ET napisał:
Jak opisujesz zakochanie, miłość, zanik uczucia międzu dwojgiem ludzi z perspektywy nie własnego doświadczenia, ale tej całej jak piszesz "niepsychologicznej wiedzy".
Może zacznę od tego czym w ogóle jest 'zakochanie' wg mnie, skąd się ono bierze, na czym polega itd..
Tak jak sobie kiedyś tutaj pisaliśmy - każdy z nas rodzi się z 'pełnym kompletem' cech charakteru (osobowości), które (stety lub niestety) ulegają znacznym transformacjom w wyniku pozytywnego bądź negatywnego warunkowania przez cały okres dzieciństwa i później.
W zależności od tego w jakich warunkach przyszło nam żyć, przejawianie części cech charakteru było dla nas nieopłacalne lub (w najgorszym wypadku) zabronione, a złamanie tej nieoficjalnej umowy wiązało się np. z ostrym konfliktem z Rodzicami lub jawnym odrzuceniem z ich strony lub ze strony innych ważnych z jakiegoś powodu osób w naszym życiu.
W tym momencie wszystkie wyparte cechy charakteru zostają przeniesione do 'bezpieczniejszej strefy', tj. do podświadomości - tak powstaje mechanizm wyparcia. Co oznacza, że od tej pory wszystkie te 'magazynowane' i nieprzejawiane wprost cechy będą przez najbliższe lata szukały dla siebie ujścia i możliwości przejawienia się, ale w sposób 'zastępczy' , tj. nie wprost.
Człowiek jako istota metafizyczna w swojej głębokiej naturze, zawsze dąży do stanu pełnej harmonii, która polega na możliwości przejawiania swoich wszystkich cech w pełni, tylko wtedy czujemy się spełnieni.
Jednak, jak wspomniałam, zazwyczaj takie swobodne przejawianie się we wszystkich aspektach jest prawie niemożliwe i tu z pomocą przychodzi nam.. drugi człowiek 
Ten drugi człowiek posiada załóżmy bardzo określone cechy, które myśmy wyparli, a on otwarcie przejawia - przez co idealnie nas dopełniają.
Załóżmy, że jest mężczyzna, który z jakichś powodów musiał większość życia wypierać dominujące cechy swojego charakteru. W wyniku tego rozłamu w jego psychice, która dokonała się jeszcze na etapie dzieciństwa, taki człowiek nie pozwoli sobie w bliższych relacjach z ludźmi na stanowczość, pewność siebie wyrażaną bezkompromisowo i bardzo otwarcie czy elementy agresji. Ktoś powie, że to bardzo dobrze, bo nie potrzebujemy agresywnych ludzi.
Ok. Tylko agresja jako cecha sama w sobie nie jest niczym złym, nabiera określonego zabarwienia dopiero w zależności od kontekstu, tak więc na poziomie podstawowym posiadanie jej w swoim 'repertuarze' jest jak najbardziej potrzebna, a blokowanie możliwości z jej korzystania na samym starcie powoduje silny wyłom i pozbawia takiego człowieka poczucia siły i sprawczości, wytrąca mu jedną z silniejszym emocji, która znakomicie uruchamia mechanizm walki o siebie, gdy jest to niezbędne.
I teraz, taki facet spotyka na swojej drodze kobietę, która - nieistotna jest w tym momencie uroda czy dopasowanie na innych poziomach, ALE- przejawia cechy, które on bardzo mocno w sobie wyparł: jest bezkompromisowa, momentami wręcz agresywna, silna, dominująca, itd.
Ten facet spotykając ją, wręcz z marszu odczuwa magnetyczne przyciąganie. Dlaczego?
Ano właśnie dlatego, że na poziomie podświadomym - jeszcze zanim on pozna jej pozostałe cechy- jego niższa jaźń już doskonale wie, że oto pojawia się szansa na 'poczucie pełni'. A jest to jedna z elementarnych potrzeb każdego człowieka -im więcej braków i wypartych cech posiada, tym silniejszy pęd ku ich poszukiwaniu w kimś, za kogo pośrednictwem można by je przejawić i poczuć ulgę.
Z tego samego powodu tego rodzaju zakochanie- oparte na haju i fascynacji pozornie przeciwnymi cechami tej drugiej osoby (bo w praktyce też je mamy, jedynie wyparliśmy) jest tak obezwładniająco silne, ponieważ podświadomość czuje się jakby została "spuszczona ze smyczy" po wielu latach i wreszcie może doświadczać czegoś, czego musiała sobie odmawiać i chować gdzieś w ciemnych zakamarkach swojego magazynu.
analogicznie rzecz ma się z drugiej strony - tj. obiektu tejże fascynacji. Weźmy przykładowo tę samą dominującą kobietę, w której zakochał się taki uległy mężczyzna. Czy ona nie posiada w sobie uległości? Nic bardziej mylnego! Oczywiście, że posiada taka cechę. Ona jej po prostu nie przejawia, bo nie czuje takiej potrzeby lub - na tej samej zasadzie co on- musiała ja swego czasu wyprzeć, jako utrudniającą funkcjonowania na jakimś etapie czy w jakiejś sferze.
Ale teraz, "dzięki temu", może zakochać się w mężczyźnie, który akurat te cechy charakteru przejawia, natomiast wyparł te, które są dla jej osobowości najbardziej charakterystyczne.
Na tym właśnie polega 'bajka' o wzajemnie przyciągających się przeciwieństwach, tyle że opacznie pojmowana.
Dlatego, że bajka ta nie tłumaczy w jaki sposób działa nasza podświadomość i czym się kieruje w swoich wyborach 
Reasumując: Każdy człowiek posiada 'na starcie' wszystkie cechy charakteru jakie można sobie wyobrazić, dopiero traumy i doświadczenia po drodze sprawiają, że musimy część z tych cech wyprzeć, a w konsekwencji poszukiwać ich 'źródeł zastępczych' przyciągając do naszego życia sytuacje, emocje i ludzi, którzy pozwolą nam nasze braki w pewien sposób "zakleić" i chwilowo wypełnić.
Dlaczego jest to rozwiązanie chwilowe i mało konstruktywne - o tym pisałam już wielokrotnie. Jednak tak właśnie to z grubsza działa.
WSZYSTKO, co nosi w sobie podświadomość jest niczym "tykająca bomba" domagająca się detonacji wcześniej czy później - tak samo jest z wypartymi emocjami.
Czyli taki jest schemat zakochania z poziomu nieświadomości .
ale pytałeś jak to wygląda gdy świadomość jest większa.
Można się łatwo domyślić, że wygląda to zupełnie inaczej. Przede wszystkim ze względu na podstawową różnicę w celu poszukiwań tzw. drugiej połowy, która w tym momencie -gdy wypartych cech i braków jest dużo mniej (bo zostały przepracowane lub prześwietlone przez strumień świadomości) nie stanowi już sposobu czy środka na 'doklejenie' wypartych elementów osobowości.
Na tym etapie zakochanie nie opiera się już na wyobrażeniu n/t drugiej osoby i dopowiadaniu sobie jej pozostałych cech, tylko po to by móc korzystać z tych jej cech, których nam w sobie brakuje. Bo nie brakuje nam wiele lub nic
Więc kogo tak naprawdę będąc jednostką o wysokiej świadomości szukamy?
W zasadzie nikogo
O ile nic się nie zmieniło co do tego, że każda napotkana osoba (tym bardziej partner życiowy) jest dla nas nadal Lustrem, w którym możemy przeglądać ze wszystkich stron swoje cechy, o tyle rozumiemy na tym etapie, że druga osoba niczego nam nie może "załatwić" w związku z tym nie oczekujemy już tego, w związku z czym.. nie przeżywamy uzależnienia i haju z poziomu podstawowych potrzeb, jakby to było w przypadku zakochania nr 1
Czyli w kim się tak naprawdę zakochujemy będąc świadomym?
Ano w SOBIE
Bo pozwalając przejawiać się wszystkim swoim cechom, a przynajmniej akceptując w pełni ich istnienie w sobie, możemy pokochać druga osobę bez etapu 'zakochiwania' w takim potocznym rozumieniu. Ma sens? 
Jakby odrazu przeskakujemy do sedna. Kochamy świadomie, bo mamy pewność, że przyciągając dana osobę nie kierowaliśmy się własnymi brakami. widzimy ją zatem dokładnie taka, jaka jest - bez upiększeń, ale też akceptujemy w pełni jej wady. Ale nie jest to akceptacja wad z poziomu uzależnienia i zaniku wolnej woli, jak wcześniej.
Ten rodzaj akceptacji możliwy jest tylko od momentu gdy potrafimy widzieć siebie i relacje z ludźmi z szerszej perspektywy, z tzw. 'lotu ptaka'.
Ok, bo długo można by o tym pisać, a nie chcę wychodzić przed szereg 
Dodam tylko, że na tym etapie nie ma możliwości wejścia w bliższa relację z osobami o niższej świadomości, bo nie będzie porozumienia na elementarnym poziomie, przez co jest o partnera też i nieco trudniej
ale przynajmniej nie odczuwa się już potrzeby wikłania się w toksyczne, 'chemiczne' relacje, co też jest jakimś plusem w kontekście spokoju ducha.
Tyle na szybko.