Nowe_otwarcie napisał/a:@Kaszpir: a Ty się dziwisz, że dzietność spada, że przysięga małżeńska "i że nie opuszczę cię aż do śmierci" staje się obietnicą bez pokrycia? To spójrz sobie na uczestniczki tego wątku (choć o Muqin piszę to trochę z ciężkim sercem, bo najsympatyczniejsza z nich),(...). To, co one prezentują, to nie wyższa samoświadomość w stosunku do swoich matek i babek, tylko zdecydowanie wyższy stopień egoizmu, braku woli jakichkolwiek poświęceń dla kogokolwiek innego niż one same i chęć pójścia na totalną łatwiznę w związku (tylko przyjście na gotowe, bez najmniejszych komplikacji, a gdy są najmniejsze choć problemy, to się zawija i szuka nowego).
Jeszcze za czasów naszych rodziców jakoś pewne rzeczy były po prostu oczywiste: że w pewnym wieku trzeba się ustatkować (na wiecznego gówniarza patrzono wtedy bardziej krytycznie niż dziś), że dla dzieci i ich dobra trzeba ponieść pewne poświęcenia, że jak się podjęło odpowiedzialność i założyło rodzinę, to się nie robi łachy że dokłada się wszelkich możliwych starań by ta rodzina przetrwała, nawet jeśli nastąpi jakiś kryzys. Od tego czasu nastąpiła zmiana: po upadku komuny ludzie zachłysnęli się Zachodem, po wejściu do Unii to zachłyśnięcie się jeszcze wzrosło. Przyznaję, że w pewnych kwestiach jest lepiej lub znacząco lepiej, w pewnych jest gorzej lub znacząco gorzej.
Skoro już mnie imiennie do tablicy wywołałeś, Nowe_otwarcie...niech tam, Bert mnie troszkę zainspirował.
Coś o sobie przeczytałam i właściwie to mogłabym się zirytować...ale jakoś nie, choć komplementy to to nie są. A ja, wyobraź sobie Nowe_otwarcie, przeczytałam i uśmiechnęłam, choć przyznam, chyba trochę wrednie. Czemu? Bo sobie wyobraziłam, że jakimś sposobem, Nowe_otwarcie, dowiadujesz się więcej o mnie, moim życiu i skonfrontowany z faktografią uzupełnioną dokumentacją i zeznaniami świadków jesteś zmuszony do sprostowania błędów atrybucji w ocenie mojej skromnej osoby. Świadomość, w jak niezręcznej sytuacji byś się znalazł ten mój uśmiech wywołała i trudno, aniołem to ja nie jestem. Miałabym radochę.
Tym niemniej - piszemy na forum, błędy atrybucji popełniamy wszyscy i w realu i na forum tym bardziej czyli, parafrazując, "wybaczam te złe słowa, bo nie wiesz, co mówisz". Urazy nie czuję, nic a nic. Nie żeby po sprostowaniu błędów atrybucji Muqin okazała się jakimś ideałem, wady to ja mam, ale zwyczajnie inne.
Moja osobista babcia była 100% Matka Polką. Ewidentnie inne czasy, model powszechny. Załapała się na obie wojny światowe plus stalinizm w PRL czyli ewidentny hardcore. Niedługo przed śmiercią powiedziała swojej córce, a mojej matce, że gdyby mogła jeszcze raz przeżyć swoje życie, nie oddałaby WSZYSTKIEGO rodzinie. Matka przyswoiła i (choć wtedy nie było to aż tak oczywiste społecznie jak teraz) swojej pracy zawodowej (miedzy innymi) nie odpuściła. Co - jak się okazało było pomysłem znakomitym w realiach, w których mojej matce przyszło wieść dorosłe życie, zauważalnie innych do realiów życia babci. Ja powieliłam wzorzec, w pewnym dostosowaniu do po raz kolejny zmienionych realiów. Ustatkowałam się tak naprawdę jakby później niż poprzednie pokolenia, nigdy nie weszłam w tryb "poświęcam się dla dziecka" (czy dla męża), bo zawsze mnie wkurzali rodzice (i szerzej ludzie) , co dzieciom (albo innym ludziom) wypominają swoje dla nich poświęcenie albo i nie wypominają, ale w cichości się frustrują, że oto dałem a nie dostałem. Dawanie jest wspaniałe pod warunkiem, że się nie oczekuje nic w zamian, bo wtedy ma się radochę gdy się coś dostanie, zamiast frustracji, że się nie dostało. Uczciwie - do tego to ja dochodziłam latami, choć teoretycznie wiedziałam od zawsze (przekaz międzypokoleniowy w mojej rodzinie).
Co do dokładania starań iżby rodzina przetrwała - mnie wpojono, że jest granica, po przekroczeniu której te starania zaczynają generować zło miast dobra, szkodę zamiast pożytku. Za czasów moich dziadków te granice praktycznie nie istniały, do śmierci bez względu na wszystko. Za czasów moich rodziców - pojawiły się. I śmiem twierdzić, że to akurat jest dobre. W dobie obecnej mam wrażenie przesunięcia w stronę "niewiele trzeba, żeby rodzina się rozleciała", ale to jest po obu stronach, i pań i panów. Ot - zmienione realia.
Jest w ludziach zauważalna skłonność do idealizowania tego, co było dawniej. We mnie oczywiście też, ale z tą skłonnością usiłuję walczyć, bo nie czyni mnie takie idealizowanie bardziej zadowoloną z życia. Dawniej było po prostu inaczej, a to, na co dziś narzekamy, kiedyś tam też stanie się "dawnymi, dobrymi czasami". 