Jak idę na siłkę to się wcale nie maluję, bo to nie ma sensu. I tak po 45 minutach będzie się ze mnie lało. Zresztą chodzę rano więc mnie tam ledwo pies z kulawą nogą widzi na ulicy
Raczej nie rozumiem po co nakładać sobie tapetę jak się człowiek zamierza napocić. Smieszą mnie takie laski, które na bieżnię idą wymalowane jak do dyskoteki. Inna inkszość, że one zwykle niezbyt się wysilają, bo na siłownię chodzą, żeby ktoś je podziwiał, a nie żeby jakieś wyniki mieć ![]()
Jak idę na siłkę to się wcale nie maluję, bo to nie ma sensu. I tak po 45 minutach będzie się ze mnie lało. Zresztą chodzę rano więc mnie tam ledwo pies z kulawą nogą widzi na ulicy
Raczej nie rozumiem po co nakładać sobie tapetę jak się człowiek zamierza napocić. Smieszą mnie takie laski, które na bieżnię idą wymalowane jak do dyskoteki. Inna inkszość, że one zwykle niezbyt się wysilają, bo na siłownię chodzą, żeby ktoś je podziwiał, a nie żeby jakieś wyniki mieć
A jak ktoś idzie na siłkę prosto z pracy albo z uczelni?
Bez sensu jechać do domu żeby potem wracać tą samą drogą, bo klub mam właściwie rzut kamieniem od wydziału. A jazdy pół godziny. Czyli straciłabym godzinę na samą drogę.
198 2015-09-04 15:43:04 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2015-09-04 16:21:01)
Nie, no jasne, jak mi się zdarzy iść po pracy (choć rzadko, bo wolę rano), to makijaż mam i tylko staram się ignorować jego powolne spływanie
Ale tak normalnie rano wstaję, jem małe śniadanie (zwykle jogurt z jakimiś płatkami albo banana) i idę prosto ćwiczyć. Prysznic biorę na siłowni, po treningu i tam też robię makijaż, co by w pracy gołym pyszczkiem nie świecić.
Bardziej mi chodziło o to, że widuję takie panny, które chyba specjalnie się na tą siłownię malują. Jest to dla mnie źródło bezdennego zdziwienia ![]()
199 2015-09-04 16:20:00 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-09-04 16:20:33)
Makijaż na siłowni to nic. Najlepsze są umalowane panie w wymyślnych fryzurach na basenie. Płyną, płyną, a głowa jak na sztywnym kiju wystaje, żeby nie ochlapać.
Moja mama kiedyś na basenie prowadziła w ramach rehabilitacji gimnastykę, teraz już nie, ale z kolei ojciec zaczął i parę osób, które znam z jego pracy. Wszyscy - jak tylko widzą takie panie - zaczynają od pajacyków w wodzie i odliczają czas do oburzonych okrzyków, że "ojej, chlapie". I najlepsze, że tego raczej nie ma wśród młodych osób, które bardziej bym podejrzewała o przesadne pindrzenie, a głównie wśród pań 50-65 lat lat na oko.
Excop napisał/a:Wybaczcie, kochane Kobietki, ale już się gubię z tym określeniem "facet".
W moim odczuciu to jeden z wielu, podobny do innych, traktowanych z lekceważeniem i wręcz politowaniem.Jak to w końcu jest? Czy tak trudno nazwać mężczyznę u swego boku tak, jak byście chciały, by inne Panie tak go odbierały? Czyżby nie zasługiwał, jeden z drugim, na określenie go partnerem?
Partner brzmi dla mnie zbyt oficjalnie, serio.
Na "chlopaka" jest...zbyt stary
No wiec jak? Narzeczony nie.
Konkubent mam mowic?
Jednym słowem, nie uważasz swego "faceta" za partnera i tym samym staje się "jednym z wielu", skoro "partner" brzmi zbyt poważnie, a "konkubent" pejoratywnie, bo zbyt blisko znaczenia tego słowa w części ogólnej (w dziale "Wyjaśnienie wyrażeń ustawowych") akurat, Kodeksu karnego?
Przyjmuję, że jesteś bardzo młoda jeszcze i Twoje obecne życie to tylko pewien etap, w którym mężczyzna przez Ciebie opisany jest w sumie jednak, ważny dla Ciebie. Czy nie zasługuje na wyróżnienie spośród "facetów"?
kammiś napisał/a:Excop napisał/a:Wybaczcie, kochane Kobietki, ale już się gubię z tym określeniem "facet".
W moim odczuciu to jeden z wielu, podobny do innych, traktowanych z lekceważeniem i wręcz politowaniem.Jak to w końcu jest? Czy tak trudno nazwać mężczyznę u swego boku tak, jak byście chciały, by inne Panie tak go odbierały? Czyżby nie zasługiwał, jeden z drugim, na określenie go partnerem?
Partner brzmi dla mnie zbyt oficjalnie, serio.
Na "chlopaka" jest...zbyt stary
No wiec jak? Narzeczony nie.
Konkubent mam mowic?Jednym słowem, nie uważasz swego "faceta" za partnera i tym samym staje się "jednym z wielu", skoro "partner" brzmi zbyt poważnie, a "konkubent" pejoratywnie, bo zbyt blisko znaczenia tego słowa w części ogólnej (w dziale "Wyjaśnienie wyrażeń ustawowych") akurat, Kodeksu karnego?
Przyjmuję, że jesteś bardzo młoda jeszcze i Twoje obecne życie to tylko pewien etap, w którym mężczyzna przez Ciebie opisany jest w sumie jednak, ważny dla Ciebie. Czy nie zasługuje na wyróżnienie spośród "facetów"?
On jest nie tylko ważny, ale idealny ![]()
Mimo że się z nim kłócę, to wynika z mojego uporu w pewnych sprawach, którego ja sama nie rozumiem.
Ale dobra, to nie na temat.
Partner nie kojarzy mi się z określeniem osoby, z którą mam zamiar spędzić życie i którą kocham. Partner kojarzy mi się z prawem spółek. Serio mówię. Z moimi studiami. Albo z tańcem. Partnera to ja miałam, jak chodziłam na taniec towarzyski. Partnera mogę mieć, jak "se" założę spółkę partnerską.
Konkubent to nie jest dla mnie określenie pejoratywne. Konkubent to dla mnie określenie o takim samym nacechowaniu jak współmałżonek, wspólnik, świadek etc. Emocje z tym żadne nie są związane. Są to dla mnie po prostu określenia czysto formalne. To tak, jakby nasz związek nazywała nie związkiem, ale kohabitacją (bardzo często zastępuje się w doktrynie słowo konkubinat słowem kohabitacja). Nie podoba mi się takie nazewnictwo.
Nazywam swojego faceta najczęściej po imieniu. Ale ma bardzo rzadkie i charakterystyczne imię, więc tutaj używać go nie będę.
Choć często na forum piszę o Misiu jako o moim partnerze (bo trudno faceta pod 50tkę nazwać "chłopakiem"), to w realu zwykle mówię o nim z imienia. Partner czy konkubent kojarzy się faktycznie jakoś...klinicznie. "Facet" za to ma przynajmniej taki neutralny wydźwięk. Nie wiem o co Excop się czepia.
Dla mnie też "facet" to normalne określenie. Zwłaszcza, że w domyśle jest "mój", co go wyróżnia z rzeszy innych facetów. Tak samo, jak nastolatki mają "chłopaka". W pewnym wieku ten chłopak ewoluuje do faceta. Partner i cała reszta określeń ma już dla mnie trochę inny wydźwięk.
"Facet" za to ma przynajmniej taki neutralny wydźwięk. Nie wiem o co Excop się czepia.
O tę właśnie neutralność. I nie chodzi o Kamilkę przecież, a o to nieszczęsne nazewnictwo, tak powszechne obecnie.
Rzeczywiście, stary piernik ze mnie i czepiam się pierdół. ![]()
205 2015-09-04 20:17:51 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2015-09-04 20:23:43)
Mussuka napisał/a:To ja juz osobiscie wole au naturel na takie okazje wybrac sie, umyc potem twarz z potu i posmarowac dobrym kremem szybko wchlaniajacym sie.
Moja kobita z zadowoleniem lustruje różne młodsze od nas o kilkanaście lat dziewczynki, bo stwierdza, że ma od nich lepszą cerę. Pytam czemu, to mi odpowiada, że zanim się poznaliśmy i przez większość naszego pożycia prawie się nie malowała w sensie nakładania na siebie kolejnych warstw tego i owego. Szminka, oko i tyle. Zanim ktoś stwierdzi autorytarnie, że widać nie dbała o siebie, to stwierdzam, że jest bardzo zadbana i przykuwa oko
Moje koleżanki z pracy w wieku 25-28 lat wzdychają z podziwu, że mając 40 lat i dwójkę dzieci można tak wyglądać. Chyba zresztą trochę wzdychają z zazdrości, bo obiektywnie rzecz biorąc moja kobita wygląda lepiej niż one, a to niczego sobie dziewuszki są
Zresztą to zabawnie wygląda, bo żona kolegi ma lekko pod 50-tkę i jakby z moją żoną stanęły wśród tych dziewuszek 25-28 lat, to naprawdę górą wiekowe kobitki.
No czyli dosyć naturalna, a przy tym ładna?
Fajnie
Wiadomo, że pewnie i bez makijażu fajnie wygląda, a dla kochającego męża już na pewno i super
No, ale nie tylko, bo wierzę, że ogólnie jest ładna. Zadbana cera też wiele daje, a wiadomo tu się liczy pielęgnacja, dobre oczyszczanie, nawilżanie itp.
Chodakowskiej sylwetka mnie się średnio podoba, kwestia gustu, no i ona jednak jest chyba za bardzo zrobiona, choćby piersi, bardziej podoba mi się sylwetka i widać też, że ćwiczy.
Ja się rzadko maluję, często wychodzę bez żadnego makijażu, nawet bez błyszczyka czy tuszu do rzęs, bez niczego, nie jestem piękna, ale nawet ok, brzydka też nie, no i nie chce mi się w sumie, bez tego też czuję się ok. No ale może zacznę częściej, tak dla zakrycia niedoskonałości tak nieco, ale myślę, że delikatnie krem BB itp. No bo przesadzić też nie chcę.
Moja kobita nie ćwiczyła żadnej Chodakowskiej, Lewandowskiej, Mel B, C, ani Z. Kiedy chciała, to zrzucała i 20 kg po ciąży. A żre te słodycze i żre, dla dobra dzieci
Co dzieci dostaną czekoladę od kogoś, to mamusia pierwsza zjada. Browarek ze mną wypija, a bez problemu utrzymuje te 57-58 kg przy swoich 170 cm. Po prostu ćwiczy godzinkę dziennie. Dla mnie jej waga, to i tak już za mało, bo przy takiej niestety już z cycków jej spada
Ze 3 miesiące temu odbiło jej i doszła do 55 i powiedziałem, że nie będę spał z kościotrupem ![]()
Moja kobita nie ćwiczyła żadnej Chodakowskiej, Lewandowskiej, Mel B, C, ani Z. Kiedy chciała, to zrzucała i 20 kg po ciąży. A żre te słodycze i żre, dla dobra dzieci
Co dzieci dostaną czekoladę od kogoś, to mamusia pierwsza zjada. Browarek ze mną wypija, a bez problemu utrzymuje te 57-58 kg przy swoich 170 cm. Po prostu ćwiczy godzinkę dziennie. Dla mnie jej waga, to i tak już za mało, bo przy takiej niestety już z cycków jej spada
Ze 3 miesiące temu odbiło jej i doszła do 55 i powiedziałem, że nie będę spał z kościotrupem
No i fajnie. Kiepsko gdzieś wyjść z kobietą, która liczy kalorie i zamawia jakieś sałaty. No chyba, że jest ich ogromną fanką i zajada je z taką pasją jak ja chociażby pizzę.
Jednak wątpię w to.
Snake: Moja znajoma z pracy zamówiła DVD (czy coś w tym rodzaju) tej pani Chodakowskiej, choć wcale nie jest gruba. Nawet nie jest przy kości. Co te media robią z tymi kobietami? ![]()
Excop: Co do określenia "facet", to zgadzam się z Tobą. To jest taki jeden z wielu, pospolity. Mnie się to określenie kojarzy też z takim panem, który chodzi w skórzanych kurtkach (ale nie ramoneskach), mający wąsy i palący papierosy. Tacy faceci występowali chyba w latach 80. Żyłem trochę w PRL-u, ale nic z tego nie pamiętam. Pamiętam za to doskonale, że w latach 90. tacy panowie jeszcze się pojawiali.
Tak poza tym, to ładnie piszesz i nie od dzisiaj to zauważyłem. Powiedz mi, czy sam przywiązujesz dużą wagę do poprawnej pisowni (od zawsze), czy wypracowałeś to na przestrzeni lat? Domyślam się, że Twój rocznik i bliskie Twojemu były lepiej edukowane pod tym względem.
Snake: Moja znajoma z pracy zamówiła DVD (czy coś w tym rodzaju) tej pani Chodakowskiej, choć wcale nie jest gruba. Nawet nie jest przy kości. Co te media robią z tymi kobietami?
Excop: Co do określenia "facet", to zgadzam się z Tobą. To jest taki jeden z wielu, pospolity. Mnie się to określenie kojarzy też z takim panem, który chodzi w skórzanych kurtkach (ale nie ramoneskach), mający wąsy i palący papierosy. Tacy faceci występowali chyba w latach 80. Żyłem trochę w PRL-u, ale nic z tego nie pamiętam. Pamiętam za to doskonale, że w latach 90. tacy panowie jeszcze się pojawiali.
Tak poza tym, to ładnie piszesz i nie od dzisiaj to zauważyłem. Powiedz mi, czy sam przywiązujesz dużą wagę do poprawnej pisowni (od zawsze), czy wypracowałeś to na przestrzeni lat? Domyślam się, że Twój rocznik i bliskie Twojemu były lepiej edukowane pod tym względem.
Bo tu nie o tuszę chodzi, tylko o wyrobienie sobie wyćwiczonego ciała.
Zobacz - ja mam 163 cm wzrostu i ważę 48 kilo. A Mel B jadę ostro, nawet 10 godzin tygodniowo ![]()
Bo tu nie o tuszę chodzi, tylko o wyrobienie sobie wyćwiczonego ciała.
Zobacz - ja mam 163 cm wzrostu i ważę 48 kilo. A Mel B jadę ostro, nawet 10 godzin tygodniowo
To akurat fakt. Ja mam 158 cm, ważę teraz 59 kg i wcale gruba nie jestem. Mam po prostu dobrze rozwinięte mięśnie, szczególnie w barkach i plecach. Cwiczę praktycznie codziennie godzinę, ale w większości są to ćwiczenia siłowe, rozwijające muskulaturę- no bo lubię.
Beyondblackie napisał/a:"Facet" za to ma przynajmniej taki neutralny wydźwięk. Nie wiem o co Excop się czepia.
O tę właśnie neutralność. I nie chodzi o Kamilkę przecież, a o to nieszczęsne nazewnictwo, tak powszechne obecnie.
Rzeczywiście, stary piernik ze mnie i czepiam się pierdół.
Wiesz, w pokoleniu mojej mamy to się mówiło, że ma się "przyjaciela" ![]()
Excop: Co do określenia "facet", to zgadzam się z Tobą. To jest taki jeden z wielu, pospolity. Mnie się to określenie kojarzy też z takim panem, który chodzi w skórzanych kurtkach (ale nie ramoneskach), mający wąsy i palący papierosy. Tacy faceci występowali chyba w latach 80. Żyłem trochę w PRL-u, ale nic z tego nie pamiętam. Pamiętam za to doskonale, że w latach 90. tacy panowie jeszcze się pojawiali.
Tak poza tym, to ładnie piszesz i nie od dzisiaj to zauważyłem. Powiedz mi, czy sam przywiązujesz dużą wagę do poprawnej pisowni (od zawsze), czy wypracowałeś to na przestrzeni lat? Domyślam się, że Twój rocznik i bliskie Twojemu były lepiej edukowane pod tym względem.
Trudno powiedzieć, skąd to się bierze. U mnie, jak sądzę, było to plonem czytelnictwa. Pochłaniałem książki, najpierw te, dla dzieci. Później Szklarskiego i Nienackiego, Niziurskiego, Bahdaja, Ożogowską i Morcinka. O Karolu May'u, Londonie, powieściach Cooper'a, czy Waltera Scott'a nie wspomnę.
I tak już zostało, że staram się korzystać z tego wszystkiego, od zawsze. ![]()
Excop napisał/a:Beyondblackie napisał/a:"Facet" za to ma przynajmniej taki neutralny wydźwięk. Nie wiem o co Excop się czepia.
O tę właśnie neutralność. I nie chodzi o Kamilkę przecież, a o to nieszczęsne nazewnictwo, tak powszechne obecnie.
Rzeczywiście, stary piernik ze mnie i czepiam się pierdół.
Wiesz, w pokoleniu mojej mamy to się mówiło, że ma się "przyjaciela"
Hehehe ![]()
Mówię facet, bo nie wiem jak inaczej miałabym mówić.
Zresztą wkurzył mnie, to będę mówić na niego menda przez tydzień. Bez jego wiedzy oczywiście.
[Pochłaniałem książki, najpierw te, dla dzieci. Później Szklarskiego i Nienackiego, Niziurskiego, Bahdaja, Ożogowską i Morcinka. O Karolu May'u, Londonie, powieściach Cooper'a, czy Waltera Scott'a nie wspomnę.
Pojechał kolega klasyką
Ja to wciąż trzymam i co jakiś czas sobie odświeżam ![]()
Excop napisał/a:[Pochłaniałem książki, najpierw te, dla dzieci. Później Szklarskiego i Nienackiego, Niziurskiego, Bahdaja, Ożogowską i Morcinka. O Karolu May'u, Londonie, powieściach Cooper'a, czy Waltera Scott'a nie wspomnę.
Pojechał kolega klasyką
Ja to wciąż trzymam i co jakiś czas sobie odświeżam
Ja zaś, oddałem tę klasykę synowi, z przykazaniem, by moje wnuki, zamiast grać w wirtualnego "Wiedźmina", zajęły się lekturą. Ponoć starszy już się zapalił, między innymi, do "Księgi urwisów" Niziurskiego, bo to przecież o jego rówieśnikach, choć sprzed ponad półwiecza. ![]()
Ja zaś zaczęłam uwielbiać książki odkąd przeczytałam "Dzieci z Bullerbyn"
Potem czytałam różne dziecięce/młodzieżowe książki, serię z "Martynką", książki z serii "Opowieści z Narnii", potem dziecięce/młodzieżowe thrillery (no bo już wtedy zaczęłam je lubić, no i nadal bardzo lubię, także horrory). No i teraz dużo czytam, głównie to co lubię właśnie.
Dobranoc.
Kammiś: Aha! Rozumiem!
Excop: Wstyd się przyznać, ale niektórych tych polskich nazwisk nie znałem. To pewnie dlatego, że jakoś niespecjalnie przepadałem za takimi książkami. Zawsze wolałem książki naukowe lub popularno-naukowe. Przykładowo, w latach 90. była taka seria "Patrzę, Podziwiam, Poznaję". Lubiłem czytać atlasy geograficzne PPWK, a później też słowniki. Maya lubił mój kolega z klasy. Za Coopera sam chciałbym się wziąć, a to za sprawą filmu "Ostatni Mohikanin".
Truskaweczka: "Dzieci z Bullerbyn", to była lektura szkolna w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Czytałem, ale nie przeczytałem do końca. Zostało mi kilkadziesiąt stron. To samo miałem z "Oto jest Kasia". Nawet czytanie "Antka" (chyba w czwartej klasie) było dla mnie wyzwaniem. ![]()
Excop: Wstyd się przyznać, ale niektórych tych polskich nazwisk nie znałem. To pewnie dlatego, że jakoś niespecjalnie przepadałem za takimi książkami. Zawsze wolałem książki naukowe lub popularno-naukowe. Przykładowo, w latach 90. była taka seria "Patrzę, Podziwiam, Poznaję". Lubiłem czytać atlasy geograficzne PPWK, a później też słowniki. Maya lubił mój kolega z klasy. Za Coopera sam chciałbym się wziąć, a to za sprawą filmu "Ostatni Mohikanin".
To masz, jak mój bratanek, od jednego z moich młodszych braci. Ma ścisły umysł, zdolny matematyk i z literatury czyta prawie wyłącznie leksykony, atlasy i encyklopedie. Beletrystyka nie dla niego. ![]()
219 2015-09-06 11:10:48 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-06 11:13:24)
Cisza w kafejce, więc pewnie każdy nie byle jak spędza niedzielę.
A ja mam niestety kolejny życiowy problem białego człowieka. Jak wygląda/ jak będzie wyglądać Wasza edukacja po studiach? Robicie/ planujecie robić szereg jakichś studiów podyplomowych czy czegoś innego? Zastanawiam się czy warto mi coś nowego zaczynać. Doszłam do takiego momentu, że mało co jest w stanie mnie zadowolić. Stałam się wybredna i bardzo krytycznie oceniam różne propozycje edukacyjne. Szczerze mówiąc pod koniec studiów byłam już znużona. Doktoratu nie planuję robić właśnie dlatego, że nudzi mnie taka typowa kariera naukowa, wymądrzanie się na konferencjach, pisanie bzdurnych artykułów itp. Przyjemną częścią doktoratu byłyby chyba tylko zajęcia ze studentami. Przeglądałam też oferty studiów podyplomowych, ale 2 już skończyłam i byłam bardzo rozczarowana. Wszystko tak ładnie wygląda w programie, gdy się go czyta przed zapisami, a potem w praktyce wychodzi przeciętnie. Trochę mi szkoda na to moich wolnych weekendów. Wczoraj jeden z wykładowców namawiał mnie, żebym zapisała się do nich na studia MBA i teraz się nad tym zastanawiam. Wydaje mi się, że ktoś na forum pisał, że to skończył. Ogólnie jestem ciekawa opinii, jeśli ktoś coś wie z doświadczenia lub słyszał od znajomych. Mój partner robił takie studia, ale nie w Polsce. Do tego on jest bardzo marudny i z żadnych swoich studiów nie był zadowolony - z tych również. To mnie zniechęca. Nie jestem też pewna czy ten program faktycznie pokrywa się w jakiś sposób z moimi zainteresowaniami i da mi jakieś konkretne i przydatne umiejętności. Gdyby te studia były dużo tańsze, to pewnie bym się w nie pobawiła, ale jakoś dziwnie mi "wyrzucić" tyle pieniędzy na głupie studia, jeśli nie jestem pewna czy to dobry pomysł. No i jestem w kropce. Z jednej strony kusi mnie pomysł dalszej edukacji, bo bardzo to lubię, a z drugiej strony ciężko mi znaleźć ofertę dla mnie, bo już dużo umiem i na takich zwykłych studiach podyplomowych bym się zanudziła. Mam wrażenie, że one są skierowane do osób, które chcą się chwalić różnymi papierkami. Zdecydowanie bardziej wolę konferencje i seminaria poświęcone jakimś bieżącym branżowym problemom, bo na nich rzeczywiście wielu rzeczy się dowiaduję.
Cisza w kafejce, więc pewnie każdy nie byle jak spędza niedzielę.
A ja mam niestety kolejny życiowy problem białego człowieka. Jak wygląda/ jak będzie wyglądać Wasza edukacja po studiach? Robicie/ planujecie robić szereg jakichś studiów podyplomowych czy czegoś innego? Zastanawiam się czy warto mi coś nowego zaczynać. Doszłam do takiego momentu, że mało co jest w stanie mnie zadowolić. Stałam się wybredna i bardzo krytycznie oceniam różne propozycje edukacyjne. Szczerze mówiąc pod koniec studiów byłam już znużona. Doktoratu nie planuję robić właśnie dlatego, że nudzi mnie taka typowa kariera naukowa, wymądrzanie się na konferencjach, pisanie bzdurnych artykułów itp. Przyjemną częścią doktoratu byłyby chyba tylko zajęcia ze studentami. Przeglądałam też oferty studiów podyplomowych, ale 2 już skończyłam i byłam bardzo rozczarowana. Wszystko tak ładnie wygląda w programie, gdy się go czyta przed zapisami, a potem w praktyce wychodzi przeciętnie. Trochę mi szkoda na to moich wolnych weekendów. Wczoraj jeden z wykładowców namawiał mnie, żebym zapisała się do nich na studia MBA i teraz się nad tym zastanawiam. Wydaje mi się, że ktoś na forum pisał, że to skończył. Ogólnie jestem ciekawa opinii, jeśli ktoś coś wie z doświadczenia lub słyszał od znajomych. Mój partner robił takie studia, ale nie w Polsce. Do tego on jest bardzo marudny i z żadnych swoich studiów nie był zadowolony - z tych również. To mnie zniechęca. Nie jestem też pewna czy ten program faktycznie pokrywa się w jakiś sposób z moimi zainteresowaniami i da mi jakieś konkretne i przydatne umiejętności. Gdyby te studia były dużo tańsze, to pewnie bym się w nie pobawiła, ale jakoś dziwnie mi "wyrzucić" tyle pieniędzy na głupie studia, jeśli nie jestem pewna czy to dobry pomysł. No i jestem w kropce. Z jednej strony kusi mnie pomysł dalszej edukacji, bo bardzo to lubię, a z drugiej strony ciężko mi znaleźć ofertę dla mnie, bo już dużo umiem i na takich zwykłych studiach podyplomowych bym się zanudziła. Mam wrażenie, że one są skierowane do osób, które chcą się chwalić różnymi papierkami. Zdecydowanie bardziej wolę konferencje i seminaria poświęcone jakimś bieżącym branżowym problemom, bo na nich rzeczywiście wielu rzeczy się dowiaduję.
Jako typ ze średnim wykształceniem, nie powinienem zabierać głosu może, ale rzecz tyczy problemu pod tytułem: "Co dalej?", a to problem uniwersalny.
Jestem sceptycznie nastawiony do kształcenia się w czymkolwiek, co nie odpowiada zainteresowaniom lub nie stwarza perspektyw awansu zawodowego w już obranym zawodzie.
Nie chodzi mi o zbędność posiadanie papieru, a o czas poświęcony takiemu działaniu oraz naturalne "rozwadnianie" wiedzy ku pobieżnej ogólności, zamiast intensyfikacji pracy umysłu dla dopełnienia wiadomości i nabraniu doświadczenia w tym najważniejszym kierunku.
Cslady, ja Cię nie chcę namawiać na doktorat, ale przecież nikt Cię nie zmusi do tematu pracy czy do tematów artykułów. Więc dlaczego mają być bzdurne? ![]()
Cslady, ja Cię nie chcę namawiać na doktorat, ale przecież nikt Cię nie zmusi do tematu pracy czy do tematów artykułów. Więc dlaczego mają być bzdurne?
Chodzi mi tylko o doktorat związany z moim wykształceniem. Nie mówię o każdym kierunku, bo nie wiem jak jest wszędzie. Jeśli miałabym tylko przetwarzać jakąś treść i ją interpretować, to nawet jeśli moja interpretacja byłaby ciekawa, wnikliwa i kilku profesorów chętnie by ją przeczytało, to dla mnie rzecz bzdurna, bo nie zmienia niczego w świecie. Ja muszę coś wytwarzać i coś zmieniać. Przestało mnie bawić pisanie artykułów i teoretyzowanie. Tzn. czasami coś sobie napiszę, bo raz na jakiś czas dla odmiany przyjemnie jest to zrobić. Jednak na co dzień to nie dla mnie. Także z mojej perspektywy są bzdurne, a nie że ogólnie. Jeśli ktoś chce się rozwijać w ten sposób, no to fajnie. Nie rozumiem jednak zadzierania nosa z powodu posiadania tytułu doktora, bo to naprawdę nie jest wielka filozofia (mówię o humanistycznych kierunkach), więc nawet z czystego snobizmu by mi się nie chciało robić. Kiedyś miałam plany, by zrobić doktorat. Prawie do tego doszło, ale potem zrezygnowałam. Musiałam robić referaty i prezentować je na konferencjach, więc bywałam na nich bardzo często. Słuchałam tego, jak profesorzy się kłócą o różne teorie i zaczęłam się zastanawiać co ja tam robię. Bo zamiast polemizować z kimś o wyższości jednej teorii nad drugą, mogę zrobić coś fajnego i pożytecznego.
Teraz oczywiście też czytam dużo rzeczy związanych z moim wykształceniem, ale tak dla przyjemności, a nie po to, by deliberować o tym godzinami i nadymać się przy okazji.
Eileen napisał/a:Cslady, ja Cię nie chcę namawiać na doktorat, ale przecież nikt Cię nie zmusi do tematu pracy czy do tematów artykułów. Więc dlaczego mają być bzdurne?
Chodzi mi tylko o doktorat związany z moim wykształceniem. Nie mówię o każdym kierunku, bo nie wiem jak jest wszędzie. Jeśli miałabym tylko przetwarzać jakąś treść i ją interpretować, to nawet jeśli moja interpretacja byłaby ciekawa, wnikliwa i kilku profesorów chętnie by ją przeczytało, to dla mnie rzecz bzdurna, bo nie zmienia niczego w świecie. Ja muszę coś wytwarzać i coś zmieniać. Przestało mnie bawić pisanie artykułów i teoretyzowanie. Tzn. czasami coś sobie napiszę, bo raz na jakiś czas dla odmiany przyjemnie jest to zrobić. Jednak na co dzień to nie dla mnie. Także z mojej perspektywy są bzdurne, a nie że ogólnie. Jeśli ktoś chce się rozwijać w ten sposób, no to fajnie. Nie rozumiem jednak zadzierania nosa z powodu posiadania tytułu doktora, bo to naprawdę nie jest wielka filozofia (mówię o humanistycznych kierunkach), więc nawet z czystego snobizmu by mi się nie chciało robić. Kiedyś miałam plany, by zrobić doktorat. Prawie do tego doszło, ale potem zrezygnowałam. Musiałam robić referaty i prezentować je na konferencjach, więc bywałam na nich bardzo często. Słuchałam tego, jak profesorzy się kłócą o różne teorie i zaczęłam się zastanawiać co ja tam robię. Bo zamiast polemizować z kimś o wyższości jednej teorii nad drugą, mogę zrobić coś fajnego i pożytecznego.
Teraz oczywiście też czytam dużo rzeczy związanych z moim wykształceniem, ale tak dla przyjemności, a nie po to, by deliberować o tym godzinami i nadymać się przy okazji.
Dobrze, że mój facet tego nie czyta bo wylewu by ze zbulwersowania dostał
![]()
Dobrze, że mój facet tego nie czyta bo wylewu by ze zbulwersowania dostał
![]()
![]()
Co kto lubi. ![]()
A nie brałaś pod uwagę innych dziedzin? Znam osobę, która po matematyce machnęła doktorat z filozofii, która była jej pasją. ;p
A nie brałaś pod uwagę innych dziedzin? Znam osobę, która po matematyce machnęła doktorat z filozofii, która była jej pasją. ;p
No nie bardzo. Tzn. nie twierdzę, że nigdy nie zrobię, bo może faktycznie znajdę coś dla siebie. Mówię tylko o znanych mi kierunkach. Na razie nie wyobrażam sobie, by zrobić doktorat z przedmiotów ścisłych, bo nie wymiatam na tyle, by czuć się pewnie. Mój kolega robi doktorat z fizyki i nie rozumiem nawet 30% tego, o czym mówi, a intensywnie nadrabiam zaległości. Niestety nie zmienię swojego życia w 3-4 lata, kiedy pozostałe 22 lata przebimbałam ucząc się języków, czytając literaturę piękną itp. Właściwie przez te 22 lata sądziłam, że zainteresowania humanistyczne zupełnie mnie satysfakcjonują, a potem... znudziło mi się zajmowanie tym zawodowo. Wolę hobbystycznie. Moim nadrzędnym celem jest założenie fundacji, a do tego humanistyczne doktoraty raczej mi się nie przydadzą i niczego dla mnie nie zrobią. Tak jeszcze bardziej odległym marzenio-celem byłoby założenie własnego schroniska dla zwierząt. Nie wiem czy to wszystko się uda, ale patrząc na moje cele z mojej perspektywy, doktorat jest zwykłą stratą czasu i właśnie o to chodziło mi z tą "bzdurą".
Robicie/ planujecie robić szereg jakichś studiów podyplomowych czy czegoś innego?
Doktoratu nie planuję robić właśnie dlatego, że nudzi mnie taka typowa kariera naukowa, wymądrzanie się na konferencjach, pisanie bzdurnych artykułów itp. Przyjemną częścią doktoratu byłyby chyba tylko zajęcia ze studentami.
Chodzi mi tylko o doktorat związany z moim wykształceniem. Nie mówię o każdym kierunku, bo nie wiem jak jest wszędzie. Jeśli miałabym tylko przetwarzać jakąś treść i ją interpretować, to nawet jeśli moja interpretacja byłaby ciekawa, wnikliwa i kilku profesorów chętnie by ją przeczytało, to dla mnie rzecz bzdurna, bo nie zmienia niczego w świecie. Ja muszę coś wytwarzać i coś zmieniać. Przestało mnie bawić pisanie artykułów i teoretyzowanie.
Nie rozumiem jednak zadzierania nosa z powodu posiadania tytułu doktora, bo to naprawdę nie jest wielka filozofia (mówię o humanistycznych kierunkach), więc nawet z czystego snobizmu by mi się nie chciało robić.
Właściwie to masz rację, po tym co dopisałaś. Doktorat z kierunków humanistycznych to obecnie żadne wyzwanie. Inaczej rzecz się ma z prawdziwą nauką. Tam raczej (bo oczywiście też się zdarza) nie ma miejsca na bzdurne artykuły czy referaty.
Robić dla snobizmu, to... sama wiesz ![]()
Chyba, że planujesz karierę naukową, wtedy doktorat jest jednym z kolejnych kroków. Zajęcia ze studentami nie wiem czy są przyjemne. Prawdziwi naukowcy wolą zajmować się tylko nauką, a zajęcia dydaktyczne po prostu traktują jako konieczność na uczelni. Ale można je też lubić.
Natomiast zastanów się co chcesz dalej robić. Zdobywanie kolejnych dyplomów może Ci zabrać, zupełnie niepotrzebnie, kawał życia, a dalej będziesz w punkcie wyjścia.
Mam koleżankę - już po czterdziestce - której szuflada puchnie od dyplomów, certyfikatów etc. (i to naprawdę każdy z nich robi wrażenie), a ona nadal nie znalazła tego czegoś dla siebie.
228 2015-09-06 21:38:35 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-06 21:41:31)
Właściwie to masz rację, po tym co dopisałaś. Doktorat z kierunków humanistycznych to obecnie żadne wyzwanie. Inaczej rzecz się ma z prawdziwą nauką. Tam raczej (bo oczywiście też się zdarza) nie ma miejsca na bzdurne artykuły czy referaty.
Robić dla snobizmu, to... sama wiesz
Chyba, że planujesz karierę naukową, wtedy doktorat jest jednym z kolejnych kroków. Zajęcia ze studentami nie wiem czy są przyjemne. Prawdziwi naukowcy wolą zajmować się tylko nauką, a zajęcia dydaktyczne po prostu traktują jako konieczność na uczelni. Ale można je też lubić.
Natomiast zastanów się co chcesz dalej robić. Zdobywanie kolejnych dyplomów może Ci zabrać, zupełnie niepotrzebnie, kawał życia, a dalej będziesz w punkcie wyjścia.
Mam koleżankę - już po czterdziestce - której szuflada puchnie od dyplomów, certyfikatów etc. (i to naprawdę każdy z nich robi wrażenie), a ona nadal nie znalazła tego czegoś dla siebie.
Z takich czysto humanistycznych kierunków myślałam najpierw o doktoracie z językoznawstwa. Jednak to byłoby tak zupełnie hobbystycznie, bo może i takie dogłębne studiowanie ułatwiłoby mi naukę kolejnych języków (ale też lepsze zrozumienie tych znanych), ale jednak nie przybliżyłoby mnie to osiągnięcia celów. Właśnie z tych powodów, które wymieniłaś, zdecydowałam się nie tracić kolejnych lat życia. Jeśli ktoś chce robić karierę naukową, to pewnie, że zupełnie inna sprawa.
To nie jest tak, że nie wiem czego chcę.
Najchętniej chciałabym kilku różnych rzeczy, ale nie da się ich mieć w tym samym czasie, więc trzeba coś wybrać. Nie wiem co będę robiła za 5 lat i dobrze mi z tą świadomością. Wiem, że ludzie zwykle planują takie rzeczy i do czegoś dążą, ale mnie podoba się rozwijanie i robienie różnych rzeczy. Fakt, mam dość ścisły cel związany z tą fundacją, ale nie planuję, by to było moje jedyne zajęcie, choć na pewno będzie najbardziej absorbujące. Nie jest jednak tak, że czegoś szukam i nie mogę znaleźć, bo jestem w 90% zadowolona ze swojego aktualnego zajęcia, tylko już powoli dochodzę do wniosku, że czas na coś nowego, bo jest zbyt duża stabilność, a ja muszę czuć, że żyję.
A co do dyplomów, to na nich mi nie zależy. Gdybym się zdecydowała na studia MBA, to wiem dobrze, że ten dyplom będzie sobie leżał w szufladzie. Nie planuję pracy w korporacjach, gdzie faktycznie mogłabym się czymś takim pochwalić. Bardziej chodzi mi właśnie o to doświadczenie, które mogę tam zdobyć, a ono na pewno przyda mi się, gdy będę w przyszłości prowadzić cokolwiek. Tylko nie wiem, czy te umiejętności są warte aż tyle czasu i przede wszystkim pieniędzy. Muszę to dobrze przemyśleć.
Wybaczcie, kochane Kobietki, ale już się gubię z tym określeniem "facet".
W moim odczuciu to jeden z wielu, podobny do innych, traktowanych z lekceważeniem i wręcz politowaniem.Jak to w końcu jest? Czy tak trudno nazwać mężczyznę u swego boku tak, jak byście chciały, by inne Panie tak go odbierały? Czyżby nie zasługiwał, jeden z drugim, na określenie go partnerem?
No właśnie to jest jedne z argumentów, żeby wziąć ślub, mój mąż brzmi pięęęęknie
i porządnie
Partner- strasznie nie podoba mi się to określenie, może jeszcze mój szef ![]()
Ale tego określenie ,,mój facet'' to tylko do Was używam.
Dla innych mój...(po imieniu).
A dla tych bliżej mi znanych mój misiek/moje skarby.
A skoro już Exop, w temacie jesteśmy mam pytanie: miałbyś coś przeciw gdyby twoja partnerka nazwała Cię miśkiem/misiaczkiem przy innych?
230 2015-09-06 21:45:11 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-06 21:45:50)
A mnie się "partner" podoba, choć może bardziej z konieczności. "Facet" jakoś gorzej mi brzmi, choć to rzeczywiście jest kwestia indywidualnych odczuć. Mogłabym jeszcze mówić "narzeczony", ale jakoś źle mi się kojarzy, gdy obserwuję masowe zaręczanie się, a potem częste zrywanie zaręczyn. Normalnie mówię o partnerze po imieniu, to tylko forum wymusza takie nazewnictwo. ![]()
231 2015-09-06 21:51:30 Ostatnio edytowany przez luc (2015-09-06 21:51:49)
Nie jest jednak tak, że czegoś szukam i nie mogę znaleźć, bo jestem w 90% zadowolona ze swojego aktualnego zajęcia, tylko już powoli dochodzę do wniosku, że czas na coś nowego, bo jest zbyt duża stabilność, a ja muszę czuć, że żyję.
To rozumiem ![]()
Byle się nie rozdrabniać zbytnio i nie rozpraszać na zbyt wiele zadań.
232 2015-09-06 22:06:13 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-06 22:09:16)
To rozumiem
Byle się nie rozdrabniać zbytnio i nie rozpraszać na zbyt wiele zadań.
Oczywiście masz rację. Na początku tak to właśnie u mnie działało, a że nie lubię robić czegoś byle jak, to w efekcie spałam po 4-5 h dziennie. Czasami nawet mniej. Udało mi się tak pociągnąć nieco ponad rok, a potem brak snu wyraźnie mi nie służył, a poza tym nie mogłabym określić siebie z tamtego okresu jako w pełni szczęśliwej osoby. Fakt, to wszystko sprawiało mi przyjemność, ale taki kierat jednak mnie nie uszczęśliwił w takim najgłębszym sensie. O tym dowiedziałam się dopiero z perspektywy czasu. Teraz narzuciłam sobie ostry rygor, by się nie rozdrabniać za bardzo i jestem w pełni szczęśliwa, nawet przy tej świadomości, że z czegoś musiałam zrezygnować.
Czasami mam jakieś lekkie poczucie niedosytu, ale to chyba w pełni normalne. Gdybym czuła "dosyt", to by oznaczało, że w zasadzie już nie ma żadnego szczytu do zdobycia.
Excop napisał/a:Wybaczcie, kochane Kobietki, ale już się gubię z tym określeniem "facet".
W moim odczuciu to jeden z wielu, podobny do innych, traktowanych z lekceważeniem i wręcz politowaniem.Jak to w końcu jest? Czy tak trudno nazwać mężczyznę u swego boku tak, jak byście chciały, by inne Panie tak go odbierały? Czyżby nie zasługiwał, jeden z drugim, na określenie go partnerem?
No właśnie to jest jedne z argumentów, żeby wziąć ślub, mój mąż brzmi pięęęęknie
i porządnie
![]()
Partner- strasznie nie podoba mi się to określenie, może jeszcze mój szef
Ale tego określenie ,,mój facet'' to tylko do Was używam.
Dla innych mój...(po imieniu).
A dla tych bliżej mi znanych mój misiek/moje skarby.
A skoro już Exop, w temacie jesteśmy mam pytanie: miałbyś coś przeciw gdyby twoja partnerka nazwała Cię miśkiem/misiaczkiem przy innych?
Może nie zostałem dobrze odebrany.
Wydaje mi się bowiem, że określenie "facet" ukute zostało dla podkreślenia kobiecego charakteru Forum i w dobrym tonie jest się do tego dostosować.
"Mój facet" brzmi jakoś tak, tymczasowo. Sam rzeczownik jeszcze bardziej.
Opisując własny związek na Forum, nazywam mą towarzyszkę życiową partnerką, dla określenia związku konkubinackiego. W kontaktach ze znajomymi mówię o niej "moja żona", choć wszyscy wiedzą, że żyjemy na kocią łapę. Ktoś, pewna pani kiedyś, próbowała sprostować, że nie mamy ślubu przecież, by ją tak określać. Muszę przyznać, że podniosła mi ciśnienie wtedy. Zapytałem ją (do dziś się wstydzę, że nie ugryzłem się w język), czy dopiero papier upoważnia do lania połowicy? A wiedziałem, że zanim się pobrali z ówczesnym mężem, pozornie byli zgodnym narzeczeństwem. Potem była już tragedia.
Na szczęście zrozumiała przytyk. Nie obraziła się i przeprosiła za wścibstwo.
"Myszki", "Miśki" i inne "Żabki" nie mają u nas zastosowania.
Mówię o mojej partnerce per "skarbie" przy ludziach, by ją podrażnić. Wtedy do końca dnia zwraca się do mnie wyłącznie po nazwisku. Ale to jeden z naszych rytuałów, które nie wszyscy muszą rozumieć. ![]()
Excop, jestem calkowicie tego samego zdania. Dla mnie facet to rownie "eleganckie" okreslenie jak baba. Jesli juz nie podoba sie komus slowo partner, to chyba mozna napisac "moj mezczyzna" czy moj ukochany, moj przyjaciel czy jakis kryptonim mu wymyslec.
Dla mnie facet, to taki gosciu spod budki z piwem, taki, co to sie do niego wola: e, facet, masz dwa zeta na flaszkie? Zreszta o swoim partnerze, ukochanym, towarzyszu zycia tez nie pisze na forum per facet. Ma swoj pseudonim zrtystyczny i tak go tu przedstawiam.
Miski i zabki moga byc, ale raczej w zaciszu czterech wlasnych scian. O ile kobiecie od takiej zabki nawet w towarzystwie nie ubedzie, o tyle 100% mezczyznie misiowanie moze troszke "zaszkodzic":)
235 2015-09-07 21:24:52 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2015-09-07 21:27:49)
Ludmiłaa napisał/a:Excop napisał/a:Wybaczcie, kochane Kobietki, ale już się gubię z tym określeniem "facet".
W moim odczuciu to jeden z wielu, podobny do innych, traktowanych z lekceważeniem i wręcz politowaniem.Jak to w końcu jest? Czy tak trudno nazwać mężczyznę u swego boku tak, jak byście chciały, by inne Panie tak go odbierały? Czyżby nie zasługiwał, jeden z drugim, na określenie go partnerem?
No właśnie to jest jedne z argumentów, żeby wziąć ślub, mój mąż brzmi pięęęęknie
i porządnie
![]()
Partner- strasznie nie podoba mi się to określenie, może jeszcze mój szef
Ale tego określenie ,,mój facet'' to tylko do Was używam.
Dla innych mój...(po imieniu).
A dla tych bliżej mi znanych mój misiek/moje skarby.
A skoro już Exop, w temacie jesteśmy mam pytanie: miałbyś coś przeciw gdyby twoja partnerka nazwała Cię miśkiem/misiaczkiem przy innych?Może nie zostałem dobrze odebrany.
Wydaje mi się bowiem, że określenie "facet" ukute zostało dla podkreślenia kobiecego charakteru Forum i w dobrym tonie jest się do tego dostosować.
"Mój facet" brzmi jakoś tak, tymczasowo. Sam rzeczownik jeszcze bardziej.
Opisując własny związek na Forum, nazywam mą towarzyszkę życiową partnerką, dla określenia związku konkubinackiego. W kontaktach ze znajomymi mówię o niej "moja żona", choć wszyscy wiedzą, że żyjemy na kocią łapę. Ktoś, pewna pani kiedyś, próbowała sprostować, że nie mamy ślubu przecież, by ją tak określać. Muszę przyznać, że podniosła mi ciśnienie wtedy. Zapytałem ją (do dziś się wstydzę, że nie ugryzłem się w język), czy dopiero papier upoważnia do lania połowicy? A wiedziałem, że zanim się pobrali z ówczesnym mężem, pozornie byli zgodnym narzeczeństwem. Potem była już tragedia.Na szczęście zrozumiała przytyk. Nie obraziła się i przeprosiła za wścibstwo.
"Myszki", "Miśki" i inne "Żabki" nie mają u nas zastosowania.Mówię o mojej partnerce per "skarbie" przy ludziach, by ją podrażnić. Wtedy do końca dnia zwraca się do mnie wyłącznie po nazwisku. Ale to jeden z naszych rytuałów, które nie wszyscy muszą rozumieć.
Ja czasem piszę "facet" tzn "mój facet", bo partner brzmi no średnio. Tzn jasne, jestem za związkiem partnerskim, gdzie oboje będziemy dbać o wszystko w miarę możliwości jak zamieszkamy razem, bez jakichś mocnych podziałów, no ale samo określenie partner faktycznie tak średnio mi brzmi po prostu. Towarzysz życia no nawet ok. Jak mówię "mój facet", to wcale nie myślę o nim jako tymczasowym. Dla mnie kwestia nazewnictwa nie jest tak ważna, chyba, że naprawdę byłoby to określenie obraźliwe, ale facet jak dla mnie nie jest, komuś może tak się kojarzy, ale samo w sobie nie jest złe. No ok, czasem ktoś powie "Co za facet" czy coś, no ale to nie znaczy, że zawsze to określenie jest złe. Jak dla mnie nie ma co tutaj aż tak na to patrzeć. A jak ktoś lubi to właśnie ok, że mówi żona czy mąż, ja wolę po prostu tak mówić po ślubie. Czasem mówimy do siebie zdrobniale po imieniu, czasem "Skarbie", "Kochanie, "Kotku"" między sobą, bo tak też lubimy.
Moja kobieta
jak zacząłem do niej mówić "ukochana" ubzdurała sobie, że ją zdradzam albo właśnie planuję zdradę....
Moja kobieta
jak zacząłem do niej mówić "ukochana" ubzdurała sobie, że ją zdradzam albo właśnie planuję zdradę....
Skoro wcześniej tak nie mówiłeś... ![]()
I jeszcze kwiaty zacząłeś nagle przynosić?
Mówiłem ale może nie chciała zauważać
Kurdę już człowiek nie może zacząć doceniać małżonki... Naprawdę, koleżanki jej mówią, że coś tu śmierdzi...
Naprawdę, koleżanki jej mówią, że coś tu śmierdzi...
A śmierdzi?
No co ty? Przecież to jutro małżonka przeczyta więc jak może śmierdzieć
Niestety jestem wzorem cnót wierności wszelakich więc będę klął na łożu śmierci, że jedną tą sobie wziąłem... Cóż poradzić...
Niestety jestem wzorem cnót wierności wszelakich więc będę klął na łożu śmierci, że jedną tą sobie wziąłem... Cóż poradzić...
To "niestety" ciekawie zabrzmiało w kontekście wcześniejszej wypowiedzi ![]()
Żona niech nie słucha durnych przyjaciółek. Niektóre potrafią namieszać w małżeństwach innych. Z czystej chęci pomocy oczywiście.
Mnie się podoba "moja kobieta". Na pewno dużo lepsza od wszelkich Żabek, Króliczków itp.
Takie całkiem oderwane pytanie mam, nie wiecie jak tam mecz z Gibraltarem?
No co ty? Przecież to jutro małżonka przeczyta więc jak może śmierdzieć
Niestety jestem wzorem cnót wierności wszelakich więc będę klął na łożu śmierci, że jedną tą sobie wziąłem... Cóż poradzić...
Do północy możesz edytować, kasując post. Ot, tak na wszelki wypadek, Snake.
Żartowałem, oczywiście. ![]()
Choć różnica gatunkowa jest widoczna na pierwszy rzut oka, niekiedy zdarza się, że udowodnienie, iż nie jest się wielbłądem, to problem nie lada. ![]()
Mnie się podoba "moja kobieta". Na pewno dużo lepsza od wszelkich Żabek, Króliczków itp.
No jak do mnie mówi mój mężczyzna do kogośi np moja kobieta to podoba mi się, ale jak do mnie mówi, to może być już "Kotku"
No tak to już zależy i jak kto lubi.
cslady napisał/a:Mnie się podoba "moja kobieta". Na pewno dużo lepsza od wszelkich Żabek, Króliczków itp.
No jak do mnie mówi mój mężczyzna do kogośi np moja kobieta to podoba mi się, ale jak do mnie mówi, to może być już "Kotku"
No tak to już zależy i jak kto lubi.
Pewnie, że zależy.
Od pierwszej klasy liceum "przylgnęło" do mnie pewne przezwisko, które jest może nie tyle słodkie, co słodko-wyzywające. Teraz wszyscy znajomi tak na mnie mówią i partner również, więc nie ma potrzeby, by wymyślał jakieś czulsze określenia. Dodaje po prostu zaimek dzierżawczy. Już się do tego przyzwyczaiłam, ale kiedy moi znajomi na porządku dziennym mówią tak do mnie przy ludziach, to zawsze się zawstydzam, bo wszyscy zwracają na to uwagę.
Może to i zabawne, bo kilku moich znajomych przyznało, że czasami musieli się zastanowić jak mam na imię, gdyż z bliskich mi osób prawie nikt nie mówi do mnie po imieniu. Swoje imię słyszę właściwie tylko w pracy i w jakichś kontaktach oficjalnych. No dobra, może rodzice używają zdrobniałej wersji mojego imienia.
Słodko-wyzywające? Kocico?
Ja nigdy nie lubiłam być myszką/żabką/innym zwierzaczkiem. Z takich zdrobniałych to kochaniem najwyżej. Inne takie dziwne twory tolerowałam wtedy, kiedy miały jakiś powód. Na przykład jak raz przyjechałam do chłopaka (był ode mnie młodszy, ja byłam młodsza niż teraz, facet w stosunku do niego by mi przez usta nie przeszło
), a zaczął sypać śnieg i to tak porządnie, to wyglądałam jak bałwan. ;p No i stąd przez jakiś czas mówił do mnie "śnieżynko", tyle że to było podszyte żartem, więc do zniesienia. Jakby tak zaczął na poważnie, to bym się wzięła za przypominanie mojego imienia.
No i poza kochaniem toleruję jeszcze kotka, ale to dlatego, że mam sentyment, wcześniej też nie lubiłam. Bo temu od śnieżynki próbowałam wytłumaczyć, że to nie dla mnie takie zdrobnienia, a ten "okej, to bez zdrobnień, kocie". Podobno kojarzyłam mu się z kotem i się nie mógł odzwyczaić, a ten "kot" jeszcze był dla mnie okej. Taki mniej mdląco-słodki od pozostałych.
A co do "faceta" - tak jak pisałam, to dla mnie kolejny etap "chłopaka". Raczej nikt się nie oburza, że małolaty mają chłopaków i dziewczyny, więc dla mnie facet jest określeniem tego samego rzędu. Partner jest zbyt poważny, poza tym ma trochę inny wydźwięk, przynajmniej dla mnie. Nie rozumiem nazywania partnerem osoby, z którą się np. tylko spotyka i pomieszkuje u niej kątem na weekendy. Jak partner, to dla mnie już inny stopień związku - wspólne mieszkanie, wspólne problemy życia codziennego itp. Coś jak małżeństwo. Chociaż nie twierdzę, że w takiej sytuacji nazywałabym mężczyznę partnerem. Zresztą poza forum raczej między znajomymi używa się imienia, a nie "partner to, partner tamto". A słowo "mężczyzna" w ogóle nie kojarzy mi się z określeniem strony związku. Mężczyzna to jakiś pan na ulicy, w sklepie, w biurze czy gdzieś tam. Nie partner. ![]()
Nie "kocica", ale właśnie coś w tym stylu.
Też lubię określenie "kochanie" i czasami tak mówię. Przypomniało mi się, że jeszcze często pieszczotliwie mówią do mnie "Szuszu" od francuskiego słowa "chouchou", które oznacza ulubieńca, pieszczoszka. To z kolei wymyśliła moja przyjaciółka. Szuszu może być, podobają mi się szeleszczące słowa.
A co sądzicie o określeniu "towarzysz życia"? Na niektórych forach modne jest pisanie w skrócie "TŻ". Długa wersja ładnie brzmi. Gdybym miała oficjalnie przedstawić komuś partnera, to użyłabym takiego określenia, ewentualnie ten nieszczęsny "narzeczony".
TŻ kojarzy mi się z forum wizaż. Nigdy tam nie miałam konta, ale czasem trafiłam tam z wyszukiwarki i wszędzie rzucało się w oczy. Pisanie "TŻ" jakoś mnie nie razi, bo w głowie mam "teżet" i wiadomo, o co chodzi. Natomiast "towarzysz życia"... w życiu bym tak nie powiedziała. To już lepszy ten "partner" czy "narzeczony". Zależy od towarzystwa, któremu bym przedstawiała, znajomym to mogłabym i nawet rzucić ze śmiechem "luby", a w oficjalnych sytuacjach to chyba właśnie wolałabym "partner". Naprawdę, "towarzysz życia" nie przeszedłby mi przez usta. ![]()
Może i racja. Teraz jak się nad tym zastanawiam, to też dziwnie mi brzmi. Na szczęście nie zanosi mi się na oficjalne przedstawianie partnera, a znajomym przedstawiam go póki co po imieniu. Za kilka miesięcy i tak problem mi zniknie. Zauważyłam, że w mojej wewnętrznej narracji i tak określam go już jako męża. Czasami łapię się na tym, że już chcę tak powiedzieć na głos i muszę gryźć się w język. ![]()
Moja mama mnie dzisiaj rozwaliła. Bo wróciła z pracy - ja byłam w domu. Pojechała na chwilę do znajomego, wróciła - ja byłam w domu. Zaczęła się szykować, bo się z kimś umówiła - ja dalej grzecznie w domu, w pokoju. Zagląda do mnie.
- Wszystko w porządku?
- Eee...?
- No bo tak dzisiaj cały dzień w domu, w ogóle od środy tu jesteś, nie próbujesz nigdzie wyjeżdżać... Dobrze się czujesz? A może nie masz pieniędzy?
X_X
Całe wakacje zgarnia mnie do domu, a jak siedzę grzecznie tydzień prawie (no bo ten zjazd w międzyczasie, ale razem byłyśmy), to już na pewno coś ze mną nie tak. Uspokoiła się, jak jej powiedziałam, że planowałam wyjechać, jak ona pojedzie na parę dni na konferencję, żeby nie zauważyła. I jak tu takiej dogodzić... ![]()
Skąd wytrzasnęłyście tego "towarzysza życia"? ![]()
Cześć, oto mój towarzysz życia ![]()
Nie no, nie mogłabym ![]()
253 2015-09-08 18:04:45 Ostatnio edytowany przez cslady (2015-09-08 18:06:05)
Skąd wytrzasnęłyście tego "towarzysza życia"?
Cześć, oto mój towarzysz życia
Nie no, nie mogłabym
No właśnie z forum wymienionego przez Eileen. Zauważyłam jednak, że ten skrót pojawiał się również w innych miejscach i dlatego kiedyś sprawdziłam o co chodziło.
Mnie osobiście najbardziej podobałoby się określenie "przyjaciel" podczas przedstawiania, tylko ludzie odbierają to jako "friends with benefits", więc tak nie mówię. Chociaż moi rodzice i ogólnie starsza część rodziny długo mówili o moim partnerze właśnie "przyjaciel naszej Cslady", kiedy przedstawiali jego i mnie, ale to było przed zaręczynami.
Szczerze mówiąc opuścił mnie dziś optymizm i wpadłam w melancholijny nastrój. Już mi brakuje słońca. Chyba zaplanuję sobie za niedługo jakieś wakacje w tropikach. ![]()
254 2015-09-08 18:18:17 Ostatnio edytowany przez kammiś (2015-09-08 18:25:12)
kammiś napisał/a:Skąd wytrzasnęłyście tego "towarzysza życia"?
Cześć, oto mój towarzysz życia
Nie no, nie mogłabymNo właśnie z forum wymienionego przez Eileen. Zauważyłam jednak, że ten skrót pojawiał się również w innych miejscach i dlatego kiedyś sprawdziłam o co chodziło.
Mnie osobiście najbardziej podobałoby się określenie "przyjaciel" podczas przedstawiania, tylko ludzie odbierają to jako "friends with benefits", więc tak nie mówię. Chociaż moi rodzice i ogólnie starsza część rodziny długo mówili o moim partnerze właśnie "przyjaciel naszej Cslady", kiedy przedstawiali jego i mnie, ale to było przed zaręczynami.
Szczerze mówiąc opuścił mnie dziś optymizm i wpadłam w melancholijny nastrój. Już mi brakuje słońca. Chyba zaplanuję sobie za niedługo jakieś wakacje w tropikach.
No właśnie mnie też.
Nie odpoczęłam, niestety, a mam jeszcze sporo do zrobienia.
To znaczy nie że jestem zmęczona jak po sesji, tylko nie odpoczęłam tak no... tak totalnie. Nie wiem jak to opisać.
No ale jak zrobię co mam zrobić to planuję cały tydzień robienia tylko to na co mam ochotę, mam nadzieję że naładuję baterie przed rokiem akademickim.
No i to co obiecuję sobie co roku - w przyszłe wakacje będę tylko odpoczywać
![]()
Ale 3 miesiące wolnego to chyba nie dla mnie. Lepsze są dla mnie ferie - wtedy odpoczywam. Znaczy nie szukam zajęcia na siłę. Zazwyczaj mam tego prawie miesiac, bo zdaję w przedterminach - teraz też zamierzam.
tak samo odpoczywałam w lipcu, a potem już chciałam się wziąć za robotę.
Główkuję czy jak mocno się zepnę to dam radę pozdawać wszystko przed świętami - znaczy egzaminy. Na obu kierunkach będę mieć tylko 4 egzaminy, więc co to jest. Plus jedna różnica (bo miałam ten przedmiot wcześniej, ale nie było jednego rozdziału i takie tam pierdoły). No i plus dwa zaliczenia (forma egzaminu oczywiście, tylko że niewpisane jako egzamin w sesji). Plus 3 kolokwia (przedmioty roczne, w 1 semestrze nie ma egzaminu).
No i te 4 egzaminy i różnicę chciałabym mieć z głowy do świąt
Nie wiem, jakoś wolę mieć wszystko szybciej załatwione. Daje mi to gwarancję takiego spokoju...
Mnie się podoba "moja kobieta". Na pewno dużo lepsza od wszelkich Żabek, Króliczków itp.
Mnie "moja kobieta" kojarzy się z pewnym rysunkiem Mleczki. Przepasany lamparcią skórą jaskiniowiec z.maczugą na ramieniu, ciągnie po ziemi za włosy kobietę w ówczesnym "bikini", a w dymku bodajże: "Moja jaskinia jest za to dwupoziomowa". Mogę się mylić, ale chyba tak to mnej więcej, brzmiało. ![]()
To znaczy nie że jestem zmęczona jak po sesji, tylko nie odpoczęłam tak no... tak totalnie.
Chyba rozumiem, co masz na myśli. Jeśli sobie założysz, że chcesz pozaliczać przed świętami, to na pewno dasz radę.
Ja chyba odczuwam skutki uboczne "życia nie byle jak". Czasami jestem za bardzo naiwna, bo zdarza mi się wierzyć, że naprawdę mogę coś zmienić, gdy się odpowiednio postaram.
cslady napisał/a:Mnie się podoba "moja kobieta". Na pewno dużo lepsza od wszelkich Żabek, Króliczków itp.
Mnie "moja kobieta" kojarzy się z pewnym rysunkiem Mleczki. Przepasany lamparcią skórą jaskiniowiec z.maczugą na ramieniu, ciągnie po ziemi za włosy kobietę w ówczesnym "bikini", a w dymku bodajże: "Moja jaskinia jest za to dwupoziomowa". Mogę się mylić, ale chyba tak to mnej więcej, brzmiało.
No mnie się akurat tak nie kojarzy ![]()
258 2015-09-08 20:59:15 Ostatnio edytowany przez kammiś (2015-09-08 21:01:21)
kammiś napisał/a:To znaczy nie że jestem zmęczona jak po sesji, tylko nie odpoczęłam tak no... tak totalnie.
Chyba rozumiem, co masz na myśli. Jeśli sobie założysz, że chcesz pozaliczać przed świętami, to na pewno dasz radę.
Ja chyba odczuwam skutki uboczne "życia nie byle jak". Czasami jestem za bardzo naiwna, bo zdarza mi się wierzyć, że naprawdę mogę coś zmienić, gdy się odpowiednio postaram.
Ja też.
Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.
Właśnie robię przegląd szafy - patrzę na jesienne sukienki i robię zestawy. Chociaż to poprawi humor że jesień nadchodzi.
Zamówiłam sukienkę przez neta, jest ok, tylko trochę krótka (do pół uda), a miała być na uczelnię. No chyba że do czarnych grubych rajstop, to może wtedy będzie ok.
cslady napisał/a:kammiś napisał/a:To znaczy nie że jestem zmęczona jak po sesji, tylko nie odpoczęłam tak no... tak totalnie.
Chyba rozumiem, co masz na myśli. Jeśli sobie założysz, że chcesz pozaliczać przed świętami, to na pewno dasz radę.
Ja chyba odczuwam skutki uboczne "życia nie byle jak". Czasami jestem za bardzo naiwna, bo zdarza mi się wierzyć, że naprawdę mogę coś zmienić, gdy się odpowiednio postaram.
Ja też.
Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.
Znałem taką jedną, co mówiła że ona "do schroniska dla zwierząt nie chodzi, bo jest tak delikatna że jak widzi cierpienie tych zwierzątek do płacze".
Także szacun, za to co robisz.
kammiś napisał/a:cslady napisał/a:Chyba rozumiem, co masz na myśli. Jeśli sobie założysz, że chcesz pozaliczać przed świętami, to na pewno dasz radę.
Ja chyba odczuwam skutki uboczne "życia nie byle jak". Czasami jestem za bardzo naiwna, bo zdarza mi się wierzyć, że naprawdę mogę coś zmienić, gdy się odpowiednio postaram.
Ja też.
Co roku robię zbiórkę dla schroniska, w tym roku chcę to rozszerzyć na 2 miejscowości (do tej pory robiłam tylko w jednej - rodzinnej, w tym chcę zrobić też w "siedzibie" powiatu).
I co zmienię? G*wno zmienię, za przeproszeniem. I tak zawsze wychodzę stamtąd zaryczana.Znałem taką jedną, co mówiła że ona "do schroniska dla zwierząt nie chodzi, bo jest tak delikatna że jak widzi cierpienie tych zwierzątek do płacze".
Także szacun, za to co robisz.
No ja wolę ruszyć 4 litery i móc patrzeć w lustro.
Wredna bywam, ale zła nie jestem ![]()