Serenada o miłości
Miłość to magiczna siła,
która od kolebki się zaczyna.
Trwa przez całe nasze życie,
pozostajemy w jej kręgu,
w szczęściu i zachwycie...
Spójrzcie w tamtym kierunku,
jak dwoje zakochanych
trzyma się za ręce,
świadcząc o wielkiej jej potędze.
On patrzy na nią czule,
ona świata poza nim nie widzi,
i swoich najskrytszych pragnień,
przed ukochanym się nie wstydzi.
Ach, przeżywać takie głębokie uczucie,
doświadczając strzałą Amora
w serce ukłucie.
Lecz miłość bywa też cierpieniem,
spotykając się ze śmiercią,
z zazdrością lub odrzuceniem.
Te problemy,
odkładają się na jej jasnym świetle
ponurym cieniem...
Porozmawiajmy jednak o szczęśliwej miłości,
tej niewysłowionej radości.
Jest czarodziejką,
która za dotknięciem swej różdżki,
zmienia na jeszcze lepszych nas,
zatrzymuje w miejscu czas.
Dzięki niej stajemy się psychicznie silni,
do końca swych dni jednej osobie wierni.
Jak już pisałem bowiem prozą,
Człowiek należy do zbioru monogamii.
Nie wierzcie w bzdury mówiące o jego poligamii.
W naszym przypadku jest to ewolucyjnie nieuzasadnione,
przez autora dla szczęśliwych, zakochanych zabronione.
Przynosi to jedynie kłopoty,
wierne uczucie nie ma potem nic do roboty.
Tak więc bądźmy monogamiczni,
bo tylko wtedy, możemy być romantyczni.
Romantyzm to nieodłączny strażnik miłości,
o nim szerzej złożę rymy
w następnej opowieści.
Dla wszystkich zakochanych!
Wybacz Marcinie, że pozwoliłam sobie na pewne poprawki, tak jak ja bym to widziała, a przede wszystkim, żebym treść tej serenady zrozumiała.
Bo dla mnie, forma w jakiej ją napisałeś jest nieczytelna, brak interpunkcji powoduje przy długich wersach zlewanie się treści.
Moim zdaniem jet to najgorszy Twój utwór. 