TRZECIEJ STRONIE PRZESTANIE CZYTAĆ I PRZESKOCZY DO WNIOSKÓW KOŃCOWYCH...

kammiś napisał/a:

Przewlekłość postępowania jest kwestią problematyczną. Czytałeś o tym COKOLWIEK? Mówię o literaturze specjalistycznej. Sporo przedstawicieli doktryny się tym zajmowało.

O fajnie, jedne pasożyty żyją z przewlekania, a drugie żyją z badania zjawiska przewlekania. Podoba mnie się...

Nie oddaje rzeczywistosci, bo nie po to od setek lat uzywa sie danych pojec, zeby jedna osoba zmieniala sobie nazewnictwo. Pomylic sie mozna - Ty sie spierasz.
Ale logicznie rzecz biorac nie mozesz miec wiedzy prawnej. Moze miec ja ustawodawca.

Przewlekłości wink
Przewlekanie to bardziej do igły i nitki pasuje.

Co do organow wewnatrzzakladowych:
To nie jest wyrok. Co najwyzej orzeczenie.
Nie, nie olac, ale jak na czlowieka majacego - jak sam twierdzi - wiedze "prawna" - uzywasz wysoce niewlasciwej terminologii.

A sad bardzo lubi wyszukiwac bledow formalnych, uwierz mi. Jak najlatwiej miec haka na strone przeciwna na rozprawie? Znajdz uchybienie terminu. Albo braki formalne w pismie procesowym.

293

Odp: Nie żyję byle jak!

Przypominasz mi, Kammiś, młodego oficera po WSP w Szczytnie, który projektując treść uzasadnienia w postanowieniu o umorzeniu dochodzenia, umieścił w nim szereg zwrotów po łacinie (kursywą oczywiście, czyli zgodnie z zasadami).
Przedmiotem postępowania przygotowawczego była kradzież z włamaniem do piwnicy starszego pana, prostego, słabo wykształconego człowieka pamiętającego czasy Naczelnika.

Chłopak, gdy zapytałem go, czemu miały służyć owe wyrażenia w obcym, prawie martwym dla 99% mieszkańców Ziemi języku odparł, że nie po to się uczył tyle lat, by z tej wiedzy nie korzystać.
Zadałem mu więc drugie pytanie:
Jeśli pokrzywdzony zażali się na postanowienie, o ile sprawy nie zwróci wcześniej prokurator (a były to czasy, gdzie każda pierdoła musiała otrzymać prokuratorską sygnaturę Ds., niezwłocznie po wydaniu postanowienia o wszczęciu dochodenia), bo nic nie zrozumiał?
Na to pytanie oficer nie był już w stanie udzielić odpowiedzi.
A zwroty do uzupełnienia lub poprawienia postanowienia, a tym bardziej zażalenia uwzględnione, rzutowały na ocenę jednostki.

A ty, Kamilko, studiujesz dopiero.

294

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Co do organow wewnatrzzakladowych:
To nie jest wyrok. Co najwyzej orzeczenie.
Nie, nie olac, ale jak na czlowieka majacego - jak sam twierdzi - wiedze "prawna" - uzywasz wysoce niewlasciwej terminologii.

Ojej, bo nie muszę znać tej terminologii i wcale nie chcę znać smile Ot tego mamy papugie smile Daruj ale ja się poruszam wśród ludzi normalnych, którzy szukają rozwiązania problemu. Jak się takie rozwiązanie znajduje to się daje wszystko na tacy prawnikowi żeby ubrał to w terminologię, którą tak lubisz smile No i do tego się właśnie sprowadza rola prawnika, o jej tyle lat studiów i aplikacji... Przyznaję bez bicia, że czasem to sobie już jaja robiłem i pisałem kancelariom np. radców prawnych takie teksty ewidentnie złośliwe, a oni kopiuj-wklej, parę tych terminologicznych bzdetów, pieczątka kancelarii i fruu gdzieś tam w odmęty polskiego sądownictwa. Nawet czasem było mi wstyd, że oni tego nie pokasowali...

kammiś napisał/a:

A sad bardzo lubi wyszukiwac bledow formalnych, uwierz mi. Jak najlatwiej miec haka na strone przeciwna na rozprawie? Znajdz uchybienie terminu. Albo braki formalne w pismie procesowym.

Ojej, przecież wiem. Za to ćwiczyłem praktykę postępowania prawników w domu, kiedy szanowna małżonka pozwała pewną korporację. Kiedy miała zamiar opisać co i jak swojemu radcy, to ten machnął ręką - niech się pani tym nie kłopocze. Tu ma pani kartkę z zeznaniami do wykucia na pamięć. Szanowny pan radca wymyślił sobie co mu tam pasowało, znaczy po ludzku kazał żonie kłamać. Teoretycznie uczciwy człowiek powinien mieć wyrzuty sumienia ale... kancelaria strony przeciwnej robiła dokładnie to samo. Czego kulminacyjnym momentem było odczytanie przed sądem zeznań pewnej osoby. Ta osoba kiedy się dowiedziała, że taki fakt miał miejsce, to się popłakała, bo jak mówiła nikt do niej z żadnej kancelarii nie przychodził, ani pracodawca. No po prostu panowie prawnicy napisali sobie coś, odczytali przed sądem, ponieważ zakładali, że w razie potrzeby prezentacji świadka zostanie on przez pracodawcę zmuszony groźbą zwolnienia z pracy do potwierdzenia tych kłamstw. Na szczęście nasz papuga wyraźnie kłamał lepiej, a może ha, ha lepiej znał terminologię. Teoretycznie człowiek powinien się cieszyć z wygranej sprawy ale jakiś taki niesmak kontaktu z takimi ludźmi pozostał...

295

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Eileen, a jak Ci się podoba na studiach? Z tego co pamiętam, to studiujesz informatykę? Wiążesz swoją przyszłą karierę z tym konkretnym kierunkiem?  Trochę zazdroszczę, bo tylu masz facetów do oglądania. Wiem, że istnieje stereotyp informatyka i często widzę ten stereotyp na co dzień, ale z samego założenia przy tak dużej ilości mężczyzn trafiają się też bardzo przystojni i zadbani. Na pierwszym roku miałam część zajęć w budynku, gdzie studiowali informatycy i fizycy. Napatrzyłam się aż miło. Zresztą teraz też na co dzień widuję wielu takich mężczyzn.

Faceci różni. Nie wiem. XD Tzn. ja mam tak, że mogę stwierdzić "no ładny/przystojny/niezły/jakiś tam", ale to dalej nie wzbudza we mnie żadnych emocji. :s
A studia okej. Dużo matematyki, zwłaszcza na początku, ale zawsze ją lubiłam, więc mi nie przeszkadza. Nie wiem, czy wiążę z tym przyszłość. To po prostu w miarę interesująca mnie i przynosząca dochody alternatywa. Znaczy, jak nie zostanę sóawnom pisarkom, nie? big_smile big_smile No dobra, sama pisarka, bez sławy, też by mi pasowała. No i generalnie na plus jest to, że hmm... łatwo pracować w domu. Czy to jako freelancer łapiący zlecenia, czy po założeniu firmy. Mam znajomego (w sumie to bardziej moja mama ma :s), który po licencjacie pracuje na etacie, ale ma też własną firmę, a zleceń tyle, że jak się go na siłę nie wyciągnie z domu, to będzie miał co robić cały czas - sam zaczął ograniczać ilość, żeby mieć czas na wychodzenie z domu.

ludmiłaa napisał/a:

I żaden informatyk, sporowiec, budowlaniec nie wchodzi w grę.

Mi by informatyk pasował. Ostatnio z tym znajomym mamy (9 lat starszy ode mnie) i ich koleżanką (ee... ze 30 lat starsza ode mnie) byłam dwa razy na wycieczce. To przynajmniej miałam o czym z nim rozmawiać. big_smile

296

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
kammiś napisał/a:

Co do organow wewnatrzzakladowych:
To nie jest wyrok. Co najwyzej orzeczenie.
Nie, nie olac, ale jak na czlowieka majacego - jak sam twierdzi - wiedze "prawna" - uzywasz wysoce niewlasciwej terminologii.

Ojej, bo nie muszę znać tej terminologii i wcale nie chcę znać smile Ot tego mamy papugie smile Daruj ale ja się poruszam wśród ludzi normalnych, którzy szukają rozwiązania problemu. Jak się takie rozwiązanie znajduje to się daje wszystko na tacy prawnikowi żeby ubrał to w terminologię, którą tak lubisz smile No i do tego się właśnie sprowadza rola prawnika, o jej tyle lat studiów i aplikacji... Przyznaję bez bicia, że czasem to sobie już jaja robiłem i pisałem kancelariom np. radców prawnych takie teksty ewidentnie złośliwe, a oni kopiuj-wklej, parę tych terminologicznych bzdetów, pieczątka kancelarii i fruu gdzieś tam w odmęty polskiego sądownictwa. Nawet czasem było mi wstyd, że oni tego nie pokasowali...

kammiś napisał/a:

A sad bardzo lubi wyszukiwac bledow formalnych, uwierz mi. Jak najlatwiej miec haka na strone przeciwna na rozprawie? Znajdz uchybienie terminu. Albo braki formalne w pismie procesowym.

Ojej, przecież wiem. Za to ćwiczyłem praktykę postępowania prawników w domu, kiedy szanowna małżonka pozwała pewną korporację. Kiedy miała zamiar opisać co i jak swojemu radcy, to ten machnął ręką - niech się pani tym nie kłopocze. Tu ma pani kartkę z zeznaniami do wykucia na pamięć. Szanowny pan radca wymyślił sobie co mu tam pasowało, znaczy po ludzku kazał żonie kłamać. Teoretycznie uczciwy człowiek powinien mieć wyrzuty sumienia ale... kancelaria strony przeciwnej robiła dokładnie to samo. Czego kulminacyjnym momentem było odczytanie przed sądem zeznań pewnej osoby. Ta osoba kiedy się dowiedziała, że taki fakt miał miejsce, to się popłakała, bo jak mówiła nikt do niej z żadnej kancelarii nie przychodził, ani pracodawca. No po prostu panowie prawnicy napisali sobie coś, odczytali przed sądem, ponieważ zakładali, że w razie potrzeby prezentacji świadka zostanie on przez pracodawcę zmuszony groźbą zwolnienia z pracy do potwierdzenia tych kłamstw. Na szczęście nasz papuga wyraźnie kłamał lepiej, a może ha, ha lepiej znał terminologię. Teoretycznie człowiek powinien się cieszyć z wygranej sprawy ale jakiś taki niesmak kontaktu z takimi ludźmi pozostał...


Ales Ty uczciwy...
To rozwiazuj problem sam, jak jestes taki madry, po co Ci prawnik? A jednak do nich chadzasz.
Ja jestem formalistka. A i sadownictwo juz odchodzi od prawdy obiektywnej na rzecz prawdy formalnej. Mamy kontradyktoryjny proces, i cywilny, i juz teraz nawet karny, wiec sie nie bulwersuj, ze nikomu sie nie chce dochodzic "prawdy" (bo dla Was widze jest jedna prawda - dla nas jest obiektywna i formalna).

297 Ostatnio edytowany przez Snake (2015-09-10 13:23:24)

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Ales Ty uczciwy...
To rozwiazuj problem sam, jak jestes taki madry, po co Ci prawnik? A jednak do nich chadzasz.

Niestety jest odwrotnie, oni chadzają do mnie albo ich klienci lol Przychodzą i mówią, słuchaj taka i taka sprawa, strona wniosła zażalenie albo odwołanie. Weź to rozbierz i przygotuj odpowiedź kancelarii, bo oni sobie z tym nie poradzą. Przy czym pal licho kiedy chodzi faktycznie o meandry zawodu, którego absolutnie nie muszą znać. Problem w tym, że te kancelarie nie mają zielonego pojęcia o całej stercie ustaw i rozporządzeń. Za to masz rację, są w stanie znaleźć uchybienie formalne. Świetnie jak na tyle lat ponoć trudnych studiów. Najlepsze jest to, że taka kancelaria bierze ten przygotowany materiał, który idzie dalej, czasem trafia też do sądu, który też nie ma zielonego pojęcia o tej stercie ustaw i rozporządzeń. Dlatego dawno temu pewien klient wytłumaczył mi jak przygotowywać te materiały - pisz jak dla idioty...


kammiś napisał/a:

Ja jestem formalistka.

Super, to pewnie jesteś wyjątkiem wśród prawników albo ten formalizm traktujecie poważnie tylko w bardzo wąskim zakresie, który was interesuje. Mam w zanadrzu kilka anegdot jak się stawiało do pionu prawników, których formalizm kończył się z chwilą wkraczania na ziemię im nieznaną. Jedna pani mecenas na kilku rozprawach z rzędu nie mogła ogarnąć różnicy między...., a nie ważne, poza tym nie wiadomo kto to czyta smile Niech ci wystarczy wyobrażenie, że jesteś radcą prawnym, adwokatem albo co gorzej zaledwie aplikantem, a ktoś cię oskarża o przekroczenie uprawnień prokuratora i uparcie nazywa per pani prokurator... Na dodatek sąd który się temu przysłuchuje również nie widzi różnicy między tym czy jesteś adwokatem czy prokuratorem, a wręcz zapyta zdziwiony - a to jakaś różnica?

kammiś napisał/a:

Jdla nas jest obiektywna i formalna).

A preparowanie dowodów i zeznań, to pod którą podpada lol Ale ja w wymienionych przeze mnie powyżej działaniach jestem od prawdy obiektywnej, a dalej to już się bawią spece od prawdy formalnej smile

298

Odp: Nie żyję byle jak!
Snake napisał/a:
kammiś napisał/a:

Ales Ty uczciwy...
To rozwiazuj problem sam, jak jestes taki madry, po co Ci prawnik? A jednak do nich chadzasz.

Niestety jest odwrotnie, oni chadzają do mnie albo ich klienci lol Przychodzą i mówią, słuchaj taka i taka sprawa, strona wniosła zażalenie albo odwołanie. Weź to rozbierz i przygotuj odpowiedź kancelarii, bo oni sobie z tym nie poradzą. Przy czym pal licho kiedy chodzi faktycznie o meandry zawodu, którego absolutnie nie muszą znać. Problem w tym, że te kancelarie nie mają zielonego pojęcia o całej stercie ustaw i rozporządzeń. Za to masz rację, są w stanie znaleźć uchybienie formalne. Świetnie jak na tyle lat ponoć trudnych studiów. Najlepsze jest to, że taka kancelaria bierze ten przygotowany materiał, który idzie dalej, czasem trafia też do sądu, który też nie ma zielonego pojęcia o tej stercie ustaw i rozporządzeń. Dlatego dawno temu pewien klient wytłumaczył mi jak przygotowywać te materiały - pisz jak dla idioty...


kammiś napisał/a:

Ja jestem formalistka.

Super, to pewnie jesteś wyjątkiem wśród prawników albo ten formalizm traktujecie poważnie tylko w bardzo wąskim zakresie, który was interesuje. Mam w zanadrzu kilka anegdot jak się stawiało do pionu prawników, których formalizm kończył się z chwilą wkraczania na ziemię im nieznaną. Jedna pani mecenas na kilku rozprawach z rzędu nie mogła ogarnąć różnicy między...., a nie ważne, poza tym nie wiadomo kto to czyta smile Niech ci wystarczy wyobrażenie, że jesteś radcą prawnym, adwokatem albo co gorzej zaledwie aplikantem, a ktoś cię oskarża o przekroczenie uprawnień prokuratora i uparcie nazywa per pani prokurator... Na dodatek sąd który się temu przysłuchuje również nie widzi różnicy między tym czy jesteś adwokatem czy prokuratorem, a wręcz zapyta zdziwiony - a to jakaś różnica?

kammiś napisał/a:

Jdla nas jest obiektywna i formalna).

A preparowanie dowodów i zeznań, to pod którą podpada lol Ale ja w wymienionych przeze mnie powyżej działaniach jestem od prawdy obiektywnej, a dalej to już się bawią spece od prawdy formalnej smile

Nikt Cie na studiach ani na aplikacji nie uczy wszystkich rozporzadzen i wszystkich ustaw.
Prawnicy sie specjalizuja w danych dziedzinach.

Mylisz sie z jednym - prawnik nie jest idiota, on doskonale wie ze 90 procent osob czytajacych nie zrozumie tresci orzeczenia/wyroku/postanowienia/pisma procesowego.
Dzis bylam u ojca i uwierz mi, jestem pewna ze przecietny obywatel nie zrozumie uzasadnienia orzeczenia ani tresci ustawy. Ja sama bylam do tego przyuczana w ubiegle wakacje (smiem twierdzic ze umiem wiecej niz absolwent bez praktyki).
I pamietam jak ktoregos dnia powiedzialam ojcu ze tego adresat orzeczenia nie zrozumie. A ojciec zadowolony "bardzo dobrze, z tego Ciebie dziecko utrzymalem". Wiec nie wiem czemu sie tak bulwersujesz. Prawnik nie ma swietnie rozwiazac sprawy w 1 dzien. Dawno bysmy wymarli tongue

299 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-09-10 17:44:57)

Odp: Nie żyję byle jak!

Hej!
Podzielę się z Wami dziewczyny moimi przemyśleniami.
Dziś po pracy byłam umówiona z facetem na zakupy. Znaczy się na jego zakupy. Bo to wygląda tak, że dla mojego to te zakupy wcale nie są przyjemnością big_smilebig_smile Kupuje bo musi. I przymierza bo musi. Ja to lubię po galerii przejść zobaczyć co nowego. A on to tylko to co trzeba. Więc na zakupy swoje chodzę sama. A z nim to tylko do męskich sklepów. Więc poszliśmy wybrał sobie nowe rzeczy, trochę sam trochę mu pomogłam i on już gotowy idzie do domu lol Więc poszliśmy na kawę i ciastko, a potem on sobie już poszedł do domu, a ja zaczęłam buszować za swoimi ciuchami.

Wiecie jaka naszła mnie refleksja, że jestem cholerną szczęściarą. Łażę sobie po galerii, mam własną kasę, jeżeli mi się coś spodoba to sobie kupię za SWOJE pieniądze, nikt mnie z tego nie rozliczy, nikt nie wypomni, nie muszę żebrać o kasę na nowe ciuchy u faceta, nie muszę kombinować i ukrywać ile wydałam. Nie jestem dla nikogo ciężarem bo to są MOJE zarobienie pieniądze. Nie męczę faceta ani nikogo sobą. Że ja łazę po sklepach a ktoś się nudzi i niecierpliwie czeka Mam dowolny limit czasu. Nikt mnie nie pogania, dzieci mi w domu nie płaczą. Mam dowolny limit na karcie i nie muszę wybierać czy kupić sobie czy dziecku. Chociaż co prawda ja to trochę zbyt oszczędna jestem i nie wydaje na siebie majątku lol ubieram się w sieciówkach, i jak wiele osób czekam na przeceny. Ale po prostu to wielka radość być zupełnie niezależnym finansowo. Wiecie, że płacenie za siebie sprawia mi przyjemność lol

300

Odp: Nie żyję byle jak!

A mnie to szczerze mówiąc obojętne. Chyba nawet bardziej mnie cieszy coś, co dostałam niż to, co kupię sama. Zakładając, że prezent jest trafiony. Byłam przyzwyczajona do brania i nie mam z tym problemów. Partner też kupuje mi wiele rzeczy i nigdy nie rozumiałam jak można mieć skrupuły i odmawiać. Ja mam zasadę, że kiedy ktoś daje, to ja pięknie dziękuję i biorę. big_smile Pewnie, że stać mnie, by to wszystko sobie kupić, ale jeśli ktoś chce mi sprawić przyjemność, to nie zamierzam mu tego psuć. Chociaż ogólnie rozumiem o co Ci chodzi, bo nie wyobrażam sobie, by ciągle prosić o pieniądze na daną rzecz. Mój partner w przeciwieństwie do mnie jest baaaaardzo oszczędny i na początku obawiałam się, że jak zobaczy ile wydaję, to ucieknie. Wiadomo, że to moje pieniądze, ale jednak rozrzutna kobieta to kiepska perspektywa na wspólną rodzinę. I kiedyś przez przypadek partner zobaczył, że w jednym sklepie za jednym razem wydałam kosmiczną sumę. Było mi strasznie głupio, ale to siedziało tylko w mojej głowie, bo okazało się, że jego to naprawdę nie obchodzi.

Co do męskich ubrań, to sama kupuję wszystko partnerowi. Bez wcześniejszego przymierzania, bo on uważa, że jego czas jest zbyt cenny, by chodzić po sklepach. Zamawiam mu ubrania w sklepach internetowych, a potem w razie czego można oddać albo odesłać. I w sumie rzadko cokolwiek oddawałam, bo dość trafnie wybieram. Tym sposobem on jest zadowolony i ja również, bo uwielbiam wybierać i kupować ładne ubrania. Gorzej gdyby nie miał stylu podobnego do mojego, bo nie znam się np. na sportowych i luzackich ubraniach, tylko na tych bardziej eleganckich. Wtedy raczej bym się nie podjęła wybierania mu ubrań, bo by mnie to nudziło.

301

Odp: Nie żyję byle jak!
Ludmiłaa napisał/a:

Hej!
Podzielę się z Wami dziewczyny moimi przemyśleniami.
Dziś po pracy byłam umówiona z facetem na zakupy. Znaczy się na jego zakupy. Bo to wygląda tak, że dla mojego to te zakupy wcale nie są przyjemnością big_smilebig_smile Kupuje bo musi. I przymierza bo musi. Ja to lubię po galerii przejść zobaczyć co nowego. A on to tylko to co trzeba. Więc na zakupy swoje chodzę sama. A z nim to tylko do męskich sklepów. Więc poszliśmy wybrał sobie nowe rzeczy, trochę sam trochę mu pomogłam i on już gotowy idzie do domu lol Więc poszliśmy na kawę i ciastko, a potem on sobie już poszedł do domu, a ja zaczęłam buszować za swoimi ciuchami.

Wiecie jaka naszła mnie refleksja, że jestem cholerną szczęściarą. Łażę sobie po galerii, mam własną kasę, jeżeli mi się coś spodoba to sobie kupię za SWOJE pieniądze, nikt mnie z tego nie rozliczy, nikt nie wypomni, nie muszę żebrać o kasę na nowe ciuchy u faceta, nie muszę kombinować i ukrywać ile wydałam. Nie jestem dla nikogo ciężarem bo to są MOJE zarobienie pieniądze. Nie męczę faceta ani nikogo sobą. Że ja łazę po sklepach a ktoś się nudzi i niecierpliwie czeka Mam dowolny limit czasu. Nikt mnie nie pogania, dzieci mi w domu nie płaczą. Mam dowolny limit na karcie i nie muszę wybierać czy kupić sobie czy dziecku. Chociaż co prawda ja to trochę zbyt oszczędna jestem i nie wydaje na siebie majątku lol ubieram się w sieciówkach, i jak wiele osób czekam na przeceny. Ale po prostu to wielka radość być zupełnie niezależnym finansowo. Wiecie, że płacenie za siebie sprawia mi przyjemność lol

Ja mam podobnie. NIGDY nie pozwolilabym sobie byc na utrzymaniu mezczyzny. Wolalabym harowac nawet na 2 etaty gdziekolwiek. Dla mnie to ponizej godnosci kobiety.
Jedyny mezczyzna ktory moze za mnie placic to OJCIEC i DZIADEK poki sie ksztalce. Nie moj partner (niech juz bedzie big_smile ).
Mnie chcial facet przekupic (i to tak typowo przekupic, nie ze prezent) sukienka z Max Mary. Spodziewal sie chyba radosci, uslyszal: "Wal sie". I dalej sobie poszlam sama, zostawilam go w tyle. Kiecke kupilam w Orsayu, ale z zachowaniem godnosci a nie jak jakas sprzedajna panna.
Tak samo, na utrzymanie dostaje od ojca, na ciuchy w sumie tez, bo daje mi wiecej niz mi trzeba na jedzenie, paliwo, kota itd. Ale mam tez swoje stypendium. I jak mi sie podoba jechac z kolega w gory na weekend to pakuje manatki i jade, nikogo nie pytam. Nie po to mam stypendia zeby mi ktos mowil co mam robic.
Z niczego sie nie musze i nie zamierzam mu tlumaczyc i to jest dla mnie najwazniejsze.

302

Odp: Nie żyję byle jak!

Ja sobie nie wyobrażam mieć wspólnej kasy z facetem. Moje to moje, jego to jego. Ja opłacam swoje rachunki, on swoje. Tak szczerze to nawet nie wiem kiedy ma przelewy na konto i w jakiej kwocie. Nie wyobrażam sobie jak niektóre kobiety żeby mi facet co miesiąc wypłatę z paskiem oddawał do rąk. Sorry ale jakie to ciapowate by było i niemęskie. Nie przyjęłabym cudzej kasy. Nigdy nie żerowałam na facetach, w sensie weźmie wypłatę to pójdę na zakupy.
Ale jak od czasu do czasu mi coś kupi, to nie odmawiam lol Chociaż mamy taką umowę, że on nie wie co, a ja nie lubię niespodzianek. Więc idziemy razem i ja sobie wybieram a on płaci. Ale TYLKO z okazji świąt, i urodzin, imienin itd.

303 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-09-11 10:02:49)

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:
Ludmiłaa napisał/a:

Hej!
Podzielę się z Wami dziewczyny moimi przemyśleniami.
Dziś po pracy byłam umówiona z facetem na zakupy. Znaczy się na jego zakupy. Bo to wygląda tak, że dla mojego to te zakupy wcale nie są przyjemnością big_smilebig_smile Kupuje bo musi. I przymierza bo musi. Ja to lubię po galerii przejść zobaczyć co nowego. A on to tylko to co trzeba. Więc na zakupy swoje chodzę sama. A z nim to tylko do męskich sklepów. Więc poszliśmy wybrał sobie nowe rzeczy, trochę sam trochę mu pomogłam i on już gotowy idzie do domu lol Więc poszliśmy na kawę i ciastko, a potem on sobie już poszedł do domu, a ja zaczęłam buszować za swoimi ciuchami.

Wiecie jaka naszła mnie refleksja, że jestem cholerną szczęściarą. Łażę sobie po galerii, mam własną kasę, jeżeli mi się coś spodoba to sobie kupię za SWOJE pieniądze, nikt mnie z tego nie rozliczy, nikt nie wypomni, nie muszę żebrać o kasę na nowe ciuchy u faceta, nie muszę kombinować i ukrywać ile wydałam. Nie jestem dla nikogo ciężarem bo to są MOJE zarobienie pieniądze. Nie męczę faceta ani nikogo sobą. Że ja łazę po sklepach a ktoś się nudzi i niecierpliwie czeka Mam dowolny limit czasu. Nikt mnie nie pogania, dzieci mi w domu nie płaczą. Mam dowolny limit na karcie i nie muszę wybierać czy kupić sobie czy dziecku. Chociaż co prawda ja to trochę zbyt oszczędna jestem i nie wydaje na siebie majątku lol ubieram się w sieciówkach, i jak wiele osób czekam na przeceny. Ale po prostu to wielka radość być zupełnie niezależnym finansowo. Wiecie, że płacenie za siebie sprawia mi przyjemność lol

Ja mam podobnie. NIGDY nie pozwolilabym sobie byc na utrzymaniu mezczyzny. Wolalabym harowac nawet na 2 etaty gdziekolwiek. Dla mnie to ponizej godnosci kobiety.
Jedyny mezczyzna ktory moze za mnie placic to OJCIEC i DZIADEK poki sie ksztalce. Nie moj partner (niech juz bedzie big_smile ).
Mnie chcial facet przekupic (i to tak typowo przekupic, nie ze prezent) sukienka z Max Mary. Spodziewal sie chyba radosci, uslyszal: "Wal sie". I dalej sobie poszlam sama, zostawilam go w tyle. Kiecke kupilam w Orsayu, ale z zachowaniem godnosci a nie jak jakas sprzedajna panna.
Tak samo, na utrzymanie dostaje od ojca, na ciuchy w sumie tez, bo daje mi wiecej niz mi trzeba na jedzenie, paliwo, kota itd. Ale mam tez swoje stypendium. I jak mi sie podoba jechac z kolega w gory na weekend to pakuje manatki i jade, nikogo nie pytam. Nie po to mam stypendia zeby mi ktos mowil co mam robic.
Z niczego sie nie musze i nie zamierzam mu tlumaczyc i to jest dla mnie najwazniejsze.

Kammiś, mam dokładnie tak samo. Nie mam nic przeciwko, jak zapłaci za mnie ktoś z rodziny. W sprawach drobniejszych, typu wyjście gdzieś, mogłyby zapłacić za mnie dwie przyjaciółki. I przyjaciel (ale to gej tongue). Natomiast mnie po prostu irytuje, kiedy facet próbuje za mnie płacić. I mam tak od - ja wiem? - gimnazjum przynajmniej. Wiem, że to może głupio wyglądać, więc w ramach resocjalizacji tongue zagryzam czasem zęby i pozwolę zapłacić za piwo/drinka/bilard/kawę. Ale za nic więcej na razie się nie udało. WKURZA MNIE TO. xD

No i mam też to, o czym mówi Ludmiłaa. Ja może niespecjalnie lubię marsz po galeriach, ale od czasu do czasu zajrzeć lubię. I wtedy właśnie bardzo sobie cenię świadomość, że jak coś mi się spodoba, to mogę po prostu wejść i kupić. Bez specjalnego zastanawiania się, czy to mi na pewno potrzebne (no bo jak niepotrzebne, to co? I tak fajne tongue), czy mi na coś nie zabraknie, czy nie powinnam kupić czegoś dziecku/dzieciom, co na to facet, czy mi da/pozwoli itp. Nie chodzi o to, żebym była specjalnie rozrzutna, bo mi się rzadko coś podoba, poza tym akurat pod względem ciuchów i butów mam tak, że mi obojętne, czy "markowe", czy nie. Tzn. adidasy staram się kupować lepsze, ale to też raczej dlatego, że z jednej takiej firmy mi się podobają. A reszta - bluzka może być za 150 zł, a może za 15 zł. Jak ładna, to cieszy tak samo. A przy tej drugiej nie muszę się nawet zastanawiać nad jakością - bo przy takiej cenie, jak się rozwali, nie szkoda. Więc nie zawsze wydam miliony tongue, ale chodzi o sam fakt - że mogę. Nie muszę nikogo pytać, prosić, przejmować się reakcją.

Ludmiłaa napisał/a:

Ja sobie nie wyobrażam mieć wspólnej kasy z facetem. Moje to moje, jego to jego. Ja opłacam swoje rachunki, on swoje.

Mi też się taki układ podoba. Jedyny, w którym nie ma miejsca na kłótnię/spory o pieniądze. Nawet jak się razem mieszka, to można ustalić jakąś kwotę, którą się będzie przelewało na wspólne konto i która będzie tylko na np. wspólne rachunki (albo dzieci, jak ktoś ma).

Nie wyobrażam sobie wspólnych pieniędzy z facetem z wielu powodów. Nigdy nie zamierzałabym się tłumaczyć z tego, co robię ze swoimi pieniędzmi, na co wydaję ani słuchać "dobrych rad". Ja mam np. na koncie odłożoną pewną kwotę, która jest nie do ruszenia w normalnych sytuacjach - to moja gwarancja, że w razie czego będę miała za co wyleczyć kota czy zrobić coś innego (np. na początku wakacji musiałam kupić z tego laptop) bez rozwiązywania polisy. I tych pieniędzy nie dałabym nikomu ruszyć nawet palcem, więc tym bardziej wspólna kasa z facetem do bezsens w moim przypadku. Bo za dużo jest decyzji/spraw, w których nie pójdę na kompromis i nie dam sobie niczego powiedzieć. tongue

304

Odp: Nie żyję byle jak!

A ja nie rozumiem rozróżnienia, że rodzina może stawiać, a mężczyzna nie. Mężczyzna w pewnym momencie staje się rodziną. Chyba, że mówimy o zwykłym spotykaniu się. Ja tam nie traktuję osobiście ani moich pieniędzy, ani czyichś. One po prostu sobie są, zawsze łatwo przychodziły i wiem, że będą łatwo przychodzić, więc mi nie zależy. A co do wspólnego konta, to też bym nie chciała takiego całkowicie wspólnego, bo pogubiłabym się w rachunkach i nie wiedziała ile mi jeszcze zostało do wydawania. big_smile Mamy właśnie jedno wspólne konto do rachunków, a do swoich indywidualnych kont mamy upoważnienia, choć nie korzystamy z nich. To raczej na wypadek, gdyby któremuś z nas coś się stało.

305

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

A ja nie rozumiem rozróżnienia, że rodzina może stawiać, a mężczyzna nie. Mężczyzna w pewnym momencie staje się rodziną. Chyba, że mówimy o zwykłym spotykaniu się. Ja tam nie traktuję osobiście ani moich pieniędzy, ani czyichś. One po prostu sobie są, zawsze łatwo przychodziły i wiem, że będą łatwo przychodzić, więc mi nie zależy. A co do wspólnego konta, to też bym nie chciała takiego całkowicie wspólnego, bo pogubiłabym się w rachunkach i nie wiedziała ile mi jeszcze zostało do wydawania. big_smile Mamy właśnie jedno wspólne konto do rachunków, a do swoich indywidualnych kont mamy upoważnienia, choć nie korzystamy z nich. To raczej na wypadek, gdyby któremuś z nas coś się stało.

To jest co innego.
Mi chodzilo o kobiety ktore nie maja na NIC. Nie wyobrazam sobie tego, przeciez one nawet nie mialyby kasy na glupie podpaski i mydlo jakby im facet nie dal. Dla mnie to tragedia. W dodatku spowodowana na wlasne zyczenie danej kobiety (wylaczajac choroby i niezdolnosc do pracy).

306

Odp: Nie żyję byle jak!

Hej!
Ja się na wspólne konto nie piszę, bo zdaje mi się, że mój facet dużo więcej zarabia niż ja. Więc czułabym się niezręcznie. Na początku związku to byłam przesadnie rzetelna miałam mu coś kupić za 50 zł to przynosiłam rachunek dajmy na to jak zapłaciłam 45.51 to jemu oddawałam 4.49 lol
Teraz to się tak nie rozliczamy. Raz kupuje jedno raz drugie.
Ale na przykład jak urządzał nowe mieszkanie w tym czasie kupił nowe auto i nie miał kasy na remont, do tego wyjeżdżał na trochę. Więc mu pożyczyłam moją kasę, ale wszystkie faktury były na niego. Za to ja się podjęłam, że dopilnuje całego remontu. Ja uwielbiam wybierać, wszystko meble, kolory, zasłony, pościele. A on by najlepiej pod klucz, na gotowe wziął. Więc ja zapłaciłam, dopilnowałam.
No ale jak już miął kasę to co do grosza mi oddał. W sumie to chyba uczciwe.
Po ślubie pierwsze co to intercyza i całkowita rozdzielność majątkowa.

307 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-11 11:07:52)

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

To jest co innego.
Mi chodzilo o kobiety ktore nie maja na NIC. Nie wyobrazam sobie tego, przeciez one nawet nie mialyby kasy na glupie podpaski i mydlo jakby im facet nie dal. Dla mnie to tragedia. W dodatku spowodowana na wlasne zyczenie danej kobiety (wylaczajac choroby i niezdolnosc do pracy).

Hmm no tak, po części to rozumiem. Chociaż to zależy od umowy między małżonkami. Znam związki, gdzie kobieta nie pracuje, a mimo tego nie ma niczego wydzielanego, tylko pieniądze są wspólne. I nie ma kłótni. A znam też związki pseudopartnerskie z oddzielnymi kontami, które kłócą się o pieniądze prawie codziennie. Moim zdaniem to bardziej zależy od ludzi, a nie od kont, pieniędzy i podziału. Tylko obiektywny fakt jest taki, że w opisanym przez Ciebie układzie kobieta bardzo dużo ryzykuje. To już musi być jej świadoma i przemyślana decyzja, bo to ona poniesie ewentualne konsekwencje.

308

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

A ja nie rozumiem rozróżnienia, że rodzina może stawiać, a mężczyzna nie. Mężczyzna w pewnym momencie staje się rodziną. Chyba, że mówimy o zwykłym spotykaniu się. Ja tam nie traktuję osobiście ani moich pieniędzy, ani czyichś. One po prostu sobie są, zawsze łatwo przychodziły i wiem, że będą łatwo przychodzić, więc mi nie zależy. A co do wspólnego konta, to też bym nie chciała takiego całkowicie wspólnego, bo pogubiłabym się w rachunkach i nie wiedziała ile mi jeszcze zostało do wydawania. big_smile Mamy właśnie jedno wspólne konto do rachunków, a do swoich indywidualnych kont mamy upoważnienia, choć nie korzystamy z nich. To raczej na wypadek, gdyby któremuś z nas coś się stało.

No tak, staje się. I nie mówię, że absolutnie nigdy nie mógłby mi nic kupić. Ale traktowałabym to jako prezent, a nie coś, co mi się należy/co mam dostać/co musi mi kupić, bo jesteśmy razem. Niech mi kupi bluzkę, ale właśnie - prezent. Nawet bez okazji. Ja wbrew pozorom nie jestem też taka, że nic nikomu nie kupię - dla bliskich jestem raczej noo... hojna? Może nie do końca odpowiednie słowo, ale nie mam np. problemu z tym, żeby za coś komuś zapłacić, nie wiem, jak chcę gdzieś iść np. z młodszą kuzynką, to nie mam problemu, żeby za nią płacić, jeśli akurat ma mniej kasy. Więc facetowi też bym chętnie coś kupowała. Ba, nawet jak mam współlokatorów - przyjaciela i kolegę, to często jak wracam z zakupów, to im nawet coś kupię, jak zobaczę coś, co wiem, że by chcieli. To są drobiazgi i z takich się nie rozliczamy. Jeden z nich np. zawsze, jak kupuje sobie jakiś alkohol, to kupuje też mi. XD Drugi z każdych zakupów przynosi mi energetyki. tongue Chodziło mi bardziej o takie noo... nie wiem, np. gdybym miała problemy finansowe, to wolałabym, żeby utrzymywała mnie mama, niż facet. Te pieniądze - od niej - dalej bym uważała za swoje. A od faceta bym nie wzięła. Tak samo jak nie mam problemów z tym, że mama zabierze mnie na zakupy i nakupi mi ubrań czy butów. A na pewno bym nie chciała, żeby facet tak robił. tongue Mimo że też mam raczej luźne podejście do pieniędzy, nie brakuje mi, nie brakowało, ale... głupio bym się czuła, gdybym korzystała z czyichś, a nie ze swoich. tongue

309 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-11 11:39:31)

Odp: Nie żyję byle jak!

Eileen, bo jesteśmy trochę na innych etapach. Ja już jestem tak długo niezależna od rodziców, że głupio byłoby mi się do nich zwrócić w razie kłopotów finansowych i być na ich utrzymaniu. Bez namysłu poprosiłabym partnera, bo z mojej perspektywy to on jest teraz najbliższą rodziną, bliższą niż moi rodzice. I mam już poczucie, że jego pieniądze są też moimi pieniędzmi, tak samo jak moje są jego. Gdyby któremuś z nas coś się stało, to wszystkie mieszkania i pieniądze dostaje ta druga osoba. Etap z rodzicami jest już dla mnie zamknięty. Choć gdybym znała kogoś rok czy dwa, to musiałabym przełknąć dumę i poprosiłabym rodziców. big_smile Chociaż nie, wtedy zwróciłabym się do przyjaciół.

A co do traktowania jako prezent, to oczywiście też tak sądzę. Nie mam takiego podejścia, że ludziom w związku należy się cokolwiek. No poza szacunkiem i respektowaniem ustaleń poczynionych na początku. Każda kupiona mi rzecz to dla mnie prezent i nie uważam, że mi się ona należy. big_smile Ja mam do tego luźne podejście właśnie przez to, że sama kupuję innym dużo prezentów. Gdybym tego nie robiła i tylko brała, to tak - byłabym wielkim pasożytem.

310

Odp: Nie żyję byle jak!

Nie, to nie chodzi o czas znajomości. A o to, że zawsze dla mamy będę córką - raczej nigdy nie miałabym problemu, żeby do niej zadzwonić i powiedzieć "mamo, wydałam wszystko na konto premium w grze, pożyczysz mi trochę kasy?". xD A dla partnera będę partnerką. Oczywiście to tylko przykłady, bo nie zakładam biegania w przyszłości po pieniądze do mamusi, teraz nie latam, to później tym bardziej. tongue Od partnera bym... pożyczyła ewentualnie. I - nawet, jeśliby nie chciał - oddała. Od mamy też bym pożyczyła, ale tutaj nie naciskałabym aż tak bardzo, gdyby upierała się, że nie muszę oddawać.

Po prostu nie chciałabym nic materialnego "zawdzięczać" facetowi. Wiem, że prawdopodobnie by tak na to nie patrzył, bo miłość i takie tam ;p, ale mimo wszystko wolałabym oddać. No i też inna kwestia, jak brakowałoby mi jednorazowo na coś, a inna, jakby miał mi pomagać finansowo dłuższy czas. Tego drugiego bym nie przeżyła. tongue Bo wiem, jakbym sama patrzyła na faceta, który nie potrafi na siebie zarobić. tongue

311 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-11 13:51:28)

Odp: Nie żyję byle jak!

Rozumiem o co Ci chodzi, ale dla mnie to nie jest racjonalne. Ot, taka dziwna moda, że teraz wypada na siłę być samodzielnym i niezależnym i broń boże nie można brać od nikogo pieniędzy. A najlepiej to pracować od 19 roku życia, żeby od rodziców też nie brać. Tzn. nie mówię tego personalnie do Ciebie, tylko tak sobie zauważam. big_smile Dla wielu osób pieniądze to jakiś dziwny temat tabu. Można robić z facetem różne świństwa w łóżku, ale wziąć od niego pieniądze? Absolutnie. Chciałam też zauważyć, że idąc takim tokiem rozumowania, to zawsze będąc w związku zawdzięcza się coś partnerowi, np. podwiezienie do pracy, zrobienie obiadu, pocieszenie gdy jest się smutną itp. I znowu nie piszę tu o Tobie, Eileen, tylko o dziewczynach które znam. One sądzą, że można traktować mężczyznę jako emocjonalny tampon (powinien wysłuchać, pocieszyć, najlepiej wszystko w odpowiednich słowach, bo inaczej jest nieczuły), ale już wzięcie od niego pieniędzy jest jakieś super obraźliwe. Mnie to po prostu śmieszy takie podkreślanie samodzielności na siłę. Najczęściej to jedna wielka fikcja. Może te dziewczyny czują się zbyt zależne od faceta w sferze emocjonalnej, więc same sobie wkręcają, że skoro są niezależne finansowo, to już są niezależne tak ogólnie. A guzik prawda. Zresztą jeśli ktoś chce 100% niezależności, to związki nie są dla niego. big_smile Dla mnie żadna skrajność nie jest dobra: ani przesadne uwieszenie finansowe na facecie, ani pretensjonalne wydzielanie na "moje" i "twoje". Gdyby mój partner jakimś cudem stracił pracę i nie mógł jej znaleźć, to zerwałabym z nim, jeśli pieniądze na życie pożyczałby od rodziców. Albo traktuje mnie poważnie, albo niech wraca do mamusi.

Zresztą ja nie bardzo umiem to sobie wyobrazić w praktyce. Jeśli kobieta zarabia powiedzmy 5 tys., a mężczyzna 30 tys., to ona nie kupi z nim nigdy domu? No bo przecież nie stać jej na połowę, więc gdyby widniała jako współwłaściciel, to zawdzięczałaby coś partnerowi. Jeśli korzystałaby ze wszystkich przedmiotów materialnych, które nabył mąż, to również by mu zawdzięczała. Bez sensu.

312 Ostatnio edytowany przez kammiś (2015-09-11 14:56:56)

Odp: Nie żyję byle jak!

O

cslady napisał/a:
kammiś napisał/a:

To jest co innego.
Mi chodzilo o kobiety ktore nie maja na NIC. Nie wyobrazam sobie tego, przeciez one nawet nie mialyby kasy na glupie podpaski i mydlo jakby im facet nie dal. Dla mnie to tragedia. W dodatku spowodowana na wlasne zyczenie danej kobiety (wylaczajac choroby i niezdolnosc do pracy).

Hmm no tak, po części to rozumiem. Chociaż to zależy od umowy między małżonkami. Znam związki, gdzie kobieta nie pracuje, a mimo tego nie ma niczego wydzielanego, tylko pieniądze są wspólne. I nie ma kłótni. A znam też związki pseudopartnerskie z oddzielnymi kontami, które kłócą się o pieniądze prawie codziennie. Moim zdaniem to bardziej zależy od ludzi, a nie od kont, pieniędzy i podziału. Tylko obiektywny fakt jest taki, że w opisanym przez Ciebie układzie kobieta bardzo dużo ryzykuje. To już musi być jej świadoma i przemyślana decyzja, bo to ona poniesie ewentualne konsekwencje.

Taka kobieta nie ma NIC.
I nie rozumiem i nie zamierzam udawac ze rozumiem tlumaczenie w stylu umowy czy ze ona zajmuje sie domem i to tez jej pieniadze.
Jest TAK DUZO kobiet ktore robia i jedno i drugie, dzielac sie z partnerem obowiazkami. Jestem teraz na stazu i sporo babeczek to wlasnie mlode matki - ich dzieci po prostu NORMALNIE chodza do zlobka a one zarabiaja i maja SWOJE pieniadze. Na macierzynskim kase dostaje. A nie jakies lenistwo. I fajne babeczki tam pracuja. Ambitne a nie "zrobie se obiad i pojde z dzieckiem na spacer". I tez maja MALUTKIE dzieci.
Bardzo mnie bawi tlumaczenie ze kobieta ktora "pracuje" w domu to tak jakby zarabiala. Sorry, ale kobiety ktore NAPRAWDE pracuja, zreszta nie tylko kobiety, ale w ogole LUDZIE, tez sprzataja, tez gotuja, tez piora. I jakos nie mowia ze to jest ich PRACA. nie mowie ze moja praca jest to ze dzisiaj wlozylam naczynia do zmywarki a moj facet nie mowi ze jego praca jest to ze wyniosl smieci. Dlatego zawsze bede takie tlumaczenie uwazac za zalosne. Z jednego prostego powodu - wszyscy to robia, inaczej zarosliby brudem i padli z glodu. Ale nie, niektore kobiety musza to na sile nazywac praca i jeszcze licza ile one przez to "zarabiaja" :D

Cslady - nie chodzilo mi o dysproporcje w zarobkach jak podalas 5 tys. - 30 tys. Tylko o to kiedy ona nie ma NIC. Nie ma nawet swojej kasy na podstawowe ubrania, na podstawowe srodki higieniczne, na jedzenie.
Ja tez mam niewiele typowo swoich pieniedzy, znaczy w porownaniu z innymi studentami duzo, bo mam dwa stypendia + trzecie ministra (ale to jest jednorazowy wplyw gotowki a nie comiesieczny, mam nadzieje ze w tym roku tez bedzie) i zlecenie u ojca, to mam na swoje zachcianki i oszczedzam do tego, utrzymanie zapewniaja mi rodzice bo studiuje, ale w porownaniu z facetem to jest bardzo malo. Ale nie jestem NIJAK uzalezniona od jego fochow. On moze sobie zaplacic za urlop, ale nie placi za moje podstawowe potrzeby. Nie on decyduje ile zjem w danym miesiacu, ile chusteczek zuzyje, kiedy pojde do kina, kiedy zrobie paznokcie, kiedy pojade na weekend z kolezanka a kiedy zjem obiad na miescie. On nie jest nawet swiadomy kiedy co i za ile. Moglabym sobie nawet isc do klubu z meskim striptizem, zaplacic wlasna karta i by nie wiedzial :D a nie takie kontrolowanie wydatkow.
Jednym slowem - TYLKO JA MAM wglad w moje wydatki. To najwazniejsze.

313

Odp: Nie żyję byle jak!

Cslady, ale chodzi o to, że jeśli ja oczekuję wsparcia emocjonalnego, to z mojej strony facet może liczyć na to samo. I tak z każdą inną rzeczą. Natomiast jeśli potrzebuję od niego pieniędzy, to on na pieniądze ode mnie liczyć nie może. Nie ma partnerstwa. wink

Kammiś, zgadzam się z tym. Jedna moja ciotka tak ma. Kiedyś mojej mamie oznajmiła, że właśnie jak ona zajmuje się domem i dzieckiem, to powinna dostawać za to pensję, bo to też praca. Moja mama na to, że ona i pracuje, i zajmuje się dwójką dzieci, więc chce drugą pensję w takim razie. Mi tam nie przeszkadza, że ona się tak umówiła z mężem - jej sprawa. Przeszkadzają mi natomiast brednie - bo inaczej tego nie umiem nazwać - że jej praca w domu jest no... tym samym, co normalny etat innych. Idiotyzm, bo te kobiety, o ile nie mają gosposi/niani/kucharki/kij wie kogo, wracają na jej "etat" po pracy. I też się wywiązują. Co więcej, mam wrażenie, że zazwyczaj wychodzi im to no... lżej. Bo to właśnie od niepracujących słyszę najczęściej, ile i jakiej ciężkiej pracy jest do zrobienia w domu. Od pracujących prawie nigdy, bo dla nich to normalne, że trzeba właśnie zrobić coś do jedzenia czy ogarnąć mieszkanie. Nie doszukują się na siłę w każdym swoim działaniu pracy, bo nie mają potrzeby udowadniania swojej wartości.

314

Odp: Nie żyję byle jak!

Ale zrozumcie, że nie każda kobieta chce oddać małe dziecko do żłobka i iść pracować. Tym bardziej, jeśli partnera stać na to, by ich utrzymać i on wyraża na to zgodę. Może te kobiety wolą cieszyć się urokami macierzyństwa zamiast zasuwać na etacie? Przecież to problem tylko i wyłącznie tych kobiet oraz ich mężów.

Kammiś napisał/a:

Nie on decyduje ile zjem w danym miesiacu, ile chusteczek zuzyje, kiedy pojde do kina, kiedy zrobie paznokcie, kiedy pojade na weekend z kolezanka a kiedy zjem obiad na miescie. On nie jest nawet swiadomy kiedy co i za ile. Moglabym sobie nawet isc do klubu z meskim striptizem, zaplacic wlasna karta i by nie wiedzial big_smile a nie takie kontrolowanie wydatkow.

Ale wyobrażasz sobie, że jak to działa? Mąż za każdym razem daje do ręki i pyta na co te pieniądze? Bo ja uważam, że nawet jeśli zarabiająca kobieta zwiąże się z mężczyzną z Twoje opisu, to coś ostro nie tak z głową. Takie cechy dyskwalifikują faceta, niezależnie od tego czy i ile się zarabia. Przecież to jakaś patologia z tym kontrolowaniem wydatków. W realnym życiu to rzadko tak wygląda. Np. kolega mojego partnera umówił się z żoną, że przez pierwsze 2-3 lata życia ich dzieci ona nie będzie pracować. Umówili się tak, bo on nie chce tak małego dziecka gdziekolwiek oddawać, a ona chce cieszyć się macierzyństwem. On jej niczego nie wydziela i niczego nie kontroluje. Przelewa jej co miesiąc kilka tysięcy na konto i ona z tego ma utrzymać dziecko oraz może wydawać na różne głupoty.

Podobno najczęstszą przyczyną kłótni w związkach są pieniądze. Tylko ludzie kłócą się o nie niezależnie od tego czy pracują obie strony, czy też nie. Uważam, że wszystko to kwestia indywidualnych przypadków i nie można teoretyzować co jest obiektywnie lepsze, bo nie wszystkich uszczęśliwia to samo. Jedyny obiektywny fakt jest taki, że kobieta będąca na utrzymaniu męża coś tam ryzykuje, bo jeśli odwidzi mu się związek, a do tego facet jest prostakiem, to zostawi ją z dnia na dzień bez środków do życia.

315

Odp: Nie żyję byle jak!
Eileen napisał/a:

Cslady, ale chodzi o to, że jeśli ja oczekuję wsparcia emocjonalnego, to z mojej strony facet może liczyć na to samo. I tak z każdą inną rzeczą. Natomiast jeśli potrzebuję od niego pieniędzy, to on na pieniądze ode mnie liczyć nie może. Nie ma partnerstwa. wink

Kammiś, zgadzam się z tym. Jedna moja ciotka tak ma. Kiedyś mojej mamie oznajmiła, że właśnie jak ona zajmuje się domem i dzieckiem, to powinna dostawać za to pensję, bo to też praca. Moja mama na to, że ona i pracuje, i zajmuje się dwójką dzieci, więc chce drugą pensję w takim razie. Mi tam nie przeszkadza, że ona się tak umówiła z mężem - jej sprawa. Przeszkadzają mi natomiast brednie - bo inaczej tego nie umiem nazwać - że jej praca w domu jest no... tym samym, co normalny etat innych. Idiotyzm, bo te kobiety, o ile nie mają gosposi/niani/kucharki/kij wie kogo, wracają na jej "etat" po pracy. I też się wywiązują. Co więcej, mam wrażenie, że zazwyczaj wychodzi im to no... lżej. Bo to właśnie od niepracujących słyszę najczęściej, ile i jakiej ciężkiej pracy jest do zrobienia w domu. Od pracujących prawie nigdy, bo dla nich to normalne, że trzeba właśnie zrobić coś do jedzenia czy ogarnąć mieszkanie. Nie doszukują się na siłę w każdym swoim działaniu pracy, bo nie mają potrzeby udowadniania swojej wartości.

Dokladnie!
Mam to samo.
Nie musze podkreslac ze dzisiaj czy wczoraj czy kiedys tak podlalam kwiatki, umylam okna, odkurzylam, zrobilam pranie czy ugotowalam pierogi mrozone na obiad big_smile
Realizuje sie na studiach i w pracy, a nie idac z workiem ze smieciami czy scierajac kurze i nie bede uznawac tego za realizacje w zadnym wypadku. A za prace tylko wtedy jesli ktos ma umowe i otrzymuje za to wynagrodzenie. A nie w domu na potrzeby wlasne.

316 Ostatnio edytowany przez kammiś (2015-09-11 18:30:04)

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Ale zrozumcie, że nie każda kobieta chce oddać małe dziecko do żłobka i iść pracować. Tym bardziej, jeśli partnera stać na to, by ich utrzymać i on wyraża na to zgodę. Może te kobiety wolą cieszyć się urokami macierzyństwa zamiast zasuwać na etacie? Przecież to problem tylko i wyłącznie tych kobiet oraz ich mężów.

Kammiś napisał/a:

Nie on decyduje ile zjem w danym miesiacu, ile chusteczek zuzyje, kiedy pojde do kina, kiedy zrobie paznokcie, kiedy pojade na weekend z kolezanka a kiedy zjem obiad na miescie. On nie jest nawet swiadomy kiedy co i za ile. Moglabym sobie nawet isc do klubu z meskim striptizem, zaplacic wlasna karta i by nie wiedzial big_smile a nie takie kontrolowanie wydatkow.

Ale wyobrażasz sobie, że jak to działa? Mąż za każdym razem daje do ręki i pyta na co te pieniądze? Bo ja uważam, że nawet jeśli zarabiająca kobieta zwiąże się z mężczyzną z Twoje opisu, to coś ostro nie tak z głową. Takie cechy dyskwalifikują faceta, niezależnie od tego czy i ile się zarabia. Przecież to jakaś patologia z tym kontrolowaniem wydatków. W realnym życiu to rzadko tak wygląda. Np. kolega mojego partnera umówił się z żoną, że przez pierwsze 2-3 lata życia ich dzieci ona nie będzie pracować. Umówili się tak, bo on nie chce tak małego dziecka gdziekolwiek oddawać, a ona chce cieszyć się macierzyństwem. On jej niczego nie wydziela i niczego nie kontroluje. Przelewa jej co miesiąc kilka tysięcy na konto i ona z tego ma utrzymać dziecko oraz może wydawać na różne głupoty.

Podobno najczęstszą przyczyną kłótni w związkach są pieniądze. Tylko ludzie kłócą się o nie niezależnie od tego czy pracują obie strony, czy też nie. Uważam, że wszystko to kwestia indywidualnych przypadków i nie można teoretyzować co jest obiektywnie lepsze, bo nie wszystkich uszczęśliwia to samo. Jedyny obiektywny fakt jest taki, że kobieta będąca na utrzymaniu męża coś tam ryzykuje, bo jeśli odwidzi mu się związek, a do tego facet jest prostakiem, to zostawi ją z dnia na dzień bez środków do życia.


Ale to jest ich sprawa. Nie moj problem.
Jednak nie zamierzam nazywac tego praca bo to NIE JEST praca. A jezeli jest to w takim razie ja powinnam dostac dzisiaj dodatkowe pieniadze za to ze ugotowalam sobie obiad a moj facet za to ze z rana wyniosl smieci. Mniej niz one ale jednak, moze jakas 1/10 etatu, co? Idiotyczne, prawda? Tak samo nazywanie "pracy" w domu praca jest idiotyczne.
I nigdy w zyciu nie uznam ze jest to to samo co np praca ludzi na etacie, prowadzenie wlasnej firmy, praca na zleceniu czy na umowie o dzielo. Nawet jesli ktos pracuje i to NAPRAWDE pracuje - np. prowadzi biznes - majac "siedzibe" w domu. Nie i juz. To nie jest to samo.

317

Odp: Nie żyję byle jak!
Ludmiłaa napisał/a:

Ja sobie nie wyobrażam mieć wspólnej kasy z facetem. Moje to moje, jego to jego. Ja opłacam swoje rachunki, on swoje. Tak szczerze to nawet nie wiem kiedy ma przelewy na konto i w jakiej kwocie.

Ludmiła - w Twojej sytuacji, to oczywistym jest, że nie macie wspólnego konta. Nie jesteście małżeństwem, nie mieszkacie razem.
Mnie zdecydowanie najbliżej do poglądów Cslady. Prezentuje zrównoważone i dojrzałe poglądy.
U mnie kasa jest wspólna. Mamy nawzajem dostęp do naszych kont. Trudno mi sobie wyobrazić pożyczanie (?) pieniędzy w związku.

318

Odp: Nie żyję byle jak!
cslady napisał/a:

Ale zrozumcie, że nie każda kobieta chce oddać małe dziecko do żłobka i iść pracować. Tym bardziej, jeśli partnera stać na to, by ich utrzymać i on wyraża na to zgodę. Może te kobiety wolą cieszyć się urokami macierzyństwa zamiast zasuwać na etacie? Przecież to problem tylko i wyłącznie tych kobiet oraz ich mężów.

Dlatego napisałam, że nic do takich układów nie mam. Nie zgadzam się tylko ze zrównywaniem ilości pracy kobiety siedzącej w domu i pracującej. Do samych kobiet - nic, ich życie, ich sprawa, ja bym tak nie chciała, ale nikogo nie zmuszam i nie oceniam przez sam fakt siedzenia w domu. Natomiast to, że mogę lubić panią X, która nie pracuje, tylko zajmuje się domem, nie oznacza, że muszę jej przyklaskiwać i zgadzać się z tym, że ma tyle samo pracy, co osoba pracująca. Bo ta pracująca po pracy i tak musi dom ogarnąć. O nic więcej mi nie chodzi. tongue Cieszyć się mogą, chcieć mogą, wierzę. big_smile

Swoją drogą, zastanawiam się, ile kobiet używa "zajmowania się domem" albo "wychowywania dziecka", żeby mieć wytłumaczenie, dlaczego nie pracują, podczas gdy tak naprawdę po prostu im się nie chce. tongue

319

Odp: Nie żyję byle jak!
Eileen napisał/a:

Nie zgadzam się tylko ze zrównywaniem ilości pracy kobiety siedzącej w domu i pracującej.

Zrównać się nie da, jednak zdecydowanie kobiety niepracujące wykonują więcej prac domowych niż te, które pracują.
Zresztą, czy o to chodzi? O porównywanie? Praca wykonywana przez kobiety w domu jest pracą.
Potocznie rzecz ujmując można stwierdzić, że kobieta pracująca, pracuje na dwa etaty smile

320 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-11 19:29:42)

Odp: Nie żyję byle jak!

Ale to Wy sobie wymyślacie, że wszystkie kobiety zajmujące się domem nazywają to pracą albo uważają, że bardziej się przemęczają niż kobiety na etacie. Pewnie są matki, które faktycznie mówią tak wszem i wobec, ale ja mam niepracujące koleżanki i one tak nie mówią. One zawsze podają jeden argument: CHCĄ zajmować się dzieckiem i nie chcą przegapić najważniejszych momentów typu pierwsze słowo, pierwsze kroki. A jeśli nawet powiedzą kiedyś, że są zmęczone, to co za problem? Opieka nad dzieckiem też może być męcząca, ale to nie jest użalanie się. A co do nazewnictwa, to mnie jest kompletnie obojętne czy ktoś nazywa siedzenie w domu z dzieckiem pracą. Dla mnie sama praca nie jest żadną świętością, żeby zaraz kategoryzować ludzi pod tym względem. I nie uważam kobiet zasuwających na etacie jako lepszych. To i tak po latach się okaże kto był bardziej produktywny i coś w świecie zmienił. Bo tzw. kura domowa może wychować trójkę dzieci, które będą miały wspomnienie ciepłego i fajnego dzieciństwa, a potem one ruszą w świat robić karierę. W szerszej perspektywie to może być dużo większy pożytek niż z kobiety pracującej na etacie. Bo na etatach też pracują różni ludzie. Jeśli ktoś jest nauczycielką, to fajnie, kształtuje młode umysły itp., na pewno coś zmieni w świecie. Ale jeśli to jest etat np. polegający na klepaniu kodów jak mój partner, to mogą mu za to płacić krocie, ale co on tak naprawdę by po sobie zostawił, gdyby ograniczył się tylko do takiej pracy? No wysokie podatki płaci i tyle. big_smile Sam już chce czegoś więcej od życia, bo dla niego nie ma sensu takie wegetowanie, nawet jeśli to się szumnie nazywa rozwojem. Jeśli ja mam coś wartościować, to raczej to, co się zmieni żyjąc te x lat, a nie jakieś głupie prace dla samej idei pracowania.

321

Odp: Nie żyję byle jak!
luc napisał/a:
Eileen napisał/a:

Nie zgadzam się tylko ze zrównywaniem ilości pracy kobiety siedzącej w domu i pracującej.

Zrównać się nie da, jednak zdecydowanie kobiety niepracujące wykonują więcej prac domowych niż te, które pracują.
Zresztą, czy o to chodzi? O porównywanie? Praca wykonywana przez kobiety w domu jest pracą.
Potocznie rzecz ujmując można stwierdzić, że kobieta pracująca, pracuje na dwa etaty smile

Dlaczego KOBIETA?
Mezczyzna rowniez. W normalnych zdrowych zwiazkach jest podzial obowiazkow.
W takim razie mezczyzna rowniez pracuje na 2 etaty.

322 Ostatnio edytowany przez luc (2015-09-11 19:20:29)

Odp: Nie żyję byle jak!
kammiś napisał/a:

Dlaczego KOBIETA?
Mezczyzna rowniez. W normalnych zdrowych zwiazkach jest podzial obowiazkow.
W takim razie mezczyzna rowniez pracuje na 2 etaty.

Kobieta, bo o kobietach teraz jest rozmowa smile
Jeżeli jest podział obowiązków, to oczywiście, że mężczyzna też "pracuje na dwa etaty".

323

Odp: Nie żyję byle jak!
luc napisał/a:
Eileen napisał/a:

Nie zgadzam się tylko ze zrównywaniem ilości pracy kobiety siedzącej w domu i pracującej.

Zrównać się nie da, jednak zdecydowanie kobiety niepracujące wykonują więcej prac domowych niż te, które pracują.
Zresztą, czy o to chodzi? O porównywanie? Praca wykonywana przez kobiety w domu jest pracą.
Potocznie rzecz ujmując można stwierdzić, że kobieta pracująca, pracuje na dwa etaty smile

Naprawdę więcej? Tzn. ze mną nie ma co porównywać, bo ja nawet jakbym nie pracowała, to w domu bym robiła minimum (przejść przez pokój bez wypadków, upolować coś, znaleźć czysty ciuch w szafie, ewentualnie na krześle big_smile), więc u mnie to nie wynika z pracy/niepracowania. Ale np. moja mama ma no... zapędy na bycie pedantką (po babci big_smile), więc mimo że nie przesadza ze sprzątaniem jak babcia właśnie, to nadal dom wygląda tak, że można jeść z podłogi - a w domu mieszka jeszcze nastolatek i kotka. Nie umiem sobie więc wyobrazić, co miałaby robić więcej, bo nigdy nic nie "zalega". Znaczy, nie wiem, podłogi myć codziennie, zamiast co kilka dni? Prać wszystkie ubrania i firany codziennie, żeby codziennie była sterta rzeczy do prasowania? Codziennie myć okna? Przecież poza myciem, odkładaniem naczyń, gotowaniem, hm... praniem?, ogarnięciem kuwety tongue i może czymś jeszcze, większość rzeczy robi się co parę dni, no chociaż co 2-3, NIE Z LENISTWA, a dlatego, że nie potrzeba częściej. Bo nie uwierzę, że ktoś tyle syfi, że trzeba codziennie całe mieszkanie odkurzać albo codziennie ścierać kurze z wszystkich mebli. Wszystko się da spokojnie zrobić po pracy, raz wyjdzie dłużej, raz krócej, ale nie zgadzam się z tym, że kobiety pracujące robią mniej. Chyba że niepracujące szukają zajęć na siłę. Albo chyba że ktoś mnie oświeci, co więcej te niepracujące robią, to sobie porównam do jakiejś pracującej znajomej osoby. tongue

324

Odp: Nie żyję byle jak!
Eileen napisał/a:

Naprawdę więcej? Tzn. ze mną nie ma co porównywać, bo ja nawet jakbym nie pracowała, to w domu bym robiła minimum (przejść przez pokój bez wypadków, upolować coś, znaleźć czysty ciuch w szafie, ewentualnie na krześle big_smile), więc u mnie to nie wynika z pracy/niepracowania. Ale np. moja mama ma no... zapędy na bycie pedantką (po babci big_smile), więc mimo że nie przesadza ze sprzątaniem jak babcia właśnie, to nadal dom wygląda tak, że można jeść z podłogi - a w domu mieszka jeszcze nastolatek i kotka. Nie umiem sobie więc wyobrazić, co miałaby robić więcej, bo nigdy nic nie "zalega". Znaczy, nie wiem, podłogi myć codziennie, zamiast co kilka dni? Prać wszystkie ubrania i firany codziennie, żeby codziennie była sterta rzeczy do prasowania? Codziennie myć okna? Przecież poza myciem, odkładaniem naczyń, gotowaniem, hm... praniem?, ogarnięciem kuwety tongue i może czymś jeszcze, większość rzeczy robi się co parę dni, no chociaż co 2-3, NIE Z LENISTWA, a dlatego, że nie potrzeba częściej. Bo nie uwierzę, że ktoś tyle syfi, że trzeba codziennie całe mieszkanie odkurzać albo codziennie ścierać kurze z wszystkich mebli. Wszystko się da spokojnie zrobić po pracy, raz wyjdzie dłużej, raz krócej, ale nie zgadzam się z tym, że kobiety pracujące robią mniej. Chyba że niepracujące szukają zajęć na siłę. Albo chyba że ktoś mnie oświeci, co więcej te niepracujące robią, to sobie porównam do jakiejś pracującej znajomej osoby. tongue

Naprawdę wink
Być może są kobiety pracujące, które wykonują dokładnie tyle samo prac domowych, tak samo dokładnie etc, co kobiety niepracujące. Być może właśnie Twoja Mama należy do takich kobiet (zdecydowana mniejszość).
Ja widzę po sobie, że przez pracę zawodową nie wykonuję tyle samo pracy w domu co kobiety niepracujące.

325

Odp: Nie żyję byle jak!

Spoko, ja tam zaniżam, jeśli się bawić w statystykę. big_smile big_smile big_smile Ale właśnie - to też wiele zależy od człowieka. I to - moim zdaniem - tak samo albo i bardziej od tego, czy się pracuje, czy nie. No ale kwestia dyskusyjna. W każdym razie i jedna, i druga ma do zrobienia tyle samo. tongue

Posty [ 261 do 325 z 972 ]

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 15 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » NASZA SPOŁECZNOŚĆ » Nie żyję byle jak!

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024