Czesc dziewczyny!
Wybaczcie, napisze ogolnie, bo piekne dlugie posty napisalyscie. Niezla lektura
Co do toksykow, to troche poczytalam, bo jakos jakbym przyciagala takowych, dowiedzialam sie takze, ze i ja taka bywam. Trulam marudzeniem i narzekaniem, ale u mnie to chorobliwe bylo. W koncu kolezanka postawila mnie do pionu, zajelam sie sprawami i jakos poszlo. Natomiast nazywac toksykiem kogos falszywego, ktory nas niszczy i to z premedytacja to za malo powiedziane, to - wybaczcie - zwykle mendy, ktore czerpia przyjemnosc z robienia krzywdy innym.
Co do rodzicow, to trudna sprawa. Z dziecinstwa to pamietam - i nie da sie zapomniec - jak sama usialam sie obudzic, wyszykowac i pomaszerowac na rozpoczecie pierwszej klasy. Ten strach i zagubienie... No i inne dzieci z rodzicami, babciami... Troche mialam kiepski start, bo jakos nikt sie nie zainteresowal, co mam w zeszytach, a ja sama jakos sie nie domyslilam, ze jakies zadanie domowe trzeba zrobic... Zatem na pierwszej stronie w zeszycie mialam wpisane "brak zadania domowego" i jak moja mama to zobaczyla, to rzekla z prawdziwa miloscia " ty to bedziesz dopiero kiep"... Przez podstawowke przelecialam jak burza, zawsze najlepsze wyniki, swiadectwa z paskiem od 4tej klasy do 8mej. Konczylam jako przewodnicza klasy i znajlepszymi wynikami, plus prowadzilam cala uroczystosc zakonczenia. Moja mama sie nie zjawila, poszla na dzialke do ciotki, bo stwierdzila, ze tam dosyc ludzibedzie i ona nigdzie nie idzie... Najgorsze jednak czego doswiadczylam, to kiedy na obczyznie sie pochorowalam, mialam niewyobrazalne stany lekowe, zatem sama do lekarza zajsc nie moglam, w ktoryms momencie stalam juz nad przepascia, to jak sie dowiedzialam nie mogla do mnie przyjechac, bo praca.... A po kilku dniach powiedzialami, ze pojechala z ciotka (koszmarna osoba, nie bede sie rozpisywac, ale darzymy sie wzajemna niechecia), bo ta sobie jakis majatek ubzdurala (dokladnie, bo jak sie okazalo, nic tam nie ma). Cale 500 km w jedna strone, wszelkie koszty pobytu i dojazdu pokryte przez moich rodzicow... No comments.. 
Historia najnowsza: znowu cos mi wyrzucila, to jest chyba jakas choroba, zaburzenie... Ja piernicze... Ehhh
Co do przykrej sprawy jaka jest nasze odejscie, to co mi w pamieci pozostalo z filozofii, to jedno zdanie - "smierc nas nie dotyczy, bo jak zyjemy to jej nie ma, a jak nie zyjemy to nie zyjemy.. " Cos jakos blisko. Takie bylo mniej wiecej znaczenie.
U nas kilkadni temu byla afera w przychodni. Ktos z covidem sie zglosil i jakies tam mial przeboje. W kazdym razie zjechal recepcjonistki, bo nie odbieraly telefonow i dyrektor placowki. Film zamiescil w internecie i tyle, ze podobno panie juz szybko i sprawnie telefony odbieraja
Mamuska, jakis czas temu widzialam jakis reportaz badz wiadomosci wlasnie o fatalnych warunkach pracownikow dps-ow. Moze ktos sie temu przyjrzy i cos sie zacznie dziac na plus.
Piegowata, powodzenia z nowym-starym panem
Tylko jedna rzecz mnie zaniepokoila "niebezpieczny". W jakim sensie? Bosko przystojny i uwodzicielski i dlatego niebezpieczny, czy moze narcyz-psychopata?
Bulinko, ciesze sie, ze u Was juz lepiej.
Przemaszerowalam kilka kilometrow i zaraz lece sie kapac. Spodziewam sie spac dobrze.
Milego wieczoru Wam. Trzymajcie sie zdrowo
