Legat napisał/a:A wiesz, ze taka wypowiedź to manipulacja? To brzmi tak samo jak kobiety tylko czekają, żeby zdradzić. Jedyna różnica to u ciebie mega pozytywnie o kobietach - fałsz, a drugą mega negatywnie - też fałsz.
Absolutnie się z tym nie zgodzę. Zresztą myślę, że standardowo czepiasz się dla zasady.
Autor sam napisał, że żona zwracała mu uwagę, były między nimi kłótnie, co wskazuje na emocje, w pewnym sensie walkę o związek, teraz zaś zapanowała cisza. Gdzie Ty tu widzisz manipulację?
Zaś samo stwierdzenie, że kobiety łatwo się nie poddają nie jest wyssane z palca, ale to już trzeba choć trochę poznać kobiecą psychologię.
Na marginesie, jest teraz coraz więcej osób (mężczyzn!) zawodowo zajmujących się męską psychiką i niestety jak jeden mąż twierdzą, że większość z Was (na szczęście nie wszyscy) ma bardzo nikłą wiedzę na temat tego, jak funkcjonują związki, dlatego popełniają mnóstwo błędów, a kiedy te się rozpadają, to nagle jest wielkie zdziwienie i - co więcej - brak kompletnego zrozumienia tematu oraz obciążanie za ten stan rzeczy partnerek.
My, kobiety, odwaliłyśmy kawał pracy, którą Wy macie dopiero przed sobą. I to też nie są moje słowa 
Legat napisał/a:Bardzo chcesz Autora wcisnąć w podłogę, bo w twoim świecie to on tu jest negatywną postacią i stosujesz manipulację, żeby go wprowadzić w poczucie winy. A małżeństwo to zespół. Trzeba się dobrze dobrać kadrowo. Są też różne kryzysy. Kobietę coś może przerosnąć. Ale też trzeba dopuścić do myślenia, że mężczyznę też coś może przerosnąć.
Na przyszłość mam wielką prośbę: jak czegoś nie wiesz, to nie dopowiadaj sobie, ale zapytaj.
Przypisujesz mi swoje własne intencje, bo to przecież Ty masz wyraźną tendencję do nadmiernego obciążania kobiet i niemal bezkrytycznego wybielania mężczyzn, czego u mnie nie ma.
Zresztą gdybyś przeczytał moje poprzednie posty w tym temacie, to może udałoby Ci się zauważyć, że wcale nie starałam się wbijać Autora w ziemię, zaś realizm i próba tłumaczenia tego, co się naprawdę dzieje, to nie jest podcinanie mu skrzydeł.
Owszem, zawsze można udawać, że problem nie istnieje albo jest mniejszy niż jest w rzeczywistości, ale czemu to ma służyć? Dawaniu tzw. fałszywej nadziei, a z drugiej strony samooszukiwaniu się?
To tak jak mówić komuś, komu wali się całe życie, żeby się nie martwił, bo będzie dobrze. Jak coś takiego słyszę, to z automatu uwalnia się u mnie irytacja, żeby nie napisać instynkt mordercy 