W mojej historii to jest najsmutniejsze, że tata mojego synka nie widzi jak on dorasta, uczy się czytać, jakie ma wspaniałe dziecko, które razem ze mną bardzo przeżywa jego odejście. Nie potrafię zrozumieć jak można wspaniale zaplanowane, stabilne życie, z kobietą którą znał czternaście lat i której mówił osiągnąłem to co mam dzięki tobie zamienić na romans z koleżanką z pracy, która niczego od niego nie wymaga, wystarcza jej to, że on z nią jest. Nie umiem zrozumieć co kierowało moim mężem, mężem Rozczarowanej i wieloma innymi, by tak zniszczyć życie żonie, dzieciom, przecież oni wiedzą jak ich kochałyśmy, a jedyne co pamiętają teraz to nieporozumienia, które narastały z racji tego, że nas zaczęli zdradzać i oszukiwać. Mężczyzna, który ma na boku kochankę przestaje słuchać, obojętnieje na wszelkie zachęty, propozycje, przestaje dostrzegać skarb jakim jest dziecko, on tylko myśli jak tu nakłamać żeby się nie wydało, że zaraz spotka się z tą drugą i robią z nas idiotki, oni we dwoje się śmieją w łóżku jaka ta żona jest naiwna, a my czekamy kiedy mąż wreszcie wróci i będzie można się do niego przytulić. Kiedyś miałam nadzieję, że mój mąż zapłaci za to co nam zrobił, ale teraz po półtora roku od tego jak nas porzucił i mieszka z kochanką zaczynam w to wątpić. Zawsze bardzo go kochałam, czułam, że on mnie kochał, a teraz już sama nie wiem czy spotkał tą jedyną, na pewno jest zakochany w niej, bo inaczej nie zostawiłby nas, tym bardziej, że sama powiedziałam, że mu wybaczę, ale on tego nie chciał, on chciał być z nią.
Podobne tematy
Faceci sobie szukaja innej przewaznie przez sex (tak sie rozpadly zwiazki moich znajomych) niestety wina była faceta (nie wazne jaka byle obca) ... na (marne) pocieszenie powiem, ze jestescie wspaniałymi kobietami, matkami i zonami ... są faceci co chcą mieć rodzine, dzieci patrzeć właśnie jak synek uczy sie czytać ... być przy nim w problemach i czerpać radość ... widze, że to wszystko kwestia doboru ... może trzeba szukać ... kazdy ma problemy w rodzinie bo nie sztuka rozwalic wszystko tylko utrzymac ... znam samotne matki z dzieckiem ... wszystkie sa same trudno im znalezc nowa milosc ... a zasluguja na to zeby byc kochanym ... one tak jak wy zostaly zostawione dla mlodszej ... ladniejszej ... te dzieci tylko smutne ... nowy wujek .. a gdzie tata ??? ja mialem inne wzorce ... moja rodzina sie nie rozpadla a tez byly problemy ... jakie wzorce bedzie mial moj synek ... szkoda gadac ...
Witaj Kaju, jak miło mi się zrobiło, gdy weszłas na mój wątek... Co u mnie? Trudno powiedzieć, żyję w zaiweszeniu...Mieszkamy razem, nie udało mi sie go z domu wyrzucic ponownie, bo on nie chce, jak twierdzi to jest jego dom, jego rodzina i tu będzie. Próbowałam jeszcze kilka razy podjąć próbę rozmowy z nim, niestety bez skutku, nadal się wypiera, robi ze mnie głupią, ale ja juz sie nie daję. Były dwie takie rozmowy, z których wyniknęła ogromna awantura, przy drugiej wyszłam z domu, była chyba 1 w nocy, pojechałam do koleżanki. Oczywiście wydzwaniał, jak nie odbierałam zaczął wypisywać smsy. Najpierw mnie straszył, że się zabije, później zebym wracałą, bo tu jest mój dom i moja rodzina, i gdy zorientował sie, że nawet takie rzeczy nie działają na mnie to zaczął mnie oskarżac, ze jestem z kims innym. Po tej nocy zrozumiałam tylko jedno, on jest chory....
Obecnie moje zycie wyglada z zewnątrz normalnie tzn. mój mąż zachowuje sie tak jakby nigdy nic się nie wydarzyło, jakby te cztery miesiące nie miały miejsca. zaprasza do domu znajomych, smieje się, żartuje, próbuje się przytulić, objąć.... Ostatnio pojechał ze mna do mojej rodziny po raz drugi, mimo mojego ogromnego sprzeciwu.
Rozum podpowiada mi jedno rozwiązanie, wiem co powinnam zrobić, byłam u prawnika, mam zebrane wszystkie dokumenty i co... i nie umiem podjąć tej ostatecznej decyzji... Mam nadzieję, ze obudze sie kiedyś rano i będę wiedział, ze to ten dzień, ze już nigdy, przenigdy z nim nie będę i wtedy zacznę żyć.....
Mój mąż dzisiaj do mnie zadzwonił i zaczął mnie obwiniać o wszystko: że przeze mnie nie ma pieniędzy, że samochód mu się zepsuł itd i w ogóle, że przecież nie byłam taka słodziutka. Dziwi mnie jego zachowanie, bo myślę, że powoli dociera do niego, że tą drogą do niczego nie dojdzie, a panienka powszednieje. Zaczął mnie nawet straszyć, że przegram sprawę o dom, bo praktycznie wszystko jest jego, biedaczek zapomniał o takim szczególiku jak rozszerzenie wspólności majątkowej, która zrobił.
Uwierz mi ja nie wiem skąd w nim tyle nienawiści do mnie. Widać, że nom stop jest sterowany przez tą panienkę, bo co rusz ma inną rewelację, która ma mnie dobić. Coś tam wspomniał, że bardzo kocha synka i jest szczęśliwy, że będzie go zawsze miał, to, że go miesiąc nie widział i zapomniał przesłać kasy to jakoś mu umknęło. To też jest chory człowiek, dlaczego ja byłam taka ślepa, ja uważałam, że mam fajnego faceta przy sobie, który dla nas zrobi wszystko, jak ja się myliłam. bardzo bym chciał żeby mimo wszystko im nie wypaliło na dłuższą metę, bo to niestety dla niej na nas postawił krzyżyk.
Mam nadzieję Kochana, że u Was sprawy nie potoczą się tym torem co u nas. Nie dosyć, że zdrada, porzucenie dla innej baby to jeszcze straszy. To już szczyt. Napisz czasami co u Was, bardzo Ci kibicuję cokolwiek postanowisz, bo jesteś trochę taka jak ja. Obie chcemy żeby było dobrze, ale to tylko my chcemy.
Witajcie ponownie....Boże jak bym chciała umiec podjąć decyzję, jak bardzo chciałabym w końcu żyć normalnie, bez lęku, strachu o jutro, stresu, który towarzyszy mi każdego dnia. Po tym wszystkim co mój mąż zrobił dawno powinnam umiec podjąc decyzję, ale nie potrafię.
Wydarzyło sie jeszcze pare rzeczy, które powinny utweirdzac mnie w podjęciu właściwej decyzji, ale nadal nie umiem... Modlę się o to, zeby w końcu to wszystko się skończyło. Ja już nie potrafie sie uśmiechać, nie potrafie być szczęśliwa....
Musza jakos te negatywne emocje opasc. U mnie juz czasami rozmawiam normalnie z zona. Zdania tez nie zmienia. Ale juz nie jest tak 2 tygodnie temu. Czasami jeszcze sa emocje ale widze zmieczenie w niej rozmowami ze mna i tlumaczeniem wszystkiego. Postaraj sie porozmawiac jak nie bedzie zlosci. Jak bedziesz widziala, ze zlosc nagle narasta to odpusc nie ma sensu. Ja tak robie u mnie ja odpuszczam. Wracam do tematu wieczorem i jest lepiej. Choc powiem szczerze z pkt widzenia faceta to wolalbym kawe na lawe. Wydaje mi sie, ze to z kobietami jest trudniej rozmawiac. Moge sie jednak mylic.
cronos, ani z facetami, ani z kobietami w takich sytuacjach nie jest lepiej.... Ja dużo mówię, o tym co mnie boli, jak bardzo mnie skrzywdził (mimo, ze się nie przyznaje), jak się wtedy czułam, jak sie czuję teraz. Mnóstwo słów padło z mojej strony i niestety mam wrażenie, ze do niego nie dotarły, ze mówię cały czas do sciany. Usłyszałam tylko od niego, ze ja moge nic nie robić, ze on spróbuje sie starać, ale to są tylko puste słowa... nie robi nic, aby mi udowodnić, że chce to ratować i niestety nadal nie mam pewności, ze sie z ta koorwa nie spotyka.
Czlowiek chce wiedziec jak bedzie ... mowisz do niego a tu taka reakcja ... boli jak cholera ... mi wszyscy mowia czekaj ... ale jak tu znalezc w sobie ta wytrwalosc ... jak podjac decyzje wbrew sobie ... nie da sie ... ja musze czekac ... nie działaj wbrew sobie ...
Przeczytalam caly watek...odnalazlam w nim siebie,meza...
Rozczarowana jak teraz sytuacja,jak sie czujesz,napisz jak sie czujesz?
Marika, szczerze...nie umiem opisać swoich uczuć, są niesamowicie skrajne. Jednego dnia zamykam sie strasznie w sobie, próbuje uciekac myślami gdzie indziej, innego dnia wyrzucam z siebie wszystko, krzykiem, złością, jest to oczywiście skierowane w strone męża. Zmiana w mężu jest tylko jedna. Wcześniej jak wykrzykiwałam mu co mnie boli, zlościłam się on mnie atakował jeszcze bardziej, teraz jak się tak zachowuje próbuje mnie uspokajać, podkula ogon...
Obecnie udajemy rodzinę, tzn. ja udaję, bo nie potrafię na razie inaczej, spimy osobno, bo ja tak chciałam. Próbuje zamieniać z nim kilka słów, ale jest to sztuczne, on też chyba nie ma potrzeby rozmawiania ze mną, nie wiem.... Czuje ból, ogromny, chciałabym się do niego przytulić, ale nie potrafię, cos mnie odtrąca. Powiedziałm mu, ze nie jestem w stanie teraz zrobić nic, nie umiem, on deklarował, ze nie muszę, ze on bedzie robił wszystko, ale jak dla mnie nie robi nic, nie próbuje nic zmienić. Żyje z nim jak z obca osobą, co ostatnio mu powiedziałam...
A jaka jest twoja historia?
Witajcie Dziewczyny!
Nie macie pojęcia jak się cieszę, że trafiłam na to forum. Przyczytałam cały wątek "na jednym wdechu", łzy cisną mi się do oczu.
Rozczarowana78, Twoja historia jest mi bardzo bliska. Właściwie to jakbym czytała o sobie i aż się boję... zakończenia, jestem w połowie drogi którą Ty przeszłaś.
Ale po kolei i króciótko... Mąż po 7 latach małżeństwa (10 lat związku) wyprowadził się z domu. Powiedział, że już mu na mnie nie zależy, że to koniec, że na pewno znajdę sobie kogoś innego. Konsekwentnie zeznaje, że on nie ma nikogo (hmm). Naszych synów odwiedza w weekendy (2 i 6 lat). I podobnie jak to było w Twoim przypadku Rozczarowana, ja również nie jestem w stanie zrozumieć co się dzieje. Od wyprowadzki zmienił się w idealnego ojca, jako mąż też robi więcej niż wcześniej: ciągle pyta o dzieci, jak chorują wzywa lekarzy, w weekendy wyrzuca mi śmieci i robi pranie... Nadal jednak twierdzi, że naszego małżeństwa nie da się odbudować. Poza tym, że był już bardzo "nieszczęśliwy" (jest bardzo skryty, nie chce rozmawiać) niestety nie wiem co się pod tym kryje i jaki był prawdziwy powód rozpodu związku. Nie wiem, chociaż podejrzewam to co prawdopodobnie większości z Was teraz również przyszło do głowy...
Czuje się fatalnie, pomimo, że minęło kilka miesięcy, płacze, nie mogę się na niczym skoncentrować.
Podobnie jak w Twoim przypadku Rozczarowana, mąż unika wszelkich kontaktów ze znajomymi, mam również wrażenie, że toczy się między nami taka dziecięca gra: jak go przytrzymam na dystans to mam wrażenie, jakby zaczynał żałować swojej decyzji, jak natomiast wykonam jakiś pozytywny gest, ucieka. Zupełnie jakby zatrzymał się na poziomie liceum.
Komuś tam powiedział, że "chciał mną wstrząsnąć", komuś że "jeszcze się kochamy, tylko nie potrafimy razem być". Dla mnie ma jednak cały czas tę samą wersję od początku: nic z tego nie będzie. I po co ta szopka? Co chce osiągnąć?
Tak bardzo chciałabym się przestać dręczyć, ale nie mogę przestać o nim myśleć. Dodam, że od początku życie było dla nas aż nadto hojne, mieliśmy wszystko, pieniądze, zdrowie, kochającą rodzicę, cudowne dzieci. Nie rozumiem jak można takie wartości przekreślić.
Nie wiem co robić.
Żononiczyja, mam nadzieje, że nie masz mi za złe, że zapożyczyłam się z Twojego nicka. Zrobiłam to celowo ponieważ bardzo mnie zainspirowałaś. "Uczciwa zazdrość" to jest chyba faktycznie jedyna rzecz, która działa na naszych facetów. Odkąd się trochę wylaszczyłam zauważyłam, że odnosi to pozytywny skutek. Napisz coś więcej, chętnie skorzystam z porad
Tylko czy chcemy być z facetami, którzy tak powierzchownie nas oceniają? Chyba, że oni wszyscy tak mają i trzeba się przezwyczaić, jeśli wogóle chcemy z kimś być...
Rozczarowana78, a jak potoczyło się dalej Twoje życie?
Do wszystkich: dziewczyny, jeszcze raz Wam dziękuję, że Was "poznałam". Jakieś światełko w tunelu zaświeciło...
Witam Was, długo nie pisałam, ale często czytam to forum i wiem, ze jesteście i znowu liczę na wasza radę. Dużo sie dział w moim życiu, aż za duzo, niestety aktualnie am wrażenie, ze jeśli nie podejme ostecznej decyzji nic sie nie zmieni, ale do rzeczy....
Ja wiecie mój mąż wrócił do domu, stany jakie od tego czasu przechodziłam były skrajne. Wyrzucałam całą złość z siebie i tak jak juz pisałam, wydawało mi się, ze maż cos zrozumiał, że chce walczyć, widziałm pewne oznaki, jednak nadszedł moment zwrotny, gdzie nie chciał mnie juz słuchać, wróciła agresja słowan z jego strony, atak jesli tylko zaczynałam temat zdrady, nas. Znowu zaczął sie wypierać i oskarzac mnie o wszystko. Długi czas było tak, ze byłam zadowolona, już zaczynałam sie usmiechać ale nadal byłam niepewna. Mąż dzwonił do mnie częśto, rozmaiwliśmy ze soba ale tylko o bieżących sprawach, w domu było czasami miło. Jednak ja co jakis czas próbowałam podjąć rozmowę na temat nas, pytałam co czuje, jak to wszystko widzi, nie otrzymywałąm odpowiedzi. Niedawno dowiedziałam się, ze kobieta z którą sie spotykał jest w ciąży. Coś we mnie pękło. Mąż nie wie, ze ja wiem. Po tym wszystkim zamknęłam się w sobie, no i się zaczęło. Mąż oskarzył mnie o zdradę, że wiedział od poczatku, ze za bardzo byłam szczęśliwa a zarazem zamknieta, że od dłuzszego czasu juz to czuł. Nie rozmawiamy ze sobą znowu, mimo, ze próbowałam podjąć osttnia próbe, to wysłal mnie do przyjacióki, żebym sobie znia pogadaął (to tez jest jego problem). Teraz zaczęłam sie zastanawiać, czy to, ze on wrócił to nie byłą proba znalezienia sobie pretekstu, ze ja jestem ta zła, która zdradza, kombinuje (sam mi to powiedział) i ze tak naprawdę jest to dla niego sposób przeczekania do nastepnego razu. Nie wiem co mam robić, na rozmowę nie liczę, mam wrażenie, ze ani ja ani on mi nie ufa, nie wierzy. Wszystko sie niesamowicie skomplikowało. terapia nie wchodzi w grę, bo on nie chce, wszystko jest nie tak, wszystko mu nie pasuje.
338 2012-05-28 11:37:56 Ostatnio edytowany przez atmosfere (2012-05-28 11:53:32)
Ja też byłam zdradzana i zdradzona. Też wrócił do domu.
Ale u nas była jedna rozmowa na temat tego co było. Też mnie nie przeprosił chociaż tego oczekiwałam. Też sądziłam, ze wrócił na chwilę aby znaleźć sobie pretekst i wytłumaczenie swojego postępowania.
Od tamtej rozmowy nie wracam do tematu, zaczęłam nowy rozdział a on widząc, że ja nie wszczynam awantur, nie siedzę z posępną miną, nie robię wypominków zaczął inaczej mnie traktować, zabiegać o mnie, traktować w końcu naprawdę jak CUDO.
I to mi odpowiada. Ja nie wracam absolutnie do przeszłości bo skoro go przyjęłam to ze wszystkimi konsekwencjami.
Ale odbudowałam swoje poczucie wartości, wiem kim jestem i dokąd zmierzam, on nie jest moim światem i doskonale o tym wie. Jestem uśmiechnięta sama dla siebie.Jeżeli jest mi źle, chcę się wygadać to idę do terapeutki lub na wino do koleżanki.
Skoro pozwoliłaś wrócić to dlaczego cały czas wracasz do tematu zdrady? Ile można słuchać zdartej płyty? Każdy ma kiedyś dość, nawet ten winny. Pozwoliłaś wrócić to nie prowokuj po raz kolejny rozmowy bo to powoduje że on się oddala od Ciebie a że stał się znów wulgarny czy niemiły-sorry-nie dziwię się, ma dość rozmów cały czas na ten sam temat, ile można robić minę cierpiętnicy i karać? Pozwoliłaś wrócić aby karać, wpędzać go nieustannie w poczucie winy a siebie w doła?
Popuść, daj luz, zajmij się czymś, pozwól życiu biec, zobaczysz co przyniesie, nie naciskaj, daj oddychać.
Atmosfere, to nie tak, ze wracam cały czas do temetu zdrady, to nie tak, ze go tym zamęczam, zdałąm sobie sprawę, ze to mój problem i tylko mój. Nawet mu o tym powiedziałam. Ja zaczynająć pewne rozmowy, nie pytam juz o tamto, wogóle to zawsze był temat tabu, nigdy nie mówiłam zdrada tylko "to". Ja zaczynająć rozmowy pytam o nas, o to co czuje, jak widzi nasz zwiazek, niestey nie dostaje zadnej odpowiedzi. To ja zabiegam o niego w łózku, staram sie uśmiechać, ale wtedy dostaje po dupie, bo pewnie cos kombinuje i go zdradzam, bo taka zadowolona chodzę. Też jak chce pogadać idę do koleżanki, i tu też jest problem bo mam to wypominane, ze ona mi doradza, z cos z nia kombinuję, on nie może znieść mysli ze o nas, o nim rozmwaim z kims innym. U nas był od dłuzszego czasu problem jesli chodzi o rozmowy, to z tego powodu zaczęło sie psuc, poprostu nie rozmawilismy o tym co złe, co dobre, co nas boli o niczym takim i nic dobrego z tego nie wyszło. Teraz nie raz proszę go o rozmowę, niestety zawsze wtedy jest atak. Osttnio sobie odpuściłam, nie chce niech nie rozmwia, ja wytrzymam, i tak długo wytrzymałam. Tylko niestety przeczucie mi mówi, że z tego nic dobrego nie wyniknie.
Więc popuść i pozwól jemu zabiegać o ciebie. Ty wyluzuj, pozwól mu zdobyć Cię.
A że zazdrosny? Miej to w nosie, kupuj nowe kolorowe spódnice, wymaluj usta, idź na wino do koleżanki, do kina i nie martw się ty co mówi, jeżeli cię oskarży o zdradę odpowiedz chłodno z uśmiechem: nie osądzaj mnie swoją miarą, to, że ty to zrobiłeś nie znaczy, że ja to zrobię.
Mojego w takim momencie zatkało.
I dziewczyno nie graj roli ofiary, nie tłumacz się ze wszystkiego, nie miej poczucia winy, zacznij żyć. Powtarzaj sobie, że jesteś warta wszystkich kwiatów świata.
Zrobiłaś co mogłaś, przestań walczyć o ten związek, teraz robota należy do niego, Ty tylko obserwuj, jak się rozpadnie nie będziesz miała poczucia winy bo zrobiłaś wszystko co mogłaś.
No widzisz, tak właśnie robiłam, cieszyłam się, stałam sie bardziej otwarta na swiat, i co otrzymałam w zamian, mówienie, że mam wszystko w dupie, ze zdradzam, pytanie, po co chciałam zeby wrócił, teksty typu złóż pozew o rozwód, mówi, ze się zmieniłam, ze nie jestem soba, że to jakaś inna ja, zła, cwaniara i kombinatorka. takie słowa bolą...Mam wrażenie, ze on chce sobie udowodnić, ze nie jestem odpowiednia. Ja naprawdę odpuściłam i i nie chce sie kłócic, wtedy on sie złości nie ma partnera do kłótni, bo ja przyznaje mu racje, odpowiem na pytanie i ucinam temat, nie chcę kłótni. Kiedys było inaczej, nie raz zaogniłabym całą sytuacje jeszcze bardziej. Tylko wiem ze to do niczego nie prowadziło, teraz jestem spokojna, faktem jest ze w środku aż kipi, ale to przez chwilę, później jest lepiej, a on obrazi, wykrzyczy, wyjdzie z domu... Czy to tak ma wyglądać?
342 2012-05-28 13:16:34 Ostatnio edytowany przez atmosfere (2012-05-28 13:23:15)
Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie na czym Ci bardziej zależy:
na swoim spokoju, bezpieczeństwie czy jego zadowoleniu i utrzymaniu tego związku za wszelką cenę? Cokolwiek byś nie zrobiła to i tak go nie uszczęśliwisz, zrozum to, a on zawsze znajdzie powód aby Ci dokopać.
Nie wydaje Ci się, że za dużo dajesz z siebie, za bardzo przejmujesz się jego zdaniem, oskarżeniami?
Powiem Ci szczerze, że mi w tej chwili nie zależy już tak na mężu jak kiedyś, wygoda zastąpiła miłość, jest mi po prostu dobrze, nie czuję się szczęśliwa bo z nim już nie będę czuła tego stanu ale jest mi wygodnie i dobrze.
Nigdy nie pozwoliłabym i nie pozwolę na to aby mąż obwiniał mnie za swoja zdradę, aby odnosił się do mnie w sposób wulgarny.
Teraz to ja planuję wakacje z nim i córką ale to on ma zapewnić mi kasę na te wakacje i szczerze mówiąc mam gdzieś jak on to zrobi. A on się produkuje aby spełnić moje marzenia.
Cieszę się cholernie na ten urlop, wspólnie nie byliśmy już 4 lata, będzie fajnie, nie liczę na seks pod palmą ale na przyniesienie zimnego drinka lub podanie ręcznika na plaży:-) I w ten sposób ma mi być dobrze. Oczywiście ja pracuję ale dla siebie. On dla nas, sam to zaproponował.
Jego telefonu nie sprawdzałam już kilka miesięcy i nie zamierzam tego robić, nie węszę, nie szukam. Nie chcę. Chcę spokoju.
I go mam.
Nie ma u nas seksu od ponad roku wogóle i ten stan obu nam odpowiada ale w innych dziedzinach jest głęboka symbioza i to jest dziwne. Zauważyłam, że jak jest scena erotyczna w telewizji to mój mąż odwraca wzrok. Przytula mnie cały czas, całuje ale nie ma seksu a mi na tym też nie zależy.
Miałam chwilową chęć na romans ale mi przeszło, po prostu mi się nie chce, nie chce mi się tajemnic, okłamywania, robienia mu odwetu. Nie mówię nigdy dla mojego romansu bo na wiele spraw zmieniłam spojrzenie, dałam kompletnie na luz.
Teraz jest dobrze, po prostu wypracowaliśmy układ.
Jest Ci dobrze, tak chcesz funkcjonować, przepraszam, ze tak to nazwałam ale to jest funkcjonowanie. Ja tak nie chcę, ja chcę czuć ogień, a nie poprostu ma być mi dobrze. Tego u nas brakowało. Nie wyobrażam sobie takie funkcjonowania, ale rozumim, ze wam jest ok. Dlatego walczę, o każdy gest z jego strony, o namiętność o uczucie o to czego mi tak długo brakowoało, o to co dał innej kobiecie. Tylko ta moja walka nic nie daje i tu jest problem. Odpuszczam ale nie chce funkcjonować.
Rozczarowana
jesteś dość długo na tym forum, założę się, że przeglądasz też inne fora.
Odpowiedz sobie szczerze; czy pamiętasz jakąkolwiek parę, która poczuła znów ogień w sypialni a szczególnie w duszy po zdradzie?
Nie ma takich par, zdarza się ogień w sypialni do zdradzie ale jest on krótkotrwały, jak ogień z zapałki. U nas to trwało miesiąc-miesiąc dosłownie z łóżka nie wychodziliśmy. A potem jak ręką odjął, zdarzały się igraszki ale już bez pożądania jak kiedyś, raczej z potrzeby fizycznej.
Ogień w duszy, motyle w brzuchu już nie przyjdą, nie połaskoczą w brzuchu po zdradzie, zawiedzionym zaufaniu. Tego nie ma i nie będzie. Nie licz na taka odbudowę. Bo związek po zdradzie jest zawsze inny, to co było już nie wróci, trzeba budować na tym co pozostało albo rozstać się i szukać w innym brzuchu tego łaskotania.
Kiedyś sam głos mojego męża przez telefon powodował u mnie dreszcze na kręgosłupie. Teraz mnie nie rusza absolutnie.
Mam wrażenie, że jesteś romantyczką, żyjesz ideałami, to tym bardziej bolesne takie obdarcie z wyobrażeń, że będzie jak sobie wymarzyliśmy.
Ty patrząc na niego widzisz waszą przeszłość, swoją miłość, marzenia i jego zdradę, on patrząc na ciebie widzi Ciebie, tamtą kobietę, jej ciało i głos i Twoje ciało i głos. Dwie sprzeczności.
Tak, u nas to jest układ. W wielu związkach to się sprawdza, Na temat romansów, rozwodu alimentów nawet nam się gadać nie chce bo już to przechodziliśmy ze sobą i tego nie chcemy powtarzać. Nam jest dobrze.
A motyle w brzuchu? Przylatują i odlatują a żyć trzeba.
inął juz prawie rok, odką to wszystko sie zacżęło, odką mąż wdał się w romans, zniszczył zycie mnie, sobie i dziecku. Chciałabym bardzo napisać, że nam się udało, że mąż żałuje, że teraz udowadnia każdego dnia, ze jestem dla niego najważniejsza. Niestety nie moge tego napisać, bo tak nie jest. Przezyłam koszmar, który się niestety nie skończył i wiem, ze jeśli sama z tym nie skończę mój kozmar będzie trwał. Napisałąm jakis czas temu, ze dowiedziałam się, iz jego kochanka jest w ciązy. Oczywiście nie mam pewności czy to jego dziecko szas jest przynajmniej 50 na 50. Powiedziałam mu o tym że wiem, skwitował to tylko szyderczym śmiechem. Niestety to nie wszystko i tu proszę o pomoc w zrozumieniu chorej psychiki mojego jeszczemęża. Sytuacja o tyle sie zminiła, ze on zaczął mnie oskarża ć o zdradę. zaznaczę tylko, ze nie ma żadnych podstaw i że nigdy tego nie zrobiłam. Jednak on w swojej paranoi, oskarża mnie że coś kombinuję, że go zdradzam, sprawdza mi telefon, mam wrażenie, ze mnie sledzi. Ostatnio do tego wszystkiego doszał agresja. Zaczyna się od wykrzykiwania, kończy na przepychaniu i wyzwiskach. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iz nie hamuje się nawet przy dziecku. Ono to widzi, słyszy. Wiem że muszę iść do psychologa ponownie ze soba a przedewszystkim z dzieckeim. Wiem, że muszę złozyć pozew. Wiem również ze on sie nie wyprowadzi, nigdy... Boje się co się moze jeszcze wydarzyć. Uswiadomiłam sobie ostatnio, ze od roku zyję w ciągłym stresie. Niesty to, ze jestem swiadoma co musze zrobić nie przekłada sie na czyny. Nie mam poprostu siły.
Wiesz, wiesz, wiesz...
a mimo wszystko nic z tym nie robisz, przyjmujesz tylko kolejne ciosy na siebie.
Co mamy Ci napisać? Jaką jeszcze radę, opinię chcesz usłyszeć? Czego od nas jeszcze nie usłyszałaś?
Na co więcej mu pozwolisz? Aby wyzywał Cię w obecności dziecka, pobił? A być może zabił?
Nie masz psychicznie siły pójść z pozwem do sądu? Może nogi Cię same tam zaniosą?
Oczekujesz pogłaskania, pocieszania? Ile można głaskać i pocieszać?
Sorry ale czasem daje więcej przysłowiowy kop w cztery litery niż głaskanie.
Ten typ Cię nie szanuje bo Ty się nie szanujesz. Wyzywa Cię i pomiata Tobą bo Ty mu na to pozwalasz. Robi z tobą co chce bo POZWALASZ mu na to.
Kiedy mój mnie wyzwał, dostał tylko jedno ostrzeżenie, kolejne wulgaryzmy to było nagrywanie na dyktafon, rozmowa z dzielnicowym na temat agresji w domu w obecności dziecka, mężusia policja wezwała i przeprowadziła pogadankę. Skończyły się wyzwiska bo JA nie pozwoliłam na to.
Można? Można.
Skulenie się w sobie, wieczne sobie tłumaczenie postępowania tego gada nic nie da. TY masz problem ze sobą. Ty się lecz. JEGO zostaw samemu sobie.
I skończ już użalać się, zacznij działać, chociażby dla dobra dziecka, aby w przyszłości z takim gadem nie wiązało sobie życia.
Witam Was, czasami jeszcze podczytuję wątki na tym forum, jednak strasznie mnie te sytuacje dołują, ale weszłam tu jeszcze raz, już nie prosic o pomoc w zrozumieniu sytuacji, ale w podjęciu decyzji, z którą się noszę juz od kilku tygodni - rozwód.
Uświadomiłam sobie, że jestem kobietą kochającą za bardzo, chyba...Mój związek, jeśli go jeszcze można tak nazwać, napewno jest toksyczny i dla mnie i dla męża i napewno dla dziecka. Próby rozmowy, bardziej prośby o rozmowę spełzały na niczym, mąż nie chce rozmawiać i nie będzie, chęć rozmowy z mojej strony wzbudza w nim agresję, tematy sa drażniące i tyle. Od pewnego czasu nie rozmawiam z nim już bo to nie ma sensu - przelewanie z pustego w próżne, żadnych decyzji, deklaracji, poprostu nic a może aż, agresja słowna ogromna, później mój płacz i obwinianie się po co znowu próbowałam. Więc nie rozmawiam, czekałam nie wiem na co... Wiem, że się nie doczekam na nic, ale tak strasznie się boję, tego jak nie będzie go już nigdy, tego że nie będzie mój, że nie będzie rodziny (raczej tej namiastki). Teraz co napiszę, wiem, że jest głupie, ale tak sobie myślę, że może jak dostanie pozew to cos go ruszy, to się opamięta, ale to jest głupia (znowu) nadzieja. Z drugiej strony, boję się walki, którą może wytoczyć np. o dziecko. Boje się wszystkiego, zadręczam się i zamęczam przeokrutnie, nie moge się na niczym skupić, mam lęki.
I jeszcze mam jedno pytanie, czy znacie dobrego psychoterapełtę w Warszawie, kogos sprawdzonego...ten do którego chodziałam, raczej mi nie pomógł tylko wprowadził w jeszcze większy dół.
rozczarowana78, jak dzisiaj wygląda Twoje życie? Rozwiodłaś się, czy jednak wszystko w małżeństwie ułożył się, jak byś chciała? Jeśli jeszcze zaglądasz na to forum i znajdziesz czas i chęci, to odezwij się ![]()
Pozdrawiam serdecznie
rozczarowana78, jak dzisiaj wygląda Twoje życie? Rozwiodłaś się, czy jednak wszystko w małżeństwie ułożył się, jak byś chciała? Jeśli jeszcze zaglądasz na to forum i znajdziesz czas i chęci, to odezwij się
Pozdrawiam serdecznie
Witam, miło że odnalazłaś jeszcze mój wątek, czasami tu zaglądam, ale rzadko, moze kiedyś wrócę ale już w innych tematach. Co u mnie???? Wydarzyło sie bardzo dużo, za dużo, nie rozwiodłam sie jeszcze, mąż mieszka w domu, jest kims zupełnie innym, ja też jestem inna (w moim przypadku to dobre zmiany). Napisałam jeszcze, bo mysle o tym nieustannie, chodzę na terapię, zaczynam myśleć o sobie, zyć dla siebie i mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie ten piękny dzień, kiedy będę gotowa odejść. Niestety nie ma happy endu..........
lewa4444 napisał/a:rozczarowana78, jak dzisiaj wygląda Twoje życie? Rozwiodłaś się, czy jednak wszystko w małżeństwie ułożył się, jak byś chciała? Jeśli jeszcze zaglądasz na to forum i znajdziesz czas i chęci, to odezwij się
Pozdrawiam serdecznieWitam, miło że odnalazłaś jeszcze mój wątek, czasami tu zaglądam, ale rzadko, moze kiedyś wrócę ale już w innych tematach. Co u mnie???? Wydarzyło sie bardzo dużo, za dużo, nie rozwiodłam sie jeszcze, mąż mieszka w domu, jest kims zupełnie innym, ja też jestem inna (w moim przypadku to dobre zmiany). Napisałam jeszcze, bo mysle o tym nieustannie, chodzę na terapię, zaczynam myśleć o sobie, zyć dla siebie i mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie ten piękny dzień, kiedy będę gotowa odejść. Niestety nie ma happy endu..........
Hej Rozczarowana:-)
Czesto zastanawiam sie co u Ciebie...mialam nadzieje, ze jakos sie ulozylo...napisz cos wiecej.
Pozdrawiam serdecznie, A.
[Niestety nie ma happy endu...
Może nie ma happy endu, ale za to jest szczęśliwy początek, jakby nowego życia, którym żyjesz dla siebie, nie wyłącznie dla męża. Jesteś jak zwiędły kwiatek, który czekał na letni deszcz. Może i tego deszczu jeszcze nie wiele spadło, ale wystarczyło byś umiała unieść głowę do góry. Cieszę się, że w końcu jakoś sobie układasz życie.
Trzymam mocno kciuki, by happy end nadszedł wielkimi krokami ![]()
Powodzenia!
Witam Was,
to znowu ja, rozdarta, płaczliwa, przerażona.... 17 stycznia minął rok mojego zycia z jm po roztaniu, po zdradzie.... Były wzloty i upadki, więcej upadków, oczywiście moich, codzienne mysli o rozstaniu, analizowanie siebie, jego zachowań niestety też. Były miłe momenty, świeta, sylwester, był ból, ale również nadzieja, że jednak się uda, był również strach, ze to tylko chwilowe. Jestem uzależniona od bólu, od napięcia, bo tak zyłam zbyt długo. Kazdego dnia czekałam na jego gest, dobre słowo, jak ono było byłąm na chwilę szczęśliwa, jak go nie było umierałam, analizowałam. Obwiniam sie o wszystko, mimo, ze to on sprawił mi najwiecej bólu, jak żaden człowiek na swiecie, nadal czuję się winna, że moze za moło zrobiłą, ze może jeszcze coś mogłam, ze za moło mu pokazałąm, ze mi zależy, ale kurcze sama nie dałabym rady.
Teraz jest lód, chłód, zero słów, milczenie, a ja już nie daję rady i dlatego podjełam decyzję, ze juz wystarczy, że ja muszę w końcu zrobic ten krok, bo on nigdy go nie zrobi.
Dajcie mi siłę abym wytrwała w tym postanowieniu, bo umieram od środka, boję się ale wiem ze juz tak nie chcę, wiem, ze on chce mnie ranić robic na złość (sam mi to powiedział)
Proszę kopcie mnie w dupę, abym nie zeszła z obranej ścieżki, abym się nie poddała, abym walczyła o lepsze życie, abym się juz nie obwiniała i nie karała....Boję się tak bardzo...
Witam Was,
to znowu ja, rozdarta, płaczliwa, przerażona.... 17 stycznia minął rok mojego zycia z jm po roztaniu, po zdradzie.... Były wzloty i upadki, więcej upadków, oczywiście moich, codzienne mysli o rozstaniu, analizowanie siebie, jego zachowań niestety też. Były miłe momenty, świeta, sylwester, był ból, ale również nadzieja, że jednak się uda, był również strach, ze to tylko chwilowe. Jestem uzależniona od bólu, od napięcia, bo tak zyłam zbyt długo. Kazdego dnia czekałam na jego gest, dobre słowo, jak ono było byłąm na chwilę szczęśliwa, jak go nie było umierałam, analizowałam. Obwiniam sie o wszystko, mimo, ze to on sprawił mi najwiecej bólu, jak żaden człowiek na swiecie, nadal czuję się winna, że moze za moło zrobiłą, ze może jeszcze coś mogłam, ze za moło mu pokazałąm, ze mi zależy, ale kurcze sama nie dałabym rady.
Teraz jest lód, chłód, zero słów, milczenie, a ja już nie daję rady i dlatego podjełam decyzję, ze juz wystarczy, że ja muszę w końcu zrobic ten krok, bo on nigdy go nie zrobi.
Dajcie mi siłę abym wytrwała w tym postanowieniu, bo umieram od środka, boję się ale wiem ze juz tak nie chcę, wiem, ze on chce mnie ranić robic na złość (sam mi to powiedział)
Proszę kopcie mnie w dupę, abym nie zeszła z obranej ścieżki, abym się nie poddała, abym walczyła o lepsze życie, abym się juz nie obwiniała i nie karała....Boję się tak bardzo...
Rozczarowana, przeczytałam cały Twój wątek i jestem w szoku, jak się tak można katować :-/ Miałam nadzieję, że pod koniec tego wątku zobaczę Twój wpis o tym, że wreszcie się rozstaliście i że jesteś szczęśliwa. Powiem Ci, że jak sobie wyobrażę, co Ty musiałaś znosić po powrocie męża do domu, to ciarki mnie przechodzą. U mnie nie było zdrady, tylko totalne wypalenie, ja się wyprowadziłam z domu i dopiero wtedy odżyłam, chociaż było ciężko, bo i ja chyba jestem kobietą kochającą za bardzo. Ale postanowiłam wreszcie walczyć o siebie i swoje szczęście, analizować siebie, a nie męża czy innych. Rozczarowana, proszę, zrób wreszcie ten krok, uwolnij się od tego pajaca (przepraszam, ale obraz, jaki się wyłania po Twoich wypowiedziach na temat męża, nie pozwala mi go inaczej nazwać), zacznij żyć swoim życiem, zrób to również dla dobra córki! Życie jest jedno, nie można się tak męczyć, dziewczyno...
rozczarowana78 napisał/a:Witam Was,
to znowu ja, rozdarta, płaczliwa, przerażona.... 17 stycznia minął rok mojego zycia z jm po roztaniu, po zdradzie.... Były wzloty i upadki, więcej upadków, oczywiście moich, codzienne mysli o rozstaniu, analizowanie siebie, jego zachowań niestety też. Były miłe momenty, świeta, sylwester, był ból, ale również nadzieja, że jednak się uda, był również strach, ze to tylko chwilowe. Jestem uzależniona od bólu, od napięcia, bo tak zyłam zbyt długo. Kazdego dnia czekałam na jego gest, dobre słowo, jak ono było byłąm na chwilę szczęśliwa, jak go nie było umierałam, analizowałam. Obwiniam sie o wszystko, mimo, ze to on sprawił mi najwiecej bólu, jak żaden człowiek na swiecie, nadal czuję się winna, że moze za moło zrobiłą, ze może jeszcze coś mogłam, ze za moło mu pokazałąm, ze mi zależy, ale kurcze sama nie dałabym rady.
Teraz jest lód, chłód, zero słów, milczenie, a ja już nie daję rady i dlatego podjełam decyzję, ze juz wystarczy, że ja muszę w końcu zrobic ten krok, bo on nigdy go nie zrobi.
Dajcie mi siłę abym wytrwała w tym postanowieniu, bo umieram od środka, boję się ale wiem ze juz tak nie chcę, wiem, ze on chce mnie ranić robic na złość (sam mi to powiedział)
Proszę kopcie mnie w dupę, abym nie zeszła z obranej ścieżki, abym się nie poddała, abym walczyła o lepsze życie, abym się juz nie obwiniała i nie karała....Boję się tak bardzo...Rozczarowana, przeczytałam cały Twój wątek i jestem w szoku, jak się tak można katować :-/ Miałam nadzieję, że pod koniec tego wątku zobaczę Twój wpis o tym, że wreszcie się rozstaliście i że jesteś szczęśliwa. Powiem Ci, że jak sobie wyobrażę, co Ty musiałaś znosić po powrocie męża do domu, to ciarki mnie przechodzą. U mnie nie było zdrady, tylko totalne wypalenie, ja się wyprowadziłam z domu i dopiero wtedy odżyłam, chociaż było ciężko, bo i ja chyba jestem kobietą kochającą za bardzo. Ale postanowiłam wreszcie walczyć o siebie i swoje szczęście, analizować siebie, a nie męża czy innych. Rozczarowana, proszę, zrób wreszcie ten krok, uwolnij się od tego pajaca (przepraszam, ale obraz, jaki się wyłania po Twoich wypowiedziach na temat męża, nie pozwala mi go inaczej nazwać), zacznij żyć swoim życiem, zrób to również dla dobra córki! Życie jest jedno, nie można się tak męczyć, dziewczyno...
Masz racje katuję się, nie kocham siebie, to już wiem od dawna, ale nie potrafiłam inaczej, na wiele sie godziłam, na poniżanie, na obelgi, na popychanie, oskarzanie - a w zamian słyszałam ze to wszystko moja wina. Tłumaczyłąm sobie, ze moze faktycznie zrobiłam cos nie tak, ze może za moło uwagi mu poświęcałam bo przez chwilę zajęłam się sobą. Prawda jest równiez ze nadal go sprawdzałam, bo nie ufałam totalnie, a dodatkowo jak mnie wyzywał i poniżał zaczęłam go nagrywać, to rozwścieczyło go jeszcze bardziej, oskarżał mnie o to, mówiąc ze mi nie ufa, bo go zdradzam, bo zbieram na niego "kwity". Ja tylko grezcznie powtarzałam, że dopóki będzie sie tak zachowywał to będę nagrywać, i ze nigdy go nie zdradziłam. Nie czuję się winna bo nie zrobiłam nic złego, chociaż on mnie w to poczucie winy wpędzał i może dlatego ciągle w tym tkwie, bo ja winna, ja powinnam sie zmienić, a nie on. Nie zyczę nikomu tego co ja przeszłam i błągam dajcie mi siłę aby nie zminić zdania....
rozczarowana. nie martw się, już nie jesteś rozczarowana
dzisiaj jesteś.. zdeterminowana.. a to róznica;)
dasz radę;)
rozczarowana. nie martw się, już nie jesteś rozczarowana
dzisiaj jesteś.. zdeterminowana.. a to róznica;)
dasz radę;)
Rozczarowana moze juz nie jestem, jestem zdezorientowana, trochę masz rację zdesperowana również, jadnak najbardziej pokaleczona, tak strasznie pokaleczona, że aż mi się chce wyć. Jednak wiem czego chcę, a raczej czego nie chcę i wiem również, ze jeśli nie zrobię kroku do przodu to utknę w tym bagnie na kolejne lata. Rok sie już przemęczyłam, cud że w wariatkowie nie wylądowałam :-) Najbardziej paraliżuje mnie strach przed nieznanym, ogólnie rzecz ujmując. Chciałbym być juz ponad to, jednak nie jest to łatwe, bo żyjąc tak juz długo, jestem uzalezniona od jego nastrojów, chociaż z tym starannie walczę. Obecnie sytuacja ciszy, tzn. jm nie odzywa się do mnie wogóle, śpi na kanapie, chyba dla mnie to dobra sytuacja, bo mogę spokojnie mysleć. Wcześniej zawsze robił jakiś krok, a ja głupia brałam to za dobra monetę i znowu przez jakis czas ok, ale ja się gryzłam, było mi źle. Więc może teraz lepiej, jak już nic nie robi, bo by mnie znów wciągnął. Z drugiej strony podejrzewam, ze znowu ktoś jest na choryzoncie, bo scenariusz bardzo podobny d tego z poprzedniej sytuacji, ale ja juz inna, spokojniesza. Chcę wytrwać, chce się pogodzić z tym, ze juz nie będziemy razem, ale jak tak długo sie walczyło to trudne. Chce być silna, bardzo silna...
Jesteś silna i wytrwasz w tym postanowienu wierzę w to. Tak jak piszesz analizuj swoje uczucia, nie męża, wiem, że to trudne dla kobiet, które kochają za bardzo, ale jest to do zrobienia.
Niech on sobie śpi na tej swojej kanapie, lepiej dla Ciebie, a Ty zajmij się sobą, rób to, co przynosi Ci przyjemność, spacer książka, wyjście z koleżanką. Nie analizuj co zrobiłaś źle, bo to w niczym nie pomaga i szukaj dobrego terapeuty.
Ja po ostatniej sesji w końcu czuję, że coś u mnie ruszyło, a moja terapeutka stwierdziła, że wychodzę w końcu z uzależnienia.
Mam nadzieję, że nie jest to przejściowy stan.
Witaj,
Wiesz czytam Twoje ostatnie posty i sama nie wiem co myslec...pamietasz jak sie poznalysmy? Sprawilas na mnie wrazenie silnej, przebojowej wiedzacej czego chcesz kobiety...ja bylam wtedy na poczatku swej drogi, Ty bylas juz daleko przedemna...i tak teraz czytam i widze ze Twoj maz wyssal z Ciebie wszystko co mialas najpiekniejsze...jestes teraz roztrzesiona, zagubiona, zdruzgotana, poraniona:-(
K.czy chcesz taka byc? Czy chcesz zyc w ciaglym stresie? Musisz odnalesc w sobie ta sile ktora emanowalas wtedy...i do przodu z podniesiona glowa tak jak mi tlumaczylas;-)
Pozdrawiam Cie serdecznie:-)
Rozczarowana, Ty po prostu boisz się nowego, nieznanego. Boisz się zaryzykować, bo wychodzisz z założenia, że lepiej jest tkwić w gorszym, ale dobrze Ci znanym. Ja Cię rozumiem, ale jako, że już to przerobiłam, to mogę Cię zapewnić, że NOWE wcale nie jest złe-wręcz przeciwnie, już z pierwszym (najtrudniejszym) krokiem, bardzo wciąga. Później już sama będziesz chciała iść do przodu.
Ja, dzisiaj cieszę się z życia i z uśmiechem patrzę wstecz, bo to co kiedyś wyciskało z oczu łzy, dzisiaj wzbudza śmiech, jak dobra komedia. Mam kochającego mężczyznę, wspólne dziecko i poczucie bezpieczeństwa- a to w życiu najważniejsze, by nie być samą.
Zapewniam Cię, że jeśli postawisz stopę do przodu, to dalej pójdzie już lekko.
Ty jesteś w związku, ale jesteś sama i tak będzie, dopóty-dopóki nie odejdziesz z podniesionym czołem, a lepiej tak, niż z podkulonym ogonem.
Jesteś młoda i na pewno ułożysz sobie życie z kimś, kto jest Ci pisany, kto gdzieś TAM, w tym NOWYM czeka na swoją połówkę, ktoś komu jesteś przeznaczona. Widocznie mąż nie jest Ci przeznaczony, dlatego uciekaj, póki nie zmarniejesz do końca i póki masz jeszcze w sercu miłość, by móc ją ofiarować komuś, kto na nią zasługuje.
Witaj,
Wiesz czytam Twoje ostatnie posty i sama nie wiem co myslec...pamietasz jak sie poznalysmy? Sprawilas na mnie wrazenie silnej, przebojowej wiedzacej czego chcesz kobiety...ja bylam wtedy na poczatku swej drogi, Ty bylas juz daleko przedemna...i tak teraz czytam i widze ze Twoj maz wyssal z Ciebie wszystko co mialas najpiekniejsze...jestes teraz roztrzesiona, zagubiona, zdruzgotana, poraniona:-(
K.czy chcesz taka byc? Czy chcesz zyc w ciaglym stresie? Musisz odnalesc w sobie ta sile ktora emanowalas wtedy...i do przodu z podniesiona glowa tak jak mi tlumaczylas;-)Pozdrawiam Cie serdecznie:-)
A. nie chcę taka być, masz rację byłam inna i bardzo dobrze o tym wiem, nigdy nie pozwalałam sobie aby ktoś mnie krzywdził, byłam silna, wiedziałam czego chcę, ale po tych wszystkich wydarzeniach tak strasznie się pogubiłam, że teraz nie wiem kim jestem. Myślałam o tym dużo, i wiem że chciałąm się zmiennić dla jm, bo przecież było ze mną coś nie tak jak znalazł sobie inna. No i się zmieniałąm, pewne rzeczy uważam, że przerobiłąm na lepsze, ale w sosunku do niego zrobiłam się malutka, zahukana, udawałam jednak twardą, ale to napewno dało się wyczuć. Ten rok to była wieczna walka, raz na górze raz na dole, walka ze sobą, z nim, czekanie na gest z jego strony. Nigdy w życiu bym nie przypuszczała że mogę taka być. Chcę być silna, tak jak kiedyś, chcę żyć pełnią życia, chcę mieć rodzinę, męża ale wiem że to jest niemożliwe z jm, uświadamiam sobie, że to nie ten, że on mnie już nie chce, a to boli.
Rozczarowana, Ty po prostu boisz się nowego, nieznanego. Boisz się zaryzykować, bo wychodzisz z założenia, że lepiej jest tkwić w gorszym, ale dobrze Ci znanym. Ja Cię rozumiem, ale jako, że już to przerobiłam, to mogę Cię zapewnić, że NOWE wcale nie jest złe-wręcz przeciwnie, już z pierwszym (najtrudniejszym) krokiem, bardzo wciąga. Później już sama będziesz chciała iść do przodu.
Ja, dzisiaj cieszę się z życia i z uśmiechem patrzę wstecz, bo to co kiedyś wyciskało z oczu łzy, dzisiaj wzbudza śmiech, jak dobra komedia. Mam kochającego mężczyznę, wspólne dziecko i poczucie bezpieczeństwa- a to w życiu najważniejsze, by nie być samą.
Zapewniam Cię, że jeśli postawisz stopę do przodu, to dalej pójdzie już lekko.
Ty jesteś w związku, ale jesteś sama i tak będzie, dopóty-dopóki nie odejdziesz z podniesionym czołem, a lepiej tak, niż z podkulonym ogonem.
Jesteś młoda i na pewno ułożysz sobie życie z kimś, kto jest Ci pisany, kto gdzieś TAM, w tym NOWYM czeka na swoją połówkę, ktoś komu jesteś przeznaczona. Widocznie mąż nie jest Ci przeznaczony, dlatego uciekaj, póki nie zmarniejesz do końca i póki masz jeszcze w sercu miłość, by móc ją ofiarować komuś, kto na nią zasługuje.
Lewa, i Ty masz rację, znacie mnie dziewczyny, wiem że takie same doświadczenia łączą i rozumiecie mnie, mimo, iż mogę tego nie pisać. Masz rację, boje się nieznanego, bardzo się tego boję, samotności, niewiedzy co przyniesie jutro. zawsze byłam osobą, która lubiłą mieć plan, na życie, na jutro, planowałam to mnie cieszyło i dawało stabilizację. tearz nie planuję, żyję dniem codziennym i to mnie męczy.
Chciałabym przestać się bać, ale wiem że w ten sposób tylko tracę czas, wiem że z nim nie będę, że to się już nie uda, zresztą nie wyobrażam sobie z nim przyszłości, ale z tego strachu trwam w tym g..nie.
Lewa potrzebuję takiej siły jak Ty miałaś, potrzebuję wiary w lepsze jutro...
co jeszcze barzdo mnie męczy, to to jak ja mam w tej sytuacji postępować, żyć... Tak jak pisałam, nie odzywamy się do siebie, on śpi osobno, mamy jednak dziecko, wspólnych znajomych, którzy nas razem zapraszają, mnie takie wspólne z nim spotkania męczą, bo muszę patrzeć jak bryluje, jak się śmieje i wywyższa. Lewa, jak Ty sobie poradziłąś sobie ze wspólnymi znajomymi, wsplnymi rzeczmi???
lewa4444 napisał/a:Rozczarowana, Ty po prostu boisz się nowego, nieznanego. Boisz się zaryzykować, bo wychodzisz z założenia, że lepiej jest tkwić w gorszym, ale dobrze Ci znanym. Ja Cię rozumiem, ale jako, że już to przerobiłam, to mogę Cię zapewnić, że NOWE wcale nie jest złe-wręcz przeciwnie, już z pierwszym (najtrudniejszym) krokiem, bardzo wciąga. Później już sama będziesz chciała iść do przodu.
Ja, dzisiaj cieszę się z życia i z uśmiechem patrzę wstecz, bo to co kiedyś wyciskało z oczu łzy, dzisiaj wzbudza śmiech, jak dobra komedia. Mam kochającego mężczyznę, wspólne dziecko i poczucie bezpieczeństwa- a to w życiu najważniejsze, by nie być samą.
Zapewniam Cię, że jeśli postawisz stopę do przodu, to dalej pójdzie już lekko.
Ty jesteś w związku, ale jesteś sama i tak będzie, dopóty-dopóki nie odejdziesz z podniesionym czołem, a lepiej tak, niż z podkulonym ogonem.
Jesteś młoda i na pewno ułożysz sobie życie z kimś, kto jest Ci pisany, kto gdzieś TAM, w tym NOWYM czeka na swoją połówkę, ktoś komu jesteś przeznaczona. Widocznie mąż nie jest Ci przeznaczony, dlatego uciekaj, póki nie zmarniejesz do końca i póki masz jeszcze w sercu miłość, by móc ją ofiarować komuś, kto na nią zasługuje.Lewa, i Ty masz rację, znacie mnie dziewczyny, wiem że takie same doświadczenia łączą i rozumiecie mnie, mimo, iż mogę tego nie pisać. Masz rację, boje się nieznanego, bardzo się tego boję, samotności, niewiedzy co przyniesie jutro. zawsze byłam osobą, która lubiłą mieć plan, na życie, na jutro, planowałam to mnie cieszyło i dawało stabilizację. tearz nie planuję, żyję dniem codziennym i to mnie męczy.
Chciałabym przestać się bać, ale wiem że w ten sposób tylko tracę czas, wiem że z nim nie będę, że to się już nie uda, zresztą nie wyobrażam sobie z nim przyszłości, ale z tego strachu trwam w tym g..nie.
Lewa potrzebuję takiej siły jak Ty miałaś, potrzebuję wiary w lepsze jutro...
Rozczarowana, doskonale Cię rozumiem i nie dziwi mnie, że się boisz, bo też przez to przechodziłam. Bałam się, że nie dam sobie rady finansowo, bo reszta przemawiała za tym, żeby spakować walizki i nie oglądać się za siebie.
Nie wiem, jak wyglądają Twoje sprawy finansowe- mam nadzieję, że nie jest źle?
Najważniejsze, to żeby mieć wsparcie ze strony rodziny, bo z przyjaciółmi, to różnie bywa- szczególnie z tymi wspólnymi. Mnie wspierała siostra, do której się wyprowadziłam. Dopiero po rozwodzie poczułam, że żyję. Wszyscy dostrzegli moją zmianę psychiczną, ale i też fizyczną. Dzieci także stały się pogodniejsze, bo dobra mama, to szczęśliwa mama.
To też nie jest tak, że od razu trafiłam na tego swojego "ideała". Zanim się poznaliśmy, spotykałam się z kilkoma facetami, ale jakoś nie wyszło. Ważne, żeby się nie poddawać i wierzyć, że ma się tę swoją drugą połówkę.
Kolejnym plusem jest przeżywanie swojej kolejnej "pierwszej" miłości. Pewnie pamiętasz to uczucie? Tego się nie zapomina. Człowiek jest jak w ekstazie, uskrzydlony ![]()
Swoim szczęściem zaraziłam również siostrę. Jej małżeństwo, to totalna klapa, ale również bała się odejść. Dopiero, kiedy zobaczyła, że nie ma się czego bać i jak ja odżyłam, to sama postanowiła odejść od męża alkoholika i awanturnika. Dzisiaj ma kochającego faceta, wspólne dziecko i wydaje jej się, że jest najszczęśliwszą kobietą-ale to nie prawda, bo to ja jestem najszczęśliwsza ![]()
Takie życie obok siebie prędzej, czy później sprawi,że nie będziecie mogli się ścierpieć. Facet jest twardszy i jakoś to przetrwa, natomiast kobieta, to krucha istota, dla której ciepło domowego ogniska jest najważniejsze, a taka sytuacja sprawi, że będziesz cierpiała i nocami płakała w poduszkę. Staniesz się cieniem człowieka, który nie będzie chciał patrzeć w lustro.
Powinnaś podzielić kartkę na dwie części po lewej plus, po prawej minus, i przeanalizować co mówi za tym, by dalej to ciągnąć, a co -żeby odejść.
Lewa, jak Ty sobie poradziłąś sobie ze wspólnymi znajomymi, wsplnymi rzeczmi???
Ze znajomymi, to wiesz sama jak jest. Natomiast jeśli chodzi o rzeczy, to akurat będzie miało najmniejsze znaczenie. Jakoś dojdziecie do porozumienia. Ty masz przy sobie dziecko, więc niektóre rzeczy- takie jak: pralka, lodówka są Ci bardziej potrzebne.
Wytycz sobie cel i tego staraj się trzymać, tak jest łatwiej.
Trzymam kciuki za Ciebie, więc nie jesteś już sama ![]()
Rozczarowana - przeczytałam Twój wątek , współczuje bardzo.
Moje małżeństwo tez się kończy .
Wina po obu stronach - czyja większa? chyba moja .... to już nieważne....
Pisze, żebyś wiedziała że wiem jak Ci ciężko , ja też się bardzo boję - nowego, rozstania, samotności, braku miłości ....
Też mieszkamy jeszcze razem, w przyszłym tygodniu wystawiamy dom na sprzedaż. Każdy dzień patrzenia na siebie to udręka dla mnie - on podjął decyzję , ja jeszcze kocham i dlatego tak mi bardzo ciężko.
Mam nadzieje, że jeszcze będziemy kiedyś spokojne i szczęśliwe - obie ...
DZiękuję, że jesteś i wspierasz. Wsparcie osoby, która to przezyła jest nieocenione. Ja niestety nie mam rodzeństwa, więc nie będę miała nikogo blisko. Znajomi jacyś są ale, tak jak piszesz, może być różnie, zresztą każdy ma swoje życie i problemy. Boję się zostać sama, może mniej kwestii finansowej, chociaż nie będzie kolorowo, ale z głodu napewno nie poumieramy
. kartkę już nie raz dzieliłam na pół, wypisywałam za i przeciw. Tych za było bardzo mało. Tak naprawdę chyba tylko to, ze nie będę sama, że nadal gdzieś tli się resztka uczucia i jeszcze kilka drobnostek. Wiem, ze przeciągając to małżeństwo nic już nie zmienię, on się nie zmieni, bo nie chce, moze mnie tylko spotkać kolejna podłość z jego strony, a tego nie chcę juz przeżywać. Sama nie wiem na co czekałam przez ten rok, żyłam nadzieją, bo gdzieś tam mi ją dawał, ale ja czuję, widzę, że on nie chce. On chce mnie tylko ranić. Zrobiłam sie już tak słaba, ze nie umiem się obronić.
W tym tygodniu wracam na terapię, miałam miesiąc przerwy, wiem, że bez tego sobie nie poradzę, wogóle boję się że sobie nie poradzę psychicznie, ze będę rozpamiętywać, rozgrzebywać to czego już nie ma. Tak bardzo chciałabym się juz od niego odciąć, nawet być wściekła, bo złość mnie motywuje. Wiem, ze jak pójdę do prawnika to machina ruszy, już mnie nic nie powstrzyma. Tylko zrobic ten krok, ten pierwszy krok...
Lewa, dajesz nadzieję na lepsze jutro, ja oczywiście jeszcze w nie nie wierzę, chociaż bardzo bym chciała....
Rozczarowana...Może straciłaś ten rok, ale przynajmniej nie możesz sobie zarzucić, że nic nie robiłaś. To był rok walki, szans i nadziei... Nie zamknęłaś serca przed miłością, drzwi zostały otwarte na jej powrót. Chyba nic więcej już nie możesz zrobić w tym kierunku, bo z miłością jak z tangiem-potrzeba dwojga.
Może kiedyś to on będzie pukać do Twojego serduszka, ale czy mu otworzysz?? -Wątpię.
Czas leczy rany, ale i gasi miłość. Ty nie będziesz żałować, poczujesz obojętność. Może na nowo się zakochasz (czego Ci bardzo życzę), ale trudniej się kocha, kiedy się człowiek raz sparzy. Trudniej, lecz tylko na początku, bo później serce kocha ze zdwojoną siłą. Z kolejnym związkiem jest już łatwiej, bo jest oparte o wcześniejsze doświadczenia i kto jest mądry, nie popełnia tych samych błędów.
Wszystko będzie dobrze, znów poczujesz, że żyjesz ![]()
Witam Was dziewczyny... kolejny samotny wieczór, bezsenna noc i przebrnęłam przez te 12 stron...U mnie kończy się już po raz...wyprowadzki, powroty itp, przedstawię skrót. Jesteśmy po ślubie prawie 13 lat, obecnie żyjemy, jak dwoje obcych osób, w osobnych pokojach, brak jakiejkolwiek rozmowy, planów, niczego wspólnego, bardzo mnie to męczy i nie daję już rady, podejrzewam, że męża również, ale nie potrafi ze mną porozmawiać. Rozmowę za każdym razem ja inicjuję, ale przeważnie jest to mój monolog, mąż milczy lub wywleka jakieś zdarzenia z dalekiej przeszłości, nie zależy mu na niczym, zachowuje się tak, jakby miał 100 lat i czekał tylko na śmierć. Dwa razy ja składałam pozwew rozwodowy, który na pierwszej rozprawie wycofałam. Pierwszy ponad cztery lata temu, kiedy waliło mi się wszystko, operacja syna, miesiąc wcześniej zmarł mój ojciec( jestem jedynaczką, rodzice po rozwodzie, codziennie w szpitalu, na mojej głowie załatwianie pogrzebu itd), działalność gospodarcza z której już zyski były minimalne, studia i pierwsza rozprawa w grudniu, przed samymi Świętami. Pozew poprzedzony wieloma rozmowami, z których nic nie wynikało, ale zdecydowaliśmy się spróbować raz jeszcze. Praktycznie nie wiele się zmieniło, wręcz na gorsze, po dziewięciu miesiącach mąż wyprowadził się do rodziców( moja decyzja, mąż nie oponował), nawet z synem 7 lat nie potrafił o tym porozmawiać (syn był w tym czasie przed domem, kiedy mąż wychodził z walizkami, posłał go płaczącego, abym ja mu to wyjaśniła). Podejrzewam, że wyprowadził się, ponieważ myślał, że to będzie na krótko, że zadzwonię i będę prosiła aby wrócił, byłam wtedy po zamknięciu działalnośći i nie pracowałam( trochę dorabiałam w domu). Poradziłam sobie i finansowo i byłam bardziej spokojna, mniej nerwowa, zaczęłam więcej wychodzić z koleżankami i ich dziećmi, wyjechałam z synem na wakacje, było ok, przyzwyczaiłam się, że go nie ma, po dwóch trzech miesiącach zaczął częściej przychodzić do syna, po syna i potrafiliśmy w miarę normalnie porozmawiać. Po pół roku od wyprowadzki mąż mi oświadczył, że z kimś się spotyka( do dzisiaj nie wiem od kiedy), nawet się ucieszyłam, że sobie ułoży życie ( jak się okazalo daleko nie szukał, była to nasza sąsiadka o 12 lat młodsza od niego, panna lecąca na kasę, wtedy jeszcze myślała, ze ją ma), po dwóch dniach zabrał syna na wspólne spotkanie, a po dwóch tygodniach ona zamieszkała z nim u jego rodziców( sama miala problemy w domu, rozwód rodziców, sprzedaż mieszkania). Wszystko byłoby nawet ok, gdyby nie to, że od naszych wspólnych znajomych dowiedzilam się, że panna szuka tzw: sponsora i w tym czasie nie spotyka się tylko z " moim" mężem. Dodam, że mąż nie zarabia zbyt wiele, dlatego alimenty placił kiedy chciał i ile chciał. Mąż bardzo zakochany szukał mieszkania dla nich, mnie wtedy traktował jak powietrze( dziecko brał kiedy im pasowało, czasami o 19.30 chciał zabrać syna na pizzę, na drugi dzień szkoła, gdy się nie zgodziłam, wykrzyczał mi przy dziecku, czy się obawiam, że ona będzie dla niego lepszą mamą). Wtedy złożyłam pozew rozwodowy po raz drugi( myślałam, że on tego chce albo ona, ale jak stwierdził jej to nie jest potrzebne do niczego). Nie narzucałam się , nie dzwoniłam, czekałam kiedy będzie miał czas i przyjedzie po syna, odwołane spotkania, musiałam go tłumaczyć - kryć przed dzieckiem,odwołane spotkania, ale ok... Nowa znajomość zakończyła się chyba po okolo dwóch miesiącach. Od tego czasu mąż znów był częstym gościem u mnie w domu, zaczął dzwonić, pisać sms-y. Tak to trwał około pół roku, przychodził, czasami gdzieś wychodziliśmy razem, porozmawialiśmy, zaczęliśmy się na nowo do siebie zbliżać, czuliśmy się chyba, jak przed ślubem. Kolejna rozprawa znów przed Świętami wycofana,,, już wdedy miało mi dać do myslenia- gdy wyszliśmy z sądu, powiedział mi, że dobrze to będzie między nami , jak ja się zmienię, powinnam iść do psychiatry... mąż wraca do domu, dziecko szczęśliwe, ja nie wiem czy do końca. Minęły od tego czasu dwa lata, tak fatalnie jak jest teraz jeszcze nie bylo nigdy, w każdym razie dla mnie, bo dla niego jest chyba wszystko ok... też chodziłam sama do psychologa, razem również( mąż chyba poszedł, bo myslał, że mu powiedzą, jaka to ja jestem zła)...
...On nie ma problemu z niczym, jemu prawie wszystko pasuje, nic nie robi oprócz chodzenia do pracy, na każde moje pytanie, odpowiedź rób jak chcesz. Dobra mnia do złej gry w Święta. Ja nie ma już siły prosić, pytać, robić wszystkiego, przepraszać- sama nie wiem za co, mysleć za wszystkich, zaczęły się jeszcze problemy z synem. Widzę, że staje się kopią ojca, tak fizycznie, tak i psychicznie, odzywki, które słyszy, pół dnia przed TV, brak jakiejkolwiek motywacji, wszystko mu zwisa, brak chęci do nauki, brak wychowywania ze strony taty( tzn: tata fajny, bo nic nie każe robić), mąż podważa moje zdanie przy dziecku, a on widzi, że ojciec nie szanuje mamy i zaczyna tak samo postępować, cokolwiek od niego wyegzekwować również bardzo ciężko. Rano zastanawiam się po co mam wstawać, gotować, sprzątać, jak i tak nikt tego nie zauważa. Nigdzie nie wychodzimy razem, nawet nie mam już ochoty, nikt do nas nie przychodzi, nawet się nie kłócimy, po prostu nie odzywamy się od siebie praktycznie wcale. Tkwimy w takim zawieszeniu i nie wiem czy to jeszcze ma jakikolwiek sens. Mąż ze swojej strony żadnego kroku nie podejmie, tego mogę być pewna( z lenistwa). Ja mam wrażenie, że on mnie traktuje, jak matkę i prowadzi życie kawalera, daje mi parę "groszy" na opłaty, przychodzi i wychodzi kiedy chce, o co go poproszę to w 80% nie załatwi, zapomni, nie kupi...zero ambicji, on nawet nie widzi, że żle robi, zero przepraszam
...czasami mam wrażenie, że on mnie sprawdza, ile jeszcze wytrzymam... ja przez tą wegetację nie poznaję siebie, mam wrażenie, że już nigdy nie będę szczęśliwa.
Warto Pomyśleć o normalnym życiu. O swoich marzeniach. Tym bardziej ze widzisz co sie dzieje z synem. Z tego co napisalas rozumiem ze syn ma około 10 lat? To dosyć wcześnie na takie zachowania. To nie okres dojrzewania tylko zły przykład.
Zobacz. Tyle razy sprawdzilas ze potrafisz dostosować sie do zmiany. Ze dajesz rade.
Czas na zmianę.
PiSz tutaj jeśli tego potrzebujesz. I rób to co dobre. Dla ciebie i chłopaka.
Nie potrzebujesz takich spodni w domu. Smierdzacych. Dziurawych. I ... Za małych dla ciebie:))
Dzięki...więcej opisałam w postach rok wceśniej, gdy tu zaczęłam pisać,,,dlaczego my nie potrafimy odciąć grubą krechą tego co było i nie wyszło...zacząć żyć na nowo, inazej, lepiej, dążyć do szczęścia...
...mnie się wydaje, że to już zbyt długo trwa i, że ja już nie potrafię żyć inaczej, nie mam pomocnej dłoni od nikogo, może się boję...wcześniej nawet się nie zastanawiałam i gdybym wytrwała w swoim postanowieniu byłabym może cztery lata po rozwodzie, a tak dalej ta bezsilność i niezdecydowanie,,,doskonale wiem, że to nie ma sensu, ale hyba dalej mam nadzieję, sama nie wiem na co
Witam Was dziewczyny... kolejny samotny wieczór, bezsenna noc i przebrnęłam przez te 12 stron...U mnie kończy się już po raz...wyprowadzki, powroty itp, przedstawię skrót. Jesteśmy po ślubie prawie 13 lat, obecnie żyjemy, jak dwoje obcych osób, w osobnych pokojach, brak jakiejkolwiek rozmowy, planów, niczego wspólnego, bardzo mnie to męczy i nie daję już rady, podejrzewam, że męża również, ale nie potrafi ze mną porozmawiać. Rozmowę za każdym razem ja inicjuję, ale przeważnie jest to mój monolog, mąż milczy lub wywleka jakieś zdarzenia z dalekiej przeszłości, nie zależy mu na niczym, zachowuje się tak, jakby miał 100 lat i czekał tylko na śmierć. Dwa razy ja składałam pozwew rozwodowy, który na pierwszej rozprawie wycofałam. Pierwszy ponad cztery lata temu, kiedy waliło mi się wszystko, operacja syna, miesiąc wcześniej zmarł mój ojciec( jestem jedynaczką, rodzice po rozwodzie, codziennie w szpitalu, na mojej głowie załatwianie pogrzebu itd), działalność gospodarcza z której już zyski były minimalne, studia i pierwsza rozprawa w grudniu, przed samymi Świętami. Pozew poprzedzony wieloma rozmowami, z których nic nie wynikało, ale zdecydowaliśmy się spróbować raz jeszcze. Praktycznie nie wiele się zmieniło, wręcz na gorsze, po dziewięciu miesiącach mąż wyprowadził się do rodziców( moja decyzja, mąż nie oponował), nawet z synem 7 lat nie potrafił o tym porozmawiać (syn był w tym czasie przed domem, kiedy mąż wychodził z walizkami, posłał go płaczącego, abym ja mu to wyjaśniła). Podejrzewam, że wyprowadził się, ponieważ myślał, że to będzie na krótko, że zadzwonię i będę prosiła aby wrócił, byłam wtedy po zamknięciu działalnośći i nie pracowałam( trochę dorabiałam w domu). Poradziłam sobie i finansowo i byłam bardziej spokojna, mniej nerwowa, zaczęłam więcej wychodzić z koleżankami i ich dziećmi, wyjechałam z synem na wakacje, było ok, przyzwyczaiłam się, że go nie ma, po dwóch trzech miesiącach zaczął częściej przychodzić do syna, po syna i potrafiliśmy w miarę normalnie porozmawiać. Po pół roku od wyprowadzki mąż mi oświadczył, że z kimś się spotyka( do dzisiaj nie wiem od kiedy), nawet się ucieszyłam, że sobie ułoży życie ( jak się okazalo daleko nie szukał, była to nasza sąsiadka o 12 lat młodsza od niego, panna lecąca na kasę, wtedy jeszcze myślała, ze ją ma), po dwóch dniach zabrał syna na wspólne spotkanie, a po dwóch tygodniach ona zamieszkała z nim u jego rodziców( sama miala problemy w domu, rozwód rodziców, sprzedaż mieszkania). Wszystko byłoby nawet ok, gdyby nie to, że od naszych wspólnych znajomych dowiedzilam się, że panna szuka tzw: sponsora i w tym czasie nie spotyka się tylko z " moim" mężem. Dodam, że mąż nie zarabia zbyt wiele, dlatego alimenty placił kiedy chciał i ile chciał. Mąż bardzo zakochany szukał mieszkania dla nich, mnie wtedy traktował jak powietrze( dziecko brał kiedy im pasowało, czasami o 19.30 chciał zabrać syna na pizzę, na drugi dzień szkoła, gdy się nie zgodziłam, wykrzyczał mi przy dziecku, czy się obawiam, że ona będzie dla niego lepszą mamą). Wtedy złożyłam pozew rozwodowy po raz drugi( myślałam, że on tego chce albo ona, ale jak stwierdził jej to nie jest potrzebne do niczego). Nie narzucałam się , nie dzwoniłam, czekałam kiedy będzie miał czas i przyjedzie po syna, odwołane spotkania, musiałam go tłumaczyć - kryć przed dzieckiem,odwołane spotkania, ale ok... Nowa znajomość zakończyła się chyba po okolo dwóch miesiącach. Od tego czasu mąż znów był częstym gościem u mnie w domu, zaczął dzwonić, pisać sms-y. Tak to trwał około pół roku, przychodził, czasami gdzieś wychodziliśmy razem, porozmawialiśmy, zaczęliśmy się na nowo do siebie zbliżać, czuliśmy się chyba, jak przed ślubem. Kolejna rozprawa znów przed Świętami wycofana,,, już wdedy miało mi dać do myslenia- gdy wyszliśmy z sądu, powiedział mi, że dobrze to będzie między nami , jak ja się zmienię, powinnam iść do psychiatry... mąż wraca do domu, dziecko szczęśliwe, ja nie wiem czy do końca. Minęły od tego czasu dwa lata, tak fatalnie jak jest teraz jeszcze nie bylo nigdy, w każdym razie dla mnie, bo dla niego jest chyba wszystko ok... też chodziłam sama do psychologa, razem również( mąż chyba poszedł, bo myslał, że mu powiedzą, jaka to ja jestem zła)...
...On nie ma problemu z niczym, jemu prawie wszystko pasuje, nic nie robi oprócz chodzenia do pracy, na każde moje pytanie, odpowiedź rób jak chcesz. Dobra mnia do złej gry w Święta. Ja nie ma już siły prosić, pytać, robić wszystkiego, przepraszać- sama nie wiem za co, mysleć za wszystkich, zaczęły się jeszcze problemy z synem. Widzę, że staje się kopią ojca, tak fizycznie, tak i psychicznie, odzywki, które słyszy, pół dnia przed TV, brak jakiejkolwiek motywacji, wszystko mu zwisa, brak chęci do nauki, brak wychowywania ze strony taty( tzn: tata fajny, bo nic nie każe robić), mąż podważa moje zdanie przy dziecku, a on widzi, że ojciec nie szanuje mamy i zaczyna tak samo postępować, cokolwiek od niego wyegzekwować również bardzo ciężko. Rano zastanawiam się po co mam wstawać, gotować, sprzątać, jak i tak nikt tego nie zauważa. Nigdzie nie wychodzimy razem, nawet nie mam już ochoty, nikt do nas nie przychodzi, nawet się nie kłócimy, po prostu nie odzywamy się od siebie praktycznie wcale. Tkwimy w takim zawieszeniu i nie wiem czy to jeszcze ma jakikolwiek sens. Mąż ze swojej strony żadnego kroku nie podejmie, tego mogę być pewna( z lenistwa). Ja mam wrażenie, że on mnie traktuje, jak matkę i prowadzi życie kawalera, daje mi parę "groszy" na opłaty, przychodzi i wychodzi kiedy chce, o co go poproszę to w 80% nie załatwi, zapomni, nie kupi...zero ambicji, on nawet nie widzi, że żle robi, zero przepraszam
...czasami mam wrażenie, że on mnie sprawdza, ile jeszcze wytrzymam... ja przez tą wegetację nie poznaję siebie, mam wrażenie, że już nigdy nie będę szczęśliwa.
Witaj kameleon
widzę wiele wspólnego między nami. Też nie mogę się zdecydować, żeby odejść, może jedynaczki tak mają. Moja córka doskonale potrafi naśladować tatusia, zwłaszcza w braku okazywania mi szacunku. Jak my te dzieci wychowamy, skoro są przekonane, że mamą można pomiatać, bo przecież tatuś tak robi. Mój mąż w przeciwieństwie do Twojego dużo mówi, ale za to jak przystało na choleryka w sposób bardzo burzliwy i obraźliwy. Ja próbuje zrozumieć dlaczego tak właściwe jeszcze z nim jestem.
Doczytałam się, że jutro idziesz do psychologa. Ja też mam jutro pierwszą wizytę, mam nadzieję, że pomoże mi zrozumieć siebie i nabrać na tyle pewności siebie, żeby wreszcie z tym skończyć, czego i Tobie życzę.
Witaj Żabcia, napisz, jak po wizycie, z doświadczenia wiem, że pierwsza, to taka bardziej informacyjna, opowiesz o wszystkim, pewnie pani psycholog każe Ci się zastanowić, co byś chciała albo czy jeszcze coś dobrego widzisz w mężu.
...później mam wizytę u psychiatry z synem, aż się boję...
Witaj Żabcia, napisz, jak po wizycie, z doświadczenia wiem, że pierwsza, to taka bardziej informacyjna, opowiesz o wszystkim, pewnie pani psycholog każe Ci się zastanowić, co byś chciała albo czy jeszcze coś dobrego widzisz w mężu.
...później mam wizytę u psychiatry z synem, aż się boję...
Witaj kameleon,
ja idę do psychologa ze mną. Mój mąż nie zgadza się na terapie, bo uważa, że wszystko robi dobrze. Dużo ostatnio czytałam i wiele mam już poukładane. Trochę rozumie dlaczego jest jak jest. Pomocy potrzebuję, żeby to zmienić.
Chodziłam z córką do psychologa, gdy była w 4 klasie podstawówki. Pani doktor nie wykazała się dużymi umiejętnościami, ale sama rozmowa z osobą trzecią przyniosła skutek. Miałam wtedy problemy z tym, że córka pomimo dużych swych zdolności, co potwierdziły testy u psychologa miała mierne wyniki w szkole.
Napisz jak przebiegła Twoja rozmowa z psychologiem.
Dziewczyny, z tymi psychologami trzeba uważać, aby nie trafić na osobę, która może wyrządzić więcej krzywdy niz pozytku. Przeżyłam to na własnej skórze. W momencie, gdy było juz ze mną bardzo źle, mąż nie mieszkał w domu, postanowiłam zwrócic się o pomoc do pewnej "sprawdzonej" Pani psychlog. Po odbytych dwóch wizytach i moich monologach, trafiliśmy do niej oboje z jm. Z jakiego powodu tam ze mna poszedł, wyszło na wizytach. Jm kłamał, co doprowadzało mnie do łez i złości. Pani psycholog stwierdziła, że dobrze ze pokazujemy emocje u niej, i jak mamy sie pokłócić to w jej gabinecie. No i wyrzucilismy sobie wiele rzeczy. Po czym Pani stwierdziła, że musi sie spotkać z nami osobno. I tu zaczął sie mój dół. Zostałam sprowadzona do poziomu podłogi, że tak nie można, że mąż to czy tamto. Nie wiem co powiedziała jemu. Ale wspólne spotkania sie skończyły. Ja byłam u niej jeszcze ze dwa trzy razy, co powodowało jeszcze większego doła, byłam oceniana. Po wizytach u niej, naprawde uwierzyłam ze byłam, jestem zła. Dopiero niedawno znalazłąm właściwą osobę i teraz mam nadzieję na skuteczną terapię, bo wiem, że jej potrzebuję.
To prawda, że z psychologiem trzeba uważać, bo może nic nie pomóc, albo nawet zaszkodzić. Moja psycholożkę poleciła mi babka z forum. Mam nadzieję, że uda mi się zachować dystans i dobrze ocenić panią doktor.
Byłam na rozmowie z panią psycholog. Miałaś rację kameleon, że na pierwszym spotkaniu głównie ja o sobie mówiłam, ale usłyszałam dwie miłe uwagi. Zobaczymy co będzie dalej.
Jak u Ciebie wsparcie psychologiczne syna?
Ja również po rozmowie z panią psycholog, na początku trochę musiałam poprzypominać( ostatnio byłam u niej we wrześniu). W sumie tyle się nazbierało przez ten czas, nie wiedziałam od czego zacząć i chyba mówiłam niezbyt zrozumiale...pierwszy raz mi mi tam łzy poleciały, gdy mówiłam o młodym...w sumie dowiedziałam się tyle, że chyba raczej nie mam depresji, tylko jestem tym wszystkim bardzo już zmęczona, bo jest za dużo spraw( ciągle dochodzi coś nowego), ciągnie się to też już masakrycznie długo i już mnie to wszystko przerosło( w sumie tyle to ja też wiem, ale może dobrze, że ktoś "obcy" to powiedział, przynajmniej nie myślę, że jestem szurnięta). Druga rzecz- kolejny raz zostałam utwierdzona w tym, że sytuacja z synem jest w 90% skutkiem sytuacji w domu.
Trzecia rzecz- jeżeli mam się rozstać z mężem, najlepiej to zrobić, jak najszybciej, tzn: zacząć działać w tym kierunku, a nie siedzieć i gdybać.
Czwarta rzecz- mam sobie nie robić wyrzutów, że mogłam to zakończyć cztery, dwa lata temu ( nie obwiniać się). Mam to potraktować w ten sposób, że dałam szansę, bo każdy na nią zasługuje oraz, że zrobiłam wszystko, aby było lepiej, ale sama więcej nie zrobię.
Na następną wizytę- za tydzień- mam się zastanowić nad małą rzeczą, co bym mogła zrobić( albo to zrobić) aby coś ruszyło, było łatwiej, lżej...
Wizyta u psychiatry z młodym odwołana i następna dopiero za ponad miesiąc ![]()
Ja również po rozmowie z panią psycholog, na początku trochę musiałam poprzypominać( ostatnio byłam u niej we wrześniu). W sumie tyle się nazbierało przez ten czas, nie wiedziałam od czego zacząć i chyba mówiłam niezbyt zrozumiale...pierwszy raz mi mi tam łzy poleciały, gdy mówiłam o młodym...w sumie dowiedziałam się tyle, że chyba raczej nie mam depresji, tylko jestem tym wszystkim bardzo już zmęczona, bo jest za dużo spraw( ciągle dochodzi coś nowego), ciągnie się to też już masakrycznie długo i już mnie to wszystko przerosło( w sumie tyle to ja też wiem, ale może dobrze, że ktoś "obcy" to powiedział, przynajmniej nie myślę, że jestem szurnięta). Druga rzecz- kolejny raz zostałam utwierdzona w tym, że sytuacja z synem jest w 90% skutkiem sytuacji w domu.
Trzecia rzecz- jeżeli mam się rozstać z mężem, najlepiej to zrobić, jak najszybciej, tzn: zacząć działać w tym kierunku, a nie siedzieć i gdybać.
Czwarta rzecz- mam sobie nie robić wyrzutów, że mogłam to zakończyć cztery, dwa lata temu ( nie obwiniać się). Mam to potraktować w ten sposób, że dałam szansę, bo każdy na nią zasługuje oraz, że zrobiłam wszystko, aby było lepiej, ale sama więcej nie zrobię.
Na następną wizytę- za tydzień- mam się zastanowić nad małą rzeczą, co bym mogła zrobić( albo to zrobić) aby coś ruszyło, było łatwiej, lżej...
Wizyta u psychiatry z młodym odwołana i następna dopiero za ponad miesiąc
Łzy oznaczają rozpacz, bezradność. Wiem to sama po sobie. Zgadzam się, że powinnaś podjąć zdecydowane kroki co do swojego rozwodu, ale w moich ustach jest to mało przekonywujące, bo sama się waham, choć wiem, że dalej tak być nie może. Może chociaż ze względu na nasze dzieci to uczynimy.
Ja też mam wizytę za tydzień.
Może by było dobrze nasze przemyślenia z terapii z kimś przedyskutować i niekoniecznie na tym forum. Jeśli chcesz, to pisz na mojego mejla.
Rozczarowana78
Co u Ciebie, czy coś się zmieniło? Jak sobie radzisz?
Ja znowu jestem w totalnej rozsypce, siedzę i ryczę, a było już ze mną całkiem dobrze. Po wyjeżdzie w góry, na którym było super, powrót do tego samego, obojętność z jego strony, brak chęci rozmowy. Nie mam już sił, a tyle przede mną do zrobienia, mam plany związane z moją pracą. Nie wiem jak odpędzić myśli od niego i skupić się na własnym rozwoju. Patrzenie na to, jak on zachowuje się wobec mnie dobija mnie okropnie.
Nie potrafię żyć z nim pod jednym dachem jak z lokatorem. Jak sobie z tym poradzić, nie mam pojęcia.
Witam, jestem nowy na tym forum, temat watku idealnie pasuje do mojej obecnej sytuacji. przeczytalem wiele watkow na tym i nie tylko forum i dochodze do wniosku ze ja chyba mam bardzo duzo w sobie z kobiety (albo z kobiecej wrazliwosci). Nie wiem czy to dobrze czy zle, ale bolesnie sie przekonuje co to znaczy rozstanie, odrzucenie i wszystko co z tym zwiazane (choc wiem i przyznaje sie do tego, ze ja tez zawinilem).
Duzo kobiet pisze, ze daloby wiele zeby ich mezczyzna dal choc maly znak, zeby sam pierwszy wykonal gest w strone pojednania, u mnie jest odwrotnie, to ja bym dal wiele zeby moja zona wykonala ten pierwszy krok. Nie wiem czy opisywac moja sytuacje, czy kogos to zainteresuje, jesli tak na napiszcie to podziele sie z Wami kawalkiem mojego zycia.
380 2013-03-01 20:19:26 Ostatnio edytowany przez nika76 (2013-03-01 20:20:16)
Woytek
Załóż swój wątek i pisz. Może chociaż trochę Ci ulży.
Witam, jestem nowy na tym forum, temat watku idealnie pasuje do mojej obecnej sytuacji. przeczytalem wiele watkow na tym i nie tylko forum i dochodze do wniosku ze ja chyba mam bardzo duzo w sobie z kobiety (albo z kobiecej wrazliwosci). Nie wiem czy to dobrze czy zle, ale bolesnie sie przekonuje co to znaczy rozstanie, odrzucenie i wszystko co z tym zwiazane (choc wiem i przyznaje sie do tego, ze ja tez zawinilem).
Duzo kobiet pisze, ze daloby wiele zeby ich mezczyzna dal choc maly znak, zeby sam pierwszy wykonal gest w strone pojednania, u mnie jest odwrotnie, to ja bym dal wiele zeby moja zona wykonala ten pierwszy krok. Nie wiem czy opisywac moja sytuacje, czy kogos to zainteresuje, jesli tak na napiszcie to podziele sie z Wami kawalkiem mojego zycia.
Facet wrażliwy delikatny to cipa ,mamy prze...ne.My delikatni wrażlwi oddani uczciwi tolerancyjni opiekuńczy itd jesteśmy marginesem ,patologia jak ta lala.
Ludzie dobierają się chyba na zasadzie przeciwieństw, a powinno być odwrotnie. Miałam kiedyś wrażliwego, opiekuńczego chłopaka z którym spotykałam się prawie pięć lat, zachciało mi się czegoś innego. Wyszłam za mąż za drania i egoistę.
Uczymy się na błędach, niestety.
Wrazliwe i delikatne kobiety jakos tez dostaja po 4 literach... a latawce dmuchawce maja grono wielbicieli i mezow w nich wpatrzonych...
ludzie rzeczywiscie powinni dobierac sie wedlug podobienstw
Wrazliwe i delikatne kobiety jakos tez dostaja po 4 literach... a latawce dmuchawce maja grono wielbicieli i mezow w nich wpatrzonych...
ludzie rzeczywiscie powinni dobierac sie wedlug podobienstw
racja, maja grono wielbicieli....
a mowia ze to przeciwienstwa sie przyciagaja. Przyciagaja, ale pozniej okazują sie zbyt slabe zeby sie razem utrzymac ...
Ludzie dobierają się chyba na zasadzie przeciwieństw, a powinno być odwrotnie. Miałam kiedyś wrażliwego, opiekuńczego chłopaka z którym spotykałam się prawie pięć lat, zachciało mi się czegoś innego. Wyszłam za mąż za drania i egoistę.
Uczymy się na błędach, niestety.
Miałam tak samo, mój pierwszy facet, byliśmy długo ze sobą, nawet pojawiały się plany, dotyczące przyszłości, on myślał o finansach, o tym gdzie pojedziemy, potrafił coś zorganizować ( zwykłe, codzienne sprawy), był opiekuńczy, odpowiedzialny, zaradny, szanował mnie i potrafił to okazać, mogłam na niego zawsze liczyć, mając osiemnaście lat, potrafił posprzątać całe mieszkanie, gdy jego rodzice wracali z wakacji, po prostu był przy mnie w każdej sytuacji- normalna rzecz chyba- mnie też zachciało się czegoś innego i to jest chyba moja kara, całe moje pop.... życie. Szanujmy to co mamy, gdy jest dobrze, nie psujmy tego, nie zawsze to nowe lepsze(niby) dzisiaj będzie takie za tydzień, miesiąc, rok...
Witam Wszystkich, stwierdziałam, ze warto zakończyć ten wątek. Podsumowując moją długą drogę mogę tylko powiedzieć - nie było warto. Złożyłam pozew rozwodowy, czekam na termin, kończę z małżeństwem, które od dawna juz nim nie było. Życzę wszystkim mnóstwa pozytywnej energii i podejmowania słusznych decyzji :-)
Trzymaj sie!
Witam Wszystkich, stwierdziałam, ze warto zakończyć ten wątek. Podsumowując moją długą drogę mogę tylko powiedzieć - nie było warto. Złożyłam pozew rozwodowy, czekam na termin, kończę z małżeństwem, które od dawna juz nim nie było. Życzę wszystkim mnóstwa pozytywnej energii i podejmowania słusznych decyzji :-)
Rozczarowana, już po rozwodzie? Jak Ci się życie poukładało?
rozczarowana78 napisał/a:Witam Wszystkich, stwierdziałam, ze warto zakończyć ten wątek. Podsumowując moją długą drogę mogę tylko powiedzieć - nie było warto. Złożyłam pozew rozwodowy, czekam na termin, kończę z małżeństwem, które od dawna juz nim nie było. Życzę wszystkim mnóstwa pozytywnej energii i podejmowania słusznych decyzji :-)
Rozczarowana, już po rozwodzie? Jak Ci się życie poukładało?
Cześć Lewa, jak miło, że o mnie pamiętasz
Chciałabym juz byc po rozwodzie, jednak nie jest to takie proste i niestety nie zależne ode mnie
Pozew złożyłam na poczatku czerwca, jm go dostał pod koniec sierpnia a do dnia dzisiejszego nie mam jeszcze wyznaczonego terminu rozprawy. Albo trafiłam na chorowitego sędziego
albo na jakiś wysyp rozwodów w moim regionie
. No ale cóż czekam cierpliwie, chociaż sytuacja w domu nie nalezy do przyjemnych. Niestety j.m. wyprowadzać się nie zamierza, więc na razie mijamy sie w tych samych czrerech scianach, czasami sie odezwie ale od razu z awanturą . Staram sie nie zwracać na niego uwagi, niestety jest jeszcze dziecko i z tego właśnie powodu mysle o wyprowadzce.
Jeśli chodzi o mnie jestem spokojna, zaczęłam mieć swoje życie (moze to za dużo powiedziane, ale napewno swój mały kawałek), wiem, ze nie jestem sama, mam znajomych, rodzinę. Staram się żyć i cieszyć tym co mam i powoli wierzyć, ze niedługo będzie bardzo dobrze.
Obiecuję, ze sie odezwę jak nadejdą jakieś zmiany. Pozdrawiam gorąco
390 2013-09-19 12:49:46 Ostatnio edytowany przez lewa4444 (2013-09-19 15:35:31)
To super! Cieszę się, że udało Ci się pozbierać. W sumie, najgorsze-można powiedzieć, masz już za sobą. Wszystko się tak wlecze, że stopniowo oswajasz się z tą sytuacją, nic się nie dzieje z dnia na dzień. Z sądami tak niestety bywa, tam nikt się nie spieszy, ale fakt, że rozwodów jest dużo. Wydaje mi się, że winę za to, co się dzieje w dużym stopniu ponosi nasz rząd. Ludzie są zaganiani, nie mają dla siebie czasu, liczy się głównie pieniądz i żeby było za co utrzymać rodzinę. Niektórym po prostu nie udaje się pogodzić życia zawodowego z życiem rodzinnym. Często są przemęczeni i brakuje sił na rozmowę i przytulanie. Aczkolwiek są i tacy, którzy mogą, ale nie chcą.
Bardzo się cieszę, że się nie poddałaś i walczysz o swoje życie. Pisałam Ci, że będę trzymać za Ciebie kciuki, a ja zawsze staram się dotrzymać słowa.
Pozdrawiam Cię serdecznie i nadal mocno trzymam kciuki! ![]()