Obiecałam, że się odezwę jak nadejdą jakieś zmiany. No to nadeszły przynajmniej te, które nadejść miały. 15 listopada mam pierwszą sprawę rozwodową (kurcze jak to piszę, to jeszcze do mnie nie dociera:)). Boję się przeokrutnie tak naprawdę sama nie wiem czego. Nie dogadaliśmy się w żadnej kwestii, ani co do dziecka ani co do alimentów, więc pewnie na jednej rozprawie się nie skończy. Mam wrażenie, ze jm dogadać się nie chce, albo poprostu na złość, nie przystanie na to co proponuję.
Dociera do mnie coraz bardziej, że kończy się pewien etap w moim życiu,nie był dobry, ale jednak czuję porażkę, smutek i żal. Co będzie dalej tego nie wiem i trochę ta niewiedza mnie przeraża.
Mam jeszcze kilka pytań dotyczących samej rozprawy. Jakie pytania padają najcześciej, do czego powinnam się przygotować psychicznie. Rozwód jest bez orzekania o winie, nie ma podpisanego planu opieki, nie jestesmy dogadani co do kwoty alimentów - oczywiście ja chc e wiecej a on nie zamierza "mnie" płacić (oczywiscie uważa, że pieniadze są dla mnie nie dla naszego dziecka)
Chyba potrzebuję kilku słów podtrzymujących na duchu, bo zauważyłąm, ze zaczynam się bardzo denerwować.