Co to znaczy żyć? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Strony Poprzednia 1 39 40 41 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,601 do 2,665 z 2,870 ]

2,601

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Muqin napisał/a:

@ Shini
Nie dociera i nie dotrze, szkoda energii na walenie głową w mur.
Rozrabiaka co jakiś czas wpada na Twój wątek zrobić sobie dobrze i tyle.


O proszę, jak zwykle Muqin na białym koniu, pedzi by bronić przed krytyką swego ulubieńca.

'Robić dobrze' zwykłem w towarzystwie osób, które czerpią z tego podobną satysfakcję.
Nie ma to nic wspólnego z robieniem sobie dobrze tutaj, co robi non stop Shini i co robisz Ty. Choć to Wasze 'dobrze' o kant tyłka potłuc, bo do nikąd nie prowadzi, przeciwnie. Utrwala mizerię. No ale jest miło;)



Muqin napisał/a:

Biorąc pod uwagę teksty, jakie rzucała Smutna pod Twoim adresem ileż razy wcześniej choćby i w tym wątku to nie wiem, czy będąc na Twoim miejscu akurat ją chciałabym poznać na żywo. Jej deklaracja" "ja tylko czasem na forum robię gównoburzę" i "w realu jestem inna"  to wszak tylko deklaracja na forum, a jak jest w realu to diabli wiedzą.

On się chciał spotkać i to jest najważniejsze.
Zrobił z tym to, co zwykle był czynić z tym, na czym mu ponoć zależy- nic.

Ty, jak zwykle pierwsza by pocieszać i pomagać w racjonalizowaniu.
Byle czasem gość nie poczuł się niekomfortowo. Hamulec, który on sam sobie zaciąga poprzez augosabotaż 24/7 ty dzielnie podtrzymujesz.

Gość potrzebuje wyjść do ludzi, kontaktów, doświadczeń a nie Twojego niańczenia.

Smutna miała szansę mu przemówić, ona sie z nim nie cacka momentami. Ale jest laską, to mogło dać jakiś efekt. On jest zorientowany na słuchanie kobiet.

Szkoda ,że Ty nie jesteś zorientowany na to żeby się przestać madralowac

Zobacz podobne tematy :

2,602

Odp: Co to znaczy żyć?

Muqin konno nie jeździ, dawno stwierdziła, że ryzyko zdecydowanie przewyższa potencjalne korzyści. Ani na białym koniu ani nie pędzi, konie to Muqin na filmach ogląda.  Tak na wszelki wypadek : doskonale wiem, co miałeś na myśli.
Jak wiadomo słowa krytyki działają na Shiniego niczym płachta na byka - niezwłocznie pędzi naprzód, niczym torpeda przeszkody wszelkie pokonuje i zdobywa Nanga Parbat tyłem i na wrotkach.
Udało ci się nie zauważyć, że na Shiniego pewne teksty zwyczajnie nie działają? Serio ? To duża sztuka, nie zauważyć tego przez tyle lat. Jestem pełna czegoś na kształt podziwu dla twoich umiejętności nie zauważania, choć przyznam jest to podziw nieco powiedzmy karykaturalny, od takiego prawdziwego o lata świetlne odległy.

Są ludzie z forum, z którymi mogłabym się spotkać w realu wahania i z przyjemnością. Smutna do nich nie należy i tyle.
Pozwoliłam sobie zatem lekko się zdziwić, że Shini w ogóle chciał się z nią spotkać w realu.
Z uporem mnie w stereotyp pchasz, Rozrabiako. Co czyni rozmowę dalszą nieco bezprzedmiotową. Miłego wieczoru.

2,603

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

No jasne. Nie wiedziałeś, nie było po co, to za dużo, jak to tak napisać na pv do łaski z którą znasz się na forum lata, bez wcześniejszego ustalenia big_smile

Znowu same problemy.

Laska wstępnie wykazała zainteresowanie spotkaniem z Tobą, na którym Ci zależało. Zamiast uderzyć na pv i ustalić szczegóły, pogadać na luzie, pokazac sie z nirmalnej strony, Ty piszesz na forum jakieś bzdety o randce.

To nie było trudne do przewidzenia, co Smutna z tym zrobi.

Inna sprawa, że mogła w to włożyć trochę więcej klasy. Słabe to było.


To prawda, patrzac jaka ona jest w innych postach to jestem w 100% pewien ze gdbys napisał do niej na priv to juz dawno wasza znajomosc juz dawno by sie rozwinela i ona juz by po tobie skakała i bylbibyscie oboje zadowoleni.

2,604

Odp: Co to znaczy żyć?
DarekFDD napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

No jasne. Nie wiedziałeś, nie było po co, to za dużo, jak to tak napisać na pv do łaski z którą znasz się na forum lata, bez wcześniejszego ustalenia big_smile

Znowu same problemy.

Laska wstępnie wykazała zainteresowanie spotkaniem z Tobą, na którym Ci zależało. Zamiast uderzyć na pv i ustalić szczegóły, pogadać na luzie, pokazac sie z nirmalnej strony, Ty piszesz na forum jakieś bzdety o randce.

To nie było trudne do przewidzenia, co Smutna z tym zrobi.

Inna sprawa, że mogła w to włożyć trochę więcej klasy. Słabe to było.


To prawda, patrzac jaka ona jest w innych postach to jestem w 100% pewien ze gdbys napisał do niej na priv to juz dawno wasza znajomosc juz dawno by sie rozwinela i ona juz by po tobie skakała i bylbibyscie oboje zadowoleni.

A Ty znowu trollujesz czy mi sie wydaje? big_smile

2,605

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Dociera więcej niż Ci się wydaje. Nie jestem też dzieckiem ani jedną z tych, które łykają Twoje rzewne i ckliwe racjonalizacje.
Jestem dorosłym mężczyzną, ktory wiele w zyciu przeszedł i patrzę na Ciebie jak na dorosłego mężczyznę, który ma swoje problemy.

Ma też spore grono osób, które tutaj przez lata próbowały mu pomóc, coś co jest dosyć wyjątkowe i wartościowe, a jednak nic z tym nie robi.

Niemal cała Twoja obecność tutaj to racjonalizacje swojej bezczynności w sytuacji, którą ponoć chciałbyś zmienić.
Ilość energii włożonej przez Ciebie w udowadnianie każdemu kto próbował Ci pomóc, że może rady i dobre ale nie w Twoim wyjątkowym i specjalnym przypadku, bo to i tamto...
Wystarczyłaby do stopienia lodowców na biegunie północnym.

No jasne. Nie wiedziałeś, nie było po co, to za dużo, jak to tak napisać na pv do łaski z którą znasz się na forum lata, bez wcześniejszego ustalenia big_smile

Znowu same problemy.

Laska wstępnie wykazała zainteresowanie spotkaniem z Tobą, na którym Ci zależało. Zamiast uderzyć na pv i ustalić szczegóły, pogadać na luzie, pokazac sie z nirmalnej strony, Ty piszesz na forum jakieś bzdety o randce.

To nie było trudne do przewidzenia, co Smutna z tym zrobi.

Inna sprawa, że mogła w to włożyć trochę więcej klasy. Słabe to było.

Wzruszające

Ty jako ostatni sprawiedliwy i ta cała reszta, która ma to czego pragniesz, ale będąc na poziomie do którego nigdy byś się nie schylił.

Pochylmy głowę w milczeniu i zadumie nad Twoim bohaterstwem i cierpieniem.

Patrząc na niektóre twoje wpisy raczej ciężko uwierzyć w tego "dorosłego mężczyznę". Niby widzisz problemy ale kompletnie ich nie rozumiesz. Przy problemach natury psychicznej nie ma typowo męskiego podejścia. Nic nie jest czarno-biało, nie ma "robię albo nie robię". "Chcieć to móc" to jedno z największych kłamstw w historii ludzkości. Tu nie zadziała wojskowe podejście w stylu zgnoić i czekać aż gnojony będzie miał tego tak dość, że podejmie działanie. Na mnie to w ogóle nie działa. Nawet terapeutka od dawna już stara się mnie po prostu wkurzyć, żebym pokazał swoją złość, żebym jej nie tłumił bo to powinno wyzwolić we mnie jakąś siłę do działania. Ja tego kompletnie nie rozumiem i nie jestem w stanie tego zrobić. Cokolwiek się dzieje tłumię w sobie każdy, nawet najmniejszy przejaw złości bo odkąd pamiętam to było potępiane na każdym kroku. Terapeutka pyta czy nie jestem zły na to co mi mówi, a ja jedyne co czuję to tylko większą bezsilność i spadek nastroju.

Bo nie jest w stanie, czego nie rozumiesz?

Powtórzę po raz nie wiem który, chciałbym zmienić obecną sytuację ale nie jestem w stanie.
Jakiej energii, o czym ty piszesz? Ja odkąd tylko pamiętam nie mam zbyt wiele energii. Pisałem wielokrotnie, że niemal cały czas jestem zmęczony i niewyspany niezależnie od tego co robię czy ile śpię. Teraz już jest trochę lepiej pod tym względem choć nie wiem dlaczego bo przecież nic się nie zmieniło.

Ja nawet nie pomyślałem o tym żeby pisać do niej na pv bez ustalenia tego na forum. Skoro bez pisania na pv zareagowała tak jak było to widać to co by było gdybym napisał.

Przecież przez chwilę gadaliśmy normalnie na forum, aż Wesoła nie odpaliła innej osobowości.   

No patrz, a ja serio myślałem, że normalnie na forum sobie ustalimy, że się spotkamy, a jedynie logistyczne szczegóły ustali się prywatnie. Totalnie nie spodziewałem się takiej reakcji choć ją rozumiem. Z moją dziewczyną było podobnie, wszystko wcześniej ustalaliśmy i od samego początku stawialiśmy jasne granice co robimy, a czego nie.

Ostatni może nie ale sprawiedliwy jak najbardziej. Nie potrafiłbym traktować ludzi przedmiotowo czy bogacić się kosztem kogoś innego.

Priscilla napisał/a:

Mnie z kolei chwilowy kryzys, czyli dokładnie zmęczenie wink

Jeśli napiszę, że to kompaktowy model marki premium, kilkuletni, czyli relatywnie nowy, naprawdę dobrze wyposażony, ekonomiczny i bezpieczny, to Ci to wystarczy? 

Jeśli dajesz radę regularnie chodzić na siłownię, to może trzeba pójść za ciosem i znaleźć jakieś jeszcze inne miejsce, w którym będziesz przebywał wśród ludzi, ale z możliwością większej interakcji.

Moim zdaniem z założenia błędny jest Twój wniosek, że skoro nie masz takich cech, to będziesz biedakiem. Owszem, człowiek, który nie ma żadnych skrupułów, może czasem łatwiej osiągać swoje cele, bo nie zatrzymuje go to, co zatrzymałoby kogoś przyzwoitego. Jeśli trzeba kogoś wykorzystać, oszukać czy przekroczyć czyjąś granicę, on po prostu to zrobi.
Rzecz w tym, że skuteczność, przebojowość i odwaga w sięganiu po swoje nie są tożsame z traktowaniem innych w taki bezwzględny sposób, bo żeby być ogarniętym, zaradnym i umieć zawalczyć o swoje, wcale nie trzeba być pozbawionym skrupułów ani podchodzić do ludzi przedmiotowo.

I tak szczerze - to co napisałeś wygląda mi na Twoją kolejną racjonalizację. W końcu dobrze jest myśleć o innych, że są bezwzględni i pozbawieni skrupułów, a Ty przez to, że taki nie jesteś, masz po prostu trudniej. Wygodnie jest sobie wmówić, że to właśnie brak bezwzględności stoi Ci na drodze do sukcesu, bo wtedy nie trzeba już konfrontować się z tym, co rzeczywiście może Cię ograniczać.

Dla mnie zmęczenie to codzienny stan, tak oczywisty, że nawet nie traktuję go jak kryzys. To po prostu nieodłączny element mojej codzienności. |

Wystarczy, sądząc po opisie tani nie jest, a więc ty musisz być bogata albo przynajmniej powyżej klasy średniej czyli na poziomie znacznie wyższym niż mój. Wracając do samochodu to faktycznie brzmi jak bezproblemowa jazda regularnie te 340 km.

Chętnie bym takie znalazł tylko nie mam innego pomysłu. Trening to jedyne co znam. Dodatkowo dokładać kolejny regularny koszt byłoby już ciężko nie mając stałego źródła dochodu. Z kolei jeszcze więcej treningu nie wiem czy moje ciało by to wytrzymało szczególnie kiedy co jakiś czas jest jeszcze jakaś robota, wciąż ciężka fizyczna. Chciałbym czegoś gdzie da się poznawać nowych ludzi, szczególnie kobiety tylko właśnie nie mam pomysłu co mogłoby to być. Albo raczej powinienem napisać, że chciałbym czegoś co by wręcz zmuszało do poznawania się z innymi ludźmi.

Bez żadnej z tych cech nie da się być bogatym, nie da się wygrywać w wyścigu szczurów czy w ogóle z kimkolwiek konkurować. Wierz mi, że z chęcią zamieniłbym wszystkie cechy czyniące mnie "dobrym człowiekiem" na choć jedną z tych przybliżających do sukcesu. Dobrzy ludzie są biedni i samotni bo na każdym kroku ich dobroć będzie wykorzystywana. Gdybym miał wybór wolałbym być kimś złym ale szczęśliwym. Wybacz ale nie potrafię spojrzeć na to tak jak ty. Dla mnie nie da się być skutecznym kiedy się wahasz albo obawiasz tego jak ktoś zareaguje. Sięganie po swoje jest równoznaczne z odbieraniem czegoś komuś innemu. A zaradność to bycie lepszym od innych czyli też zyskiwanie kosztem innych. Ja tylko tak to widzę i nawet cała dotychczasowa praca na terapii jak dotąd z tym nie pomogła. Za bardzo nienawidzę siebie, mam za niską samoocenę i poczucie własnej wartości by móc chociaż pomyśleć o walce o swoje czy w ogóle o siebie. To siedzi za mocno i za głęboko, tylko obecność dziewczyny potrafiła to tymczasowo wyłączyć.

To prawda, nie trzeba się konfrontować z niczym. Jakiejkolwiek konfrontacji boję się najbardziej bo dla mnie każda porażka, każdy nawet najmniejszy błąd to śmierć. Jestem bardzo mocno zaprogramowany na unikanie konfrontacji by tylko nie popełnić żadnego błędu bo to od razu kojarzy się z karą, wyśmianiem czy poniżeniem. Terapeutka mówi, że nigdy nie przeszedłem okresu nastoletniego buntu bo za bardzo się bałem jakiegokolwiek sprzeciwu i tak jest do dziś. Nie mogę się sprzeciwić rodzicom bo jestem od nich zależny. Takie same myślenie mam o pracy przez co każdy pracodawca jak i współpracownik w moich oczach jest najgorszym potworem, który będzie tylko czekał na mój błąd by od razu go wykorzystać. Nie jestem w stanie zauważyć, że istnieje coś takiego jak nauka na błędach ani tym bardziej, że ktoś mógłby dać mi potem szansę na poprawę takiego błędu. Dlatego tak bardzo by mi się przydała zmiana otoczenia i choć na jakiś czas uwolnienie od toksycznych schematów jakie zawsze miałem i wciąż mam w domu. Tyle, że to błędne koło bez wyjścia. Żeby móc zmienić otoczenia najpierw musiałbym zrobić kilka rzeczy, których nie mogę zrobić bez zmiany otoczenia.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Smutna miała szansę mu przemówić, ona sie z nim nie cacka momentami. Ale jest laską, to mogło dać jakiś efekt. On jest zorientowany na słuchanie kobiet.

A jednak potrafisz pisać z sensem. To prawda, miała na to szanse, a raczej ja miałem szanse, że spotkanie z nią mogłoby dać jakiś efekt. Niestety ona podobnie jak ja overthinkuje i się przeraziła na wspomnienie, że takie spotkanie może być ryzykowne. To, że jestem zorientowany na słuchanie kobiet to też prawda, z kobietami zawsze lepiej się dogadywałem niż z mężczyznami.

Muqin napisał/a:

@ Shini
Nie dociera i nie dotrze, szkoda energii na walenie głową w mur.
Rozrabiaka co jakiś czas wpada na Twój wątek zrobić sobie dobrze i tyle.

Biorąc pod uwagę teksty, jakie rzucała Smutna pod Twoim adresem ileż razy wcześniej choćby i w tym wątku to nie wiem, czy będąc na Twoim miejscu akurat ją chciałabym poznać na żywo. Jej deklaracja" "ja tylko czasem na forum robię gównoburzę" i "w realu jestem inna"  to wszak tylko deklaracja na forum, a jak jest w realu to diabli wiedzą.

Ja nie odrzucam nikogo za samo pisanie na forum. Rozrabiaka może i czasami pisze jak potłuczony ale z każdej rozmowy da się coś wyciągnąć. Każda informacja, każda rada, każde spojrzenie na coś oczami kogoś innego może pomóc, a przynajmniej staram się tak myśleć. Jest na forum parę osób, które sposób pisania mają okropny ale czasami da się w tym znaleźć coś wartościowego.

Jak pisałem nie odrzucam nikogo więc z chęcią bym się z nią spotkał. Wielu ludzi w internecie jest zupełnie innych niż w realu, mnie też pewnie byś nie poznała. Dla mnie każda nowa znajomość jest cenna i każdej dałbym szansę. Jeśli nie na głębszą relację to na koleżeńską, jeśli nie koleżeńską to chociaż zwykła znajomość. Wszystko lepsze niż pustka i samotność, kiedy nie ma nawet z kim pogadać tak na co dzień. W przypadku Smutnej/Wesołej byłem też po prostu ciekaw jaką osobą by się okazała. A może w realu byśmy się całkiem dobrze dogadywali.

DarekFDD napisał/a:

To prawda, patrzac jaka ona jest w innych postach to jestem w 100% pewien ze gdbys napisał do niej na priv to juz dawno wasza znajomosc juz dawno by sie rozwinela i ona juz by po tobie skakała i bylbibyscie oboje zadowoleni.

Nie nudzi ci się to co? Nawet gdyby doszło do tak nieprawdopodobnej sytuacji to po pierwsze zważywszy na jej ostatnie posty ja pewnie wylądowałbym w celi. Po drugie nie dałbym rady, a raczej pewna część mojego ciała nie dałaby rady z przypadkową osobą w przypadkowej sytuacji. Nawet z dziewczyną udało się dopiero za trzecim razem, a i to ze wspomaganiem farmakologicznym. Po trzecie skąd w ogóle wziąłeś pomysł, że mogłoby do tego dojść gdybyśmy się spotkali? Jak sobie to wyobrażasz, w sensie doprowadzenie do takiej sytuacji? To, że ktoś idzie do łóżka na pierwszej randce nie świadczy zbyt dobrze o takiej osobie.

2,606

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Chętnie bym takie znalazł tylko nie mam innego pomysłu. Trening to jedyne co znam. Dodatkowo dokładać kolejny regularny koszt byłoby już ciężko nie mając stałego źródła dochodu. Z kolei jeszcze więcej treningu nie wiem czy moje ciało by to wytrzymało szczególnie kiedy co jakiś czas jest jeszcze jakaś robota, wciąż ciężka fizyczna. Chciałbym czegoś gdzie da się poznawać nowych ludzi, szczególnie kobiety tylko właśnie nie mam pomysłu co mogłoby to być. Albo raczej powinienem napisać, że chciałbym czegoś co by wręcz zmuszało do poznawania się z innymi ludźmi.

Nie znam chyba lepszego miejsca niż szkoła tańca. Serio, serio;) Tam nie da się nie poznawać innych ludzi, w tym dziewczyn. Do tego sama specyfika tańca sprzyja nawiązywaniu kontaktów i interakcji. Są różne style, więc gdybyś tylko zechciał zapisać się na jakiś kurs, na pewno znajdziesz coś dla siebie. Bardzo, bardzo polecam, a nawet mogę służyć konkretną radą.

Dodam przy okazji, że ta forma aktywności wyjątkowo skutecznie podnosi poziom endorfin, serotoniny, dopaminy i innych poprawiających jakoś funkcjonowania. Sprawdzone na własnym organizmie dziesiątki razy, dlatego wiem, że nie da się tego przecenić smile

Shinigami napisał/a:

Bez żadnej z tych cech nie da się być bogatym, nie da się wygrywać w wyścigu szczurów czy w ogóle z kimkolwiek konkurować. Wierz mi, że z chęcią zamieniłbym wszystkie cechy czyniące mnie "dobrym człowiekiem" na choć jedną z tych przybliżających do sukcesu. Dobrzy ludzie są biedni i samotni bo na każdym kroku ich dobroć będzie wykorzystywana. Gdybym miał wybór wolałbym być kimś złym ale szczęśliwym. Wybacz ale nie potrafię spojrzeć na to tak jak ty. Dla mnie nie da się być skutecznym kiedy się wahasz albo obawiasz tego jak ktoś zareaguje. Sięganie po swoje jest równoznaczne z odbieraniem czegoś komuś innemu. A zaradność to bycie lepszym od innych czyli też zyskiwanie kosztem innych. Ja tylko tak to widzę i nawet cała dotychczasowa praca na terapii jak dotąd z tym nie pomogła. Za bardzo nienawidzę siebie, mam za niską samoocenę i poczucie własnej wartości by móc chociaż pomyśleć o walce o swoje czy w ogóle o siebie. To siedzi za mocno i za głęboko, tylko obecność dziewczyny potrafiła to tymczasowo wyłączyć.

Tutaj nie opisujesz rzeczywistości, ale swoje przekonania na jej temat. I właśnie one wydają mi się tu największym problemem.

"Sięganie po swoje jest równoznaczne z odbieraniem czegoś komuś", "zaradność to bycie lepszym od innych”, "nie da się być skutecznym bez braku skrupułów" – dlaczego właściwie miałoby tak być? To nie są żadne obiektywne prawdy, ale Twoje, niestety dość mocno skrzywione, myślenie na ten temat.

Można być asertywnym bez wykorzystywania ludzi. Można konkurować bez ich niszczenia. Można walczyć o lepszą pracę, pieniądze, kobietę czy pozycję, nie odbierając nikomu niczego. Można powiedzieć "nie", postawić granicę, negocjować, wykorzystać swoje umiejętności i zadbać o własny interes, a jednocześnie nie traktować drugiego człowieka jak narzędzia. To właśnie jest zdrowa skuteczność. Bezwzględność jest tylko jednym ze sposobów działania, a przy tym wcale nie jedynym.

I jeszcze jedno: "dobrzy ludzie są biedni i samotni, bo ich dobroć będzie wykorzystywana" - to też NIE jest fakt, tylko bardzo pesymistyczne przekonanie. Dobroć bez granic rzeczywiście może być wykorzystywana, ale czym innym jest dobroć, a czym innym pozwalanie wszystkim wchodzić sobie na głowę. Można być dobrym człowiekiem i jednocześnie być stanowczym, wymagającym i bardzo skutecznym.

Odnoszę wrażenie, że u Ciebie wszystko ostatecznie sprowadza się do tego, co napisałeś na końcu, czyli "za bardzo nienawidzę siebie". I być może dlatego tak łatwo uwierzyć Ci w teorię, według której świat jest wyścigiem, w którym żeby coś dostać, trzeba coś komuś odebrać, a żeby wygrać, trzeba stać się kimś pozbawionym skrupułów. Wtedy Twoja bezczynność przestaje być czymś, na co masz wpływ - staje się rzekomo konsekwencją tego, że jesteś "dobry”, podczas gdy w rzeczywistości może być przede wszystkim konsekwencją bardzo niskiej samooceny i przekonania, że nie masz prawa walczyć o swoje.

I tego akurat nie nazwałabym Twoją dobrocią. Dobroć jest wartością. Nienawiść do samego siebie nią nie jest.

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Muqin konno nie jeździ, dawno stwierdziła, że ryzyko zdecydowanie przewyższa potencjalne korzyści. Ani na białym koniu ani nie pędzi, konie to Muqin na filmach ogląda.  Tak na wszelki wypadek : doskonale wiem, co miałeś na myśli.
Jak wiadomo słowa krytyki działają na Shiniego niczym płachta na byka - niezwłocznie pędzi naprzód, niczym torpeda przeszkody wszelkie pokonuje i zdobywa Nanga Parbat tyłem i na wrotkach.
Udało ci się nie zauważyć, że na Shiniego pewne teksty zwyczajnie nie działają? Serio ? To duża sztuka, nie zauważyć tego przez tyle lat. Jestem pełna czegoś na kształt podziwu dla twoich umiejętności nie zauważania, choć przyznam jest to podziw nieco powiedzmy karykaturalny, od takiego prawdziwego o lata świetlne odległy.

Są ludzie z forum, z którymi mogłabym się spotkać w realu wahania i z przyjemnością. Smutna do nich nie należy i tyle.
Pozwoliłam sobie zatem lekko się zdziwić, że Shini w ogóle chciał się z nią spotkać w realu.
Z uporem mnie w stereotyp pchasz, Rozrabiako. Co czyni rozmowę dalszą nieco bezprzedmiotową. Miłego wieczoru.


Ja z kolei jestem pełen czegoś na kształt podziwu patrząc na to co piszesz  vs jakie zachowanie za tym stoi.

Zarzucanie innym czegoś, co się robi samemu to w sumie dosyć banalny mechanizm. Wycofuję swój podziwu zatem;)

Przypominam że bezprzedmiotową rozmowę sama sprowokowałaś i kontynujesz. Inteligentne to big_smile

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Smutna miała szansę mu przemówić, ona sie z nim nie cacka momentami. Ale jest laską, to mogło dać jakiś efekt. On jest zorientowany na słuchanie kobiet.

A jednak potrafisz pisać z sensem. To prawda, miała na to szanse, a raczej ja miałem szanse, że spotkanie z nią mogłoby dać jakiś efekt. Niestety ona podobnie jak ja overthinkuje i się przeraziła na wspomnienie, że takie spotkanie może być ryzykowne. To, że jestem zorientowany na słuchanie kobiet to też prawda, z kobietami zawsze lepiej się dogadywałem niż z mężczyznami.

Wszystko co tu wcześniej napisałem ma sens. Taki, który jest dla Ciebie bardzo niewygodny więc odrzucasz. Choć w moim pierwszych wpisach tutaj dostałeś też mnóstwo dobrych rad.

Nie chce mi się kolejny raz powtarzać, Twoje zachowanie już opisywałem a ono się nie zmienia.

Coś, o czym nie pisałem. Ktoś Ci tu kiedyś określił narcyzem a ja się przekonuję z czasem, że bardzo się wpisujesz w niektóre cechy narcyza ukrytego.
Ten temat, gdzie skupiasz w ogromny sposób uwagę na sobie, wykorzystując ludzi którzy myślą że naprawdę chcesz zmiany, traktując ich jak typowy toksyk- wykorzystując ich uwagę ale wiedząc wszystko lepiej, wyraźnie to pokazuje. Ego napompowane, choć ukryte pod płaszczykiem ofiary.
Bo to jest Twoja główna strategia- robienie z siebie ofiary.

Tolerujesz te, a właściwie tą, która niczego od Ciebie nie wymaga, nie oczekuje, za to chętnie słucha jojczenia i broni przed krytyką.

Wszyscy inni się mylą, tylko Ty masz rację.
Niezależnie czy są to osoby krytykujące, czy próbujące coś poradzić. Na wszystkie rady masz kontrargumenty.


Tylko to Ty masz od lat te same problemy i jest coraz gorzej.
To Twój sposób postępowania jest wyraźnie nieskuteczny i sprawia że jesteś coraz bardziej niezadowolony z własnego życia.

Mimo to, robisz wciąż to samo. Takiego pławienia się w swoim szambie, użalania nad sobą i usprawiedliwiania bezczynności, która jest główną przyczyną powyższych, chyba nigdy nie widziałem.


Ostani hit- Shini, dorosły koń w okolicach trzydziestki szaleje z samotności ale nie wie co ma robić poza wyjsciam na siłownię. Chciałby poznawać ludzi a najlepiej kobiety (w domyśle, młode, ładne i zainteresowane, bo jak inaczej;)
Jednak nie pójdzie na zajęcia płatne, bo nie ma kasy. Kasy nie ma, bo nie pracuje. Nie ma w tym kraju pracy dla ludzi z jego wykształceniem.
Tam gdzie się ćwiczy, np tańce, też nie. Bo by go to zmęczyło.

Najlepiej przynieście mu na tacy te młode i zainteresowane.


Kilka minut z czatem gpt w ręku i można dostać dokładne wskazówki nt tego, jakie są możliwości w okolicy- dostosowane do indywidualnych potrzeb.  Gość, który mieszka rzut beretem od stolicy nie wie co ma zrobić w zw z poczuciem samotności, gdzie wyjść by spotkać ludzi. Wejść z nimi w interakcję.

Doradźcie mu, przecież wyraźnie tego potrzebuje.
Po to, by wykazywać jak słabe w jego konkretnym, specjalnym przypadku są Wasze rady ;)

Idź do hospicjum, Shini.
Nie, nie po to by się położyć i czekać na śmierć, aż tak złośliwy nie jestem;)
Po to by zmienić perspektywę, odkleić się od swojego wygórowanego ego. Może tam coś dotrze do Twojego zakutego łba.
Może też w ten sposób zaczniesz wreszcie coś dawać od siebie. Bo póki co, jedyne co Cię interesuje to skupianie się na sobie.

2,609

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

(...)Choć w moim pierwszych wpisach tutaj dostałeś też mnóstwo dobrych rad.

Nie chce mi się kolejny raz powtarzać, Twoje zachowanie już opisywałem a ono się nie zmienia.

Ufff...Dobrze, że zauważyłeś korelację pomiędzy pisaniem Shiniemu w kółko tego samego a brakiem reakcji na rzeczone pisanie.
Naturalną koleją rzeczy jest zadanie sobie prostego pytania: A może to mój sposób nie działa? Skoro powtarzany tyle razy efektu nijakiego nie przynosi smile
Równie naturalną konkluzją wynikającą z powyższego jest...zaprzestanie tegoż pisania smile.

2,610

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

(...)Choć w moim pierwszych wpisach tutaj dostałeś też mnóstwo dobrych rad.

Nie chce mi się kolejny raz powtarzać, Twoje zachowanie już opisywałem a ono się nie zmienia.

Ufff...Dobrze, że zauważyłeś korelację pomiędzy pisaniem Shiniemu w kółko tego samego a brakiem reakcji na rzeczone pisanie.
Naturalną koleją rzeczy jest zadanie sobie prostego pytania: A może to mój sposób nie działa? Skoro powtarzany tyle razy efektu nijakiego nie przynosi smile
Równie naturalną konkluzją wynikającą z powyższego jest...zaprzestanie tegoż pisania smile.

Może ten sposób działa u innych,a u innych nie działa. Jak nie działa u innych to trzeba innego sposobu próbować

2,611 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-08-16 12:15:19)

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Ufff...Dobrze, że zauważyłeś korelację pomiędzy pisaniem Shiniemu w kółko tego samego a brakiem reakcji na rzeczone pisanie.
Naturalną koleją rzeczy jest zadanie sobie prostego pytania: A może to mój sposób nie działa? Skoro powtarzany tyle razy efektu nijakiego nie przynosi smile
Równie naturalną konkluzją wynikającą z powyższego jest...zaprzestanie tegoż pisania smile.

Jeśli Ty masz tego tupu konkluzje, oczekiwania i wnioski końcowe, proszę bardzo.

Pozwól, że będę się kierował swoimi, być może takimi których wcale nie bierzesz pod uwagę;)

Wreszcie, trochę Waść żeś przesadził biorąc pod uwagę ilość moich postów w tym temacie. Nie te drzwi.
Ja tu tylko bywam co jakiś czas. Każdy ma swoje słabości;)



Ps. Julka, do garów! big_smile

2,612

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Ufff...Dobrze, że zauważyłeś korelację pomiędzy pisaniem Shiniemu w kółko tego samego a brakiem reakcji na rzeczone pisanie.
Naturalną koleją rzeczy jest zadanie sobie prostego pytania: A może to mój sposób nie działa? Skoro powtarzany tyle razy efektu nijakiego nie przynosi smile
Równie naturalną konkluzją wynikającą z powyższego jest...zaprzestanie tegoż pisania smile.

Jeśli Ty masz tego tupu konkluzje, oczekiwania i wnioski końcowe, proszę bardzo.

Pozwól, że będę się kierował swoimi, być może takimi których wcale nie bierzesz pod uwagę;)

Wreszcie, trochę Waść żeś przesadził biorąc pod uwagę ilość moich postów w tym temacie. Nie te drzwi.
Ja tu tylko bywam co jakiś czas. Każdy ma swoje słabości;)



Ps. Julka, do garów! big_smile

Ty idź do łączenia kropek big_smile

2,613 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-16 12:36:59)

Odp: Co to znaczy żyć?

Na Shiniego nic nie dziala. Zadne podejscie. Ale..

Sa u niego problemy zwiazane z dziecinstwem itp. - trudne do rozwiazania choc mozliwe. Ale to z terapeuta jak juz.

Jednak duzym problemem Shiniego sa szkodliwe przekonania- a z tym da sie pracowac ma poziomie swiadomym. Ba - nawet sie powinno. I tu mozna starac sie na Shiniego wplynac. Nie zgadzajac sie z nim i pokazujac bledne rozumowanie, zmuszajac do refleksji i dostrzeżenia tych przekonan. Bo wiadomo zmienic musi sam. To tez trudne bo Shini jest zabetonowany ale mozna probowac. Wymaga to jasnego bezlitosnego nie zgadzania zie z nim w tych obszarach gdzie sie myli. Dlatego nie przekona mnie do swoich teorii dot. bogactwa, dziewczyn i ich niedostepnosci, znalezienia pracy, nie przekona mnie ze jest przegrywam bo wtedy by wygral zabawe w przekonywanie i przegral zycie. Wtedy odhaczy "mam racje" i tak juz zostanie. Sa rzeczy proste do obalenia z ktorymi nikt sie nie zgodzi - jak np. ze jest stary. Stary 30 letni na rynku pracy smile Po prostu sam musi sie przekonac o ich szkodliwosci i zmienic sposob myslenia

Wiadomo ze czesciowo nachodza na siebie te problemy ale co robic?

Teraz Shini jest w kolku zamkniety. Dziewczyny nie bo nie ma kasy, zmiany terapeuty nie bo nie ma kasy, nowych kontaktow nie bo nie ma kasy, pojscia na kajak nie bo nie, kasy nie ma bo nie pracuje, nie pracuje bo sie nie nadaje, nie nadaje sie bo ma dziwne przekonania o rynku pracy (+ slaba samoocena), do pracy nie pojdzie bo nie musi (a uzasadni na milion innych sposobow). I tak same sie pozamykaly wszelkie opcje. Jakbym mial poradzic to najprosciej rozerwac to zdobywajac prace. Za tym jakies nowe kontakty pojda. Pozniej inne rzeczy z kolka i tak nie beda dzialac ale nie bedzie juz podstawowego wyjasnienia. Z praca chyba najlatwiej zaczac

I co chyba najwazniejsze moglby zmienic terapeute bo stoi za dlugo w miejscu

2,614 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-08-16 12:55:09)

Odp: Co to znaczy żyć?

@Bert

Tobie kiedyś trzeba będzie zdrowo polać, dobrze gadasz.


Przekonania to jedno, drugie to ego.

Shini ma swój zestaw przekonań, który mu wybitnie nie służy. Przeciwnie, sabotuje się na każdym ważnym polu życiowym.
Z drugiej strony ma bardzo wygórowane ego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, bo on nie ma połączenia ze zdrową męską energią. Nie potrafi być ofensywny, asertywny, nie ma grama zdrowej agresji, już nie pisząc o niezdrowej,  itp.
Jednak bardzo uważa, że ma rację. Udowadnia to niemal każdemu.
Trzyma się tych swoich auto sabotujących przekonań i nie jest ich w stanie puścić, mimo że go wciągają w otchłań.

Więc u niego zmiana przekonań to jedno, ale najpierw potrzebuje dojść do momentu kiedy przeskoczy ponad swoim ego, przyzna przed sobą że się myli. Przestanie się skupiać tyle na sobie.

Chyba jednym z najszybszych sposobów byłaby zmiana środowiska.
Tyle że tu trzeba sobie poradzić z trzecim czynnikiem, który nim powoduje- strachem. Shini się zwyczajnie boi cokolwiek zrobić, nie umie nad swoim 'irracjonalnym' strachem zapanować.

W jego przypadku sposobem na wyjście z impasu jest działanie. Stawianie sobie celów i realna akcja, mini kroki którymi by sobie pokazał że coś od niego jednak zależy. To jest mocno napędzające.

Kiedyś taki moment przyjdzie, albo i nie.
Jeśli nie, będziemy się tu czasem spotykać przez następne lata a on ten czas spędzi na trawieniu, oddychaniu i użalania się nad sobą.

Praca nad przekonaniami u terapeuty, świadomie to jedno.
Istnieje jeszcze praca z podświadomością. Można też je zmienić poprzez zmianę środowiska i interakcje z innymi, co potrafi bardzo dobrze zadziałać.

Tu się toczy walka ego, podświadomości i tym całym sabotującym dziadostwem które tam trzyma, z pragnieniami i kierunkiem który chciałby świadomie podjąć.
Póki co, od kilku lat ego jest wyraźnie na prowadzeniu.

2,615

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

W większości masz rację. Przekonywanie wszystkich, że mam przechlapane działa totalnie z automatu, ani trochę nie uważam tego za sukces. To ogromna porażka i doskonale o tym wiem.

Shinigami napisał/a:

Te wszystkie blokady i lęki są totalnie nieświadomie. Nic nie zyskuję, a mimo to wszystko wokół z moim mózgiem na czele każe mi w to iść. Wszystko żeby tylko nic się nie zmieniło i pozostało tak marnie i ledwo stabilnie.

Shinigami napisał/a:

Źle do tego podchodzisz. To nie jest ani priorytet ani nie ma tu żadnej chęci. Ja dokładnie wiem, że to wszystko jest totalnie złe. Na tym naprawdę nie ma kontroli. Nie raz dopiero po chwili się orientuję, że zrobiłem lub powiedziałem coś co mnie sabotuje. Czasami czuję się jakbym był opętany przez jakiegoś demona, robi wszystko przeciwko mnie używając do tego mojego ciała. To wszystko są totalnie automatyczne reakcje i działania mające na celu za wszelką cenę uniemożliwić zmianę.

Shinigami napisał/a:

Co do racjonalizacji to się zgadzam, faktycznie tak to działa. Dlatego zawsze pisałem, że wszystko wokół i we mnie będzie mnie odciągało od podjęcia próby zmiany. Co gorsza to działa podświadomie i zwykle tak automatycznie, że dopiero po fakcie zauważam co się właśnie stało.

Shinigami napisał/a:

Jak pisałem to automatyczny mechanizm obronny.

Wiesz co, Shini? Cały czas jestem na bieżąco z Twoim tematem, nawet jeśli bardzo mało się odzywam i... odnośnie zacytowanych fragmentów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oszukujesz. Nie twierdzę, że robisz to z premedytacją, ale tak szczerze, to zobacz, jak szybko Ty każdemu wyskakujesz ze stwierdzeniem, że "to automatyczny mechanizm obronny". W pewnych momentach brzmi to już jak TARCZA - dobre wytłumaczenie na każdą rzecz, którą napiszesz. Coś w stylu "no, racja, ale ja już tak mam i nic na to nie poradzę", "terapeutka też mi tak mówiła, że jestem zabetonowany w błędnych przekonaniach" i jeszcze dodajesz, że wyzbycie się tych przekonań może zająć lata. Skoro WIDZISZ, co się dzieje, jesteś tego w pełni świadomy, nie trzeba Ci nawet jakoś specjalnie tłumaczyć dlaczego to, co mówisz, jest niewłaściwe (próba ucieczki od odpowiedzialności i zmiany, racjonalizacja, błędne przekonania), to spokojnie możesz sam korygować swoje wypowiedzi i sposób myślenia. Tym bardziej, że niektóre tematy były wałkowane ze sto razy i zwykle finalnie przyznajesz forumowiczom rację, dodając, że "Ty tak odruchowo", ale za miesiąc-dwa wraca temat i piszesz to samo.

Co niestety, ale już pokazuje, że tę rację to też przyznajesz "z automatu", bez większej refleksji i chęci do przemyślenia tego, co piszą użytkownicy.

Mamy różne mechanizmy obronne, to prawda. Wiele rzeczy robimy nieświadomie, też prawda. Ale karta nieświadomości przestaje mieć rację bytu, gdy Ty doskonale wiesz, że daną rzecz robisz i że robisz ją regularnie.

Inni, w tym terapeutka, mogą Ci co najwyżej pomóc zauważyć problem - co już się wydarzyło. NIC WIĘCEJ za Ciebie zrobić nie mogą. Teraz Twój ruch.

W którymś poście pisałeś, że brakuje Ci towarzystwa ludzi i że po wyjściu z siłowni czujesz się źle, że znów wracasz do domu i będziesz sam.
Dlaczego zatem nie spróbujesz tego wolontariatu? Tobie serio dobrze by zrobiło wyjście z własnej głowy na trochę, skupienie na innych ludziach, bo widać, że jesteś dla siebie przez większość czasu centrum wszechświata.
Zresztą takich miejsc, gdzie można za darmo lub za niewielką opłatą pobyć z ludźmi bardziej rekreacyjnie, też jest całkiem sporo, nawet kiedyś rzuciłam jako propozycję spotkania na planszówki.
Chcesz kontaktu z ludźmi w realu, to musisz się o niego postarać. Tak to działa. Nie ma co liczyć na to, że ludzie sami przyjdą pod Twój dom i będą Ci składać propozycje.

2,616

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Coś, o czym nie pisałem. Ktoś Ci tu kiedyś określił narcyzem a ja się przekonuję z czasem, że bardzo się wpisujesz w niektóre cechy narcyza ukrytego.
Ten temat, gdzie skupiasz w ogromny sposób uwagę na sobie, wykorzystując ludzi którzy myślą że naprawdę chcesz zmiany, traktując ich jak typowy toksyk- wykorzystując ich uwagę ale wiedząc wszystko lepiej, wyraźnie to pokazuje. Ego napompowane, choć ukryte pod płaszczykiem ofiary.
Bo to jest Twoja główna strategia- robienie z siebie ofiary.

Być może nie tylko ja poruszałam tu ten temat, nie pamiętam wszystkich postów, ale na pewno byłam jedną z tych osób, które zauważyły u Shiniego cechy podobne do ukrytego narcyza. Nie mam zamiaru na siłę mu przylepiać żadnej etykiety, ani go diagnozować, od tego są specjaliści, niestety muszę przyznać, że momentami widzę coś niefajnego w jego zachowaniu. Przeistoczenie się w narcyza bywa długotrwałym procesem, być może Shini posiada predyspozycje do tego zaburzenia osobowości - i stąd nasze odczucia.

2,617

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

@Bert

Tobie kiedyś trzeba będzie zdrowo polać, dobrze gadasz.


Przekonania to jedno, drugie to ego.

Shini ma swój zestaw przekonań, który mu wybitnie nie służy. Przeciwnie, sabotuje się na każdym ważnym polu życiowym.
Z drugiej strony ma bardzo wygórowane ego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, bo on nie ma połączenia ze zdrową męską energią. Nie potrafi być ofensywny, asertywny, nie ma grama zdrowej agresji, już nie pisząc o niezdrowej,  itp.
Jednak bardzo uważa, że ma rację. Udowadnia to niemal każdemu.
Trzyma się tych swoich auto sabotujących przekonań i nie jest ich w stanie puścić, mimo że go wciągają w otchłań.

Więc u niego zmiana przekonań to jedno, ale najpierw potrzebuje dojść do momentu kiedy przeskoczy ponad swoim ego, przyzna przed sobą że się myli. Przestanie się skupiać tyle na sobie.

Chyba jednym z najszybszych sposobów byłaby zmiana środowiska.
Tyle że tu trzeba sobie poradzić z trzecim czynnikiem, który nim powoduje- strachem. Shini się zwyczajnie boi cokolwiek zrobić, nie umie nad swoim 'irracjonalnym' strachem zapanować.

W jego przypadku sposobem na wyjście z impasu jest działanie. Stawianie sobie celów i realna akcja, mini kroki którymi by sobie pokazał że coś od niego jednak zależy. To jest mocno napędzające.

Kiedyś taki moment przyjdzie, albo i nie.
Jeśli nie, będziemy się tu czasem spotykać przez następne lata a on ten czas spędzi na trawieniu, oddychaniu i użalania się nad sobą.

Praca nad przekonaniami u terapeuty, świadomie to jedno.
Istnieje jeszcze praca z podświadomością. Można też je zmienić poprzez zmianę środowiska i interakcje z innymi, co potrafi bardzo dobrze zadziałać.

Tu się toczy walka ego, podświadomości i tym całym sabotującym dziadostwem które tam trzyma, z pragnieniami i kierunkiem który chciałby świadomie podjąć.
Póki co, od kilku lat ego jest wyraźnie na prowadzeniu.

Co to jest męska energia? I po czym poznać,że jest zdrowa? No i,że jest męska?

Co to jest zdrowa agresja? I po czym poznac,że jest zdrowa?

Tak to prawda cele są ważne w życiu ja mam
zyciowe cele

2,618

Odp: Co to znaczy żyć?

Ale przecież to już wszystko było. Ja sama chyba rok temu gadałam może nawet w tym temacie m.in. o mojej pracy, bo Shini uparcie twierdził, że bez znajomości nie dostanie się pracy, więc napisałam, że ja tych znajomości nie miałam, a on teraz dalej swoje, dalej te same pytania, które zapewne mają potwierdzić jego tezę, że bez znajomości ani rusz. To już ręce opadają. A ja chciałam zwrócić uwagę też na jedną rzecz. Ten wątek był już praktycznie martwy, więc Shini napisał tu prawie że list pożegnalny, na który zareagowało sporo osób, w tym też i ja. I co? Wątek znowu żywy, Shini udziela się też w innych miejscach. Dla mnie to wygląda jak celowy zabieg, by właśnie uwagę ponownie skupić na sobie. Happyness i Rozrabiaka mają sporo racji w swoich wypowiedziach, także Shini, poczytaj ich słowa po kilka razy. Mi odpowiadaj, bo nie planuję już się tutaj za bardzo udzielać, trochę nie ma to sensu.

2,619 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-16 18:59:40)

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini zeby cos sie zmienilo musisz sam wyjsc ze strefy kimfortu. Ludzie maja rozne problemy, traumy, histore z dziecinstwa. I czesto poki nie wyladuja u terapeuty nie wiedza dlaczego zachowuja sie w okreslony sposob. W koncu sie dowiaduja o dzialaniu pewnych mechanizmow. I teraz juz wszystko zalezy od nich. Konieczna jest wewnetrzna chec zmierzenia sie ze swoimi demonami. Ty jestes bystry, latwo poruszasz sie w swiecie internetu. Moglbys sam dowiedziec sie co musisz robic, jak pracowac. Terapeutke potraktowac jako pomoc i kogos kto koryguje czy w dobra strone idziesz. Ale sam zaczac cos z tym robic. Bo problemy rozumiem zdiagnozowane?
Ty nie podejmujesz walki tylko uzywasz wiedzy o sobie ktora zdobyles jako furtke do wytlumaczenia wszystkiego. To nie bo cos w dziecinstwie, to nie bo jakas trauma, to nie bo... A moglbys przy dobrej motywacji nawet wiele rzeczy sam rozgryzc. Ale do tego potrzebna jest decyzja. Strach na bok, bedzie co bedzie i wchodze w to. Boli ale wchodze

2,620

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Na Shiniego nic nie dziala. Zadne podejscie. Ale..

Sa u niego problemy zwiazane z dziecinstwem itp. - trudne do rozwiazania choc mozliwe. Ale to z terapeuta jak juz.

Jednak duzym problemem Shiniego sa szkodliwe przekonania- a z tym da sie pracowac ma poziomie swiadomym. Ba - nawet sie powinno. I tu mozna starac sie na Shiniego wplynac. Nie zgadzajac sie z nim i pokazujac bledne rozumowanie, zmuszajac do refleksji i dostrzeżenia tych przekonan. Bo wiadomo zmienic musi sam. To tez trudne bo Shini jest zabetonowany ale mozna probowac. Wymaga to jasnego bezlitosnego nie zgadzania zie z nim w tych obszarach gdzie sie myli. Dlatego nie przekona mnie do swoich teorii dot. bogactwa, dziewczyn i ich niedostepnosci, znalezienia pracy, nie przekona mnie ze jest przegrywam bo wtedy by wygral zabawe w przekonywanie i przegral zycie. Wtedy odhaczy "mam racje" i tak juz zostanie. Sa rzeczy proste do obalenia z ktorymi nikt sie nie zgodzi - jak np. ze jest stary. Stary 30 letni na rynku pracy smile Po prostu sam musi sie przekonac o ich szkodliwosci i zmienic sposob myslenia

Wiadomo ze czesciowo nachodza na siebie te problemy ale co robic?

Teraz Shini jest w kolku zamkniety. Dziewczyny nie bo nie ma kasy, zmiany terapeuty nie bo nie ma kasy, nowych kontaktow nie bo nie ma kasy, pojscia na kajak nie bo nie, kasy nie ma bo nie pracuje, nie pracuje bo sie nie nadaje, nie nadaje sie bo ma dziwne przekonania o rynku pracy (+ slaba samoocena), do pracy nie pojdzie bo nie musi (a uzasadni na milion innych sposobow). I tak same sie pozamykaly wszelkie opcje. Jakbym mial poradzic to najprosciej rozerwac to zdobywajac prace. Za tym jakies nowe kontakty pojda. Pozniej inne rzeczy z kolka i tak nie beda dzialac ale nie bedzie juz podstawowego wyjasnienia. Z praca chyba najlatwiej zaczac

I co chyba najwazniejsze moglby zmienic terapeute bo stoi za dlugo w miejscu


Masz fajną umiejętność wyciągania wniosków z obserwacji bez psychologizowania smile

Z tą częścią o idiotycznych przekonaniach Siniego w pełni się zgadzam, to zapewne spektakularnych zmian nie przyniesie, ale kropla drąży skałę. Ma ich multum, czasem nawet udaje mu się mnie zaskoczyć i wyrazić jakieś, na które bym nie wpadła. Trzydziestoletni starzec to jedno z takich mocno odlotowych, ale jest tego strasznie dużo.

Zamknięte kółko ok, to już od jakiegoś czasu wiadomo, Shini też to wie. Zgadzam się z Tobą w pełni - słabszym miejscem tego kółka jest praca, praca na zewnątrz i skoro usiłujemy kółko przerwać to w słabym miejscu kółka. Znalezienie pracy u zewnętrznego pracodawcy jako priorytet - jestem ZA.

Odnośnie terapii to powiem Ci tak - zmiana terapeuty moim zdaniem jest bez sensu kompletnie i wieloaspektowo. Czemu? Bo z tego co sam Shini napisał ta jego terapeutka obecnie robi dokładnie to, co powinna wedle podręczników czyli zaczęła majstrować przy czymś bardzo, bardzo ważnym - emocjach Shiniego, a konkretnie jego złości.
A to jest jak rozbrajanie bomby, tu nie ma szybko, tu musi być powoli, ostrożnie i umiejętnie. Nie ma szybkich efektów? Wiesz, co się dzieje, jak saper się śpieszy? Są efekty, spektakularne. Nie całkiem wprawdzie o to chodzi w rozbrajaniu bomby, ale że pośpiech sapera daje spektakularne i szybkie efekty wiadomo. Szybki efekt u Shiniego być może dało by się osiągnąć, ale ryzykując bardzo, bardzo dużo.
Czemu ja o tej złości? Ano Bert, realistycznie to emocje są napędem do działania, naszym paliwem. Robimy coś bo chcemy albo robimy, bo bardzo czegoś nie chcemy, a bez emocji, na samym rozumie, to człek tkwi w miejscu póki nie stanie wobec zagrożenia z puli "zrobisz coś albo umrzesz". Wtedy większości się uruchamia instynkt samozachowawczy, ale też nie wszystkim. A na instynkcie samozachowawczym działamy nader często wcale nie tak znowu rozumnie, za to ze sporym impetem.
Trochę trudno sobie wyobrazić, Bert, że się nie czuje złości, nigdy, w żadnej sytuacji, w żadnych okolicznościach...a z Shinim najwyraźniej tak jest, nawet jeśli złość czuje nie ujawni, pancerz za gruby.
Jak sie Shini kiedyś na forum zezłości i komuś odgryzie to ja szampana sobie nabędę i z radości wchłonę .

Jasne, nad emocjami jest racjonalna nadbudowa, przekonania też swoją rolę odgrywają, ale póki się silnika nie włączy autko nie pojedzie, autko bez paliwa jak wiemy nawet jeśli konstrukcję ma doskonałą i kierowca umiejętności wielkie - stoi.
Jeśli terapeutce uda się do tej złości Shiniego (przede wszystkim złości na tym etapie) dotrzeć w jego autku paliwo się pojawi. Autko ruszy.
Ale tu nie ma szybko, tu jest ostrożnie, a ostrożnie zwyczajnie trwa.

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Co to jest męska energia? I po czym poznać,że jest zdrowa? No i,że jest męska?

Nie kopie, choć potrafi mieć 380V
Po czym poznać? Męska ma siusiaka, kobieca ma siuśkę.

Julia life in UK napisał/a:

Co to jest zdrowa agresja? I po czym poznac,że jest zdrowa?

Nie jest chora

Julia life in UK napisał/a:

Tak to prawda cele są ważne w życiu ja mam
zyciowe cele


Po czym poznać że masz życiowe cele?

2,622

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Co to jest męska energia? I po czym poznać,że jest zdrowa? No i,że jest męska?

Nie kopie, choć potrafi mieć 380V
Po czym poznać? Męska ma siusiaka, kobieca ma siuśkę.

Julia life in UK napisał/a:

Co to jest zdrowa agresja? I po czym poznac,że jest zdrowa?

Nie jest chora

Julia life in UK napisał/a:

Tak to prawda cele są ważne w życiu ja mam
zyciowe cele


Po czym poznać że masz życiowe cele?

Odpowiedzi nie rozwiązują pytań moich . Teraz już wiem,że nie łączysz kropek big_smile

Po tym co pisze w moim Pamietniku tutaj na forum  i na DC

2,623

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Nie znam chyba lepszego miejsca niż szkoła tańca. Serio, serio;) Tam nie da się nie poznawać innych ludzi, w tym dziewczyn. Do tego sama specyfika tańca sprzyja nawiązywaniu kontaktów i interakcji. Są różne style, więc gdybyś tylko zechciał zapisać się na jakiś kurs, na pewno znajdziesz coś dla siebie. Bardzo, bardzo polecam, a nawet mogę służyć konkretną radą.

Dodam przy okazji, że ta forma aktywności wyjątkowo skutecznie podnosi poziom endorfin, serotoniny, dopaminy i innych poprawiających jakoś funkcjonowania. Sprawdzone na własnym organizmie dziesiątki razy, dlatego wiem, że nie da się tego przecenić smile

Tutaj nie opisujesz rzeczywistości, ale swoje przekonania na jej temat. I właśnie one wydają mi się tu największym problemem.

"Sięganie po swoje jest równoznaczne z odbieraniem czegoś komuś", "zaradność to bycie lepszym od innych”, "nie da się być skutecznym bez braku skrupułów" – dlaczego właściwie miałoby tak być? To nie są żadne obiektywne prawdy, ale Twoje, niestety dość mocno skrzywione, myślenie na ten temat.

Można być asertywnym bez wykorzystywania ludzi. Można konkurować bez ich niszczenia. Można walczyć o lepszą pracę, pieniądze, kobietę czy pozycję, nie odbierając nikomu niczego. Można powiedzieć "nie", postawić granicę, negocjować, wykorzystać swoje umiejętności i zadbać o własny interes, a jednocześnie nie traktować drugiego człowieka jak narzędzia. To właśnie jest zdrowa skuteczność. Bezwzględność jest tylko jednym ze sposobów działania, a przy tym wcale nie jedynym.

I jeszcze jedno: "dobrzy ludzie są biedni i samotni, bo ich dobroć będzie wykorzystywana" - to też NIE jest fakt, tylko bardzo pesymistyczne przekonanie. Dobroć bez granic rzeczywiście może być wykorzystywana, ale czym innym jest dobroć, a czym innym pozwalanie wszystkim wchodzić sobie na głowę. Można być dobrym człowiekiem i jednocześnie być stanowczym, wymagającym i bardzo skutecznym.

Odnoszę wrażenie, że u Ciebie wszystko ostatecznie sprowadza się do tego, co napisałeś na końcu, czyli "za bardzo nienawidzę siebie". I być może dlatego tak łatwo uwierzyć Ci w teorię, według której świat jest wyścigiem, w którym żeby coś dostać, trzeba coś komuś odebrać, a żeby wygrać, trzeba stać się kimś pozbawionym skrupułów. Wtedy Twoja bezczynność przestaje być czymś, na co masz wpływ - staje się rzekomo konsekwencją tego, że jesteś "dobry”, podczas gdy w rzeczywistości może być przede wszystkim konsekwencją bardzo niskiej samooceny i przekonania, że nie masz prawa walczyć o swoje.

I tego akurat nie nazwałabym Twoją dobrocią. Dobroć jest wartością. Nienawiść do samego siebie nią nie jest.

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie nawet nie mając żadnych szkół tańca w pobliżu. Jednak każdy kogo znam kto wiem, że był na jakimś kursie tańca mi to odradzał. Jako miejsce do nowej aktywności fizycznej może być w porządku ale do poznawania nowych ludzi niezbyt się nadaje podobnie jak siłownia. Chyba każdy z tych wymienionych osób mówił, że statystyczny wiek kobiet na takich kursach to 40+. Może gdzieś w centrum Warszawy jest inaczej bo tam jednak są jakieś młodsze dziewczyny choć wciąż nie rozumiem skąd mają tyle kasy by mieszkać w takich okolicach. Zdaje się, że masz w tym temacie jakąś wiedzę i doświadczenie więc całkowicie poważnie zapytam. Są na takich kursach tańca jakieś dziewczyny w przynajmniej moim wieku?

Prawdę mówiąc brzmi trochę przerażająco, spore ryzyko ostrego zbłaźnienia się. Jestem dobry w każdym indywidualnym sporcie czy w ogóle aktywności fizycznej. W jakichkolwiek grupowych jestem totalnie beznadziejny. Taniec to może nie jest aktywność grupowa ale też nie indywidualna. Z tego też powodu mocno mnie ciekawi czy dałbym radę nie stać się pośmiewiskiem.

Dokładnie tak, to przekonania są największym problemem, a zaraz za nimi jest dzieciństwo wymagające niemal całkowitego przepracowania.

To akurat się wzięło z moich obserwacji różnych ludzi, którzy mieli jakieś swoje działalności czy firmy. Znam nie jedną osobę, która na początku kiedy się poznaliśmy była mega w porządku i na luzie. A kiedy ci ludzie pootwierali firmy i zaczęli zatrudniać pracowników w dość szybkim tempie się zmieniali na dużo gorsze. Los innych ludzi stawał się dla nich nieważny, potrafili bez mrugnięcia okiem kogoś wywalić z roboty za naprawdę niewielki błąd. Stawali się coraz bogatsi ale coraz mniej było w nich człowieczeństwa. Oni cały czas byli w trybie pracy, cały czas konkurowali, cały czas musieli być lepsi od innych. Podbierali klientów, wystawiali negatywne opinie konkurencyjnym firmom, z czasem nawet znajomych i rodzinę zaczynali traktować jak swoich pracowników czyli właśnie jak narzędzia.

Asertywność to "umiejętność wyrażania własnego zdania, emocji i potrzeb oraz obrony swoich praw w sposób szanujący granice innych ludzi". Częściej się to rozumie jako umiejętność odmawiania, a odmawiając zawsze się kogoś krzywdzi. Nie mam pojęcia jak miałoby wyglądać konkurowanie bez niszczenia kogoś. Przecież skoro istnieje samo zjawisko konkurowania to znaczy, że przynajmniej dwie osoby chcą coś zdobyć. Kiedy jedna to zdobywa, druga to traci. Podobnie z walką, samo to słowo oznacza konfrontację z kimś lub czymś. Tu wciąż pozostaje to samo, jeden coś zyskuje, a drugi traci. Bezwzględność może i nie jest jedynym sposobem ale na pewno najskuteczniejszym.

Ja nie potrafię być ani stanowczym ani skutecznym, a już na pewno wymagającym. Nie mam prawa niczego wymagać bo sam jeszcze nigdy nie spełniłem żadnych wymagań. Poza tym czy te wymienione cechy nie są sprzeczne z dobrocią? W sensie gdybym czegoś od kogoś wymagał albo w jakiś stanowczy sposób stawiał granicę to ten ktoś już nie nazwałby mnie dobrym więc przestałbym taki być, przynajmniej dla tej jednej osoby.

Dokładnie tak to dla mnie wygląda. Żeby wspiąć się na szczyt najpierw trzeba zbudować górę z ciał konkurentów. Im bliżej szczytu tym bardziej niebezpiecznie, tym więcej wrogów, którzy będą tylko czekać na najmniejszy błąd, tam nikt nie pomoże i nikomu nie można ufać. Najsilniejsi są najbardziej samotni. Ja nie chciałbym takiego życia ale nie chcę też tkwić na dnie.

Oczywiście, że nienawiść do siebie nie jest wartością, dlatego nie raz piałem, że we mnie nie ma żadnej wartości. Mam w sobie dobroć ale nawet ona jest toksyczna i bez zrównoważenia przez te wyżej wymienione cechy więc tak naprawdę jest bezwartościowa.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Wszystko co tu wcześniej napisałem ma sens. Taki, który jest dla Ciebie bardzo niewygodny więc odrzucasz. Choć w moim pierwszych wpisach tutaj dostałeś też mnóstwo dobrych rad.

Nie chce mi się kolejny raz powtarzać, Twoje zachowanie już opisywałem a ono się nie zmienia.

Coś, o czym nie pisałem. Ktoś Ci tu kiedyś określił narcyzem a ja się przekonuję z czasem, że bardzo się wpisujesz w niektóre cechy narcyza ukrytego.
Ten temat, gdzie skupiasz w ogromny sposób uwagę na sobie, wykorzystując ludzi którzy myślą że naprawdę chcesz zmiany, traktując ich jak typowy toksyk- wykorzystując ich uwagę ale wiedząc wszystko lepiej, wyraźnie to pokazuje. Ego napompowane, choć ukryte pod płaszczykiem ofiary.
Bo to jest Twoja główna strategia- robienie z siebie ofiary.

Tolerujesz te, a właściwie tą, która niczego od Ciebie nie wymaga, nie oczekuje, za to chętnie słucha jojczenia i broni przed krytyką.

Wszyscy inni się mylą, tylko Ty masz rację.
Niezależnie czy są to osoby krytykujące, czy próbujące coś poradzić. Na wszystkie rady masz kontrargumenty.

Tylko to Ty masz od lat te same problemy i jest coraz gorzej.
To Twój sposób postępowania jest wyraźnie nieskuteczny i sprawia że jesteś coraz bardziej niezadowolony z własnego życia.

Mimo to, robisz wciąż to samo. Takiego pławienia się w swoim szambie, użalania nad sobą i usprawiedliwiania bezczynności, która jest główną przyczyną powyższych, chyba nigdy nie widziałem.

Ostani hit- Shini, dorosły koń w okolicach trzydziestki szaleje z samotności ale nie wie co ma robić poza wyjsciam na siłownię. Chciałby poznawać ludzi a najlepiej kobiety (w domyśle, młode, ładne i zainteresowane, bo jak inaczej;)
Jednak nie pójdzie na zajęcia płatne, bo nie ma kasy. Kasy nie ma, bo nie pracuje. Nie ma w tym kraju pracy dla ludzi z jego wykształceniem.
Tam gdzie się ćwiczy, np tańce, też nie. Bo by go to zmęczyło.

Najlepiej przynieście mu na tacy te młode i zainteresowane.

Kilka minut z czatem gpt w ręku i można dostać dokładne wskazówki nt tego, jakie są możliwości w okolicy- dostosowane do indywidualnych potrzeb.  Gość, który mieszka rzut beretem od stolicy nie wie co ma zrobić w zw z poczuciem samotności, gdzie wyjść by spotkać ludzi. Wejść z nimi w interakcję.

Doradźcie mu, przecież wyraźnie tego potrzebuje.
Po to, by wykazywać jak słabe w jego konkretnym, specjalnym przypadku są Wasze rady wink

Idź do hospicjum, Shini.
Nie, nie po to by się położyć i czekać na śmierć, aż tak złośliwy nie jestem;)
Po to by zmienić perspektywę, odkleić się od swojego wygórowanego ego. Może tam coś dotrze do Twojego zakutego łba.
Może też w ten sposób zaczniesz wreszcie coś dawać od siebie. Bo póki co, jedyne co Cię interesuje to skupianie się na sobie.

Widzę, że nie ma sensu odpisywać na całego posta bo i tak to olejesz więc skupię się na istotniejszych kwestiach.

Do narcyzmu odniosę się przy poście Mrs.Happiness.

Niewiele w tym co wcześniej napisałeś miało sens, teraz już jest go więcej. Ty nadal nie rozumiesz o co chodzi, cały czas myślisz, że wszystko co robię jest świadomie i z premedytacją, że mam nad tym kontrolę. Oczywiście, że mam na wszystko kontrargumenty bo mój mózg podsuwa je z automatu zanim zdążę się zorientować co się stało. Zrobi wszystko byle tylko nie ruszyć się z miejsca. Nie widziałeś jeszcze czegoś takiego bo nie masz pojęcia na czym polegają problemy psychiczne, mechanizmy obronne i lęki więc wydaje ci się to niezrozumiałe.

Płacę za kickboxing, siłownię, paliwo i swoje zakupy nie mając stałego źródła dochodu, a jakaś robota gdzie mogę dorobić parę groszy może będzie, a może nie. Dołożyć kolejną płatną aktywność było już trochę ciężko. Skąd wziąłeś to, że taniec by mnie zmęczył? Mimo permanentnego zmęczenia miałbym wystarczająco energii na kilka rund walki w ringu bez przerwy, na kickboxingu wciąż kondycyjnie i wytrzymałościowo jestem chyba najlepszy mimo iż są tam sporo młodsi ode mnie. W trakcie treningu mam o wiele więcej energii niż siedząc w domu.

Nawet nie pomyślałem o pytaniu czata o coś takiego.

Najchętniej to bym się w tym hospicjum położył żeby już się nie obudzić. Piszesz o ego i męskiej energii, chyba wiem z jakiego kanału na YT może to pochodzić. Nie mam pojęcia co jeszcze mógłbym dawać od siebie. Kiedy pojawia się jakaś robota jestem na każde zawołanie, robię wszystko czego ktoś chce, pomagam komu tylko się da, nawet od czasu do czasu wpłacam na chore i ranne zwierzęta, co prawda po 5zł ale jednak. Zawszę dotrzymuje słowa i jeszcze chyba nigdy nikogo nie zawiodłem, a przynajmniej jeszcze nigdy nikt mi o tym nie powiedział. Każdy wokół uważa mnie za wygrywa i nawet nie podejrzewa, że mogę mieć takie problemy. Jak rozmawiam z kimś na temat pracy to każdy mówi, że teraz jest taki czas, że bardzo ciężko znaleźć pracę, nikt nawet nie podejrzewa, że mogę mieć z tym tak wielki problem. Każdy mówi, że jestem wręcz za dobry, zbyt grzeczny, zbyt miły, zbyt ugodowy, zbyt wyrozumiały. Ja wiem, że to nie jest dobre i nie chcę być tak postrzegany. Ale gdzie ty tu widzisz skupianie się na sobie to nie wiem?

Twój kolejny post skierowany do Berta to już sama prawda. Bardzo trafnie to ująłeś.

Bert44 napisał/a:

Na Shiniego nic nie dziala. Zadne podejscie. Ale..

Sa u niego problemy zwiazane z dziecinstwem itp. - trudne do rozwiazania choc mozliwe. Ale to z terapeuta jak juz.

Jednak duzym problemem Shiniego sa szkodliwe przekonania- a z tym da sie pracowac ma poziomie swiadomym. Ba - nawet sie powinno. I tu mozna starac sie na Shiniego wplynac. Nie zgadzajac sie z nim i pokazujac bledne rozumowanie, zmuszajac do refleksji i dostrzeżenia tych przekonan. Bo wiadomo zmienic musi sam. To tez trudne bo Shini jest zabetonowany ale mozna probowac. Wymaga to jasnego bezlitosnego nie zgadzania zie z nim w tych obszarach gdzie sie myli. Dlatego nie przekona mnie do swoich teorii dot. bogactwa, dziewczyn i ich niedostepnosci, znalezienia pracy, nie przekona mnie ze jest przegrywam bo wtedy by wygral zabawe w przekonywanie i przegral zycie. Wtedy odhaczy "mam racje" i tak juz zostanie. Sa rzeczy proste do obalenia z ktorymi nikt sie nie zgodzi - jak np. ze jest stary. Stary 30 letni na rynku pracy smile Po prostu sam musi sie przekonac o ich szkodliwosci i zmienic sposob myslenia

Wiadomo ze czesciowo nachodza na siebie te problemy ale co robic?

Teraz Shini jest w kolku zamkniety. Dziewczyny nie bo nie ma kasy, zmiany terapeuty nie bo nie ma kasy, nowych kontaktow nie bo nie ma kasy, pojscia na kajak nie bo nie, kasy nie ma bo nie pracuje, nie pracuje bo sie nie nadaje, nie nadaje sie bo ma dziwne przekonania o rynku pracy (+ slaba samoocena), do pracy nie pojdzie bo nie musi (a uzasadni na milion innych sposobow). I tak same sie pozamykaly wszelkie opcje. Jakbym mial poradzic to najprosciej rozerwac to zdobywajac prace. Za tym jakies nowe kontakty pojda. Pozniej inne rzeczy z kolka i tak nie beda dzialac ale nie bedzie juz podstawowego wyjasnienia. Z praca chyba najlatwiej zaczac

I co chyba najwazniejsze moglby zmienic terapeute bo stoi za dlugo w miejscu

Dokładnie tak, jak piałem problemy wynikające z dzieciństwa są jednymi z tych najpoważniejszych. Co ciekawe do niedawna nie miałem pojęcia, że dzieciństwo może mieć tak wielki wpływ, dopiero terapeutka mi to uświadomiła.

Tak samo z przekonaniami, to terapeutka mnie uświadomiła, że mam ich tyle i są tak złe. Ona też nie raz była nieźle zaskoczona jak coś mówiłem. Tak samo ty mnie nie przekonasz, że jestem młody. 30 latek na rynku pracy powinien mieć już wieloletnie doświadczenie, być po kilku podwyżkach i awansach, mieć już jakąś pozycję, jakieś stanowisko i perspektywy na dalszą karierę.

Z tym kołem nawet ja nie poszedłem aż tak daleko. Bez kasy naprawdę nie ma żadnej z tych rzeczy. To, że nie ma dziewczyny bo nie ma kasy jest chyba oczywiste. Po pierwsze każda dziewczyna na samo wspomnienie o byciu bezrobotnym od razu by uciekła, szczególnie jeśli sama pracuje. Nie byłoby mnie stać ani na randkę, ani na jakiś prezent czy tym bardziej na wakacje, o wspólnym wynajmie mieszkania nie wspominając. Chyba nie ma nic bardziej nieatrakcyjnego niż bycie bezrobotnym. To jest wręcz fizycznie niemożliwe by znaleźć dziewczynę w takiej sytuacji, przecież jedno z pierwszych pytań jakie by padło to "gdzie pracujesz?" albo "czym się zajmujesz?". Na ten kajak cały czas zamierzam iść nawet jeśli nie będę tam miał z kim nawet pogadać. Po prostu do tej pory w każdy weekend coś miałem albo było tak jak wczoraj było święto. Z tym, że się nie nadaję to przecież też prawda. Tym razem zapytałem czata co według niego mógłbym robić po moich studiach. Wyskoczyły w większości służby i czat napisał, że z moimi studiami mógłbym startować od razu na oficera, nawet w wojsku. Sprawdziłem jakie są kryteria przyjęcia na studium oficerskie w szkołach oficerskich i wyszło, że te moje niby super studia są gówno warte, do żadnej nie mógłbym się dostać. Do żadnej państwowej instytucji nie spełniam wymagań, a z jednej nawet mi odpisali odmowę. Choć poświęciłem 5 lat z życia na studia jestem w tym samym miejscu co ludzie zaraz po maturze, a nawet gorzej bo na przykład do Akademii Sił Powietrznych już nie mogę nawet próbować bo jestem za stary. Niemal całe życie uczyłem się angielskiego, od pierwszej klasy podstawówki i mój poziom to żałosne B1. Naprawdę sądzisz, że ja się nadaję do czegoś poza najprostszą fizyczną robotą? Jakie nowe kontakty miałyby się pojawić w robocie na budowie czy magazynie? Nawet do najprostszego biura na przekładanie papierów mnie nie przyjmą bo nie mam doświadczenia w takiej pracy. Do tej pory byłe robolem wykonującym najprostszą i najcięższą robotę. Kiedyś zapytałem jednego budowlańca czemu akurat taką robotą się zajął to mi powiedział, że nie chciało mu się uczyć i nie ma nawet matury. Jak ja powiedziałem, że mam studia to gość zbierał szczękę z podłogi, a ja czułem niesamowicie żałośnie.

2,624

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

Wiesz co, Shini? Cały czas jestem na bieżąco z Twoim tematem, nawet jeśli bardzo mało się odzywam i... odnośnie zacytowanych fragmentów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oszukujesz. Nie twierdzę, że robisz to z premedytacją, ale tak szczerze, to zobacz, jak szybko Ty każdemu wyskakujesz ze stwierdzeniem, że "to automatyczny mechanizm obronny". W pewnych momentach brzmi to już jak TARCZA - dobre wytłumaczenie na każdą rzecz, którą napiszesz. Coś w stylu "no, racja, ale ja już tak mam i nic na to nie poradzę", "terapeutka też mi tak mówiła, że jestem zabetonowany w błędnych przekonaniach" i jeszcze dodajesz, że wyzbycie się tych przekonań może zająć lata. Skoro WIDZISZ, co się dzieje, jesteś tego w pełni świadomy, nie trzeba Ci nawet jakoś specjalnie tłumaczyć dlaczego to, co mówisz, jest niewłaściwe (próba ucieczki od odpowiedzialności i zmiany, racjonalizacja, błędne przekonania), to spokojnie możesz sam korygować swoje wypowiedzi i sposób myślenia. Tym bardziej, że niektóre tematy były wałkowane ze sto razy i zwykle finalnie przyznajesz forumowiczom rację, dodając, że "Ty tak odruchowo", ale za miesiąc-dwa wraca temat i piszesz to samo.

Co niestety, ale już pokazuje, że tę rację to też przyznajesz "z automatu", bez większej refleksji i chęci do przemyślenia tego, co piszą użytkownicy.

Mamy różne mechanizmy obronne, to prawda. Wiele rzeczy robimy nieświadomie, też prawda. Ale karta nieświadomości przestaje mieć rację bytu, gdy Ty doskonale wiesz, że daną rzecz robisz i że robisz ją regularnie.

Inni, w tym terapeutka, mogą Ci co najwyżej pomóc zauważyć problem - co już się wydarzyło. NIC WIĘCEJ za Ciebie zrobić nie mogą. Teraz Twój ruch.

W którymś poście pisałeś, że brakuje Ci towarzystwa ludzi i że po wyjściu z siłowni czujesz się źle, że znów wracasz do domu i będziesz sam.
Dlaczego zatem nie spróbujesz tego wolontariatu? Tobie serio dobrze by zrobiło wyjście z własnej głowy na trochę, skupienie na innych ludziach, bo widać, że jesteś dla siebie przez większość czasu centrum wszechświata.
Zresztą takich miejsc, gdzie można za darmo lub za niewielką opłatą pobyć z ludźmi bardziej rekreacyjnie, też jest całkiem sporo, nawet kiedyś rzuciłam jako propozycję spotkania na planszówki.
Chcesz kontaktu z ludźmi w realu, to musisz się o niego postarać. Tak to działa. Nie ma co liczyć na to, że ludzie sami przyjdą pod Twój dom i będą Ci składać propozycje.

Kiedy ty piszesz, że oszukuję to już naprawdę dziwnie brzmi.

Wiedza, a działanie to ogromna różnica. Wiem, że te automatyczne mechanizmy są i działają bardzo skutecznie ale ta świadomość w niczym nie pomaga. To działa nieświadomie, a nie, że ja nie wiem, że tak się dzieje. Wiem, że tak się dzieje ale nie mogę temu przeciwdziałać. To tak jakby jakaś część ciała na przykład jedna ręka działała samoistnie i próbowała cię udusić, jak w horrorze "Martwe zło". Rękę można było uciąć, z mózgiem tak się nie da. Czasami mam wrażenie jakby była we mnie jakaś inna osobowość, która jest moim wrogiem i zrobi wszystko by mi przeszkodzić. Wiem, że coś jest złe, że nie powinno tak być, że nie powinienem tak robić, a ciało i tak to robi.

Co do wolontariatów to jak już nie raz pisałem szukałem ich wielokrotnie. Sprawdzałem strony WOŚP, PCK, UNICEF, ONZ, Szlachetnej Paczki i innych tego typu organizacji, nawet schroniska czy domy dziecka i nigdzie nie spełniam wymagań. Do każdej formy pomocy nie licząc wpłat mają wymagania niewiele mniejsze niż do pracy, a często są sporo większe. Wszędzie wymagają szeregu kursów, uprawnień i dokumentów zawierających chyba wszystkie możliwe dane osobowe. Nawet za darmo do niczego się nie nadaję. Planszówek też szukałem i też nic nie znalazłem w okolicy, może gdzieś w centrum Warszawy coś takiego by się znalazło.

Mrs.Happiness napisał/a:

Być może nie tylko ja poruszałam tu ten temat, nie pamiętam wszystkich postów, ale na pewno byłam jedną z tych osób, które zauważyły u Shiniego cechy podobne do ukrytego narcyza. Nie mam zamiaru na siłę mu przylepiać żadnej etykiety, ani go diagnozować, od tego są specjaliści, niestety muszę przyznać, że momentami widzę coś niefajnego w jego zachowaniu. Przeistoczenie się w narcyza bywa długotrwałym procesem, być może Shini posiada predyspozycje do tego zaburzenia osobowości - i stąd nasze odczucia.

A teraz przejdźmy do tego narcyzmu. Po pierwsze nigdy nie otrzymałem żadnej oficjalnej diagnozy, która mogłaby coś takiego potwierdzić. Według definicji narcyzm to "zaburzenie osobowości, które cechuje się wielkim mniemaniem o sobie, stałą potrzebą podziwu, poczuciem, że jest się lepszym od innych, oraz brakiem współczucia". Z tej definicji jedyne co się zgadza to potrzeba podziwu ale tylko jedna rzecz chyba raczej nie przesądza od razu o tym, że takie zaburzenie jest. Ukryty narcyzm różni się od zwykłego tylko tym, że dana osoba na co dzień jest cicha i nieśmiała. Jak ktoś kto nienawidzi siebie miałby czuć się lepszym od innych? Jak ktoś kto współczuje wszystkim poza sobą i dla kogo dobro innych jest ważniejsze niż własne miałby nie potrafić współczuć? Toż to totalne sprzeczności.

2,625

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Co do wolontariatów to jak już nie raz pisałem szukałem ich wielokrotnie. Sprawdzałem strony WOŚP, PCK, UNICEF, ONZ, Szlachetnej Paczki i innych tego typu organizacji, nawet schroniska czy domy dziecka i nigdzie nie spełniam wymagań. Do każdej formy pomocy nie licząc wpłat mają wymagania niewiele mniejsze niż do pracy, a często są sporo większe. Wszędzie wymagają szeregu kursów, uprawnień i dokumentów zawierających chyba wszystkie możliwe dane osobowe. Nawet za darmo do niczego się nie nadaję.

Oups! Shini - STOP!
właśnie robisz  coś, o czym mniej więcej pisała Mrs. Happiness.

Ja sama, osobiście i nie tak dawno temu znalazłam dla Ciebie wolontariat. Który nie stawiał absolutnie żadnych wymagań wstępnych prócz wieku (spełniasz) i dosyć dowolnie ustalanych godzin, które ktoś może poświęcić na pomoc drugiemu człowiekowi. Szkolenie wstępne dawali ochotnikom za darmo i w pakiecie czyli "jeśli chcesz, to my cię za darmo podszkolimy".  Jak najbardziej wolontariat w Warszawie/okolicy. Ten konkretny wolontariat polega wyłącznie na towarzyszeniu w pewnego rodzaju zwykłych aktywnościach dnia codziennego zwykłych ludzi osobom takiego towarzyszenia potrzebującym i to wcale nie akurat staruszkom. Wolontariat idealny dla Ciebie. Nie obciążający psychiki jak np. hospicja czy domy spokojnej starości, tu nie każdy jest w stanie.
Zatem nie pisz mi i nam, że nie ma, że wymagają, że to oraz śmo - bo osobiście znalazłam, stronę Ci zalinkowałam. Sorki - sklerozy nie mam, jestem dokładna i mam paskudnie dobrą pamięć . smile


Narcystyczne zaburzenie osobowości, tak na marginesie, w nowej klasyfikacji chorób i zaburzeń OCD-11 nie istnieje. Było i nie ma.
Ten popularny i zakorzeniony języku potocznym  "narcyzm" to się każdemu da przypiąć.

2,626 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-08-16 18:40:58)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie widziałeś jeszcze czegoś takiego bo nie masz pojęcia na czym polegają problemy psychiczne, mechanizmy obronne i lęki więc wydaje ci się to niezrozumiałe.

big_smile

Czyli bez zmian. Inni nie rozumieją i nie wiedzą, Ty wiesz wszystko najlepiej.
Chlopaku, nie będę pisał o sobie bo nie mam takiego zwyczaju, ale uwierz mi że gdybym Cię wstawił w jedną z wielu sytuacji, z którymi przyszło mi się mierzyć, poskładalbyś się w moment, skoro nie radzisz sobie z podstawami, tworząc wokół tej nieporadności epopeję.

Wyobraź sobie, że ludzie potrafią mieć o wiele gorzej niż Ty.
O wiele gorsze warunki wstępne, jak np dzieciństwo i wszystko co z tego wynika, a dorosłość potrafi kilka razy lec w gruzach, które się składa po kawałku.

Sytuacja w jakiej jesteś, dla wielu byłaby marzeniem. Ty masz pełen komfort, wsparcie rodziny, nawet jesli go nie widzisz, ogromne mozliwosci ktore wciaz są do wziecia. Jesteś mlody, wykształcony, zdrowy, mieszkasz w miejscu, do którego ciągną ludzie z całego kraju.

Pusty śmiech człowieka ogarnia połączony z zażenowaniem, patrząc na te Twoje wygibasy, by sobie zracjonalizowac bezczynność.
Nie z takimi rzeczami ludzie sobie radzili, nie jesteś w żaden sposób wyjątkowy.

Tobie jest po prostu dobrze tak jak jest.
Chujowo, ale stabilnie. Nie trzeba się mierzyć z żadnymi wyzwaniami, pokonywaniem strachu, wystawianiem na dyskomfort.
Mama podstawi talerz pod nos, upierze, masz ciepło i dach nad głową, a na cukierki sobie dorobisz.

Wiesz że to droga do nikąd, ale tak właśnie wybierasz i codziennie potwierdzasz ten wybór.
Ludzie tu nie są glupi, na pewno nie tak jak Ci się wydaje. Wiedzą co można a co nie, znają życie i niejedno przeszli.

Dlatego Cię krytykują i są coraz bardziej podejrzliwi, nawet Ci przychylni zazwyczaj.

Masz to co sam wybierasz w życiu, co wyraźnie widać po Twojej postawie. Nie próbujesz korzystać z całego bogactwa jakie ludzie Ci tu złożyli w postaci rad i wsparcia. Nie próbujesz w jakikolwiek sposób ruszyć, czegoś zrobić. Wszędzie widzisz tylko problemy, na nich się jedynie skupiasz.
Ty jedynie chcesz żeby Cię glaskac po glowie.


Masz prawo żyć jak chcesz i ten styl który wybrałeś nie jest jeszcze żadną tragedią. Nikogo nie krzywdzisz oprócz siebie.
Problem tkwi tylko w tym, że próbujesz oszukiwać siebie i innych. Jak i w tym, że bardzo Ci zależy by ludzie Cię postrzegali w określony sposób.

Oszukiwanie już się kończy, a ludzie zawsze będą patrzeć przez pryzmat tego co sami przeszli i co mogli zaobserwować a nie tak, jak Ty byś sobie tego życzył.

Wszyscy, łącznie ze mną próbują Cię tu pchnąć do przodu. Mimo że rękami I nogami się opierasz.

Może czas zaakceptować stan obecny? Pogodzić się wreszcie z tym, że jest jak jest i sam do tego doprowadziłeś? Może nie świadomie i z premedytacją, ale taka jest prawda. Przestać szukać wymówek robiąc z siebie wyjątkowo pokrzywdzonego przez życie człowieka?

Ciężar który masz na sobie, sam sobie nałożyłeś.
Oczekiwania nieadekwatne do rzeczywistości, którą tworzysz.
Można się ich pozbyć i to też jest droga do szczęścia. Życie na minimum, ale bez wysiłku, stresu, problemów do pokonania.
Tak się da i to nie jest złe. Nikt Ci głowy nie urwie jeśli tak postanowisz. Nie musisz stawać na głowie by pokazać ludziom że jest inaczej.

Albo droga do tego, by zacząć tworzyć swoją rzeczywistość od nowa. Małymi krokami, odrzucając to co się nie sprawdza i testując nowe rozwiązania. Wystawiając się na stres, dyskomfort, walcząc ze swoim strachem i demonami. Bo inaczej się nie da, chcąc coś osiągnąć.

Właściwie to masz tylko te dwa wyjścia, by się cieszyć życiem.

Ta droga, na której jesteś teraz sprawi, że za kilka lat będziesz w tym samym miejscu albo i gorszym, ale starszy, bardziej sfrustrowany i niezadowolony z własnego życia.

To jest Twój wybór, który codziennie będziesz potwierdzał małymi decyzjami. Czy tego chcesz czy nie. Nawet gdybyś całemu światu wmawiał, że życie Ci się przydarza i nie masz na nie żadnego wpływu.
Twoja codzienność, suma tego co robisz, sprawi że za dziesięć lat będziesz w określonym miejscu.
Twoje wybory i ich efekt.

Może czas się zastanowić nad tym, jakie miałoby być to miejsce i co trzeba zrobić by się w nim znaleźć.
Na tym skupić swoją uwagę.

Jeśli tego nie zrobisz, to miejsce będzie sumą Twoich dotychczasowych strachów, przekonań i postawy, którymi sobie robisz krzywdę.


https://m.youtube.com/watch?v=2wfKiVlsE_4


Zlituj się, nie odpisuj na ten post w dotychczasowy sposob. Pomyśl.



Edit.
Nawet Muqin zaczyna otwierać oczy. Świat staje na głowie;)

2,627

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Może czas się zastanowić nad tym, jakie miałoby być to miejsce i co trzeba zrobić by się w nim znaleźć.
Na tym skupić swoją uwagę.

Chlopaku, nie będę pisał o sobie bo nie mam takiego zwyczaju, ale uwierz mi że gdybym Cię wstawił w jedną z wielu sytuacji, z którymi przyszło mi się mierzyć, poskładalbyś się w moment, skoro nie radzisz sobie z podstawami, tworząc wokół tej nieporadności epopeję.

Masz rację, lepiej nie będę odpisywał na całość bo zrobi się tylko ostrzej i jeszcze bardziej niemiło. Napiszę tylko, że nie zgadzam się z nawet połową tego co napisałeś, zwłaszcza z tym ogromem możliwości jakie niby mam, to są kompletne brednie. Piszesz żebym się zastanawiał w jakim miejscu będę za 10 lat, a ja od dawna piszę, że poprzednie 10 lat zmarnowałem i kompletnie nic z tego nie mam. Jeśli za kolejne 10 też tak ma to wyglądać to raczej na pewno do tej pory już mnie nie będzie.

Odniosę się tylko do tych dwóch fragmentów.

Ja wiem jakie miałoby być miejsce, w którym chciałbym się znaleźć. Może nie dosłownie miejsce na mapie ale bardziej sytuacja. Ja widzę to tak, że mam dziewczynę, może nawet już żonę, mamy wspólne mieszkanie lub dom, mam stałą i dobrą pracę dającą pespektywy na rozwój. Zarabiam tyle by mnie było stać na kupno na przykład nowego laptopa czy nawet samochodu, by mnie było stać na wyjazdy zagraniczne na przynajmniej tydzień i na kupienie sobie od czasu do czasu figurki z anime, oczywiście to wszystko poza tymi niezbędnymi opłatami. Tylko tyle, to co ma większość ludzi i nawet tego nie mogę mieć.

A może jednak podasz choć jeden przykład żebym sam ocenił czy dałbym radę przetrwać taką sytuację?

2,628 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-08-16 19:14:41)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Może czas się zastanowić nad tym, jakie miałoby być to miejsce i co trzeba zrobić by się w nim znaleźć.
Na tym skupić swoją uwagę.

Chlopaku, nie będę pisał o sobie bo nie mam takiego zwyczaju, ale uwierz mi że gdybym Cię wstawił w jedną z wielu sytuacji, z którymi przyszło mi się mierzyć, poskładalbyś się w moment, skoro nie radzisz sobie z podstawami, tworząc wokół tej nieporadności epopeję.

Masz rację, lepiej nie będę odpisywał na całość bo zrobi się tylko ostrzej i jeszcze bardziej niemiło. Napiszę tylko, że nie zgadzam się z nawet połową tego co napisałeś, zwłaszcza z tym ogromem możliwości jakie niby mam, to są kompletne brednie. Piszesz żebym się zastanawiał w jakim miejscu będę za 10 lat, a ja od dawna piszę, że poprzednie 10 lat zmarnowałem i kompletnie nic z tego nie mam. Jeśli za kolejne 10 też tak ma to wyglądać to raczej na pewno do tej pory już mnie nie będzie.

Odniosę się tylko do tych dwóch fragmentów.

Ja wiem jakie miałoby być miejsce, w którym chciałbym się znaleźć. Może nie dosłownie miejsce na mapie ale bardziej sytuacja. Ja widzę to tak, że mam dziewczynę, może nawet już żonę, mamy wspólne mieszkanie lub dom, mam stałą i dobrą pracę dającą pespektywy na rozwój. Zarabiam tyle by mnie było stać na kupno na przykład nowego laptopa czy nawet samochodu, by mnie było stać na wyjazdy zagraniczne na przynajmniej tydzień i na kupienie sobie od czasu do czasu figurki z anime, oczywiście to wszystko poza tymi niezbędnymi opłatami. Tylko tyle, to co ma większość ludzi i nawet tego nie mogę mieć.

A może jednak podasz choć jeden przykład żebym sam ocenił czy dałbym radę przetrwać taką sytuację?

Żeby mieć dziewczynę to musi Ciebie być stać na kupno/wzięcie kredytu/ lub przynajmniej wynajem domu lub mieszkania.... uwierz mi jak nadal będziesz mieszkal  z rodzicami to dużo kobiet nie lubi mieszkac z przyszłymi teściami/teściami pod jednym dachem.... także,żeby mieć dziewczynę na serio to się musisz na serio wyprowadzić z rodzinnego domu

2,629 Ostatnio edytowany przez kamil555x (2026-08-16 19:25:13)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nawet z dziewczyną udało się dopiero za trzecim razem, a i to ze wspomaganiem farmakologicznym. Po trzecie skąd w ogóle wziąłeś pomysł, że mogłoby do tego dojść gdybyśmy się spotkali? Jak sobie to wyobrażasz, w sensie doprowadzenie do takiej sytuacji? To, że ktoś idzie do łóżka na pierwszej randce nie świadczy zbyt dobrze o takiej osobie.

Tak z ciekawości jakie wspomaganie zastosowałeś?

I dlaczego w sumie nie świadczy dobrze iść do łóżka na pierwszej randce? Jak jest chemia i obie osoby tego chcą to blokowanie się jest głupotą.


Julia life in UK napisał/a:

Żeby mieć dziewczynę to musi Ciebie być stać na kupno/wzięcie kredytu/ lub przynajmniej wynajem domu lub mieszkania.... uwierz mi jak nadal będziesz mieszkal  z rodzicami to dużo kobiet nie lubi mieszkac z przyszłymi teściami/teściami pod jednym dachem.... także,żeby mieć dziewczynę na serio to się musisz na serio wyprowadzić z rodzinnego domu

Nie mówiąc już o początkowych randkach. Np randka w kinie. Film się kończy o 22:30, dziewczyna nie chce iść do domu, jest okazja miło spędzić dalej czas razem i tu mieszkanie samemu mega pomaga w takiej sytuacji, możesz zaprosić dziewczynę do domu i czuć się zupełnie luźno. To też lepsze dla psychiki. Z drugiej strony jak dom duży i np masz swoje piętro lub opcję że rodzice nie siedzą za drzwiami to też może się da to pogodzić. Ale długofalowo jednak lepiej samemu jak się chce drugiej połówki.



Shinigami napisał/a:

Ja widzę to tak, że mam dziewczynę, może nawet już żonę, mamy wspólne mieszkanie lub dom, mam stałą i dobrą pracę dającą pespektywy na rozwój. Zarabiam tyle by mnie było stać na kupno na przykład nowego laptopa czy nawet samochodu, by mnie było stać na wyjazdy zagraniczne na przynajmniej tydzień i na kupienie sobie od czasu do czasu figurki z anime, oczywiście to wszystko poza tymi niezbędnymi opłatami. Tylko tyle, to co ma większość ludzi i nawet tego nie mogę mieć.


Czemu zawsze mówisz że wspólne musi być? Zawsze zakładasz, że wynajem i wszystko wspólne bo sam nie dasz radę. A co jak związek nie wypali? Patrz na siebie to i związek będzie lepszy.

2,630 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-16 19:51:51)

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini zrob dla siebie eksperyment. Nie badz na nie - spróbuj.

Wrzucmy post nr 2606 (Priscilla). Pisze o kursie tanca. Nieglupie. Wbrew temu co ktos tam cos tam ludzie w kazdym wieku tancza. I teraz napisz do niej odpowiedz (nie wysylaj na forum) zakladajac ze to dobra rada i ona daje Ci dobra propozycje. Zaloz ze daje Ci dobra rade ktora powinienes (musisz) zaakceptowac. Napisz to dla siebie, zgodz sie z nia, napisz jak do tematu podejdziesz, co zrobisz, fdzie znajdziesz kurs tanca, c9 bedzie jak Ci sie nie spodoba (jaka to bedzie katastrofa)  i zostaw to dla siebie. Zastanow sie po napisaniu co czujesz/czules.

Zrob to samo z postem 2626 (Rozrabiaka). Zaloz dla zabawy ze bawimy sie ze ktos ma racje i nie musisz (a wrecz nie mozesz) nie zgodzic sie. Jaki bedzie Twoj plan?

Uloz prosty plan co zrobisz zakladajac ze maja racje. Co zrobisz? Pare krokow

2,631

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Nie widziałeś jeszcze czegoś takiego bo nie masz pojęcia na czym polegają problemy psychiczne, mechanizmy obronne i lęki więc wydaje ci się to niezrozumiałe.

big_smile

Czyli bez zmian. Inni nie rozumieją i nie wiedzą, Ty wiesz wszystko najlepiej.
Chlopaku, nie będę pisał o sobie bo nie mam takiego zwyczaju, ale uwierz mi że gdybym Cię wstawił w jedną z wielu sytuacji, z którymi przyszło mi się mierzyć, poskładalbyś się w moment, skoro nie radzisz sobie z podstawami, tworząc wokół tej nieporadności epopeję.

Wyobraź sobie, że ludzie potrafią mieć o wiele gorzej niż Ty.
O wiele gorsze warunki wstępne, jak np dzieciństwo i wszystko co z tego wynika, a dorosłość potrafi kilka razy lec w gruzach, które się składa po kawałku.

Sytuacja w jakiej jesteś, dla wielu byłaby marzeniem. Ty masz pełen komfort, wsparcie rodziny, nawet jesli go nie widzisz, ogromne mozliwosci ktore wciaz są do wziecia. Jesteś mlody, wykształcony, zdrowy, mieszkasz w miejscu, do którego ciągną ludzie z całego kraju.

Pusty śmiech człowieka ogarnia połączony z zażenowaniem, patrząc na te Twoje wygibasy, by sobie zracjonalizowac bezczynność.
Nie z takimi rzeczami ludzie sobie radzili, nie jesteś w żaden sposób wyjątkowy.

Tobie jest po prostu dobrze tak jak jest.
Chujowo, ale stabilnie. Nie trzeba się mierzyć z żadnymi wyzwaniami, pokonywaniem strachu, wystawianiem na dyskomfort.
Mama podstawi talerz pod nos, upierze, masz ciepło i dach nad głową, a na cukierki sobie dorobisz.

Wiesz że to droga do nikąd, ale tak właśnie wybierasz i codziennie potwierdzasz ten wybór.
Ludzie tu nie są glupi, na pewno nie tak jak Ci się wydaje. Wiedzą co można a co nie, znają życie i niejedno przeszli.

Dlatego Cię krytykują i są coraz bardziej podejrzliwi, nawet Ci przychylni zazwyczaj.

Masz to co sam wybierasz w życiu, co wyraźnie widać po Twojej postawie. Nie próbujesz korzystać z całego bogactwa jakie ludzie Ci tu złożyli w postaci rad i wsparcia. Nie próbujesz w jakikolwiek sposób ruszyć, czegoś zrobić. Wszędzie widzisz tylko problemy, na nich się jedynie skupiasz.
Ty jedynie chcesz żeby Cię glaskac po glowie.


Masz prawo żyć jak chcesz i ten styl który wybrałeś nie jest jeszcze żadną tragedią. Nikogo nie krzywdzisz oprócz siebie.
Problem tkwi tylko w tym, że próbujesz oszukiwać siebie i innych. Jak i w tym, że bardzo Ci zależy by ludzie Cię postrzegali w określony sposób.

Oszukiwanie już się kończy, a ludzie zawsze będą patrzeć przez pryzmat tego co sami przeszli i co mogli zaobserwować a nie tak, jak Ty byś sobie tego życzył.

Wszyscy, łącznie ze mną próbują Cię tu pchnąć do przodu. Mimo że rękami I nogami się opierasz.

Może czas zaakceptować stan obecny? Pogodzić się wreszcie z tym, że jest jak jest i sam do tego doprowadziłeś? Może nie świadomie i z premedytacją, ale taka jest prawda. Przestać szukać wymówek robiąc z siebie wyjątkowo pokrzywdzonego przez życie człowieka?

Ciężar który masz na sobie, sam sobie nałożyłeś.
Oczekiwania nieadekwatne do rzeczywistości, którą tworzysz.
Można się ich pozbyć i to też jest droga do szczęścia. Życie na minimum, ale bez wysiłku, stresu, problemów do pokonania.
Tak się da i to nie jest złe. Nikt Ci głowy nie urwie jeśli tak postanowisz. Nie musisz stawać na głowie by pokazać ludziom że jest inaczej.

Albo droga do tego, by zacząć tworzyć swoją rzeczywistość od nowa. Małymi krokami, odrzucając to co się nie sprawdza i testując nowe rozwiązania. Wystawiając się na stres, dyskomfort, walcząc ze swoim strachem i demonami. Bo inaczej się nie da, chcąc coś osiągnąć.

Właściwie to masz tylko te dwa wyjścia, by się cieszyć życiem.

Ta droga, na której jesteś teraz sprawi, że za kilka lat będziesz w tym samym miejscu albo i gorszym, ale starszy, bardziej sfrustrowany i niezadowolony z własnego życia.

To jest Twój wybór, który codziennie będziesz potwierdzał małymi decyzjami. Czy tego chcesz czy nie. Nawet gdybyś całemu światu wmawiał, że życie Ci się przydarza i nie masz na nie żadnego wpływu.
Twoja codzienność, suma tego co robisz, sprawi że za dziesięć lat będziesz w określonym miejscu.
Twoje wybory i ich efekt.

Może czas się zastanowić nad tym, jakie miałoby być to miejsce i co trzeba zrobić by się w nim znaleźć.
Na tym skupić swoją uwagę.

Jeśli tego nie zrobisz, to miejsce będzie sumą Twoich dotychczasowych strachów, przekonań i postawy, którymi sobie robisz krzywdę.


https://m.youtube.com/watch?v=2wfKiVlsE_4


Zlituj się, nie odpisuj na ten post w dotychczasowy sposob. Pomyśl.



Edit.
Nawet Muqin zaczyna otwierać oczy. Świat staje na głowie;)

Od końca : skoro wstępnie wstawiłeś sobie Muqin w całkiem konkretny stereotyp nie dziwota, żeś się zdziwił moim ostatnim wpisem do Shiniego. Popełniłeś klasyczny błąd w założeniu odnośnie mojej skromnej osoby i tyle.

Wprawdzie potencjał masz, ale  w pewnym momencie ewidentnie go przestałeś rozwijać, utknąłeś w wersji Sowy Przemadrzałej, Rozrabiako. Co osobiście mnie ciut (odrobinkę) i czasem nieco irytuje, bo żal patrzeć, jak się potencjał marnuje.



O tym, na czym polegają problemy psychiczne/psychologiczne Shiniego faktycznie pojęcie masz słabe. O innego typu problemach tej samej natury może i pojęcie masz większe, duże, wręcz jesteś specem - bez ironii. Ale tego, co z Shinim zwyczajnie nie łapiesz. Mógłbyś ( masz potencjał) ale zwyczajnie ci się nie chce, wisi ci kalafiorem Shini i jego problemy albo wpisz dowolne inne - fakt faktem, nie łapiesz, zupełnie. Byś odrobinkę poczytał na temat pewnie byś załapał.

Ludzie, którzy swoje przeżyli i których przeczołgało dzielą się na dwie grupy - tych, których to nauczyło między innymi pokory i tych, którym się wydaje. Ci pierwsi są warci swojej wagi w złocie, ci drudzy bywają co najmniej wkurzający. Jak sądzisz, do której grupy należysz?
W czasach mojego dzieciństwa byli na chodzie ci, którzy przeżyli II Wojnę Światową plus okres stalinizmu.  Między innymi, bo sporo załapało się też na tą poprzednią, a mój własny dziadek to nawet na zabory i biedę z czworaków się załapał. W ciemno ci powiem, Rozrabiako  - gdybyś się z niektórymi z nich zetknął do głowy by ci nie przyszło, żeby o jakichś swoich traumach pisnąć słówko. Bo w porównaniu z nimi to ty miałeś super lux, pełen komfort egzystencji oraz co najwyżej jakieś drobne niedogodności. Czemu to piszę - ano ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto miał gorzej. Fakt, że ktoś miał gorzej zaś nie oznacza tak naprawdę nic. Czy to , że inni mieli gorzej motywuje - niektórych i podobno. Shiniego akurat nie, co od dawna wiadomo. Ale nie masz na tyle dla niego szacunku, żeby wątek uważnie czytać, prawda?

Pusty śmiech cię ogarnia? Serio? Zastanów się z czego się śmiejesz. Z czyjegoś prawdziwego cierpienia i czyjegoś prawdziwego nieszczęścia się śmiejesz. Cholernie zabawne, zaiste, boki ze śmiechu rwać. Normalnie beka, facet w depresji, utknął bez roboty z toksyczna rodzinką i ni wte ni wewte - istna komedia.

2,632

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Żeby mieć dziewczynę to musi Ciebie być stać na kupno/wzięcie kredytu/ lub przynajmniej wynajem domu lub mieszkania.... uwierz mi jak nadal będziesz mieszkal  z rodzicami to dużo kobiet nie lubi mieszkac z przyszłymi teściami/teściami pod jednym dachem.... także,żeby mieć dziewczynę na serio to się musisz na serio wyprowadzić z rodzinnego domu

Wiem i dlatego właśnie piszę, że na chwilę obecną nie nadaję się do związku.

kamil555x napisał/a:

Tak z ciekawości jakie wspomaganie zastosowałeś?

I dlaczego w sumie nie świadczy dobrze iść do łóżka na pierwszej randce? Jak jest chemia i obie osoby tego chcą to blokowanie się jest głupotą.

Nie mówiąc już o początkowych randkach. Np randka w kinie. Film się kończy o 22:30, dziewczyna nie chce iść do domu, jest okazja miło spędzić dalej czas razem i tu mieszkanie samemu mega pomaga w takiej sytuacji, możesz zaprosić dziewczynę do domu i czuć się zupełnie luźno. To też lepsze dla psychiki. Z drugiej strony jak dom duży i np masz swoje piętro lub opcję że rodzice nie siedzą za drzwiami to też może się da to pogodzić. Ale długofalowo jednak lepiej samemu jak się chce drugiej połówki.

Czemu zawsze mówisz że wspólne musi być? Zawsze zakładasz, że wynajem i wszystko wspólne bo sam nie dasz radę. A co jak związek nie wypali? Patrz na siebie to i związek będzie lepszy.

Nie pamiętam jak się nazywały te leki ale to były te znane, które reklamują w telewizji.

Bo na pierwszej randce się kompletnie nie zna drugiej osoby. To znaczy jeśli mówimy o randce z kimś nieznajomym, jeśli mowa o sytuacji gdzie wcześniej była długa znajomość to co innego. Jeśli jednak chodzi o kogoś nieznajomego(pisanie przez internet się nie liczy) to byłaby to skrajna głupota. Ryzykowanie zdrowiem, a może i życiem. Poza tym kiedy jestem na pierwszej randce z dziewczyną, a ta od razu proponuje pójście do łóżka to nie dawałyby mi spokoju myśli takie jak "ilu już było takich na pierwszej randce?" albo "skoro tak łatwo chce iść ze mną do łóżka to równie łatwo pójdzie z innymi później".

Tu tak naprawdę wszystko by zależało od miejsca ale skoro mówimy o kinie to raczej tylko w mieście. W takiej sytuacji byłaby tylko jedna opcja czyli wynajęcie pokoju w hotelu. Żeby mieszkać samemu trzeba być bogatym, wynajęty pokój nie ma nic wspólnego z mieszkanie samemu. To musiałaby być przynajmniej wynajęta kawalerka. U mnie w domu to byłoby niewykonalne i tak też było z dziewczyną. Tylko u niej lub w takim pokoju hotelowym dało się cokolwiek zrobić.

A jak inaczej miałoby być? Wynajęcie mieszkania czy nawet kawalerki w pojedynkę w dużym mieście jest poza zasięgiem coraz większej ilości ludzi, ja nawet nie biorę takiej opcji pod uwagę bo do tego musiałbym zarabiać co najmniej 6-7k na rękę. A jak związek nie wypali to to samo co wielu moich znajomych czyli powrót do rodziców.

2,633

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie nawet nie mając żadnych szkół tańca w pobliżu. Jednak każdy kogo znam kto wiem, że był na jakimś kursie tańca mi to odradzał. Jako miejsce do nowej aktywności fizycznej może być w porządku ale do poznawania nowych ludzi niezbyt się nadaje podobnie jak siłownia. Chyba każdy z tych wymienionych osób mówił, że statystyczny wiek kobiet na takich kursach to 40+. Może gdzieś w centrum Warszawy jest inaczej bo tam jednak są jakieś młodsze dziewczyny choć wciąż nie rozumiem skąd mają tyle kasy by mieszkać w takich okolicach. Zdaje się, że masz w tym temacie jakąś wiedzę i doświadczenie więc całkowicie poważnie zapytam. Są na takich kursach tańca jakieś dziewczyny w przynajmniej moim wieku?

To bardzo "ciekawe", co piszesz. Od dziewięciu lat bujam się po takich miejscach i mam zupełnie inne spostrzeżenia. Duża grupa moich dzisiejszych znajomych to właśnie osoby poznane na kursach w akademii tańca. Razem spędzamy czas na sali treningowej, na imprezach, wyjazdach integracyjnych, spotykamy się też na gruncie stricte prywatnym.
Prawie nie ma weekendu, żebym nie dostała zaproszenia na wspólne wyjście, na grilla, na wyjazd w góry, rowerową wycieczkę, czy, jak ostatnio, na kajaki. Podobnie bywa w tygodniu. Wspólnie świętujemy urodziny i inne ważne, życiowe wydarzenia, jak obrona czyjegoś dyplomu czy narodziny dziecka.
Jak kojarzę, to jakieś kilkanaście par z tego towarzystwa weszło w związki, kilka wzięło ślub, założyli rodziny, kilka innych jest po zaręczynach. Nawet w ubiegłym tygodniu świętowaliśmy kolejne zaręczyny. No ale...

Shinigami napisał/a:

Prawdę mówiąc brzmi trochę przerażająco, spore ryzyko ostrego zbłaźnienia się. Jestem dobry w każdym indywidualnym sporcie czy w ogóle aktywności fizycznej. W jakichkolwiek grupowych jestem totalnie beznadziejny. Taniec to może nie jest aktywność grupowa ale też nie indywidualna. Z tego też powodu mocno mnie ciekawi czy dałbym radę nie stać się pośmiewiskiem.

Po tym, co teraz przeczytałam, odświeżyła się moja pamięć i już wiem, że kiedyś już o tym rozmawialiśmy.
Ja nie widziałam dotąd nikogo, kto się błaźnił, w końcu po to jest nauka tańca, żeby się go - jak sama nazwa wskazuje - nauczyć.
Niemniej Twój problem, Twoja decyzja, głową muru przebijać nie zamierzam.

Shinigami napisał/a:

To akurat się wzięło z moich obserwacji różnych ludzi, którzy mieli jakieś swoje działalności czy firmy. Znam nie jedną osobę, która na początku kiedy się poznaliśmy była mega w porządku i na luzie. A kiedy ci ludzie pootwierali firmy i zaczęli zatrudniać pracowników w dość szybkim tempie się zmieniali na dużo gorsze. Los innych ludzi stawał się dla nich nieważny, potrafili bez mrugnięcia okiem kogoś wywalić z roboty za naprawdę niewielki błąd. Stawali się coraz bogatsi ale coraz mniej było w nich człowieczeństwa. Oni cały czas byli w trybie pracy, cały czas konkurowali, cały czas musieli być lepsi od innych. Podbierali klientów, wystawiali negatywne opinie konkurencyjnym firmom, z czasem nawet znajomych i rodzinę zaczynali traktować jak swoich pracowników czyli właśnie jak narzędzia.

Asertywność to "umiejętność wyrażania własnego zdania, emocji i potrzeb oraz obrony swoich praw w sposób szanujący granice innych ludzi". Częściej się to rozumie jako umiejętność odmawiania, a odmawiając zawsze się kogoś krzywdzi. Nie mam pojęcia jak miałoby wyglądać konkurowanie bez niszczenia kogoś. Przecież skoro istnieje samo zjawisko konkurowania to znaczy, że przynajmniej dwie osoby chcą coś zdobyć. Kiedy jedna to zdobywa, druga to traci. Podobnie z walką, samo to słowo oznacza konfrontację z kimś lub czymś. Tu wciąż pozostaje to samo, jeden coś zyskuje, a drugi traci. Bezwzględność może i nie jest jedynym sposobem ale na pewno najskuteczniejszym.

Ja nie potrafię być ani stanowczym ani skutecznym, a już na pewno wymagającym. Nie mam prawa niczego wymagać bo sam jeszcze nigdy nie spełniłem żadnych wymagań. Poza tym czy te wymienione cechy nie są sprzeczne z dobrocią? W sensie gdybym czegoś od kogoś wymagał albo w jakiś stanowczy sposób stawiał granicę to ten ktoś już nie nazwałby mnie dobrym więc przestałbym taki być, przynajmniej dla tej jednej osoby.

Dokładnie tak to dla mnie wygląda. Żeby wspiąć się na szczyt najpierw trzeba zbudować górę z ciał konkurentów. Im bliżej szczytu tym bardziej niebezpiecznie, tym więcej wrogów, którzy będą tylko czekać na najmniejszy błąd, tam nikt nie pomoże i nikomu nie można ufać. Najsilniejsi są najbardziej samotni. Ja nie chciałbym takiego życia ale nie chcę też tkwić na dnie.

Oczywiście, że nienawiść do siebie nie jest wartością, dlatego nie raz piałem, że we mnie nie ma żadnej wartości. Mam w sobie dobroć ale nawet ona jest toksyczna i bez zrównoważenia przez te wyżej wymienione cechy więc tak naprawdę jest bezwartościowa.

To co na pewno masz, to mnóstwo fałszywych przekonań i potrzebę dyskutowania ze wszystkim, co mogłoby wytrącić Cię z roli ofiary.
Masz w tym określony cel - to na pewno.

2,634

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Żeby mieć dziewczynę to musi Ciebie być stać na kupno/wzięcie kredytu/ lub przynajmniej wynajem domu lub mieszkania.... uwierz mi jak nadal będziesz mieszkal  z rodzicami to dużo kobiet nie lubi mieszkac z przyszłymi teściami/teściami pod jednym dachem.... także,żeby mieć dziewczynę na serio to się musisz na serio wyprowadzić z rodzinnego domu

Wiem i dlatego właśnie piszę, że na chwilę obecną nie nadaję się do związku.

kamil555x napisał/a:

Tak z ciekawości jakie wspomaganie zastosowałeś?

I dlaczego w sumie nie świadczy dobrze iść do łóżka na pierwszej randce? Jak jest chemia i obie osoby tego chcą to blokowanie się jest głupotą.

Nie mówiąc już o początkowych randkach. Np randka w kinie. Film się kończy o 22:30, dziewczyna nie chce iść do domu, jest okazja miło spędzić dalej czas razem i tu mieszkanie samemu mega pomaga w takiej sytuacji, możesz zaprosić dziewczynę do domu i czuć się zupełnie luźno. To też lepsze dla psychiki. Z drugiej strony jak dom duży i np masz swoje piętro lub opcję że rodzice nie siedzą za drzwiami to też może się da to pogodzić. Ale długofalowo jednak lepiej samemu jak się chce drugiej połówki.

Czemu zawsze mówisz że wspólne musi być? Zawsze zakładasz, że wynajem i wszystko wspólne bo sam nie dasz radę. A co jak związek nie wypali? Patrz na siebie to i związek będzie lepszy.

Nie pamiętam jak się nazywały te leki ale to były te znane, które reklamują w telewizji.

Bo na pierwszej randce się kompletnie nie zna drugiej osoby. To znaczy jeśli mówimy o randce z kimś nieznajomym, jeśli mowa o sytuacji gdzie wcześniej była długa znajomość to co innego. Jeśli jednak chodzi o kogoś nieznajomego(pisanie przez internet się nie liczy) to byłaby to skrajna głupota. Ryzykowanie zdrowiem, a może i życiem. Poza tym kiedy jestem na pierwszej randce z dziewczyną, a ta od razu proponuje pójście do łóżka to nie dawałyby mi spokoju myśli takie jak "ilu już było takich na pierwszej randce?" albo "skoro tak łatwo chce iść ze mną do łóżka to równie łatwo pójdzie z innymi później".

Tu tak naprawdę wszystko by zależało od miejsca ale skoro mówimy o kinie to raczej tylko w mieście. W takiej sytuacji byłaby tylko jedna opcja czyli wynajęcie pokoju w hotelu. Żeby mieszkać samemu trzeba być bogatym, wynajęty pokój nie ma nic wspólnego z mieszkanie samemu. To musiałaby być przynajmniej wynajęta kawalerka. U mnie w domu to byłoby niewykonalne i tak też było z dziewczyną. Tylko u niej lub w takim pokoju hotelowym dało się cokolwiek zrobić.

A jak inaczej miałoby być? Wynajęcie mieszkania czy nawet kawalerki w pojedynkę w dużym mieście jest poza zasięgiem coraz większej ilości ludzi, ja nawet nie biorę takiej opcji pod uwagę bo do tego musiałbym zarabiać co najmniej 6-7k na rękę. A jak związek nie wypali to to samo co wielu moich znajomych czyli powrót do rodziców.

Mój związek nie wypalił i NIGDY nie wróciłam z dzieckiem na ręku z zagranicy do rodziców. Nawet nie chciałam,bo wiedziałam z czym to się będzie wiązać z brakiem wolności i wychowywanie córki pod ich dyktando. Dlatego poszłam do hostelu dla matek z dziecmi, mieszkałam też z kumpela i przez jakiś czas dzięki temu mogłam aplikować z hostelu o dom... właśnie nie rozumiem tej durnej tradycji powrotu do domu rodzinnego,gdy zostawi nas partner/partnerka ja już bym wolała mieszkać na ulicy niż tracić te wolnośc  bycia niezależnym od dostosowywania się do warunków rodziców.  Jeszcze jako osoba nieletnia było to znośne,ale jak skończyłam 18 lat to marzyłam by się wyprowadzić bo marzyłam o wolności żeby sobie robić co chce. Wygoda nie była dla mnie wtedy tak bardzo istotna co właśnie wolnosc i robiene tego co się chcę

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Ludzie, którzy swoje przeżyli i których przeczołgało dzielą się na dwie grupy - tych, których to nauczyło między innymi pokory i tych, którym się wydaje. Ci pierwsi są warci swojej wagi w złocie, ci drudzy bywają co najmniej wkurzający. Jak sądzisz, do której grupy należysz?

Sądzę, że Ciebie zdecydowanie wkurwiam. Tyle, że w Twoim wypadku akurat rzeczywiście wisi mi to i powiewa- bo widzę Twoje zachowanie. Zarówno w stosunku do Shiniego, jak i do mnie.


Muqin napisał/a:

W czasach mojego dzieciństwa byli na chodzie ci, którzy przeżyli II Wojnę Światową plus okres stalinizmu.  Między innymi, bo sporo załapało się też na tą poprzednią, a mój własny dziadek to nawet na zabory i biedę z czworaków się załapał. W ciemno ci powiem, Rozrabiako  - gdybyś się z niektórymi z nich zetknął do głowy by ci nie przyszło, żeby o jakichś swoich traumach pisnąć słówko.

Cóż za hipokryzja w ocenie big_smile

Shiniemu wolno się nad sobą użalać od lat, Ty jesteś gotowa biec i pocieszać.
Ja raz wspomniałem, że było mi trudniej niż jemu i dałem radę - bo się da.
Mija moment i wbija Muqin z dziadkami, zaborami, wojnami. By mi udowodnić, jak mało znaczą moje przeżycia.
Zaiste, przepiękna próbka Twoich możliwości.

Tylko widzisz, ja wiem że nie jestem pępkiem świata. Nie żalę się, nie skupiam na sobie uwagi, nie próbuję się kreować na kogoś wyjątkowo pokrzywdzonego przez los.
Nie trzeba mi uświadamiać że inni mieli gorzej, bo to wiem. Dlatego- patrz powyżej. Robię swoje w ciszy.

Wiem że się da bo przez to przechodziłem i to próbuję Shiniemu pokazać. Czasem lepiej, czasem gorzej.

Nie obchodzi mnie to, że Ty zrobiłabyś to inaczej, że w Twoim zestawie przekonań nie mieści się coś takiego jak męska rozmowa.

Twoje chuchanie i dmuchanie jest przeciwskuteczne i utrwala go w jego autosabotujących przekonaniach.
Od kiedy Ci to napisałem tutaj, masz wyraźny problem do mnie.
Ale ten problem, to Twój problem;)


Muqin napisał/a:

Pusty śmiech cię ogarnia? Serio? Zastanów się z czego się śmiejesz. Z czyjegoś prawdziwego cierpienia i czyjegoś prawdziwego nieszczęścia się śmiejesz. Cholernie zabawne, zaiste, boki ze śmiechu rwać. Normalnie beka, facet w depresji, utknął bez roboty z toksyczna rodzinką i ni wte ni wewte - istna komedia.


A to już piękny przykład manipulacji. No ale w tym to akurat jesteś niezła kiedy Ci ktoś zajdzie za skórę;)

2,636

Odp: Co to znaczy żyć?

Bert, będę musiał przeczytać twój post wiele razy żeby zrozumieć o co dokładnie chodzi. Spróbuję to zrobić.

Priscilla napisał/a:

To bardzo "ciekawe", co piszesz. Od dziewięciu lat bujam się po takich miejscach i mam zupełnie inne spostrzeżenia. Duża grupa moich dzisiejszych znajomych to właśnie osoby poznane na kursach w akademii tańca. Razem spędzamy czas na sali treningowej, na imprezach, wyjazdach integracyjnych, spotykamy się też na gruncie stricte prywatnym.
Prawie nie ma weekendu, żebym nie dostała zaproszenia na wspólne wyjście, na grilla, na wyjazd w góry, rowerową wycieczkę, czy, jak ostatnio, na kajaki. Podobnie bywa w tygodniu. Wspólnie świętujemy urodziny i inne ważne, życiowe wydarzenia, jak obrona czyjegoś dyplomu czy narodziny dziecka.
Jak kojarzę, to jakieś kilkanaście par z tego towarzystwa weszło w związki, kilka wzięło ślub, założyli rodziny, kilka innych jest po zaręczynach. Nawet w ubiegłym tygodniu świętowaliśmy kolejne zaręczyny. No ale...

Po tym, co teraz przeczytałam, odświeżyła się moja pamięć i już wiem, że kiedyś już o tym rozmawialiśmy.
Ja nie widziałam dotąd nikogo, kto się błaźnił, w końcu po to jest nauka tańca, żeby się go - jak sama nazwa wskazuje - nauczyć.
Niemniej Twój problem, Twoja decyzja, głową muru przebijać nie zamierzam.

To co na pewno masz, to mnóstwo fałszywych przekonań i potrzebę dyskutowania ze wszystkim, co mogłoby wytrącić Cię z roli ofiary.
Masz w tym określony cel - to na pewno.

Co do kursów tańca to jeszcze nie wiem ale jak to wygląda na publicznej siłowni trochę już wiem. Zobaczyć tam ludzi rozmawiających ze sobą to rzadkość. Każdy albo ma słuchawki albo siedzi w telefonie i ledwo ogarnia co się dzieje wokół. Każdy na maksa skupiony na treningu. Dziewczyny albo są co najmniej we dwójkę i skupione tylko na sobie albo jak się trafi jakaś samotna to zabija spojrzeniem. Przez 3 tygodnie udało mi się porozmawiać tylko z recepcjonistką. Tam wszyscy się totalnie ignorują. Ja jeszcze nigdy nie dostałem żadnego zaproszenia na weekend czy cokolwiek podobnego. Poza tym nie odpowiedziałaś. Są na kursach tańca jakieś dziewczyny w moim wieku lub młodsze? Przychodzą tam w pojedynkę i nie zabijają spojrzeniem? I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy? I jeszcze jedna rzecz mnie ciekawi. Do jakiego sportu taniec jest najbardziej podobny? Umiejętności ze sztuk walki mogłyby mi pomóc w lepszym ogarnięciu tańca? W ogóle jeśli możesz to napisz trochę więcej jak wyglądają takie kursy tańca. Z tych, które do tej pory sprawdzałem to ciężko było w ogóle o jakiś kurs dla jednej osoby, oczywiście poza indywidualnym. Taniec jest domyślnie przewidziany dla par i głównie takie oferty znajdowałem do tej pory.

To dość logiczne, że na kurs idzie się po to by się czegoś nauczyć. Po prostu ciężko mi sobie wyobrazić by ktoś kto nigdy nie miał z tym żadnej styczności mógł tak po prostu zacząć od zera. W sztukach walki jest z tym łatwo bo po prostu ruchy są łatwe do wykonania, oczywiście te podstawowe. Niektórzy jeszcze mają wrodzony talent i bardzo szybko uczą się techniki. Jak przychodzi ktoś nowy często nie potrafi wykonać nawet zwykłego prostego czy sierpowego ale po tygodniu już ogarnia. Podobnie jest z treningiem siłowym czy wytrzymałościowym, za pierwszy razem ktoś może nie dać razy zrobić 10 pompek. Za 4-5 razem zrobi ich 15 i nikogo to nie dziwi ani nikt nie potępia za nie zrobienie tych 10 za pierwszym razem. W tańcu też tak się da?

Terapeutka też powtarza, że jedynym sposobem by walczyć z tymi przekonaniami jest obalanie tych przekonań na przykład poprzez rozmowę z innymi ludźmi.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Ja raz wspomniałem, że było mi trudniej niż jemu i dałem radę - bo się da.

Tylko widzisz, ja wiem że nie jestem pępkiem świata. Nie żalę się, nie skupiam na sobie uwagi, nie próbuję się kreować na kogoś wyjątkowo pokrzywdzonego przez los.
Nie trzeba mi uświadamiać że inni mieli gorzej, bo to wiem. Dlatego- patrz powyżej. Robię swoje w ciszy.

Wiem że się da bo przez to przechodziłem i to próbuję Shiniemu pokazać. Czasem lepiej, czasem gorzej.

Nie obchodzi mnie to, że Ty zrobiłabyś to inaczej, że w Twoim zestawie przekonań nie mieści się coś takiego jak męska rozmowa.

Skąd wiesz, że tobie było trudniej niż mi? Po pierwsze skąd wiesz, że napisałem na forum o wszystkim co mnie do tej pory spotkało? Może przeżyłem coś gorszego niż ty ale jak dotąd o tym nie napisałem. Nie możesz tego wiedzieć tak samo jak ja nie mogę wiedzieć czy ty cokolwiek przeżyłeś z tego co opisujesz bo nie podałeś nawet jednego przykładu. Po drugie skąd masz pewność, że da się przeżyć coś czego sam nie przeżyłeś, byłeś w dokładniej takiej sytuacji jak ja?

Właśnie ci, którzy "robią swoje w ciszy" zwiększają statystykę samobójstw.

Ponownie pytam przechodziłeś przez dokładnie to samo co ja teraz? Nie miałeś pracy ani perspektyw i byłeś uwięziony w toksycznym środowisku, które jedynie wzmagało twoje lęki, poczucie bezradności i beznadziei? Byłeś w permanentnym stresie i presji na zrobienie czegoś czego nie byłeś w stanie zrobić przez co niemal cały czas byłeś wyczerpany psychicznie i fizycznie? Miałeś kiedyś myśli samobójcze i chęć nie obudzenia się następnego dnia kładąc się spać? Czułeś się kiedyś tak paskudnie, że nie byłeś w stanie nawet wstać z łóżka? Nienawidziłeś siebie tak bardzo, że żałowałeś, że się urodziłeś?

W moim zestawie też nie mieści się męska rozmowa bo ona nie działa. Gnojenie, wyzywanie czy stawianie jeszcze większych wymagań nie działa, próbowałem wiele razy. Nawet jakbyś mi przystawił pistolet do głowy to pewnie też by nie zadziałało. Typowo męskie, siłowe sposoby nie działają.

2,637 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-16 23:13:28)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy?
Typowo męskie, siłowe sposoby nie działają.

Do pierwszego.

Nie szukass zony tylko ludzi do kontaktu.
Badz szczery. Padla firma w ktorej robiles szukasz nowej. I juz. Potrzebujesz przewietrzyc mozg i dlatego tu jestes. A reszta to zabawa z ludzmi. Nie zarzucaj obcych ludzi (niezaleznie czy babka czy facet).swoimi problemami. Jak bedziesz z kims blisko to pogadasz otwarcie.

Do drugiego - meskie to nie oznacza silowe   To oznacza wprost, szczerze, bez owijania, być może bolesnie, bez gierek,  bez oszczedzania, bez patrzenia ze zaboli, moze sie myle moze nie - ty odpowiedz

2,638

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Zamknięte kółko ok, to już od jakiegoś czasu wiadomo, Shini też to wie. Zgadzam się z Tobą w pełni - słabszym miejscem tego kółka jest praca, praca na zewnątrz i skoro usiłujemy kółko przerwać to w słabym miejscu kółka. Znalezienie pracy u zewnętrznego pracodawcy jako priorytet - jestem ZA.

Obawiam się, że to jest priorytet, ale nie dla Shiniego. On się pracy zwyczajnie boi. Jego lęk przed pracą, a nawet samo myślenie o niej - paraliżuje. Stąd te wszystkie racjonalizacje, czyli wyznaczanie sobie standardów, do których prawdopodobnie nie jest w stanie doskoczyć, to skupianie się na swoich brakach zamiast na szukaniu potencjału, usilne podkreślanie cech, których w sobie nie ma i być może nigdy mieć nie będzie - aby samemu sobie wytłumaczyć, dlaczego nie ma sensu podejmować działania, a równocześnie usprawiedliwić tę absolutną bierność.

Zresztą daleko szukać - kilka dni temu podsunęłam Shiniemu banalnie prosty w realizacji pomysł. Ryzyko zerowe, a możliwości zupełnie realne. Niby stwierdził, że ma to sens, ale od razu pojawiło się jakieś niezrozumiałe dla mnie odwlekanie w czasie - "muszę to przejrzeć", "muszę się zastanowić", "muszę..." A ja dam sobie rękę uciąć, że pomimo nadmiaru wolnego czasu do chwili obecnej nie umieścił tam swojego wpisu, pomimo że napisanie takiego ogłoszenia zajmuje nie więcej niż kilkanaście minut, a i to z pewnym zapasem, bo przecież w dobie AI w ciągu kilku minut można stworzyć kilka różnych wersji, ewentualnie tę wybraną jeszcze bardziej podkręcić pod siebie. 

Jak to było? Jak ktoś chce, znajdzie sposób, jak ktoś nie chce, znajdzie powód.

2,639 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-08-16 23:44:56)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Bert, będę musiał przeczytać twój post wiele razy żeby zrozumieć o co dokładnie chodzi. Spróbuję to zrobić.

Priscilla napisał/a:

To bardzo "ciekawe", co piszesz. Od dziewięciu lat bujam się po takich miejscach i mam zupełnie inne spostrzeżenia. Duża grupa moich dzisiejszych znajomych to właśnie osoby poznane na kursach w akademii tańca. Razem spędzamy czas na sali treningowej, na imprezach, wyjazdach integracyjnych, spotykamy się też na gruncie stricte prywatnym.
Prawie nie ma weekendu, żebym nie dostała zaproszenia na wspólne wyjście, na grilla, na wyjazd w góry, rowerową wycieczkę, czy, jak ostatnio, na kajaki. Podobnie bywa w tygodniu. Wspólnie świętujemy urodziny i inne ważne, życiowe wydarzenia, jak obrona czyjegoś dyplomu czy narodziny dziecka.
Jak kojarzę, to jakieś kilkanaście par z tego towarzystwa weszło w związki, kilka wzięło ślub, założyli rodziny, kilka innych jest po zaręczynach. Nawet w ubiegłym tygodniu świętowaliśmy kolejne zaręczyny. No ale...

Po tym, co teraz przeczytałam, odświeżyła się moja pamięć i już wiem, że kiedyś już o tym rozmawialiśmy.
Ja nie widziałam dotąd nikogo, kto się błaźnił, w końcu po to jest nauka tańca, żeby się go - jak sama nazwa wskazuje - nauczyć.
Niemniej Twój problem, Twoja decyzja, głową muru przebijać nie zamierzam.

To co na pewno masz, to mnóstwo fałszywych przekonań i potrzebę dyskutowania ze wszystkim, co mogłoby wytrącić Cię z roli ofiary.
Masz w tym określony cel - to na pewno.

Co do kursów tańca to jeszcze nie wiem ale jak to wygląda na publicznej siłowni trochę już wiem. Zobaczyć tam ludzi rozmawiających ze sobą to rzadkość. Każdy albo ma słuchawki albo siedzi w telefonie i ledwo ogarnia co się dzieje wokół. Każdy na maksa skupiony na treningu. Dziewczyny albo są co najmniej we dwójkę i skupione tylko na sobie albo jak się trafi jakaś samotna to zabija spojrzeniem. Przez 3 tygodnie udało mi się porozmawiać tylko z recepcjonistką. Tam wszyscy się totalnie ignorują. Ja jeszcze nigdy nie dostałem żadnego zaproszenia na weekend czy cokolwiek podobnego. Poza tym nie odpowiedziałaś. Są na kursach tańca jakieś dziewczyny w moim wieku lub młodsze? Przychodzą tam w pojedynkę i nie zabijają spojrzeniem? I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy? I jeszcze jedna rzecz mnie ciekawi. Do jakiego sportu taniec jest najbardziej podobny? Umiejętności ze sztuk walki mogłyby mi pomóc w lepszym ogarnięciu tańca? W ogóle jeśli możesz to napisz trochę więcej jak wyglądają takie kursy tańca. Z tych, które do tej pory sprawdzałem to ciężko było w ogóle o jakiś kurs dla jednej osoby, oczywiście poza indywidualnym. Taniec jest domyślnie przewidziany dla par i głównie takie oferty znajdowałem do tej pory.

To dość logiczne, że na kurs idzie się po to by się czegoś nauczyć. Po prostu ciężko mi sobie wyobrazić by ktoś kto nigdy nie miał z tym żadnej styczności mógł tak po prostu zacząć od zera. W sztukach walki jest z tym łatwo bo po prostu ruchy są łatwe do wykonania, oczywiście te podstawowe. Niektórzy jeszcze mają wrodzony talent i bardzo szybko uczą się techniki. Jak przychodzi ktoś nowy często nie potrafi wykonać nawet zwykłego prostego czy sierpowego ale po tygodniu już ogarnia. Podobnie jest z treningiem siłowym czy wytrzymałościowym, za pierwszy razem ktoś może nie dać razy zrobić 10 pompek. Za 4-5 razem zrobi ich 15 i nikogo to nie dziwi ani nikt nie potępia za nie zrobienie tych 10 za pierwszym razem. W tańcu też tak się da?

Terapeutka też powtarza, że jedynym sposobem by walczyć z tymi przekonaniami jest obalanie tych przekonań na przykład poprzez rozmowę z innymi ludźmi.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Ja raz wspomniałem, że było mi trudniej niż jemu i dałem radę - bo się da.

Tylko widzisz, ja wiem że nie jestem pępkiem świata. Nie żalę się, nie skupiam na sobie uwagi, nie próbuję się kreować na kogoś wyjątkowo pokrzywdzonego przez los.
Nie trzeba mi uświadamiać że inni mieli gorzej, bo to wiem. Dlatego- patrz powyżej. Robię swoje w ciszy.

Wiem że się da bo przez to przechodziłem i to próbuję Shiniemu pokazać. Czasem lepiej, czasem gorzej.

Nie obchodzi mnie to, że Ty zrobiłabyś to inaczej, że w Twoim zestawie przekonań nie mieści się coś takiego jak męska rozmowa.

Skąd wiesz, że tobie było trudniej niż mi? Po pierwsze skąd wiesz, że napisałem na forum o wszystkim co mnie do tej pory spotkało? Może przeżyłem coś gorszego niż ty ale jak dotąd o tym nie napisałem. Nie możesz tego wiedzieć tak samo jak ja nie mogę wiedzieć czy ty cokolwiek przeżyłeś z tego co opisujesz bo nie podałeś nawet jednego przykładu. Po drugie skąd masz pewność, że da się przeżyć coś czego sam nie przeżyłeś, byłeś w dokładniej takiej sytuacji jak ja?

Właśnie ci, którzy "robią swoje w ciszy" zwiększają statystykę samobójstw.

Ponownie pytam przechodziłeś przez dokładnie to samo co ja teraz? Nie miałeś pracy ani perspektyw i byłeś uwięziony w toksycznym środowisku, które jedynie wzmagało twoje lęki, poczucie bezradności i beznadziei? Byłeś w permanentnym stresie i presji na zrobienie czegoś czego nie byłeś w stanie zrobić przez co niemal cały czas byłeś wyczerpany psychicznie i fizycznie? Miałeś kiedyś myśli samobójcze i chęć nie obudzenia się następnego dnia kładąc się spać? Czułeś się kiedyś tak paskudnie, że nie byłeś w stanie nawet wstać z łóżka? Nienawidziłeś siebie tak bardzo, że żałowałeś, że się urodziłeś?

W moim zestawie też nie mieści się męska rozmowa bo ona nie działa. Gnojenie, wyzywanie czy stawianie jeszcze większych wymagań nie działa, próbowałem wiele razy. Nawet jakbyś mi przystawił pistolet do głowy to pewnie też by nie zadziałało. Typowo męskie, siłowe sposoby nie działają.

Nie ma co dzielić na to komu było trudniej,a komu łatwiej każdy swoje problemy postrzega jako jakąś najwieksza tragedię dla przykładu dla 10 letniego dziecka jak mu rodzice za złe zachowanie zabiorą telefon to będzie to dla tego dziecka największą tragedia w tamtym czasie,a po latach jak np poważnie zachoruje to dziecko to stwierdzi,że tamta kara to było NIC...

Tak w Polsce panuje przekonanie durne zresztą,żeby znosic cierpienia w MILCZENIU. Bardzo to szkodliwe,bo tak ludzie by mogli.sobie nawzajem pomagać i wspierać,a tak to tylko "Nie Ty jeden i nie ostatni masz depresje, straciłeś kogoś bliskiego,miałeś wypadek" itd. No oczywiście NIE ON/ONA JEDNI,ale czy ten fakt wyklucza ze współczucia i pomocy? No nie. Właśnie trzeba mówić o swoich problemach;a nie znosic w milczeniu jak w jakimś średniowieczu.

Przykładu samotną matka z czworka dzieci sama na wsi ciężko pracuje na gospodarstwie jeszcze matka się chora opiekuje kiedyś nagrała o tym filmik na yt to w komentarzach przeczytała m in "i co z tego? Ja też sama wychowuje dzieci i nie użalam sie nad soba". No okropna jest znieczulica w Polsce... a wszystko przez tą durna tradycje MILCZENIA W CIERPIENIU....bo nie daj Bóg ktoś zacznie pisać o swoich problemach to zaraz jest
1. Nie użalaj się nad sobą
2. Nie Ty pierwszy i ostatni
3. Kogo to obchodzi inni też tak mają
4. Przestań zwracać na siebie uwagę
Oraz słynne "wez sie do roboty" tak jakby praca była niewiem jakimś cudownym lekiem na całe zło tego świata. Następnym razem jak ktoś zachoruje na depresję to niech nie idzie do psychiatry tylko weźmie się za jakąś robotę big_smile . Ja Wam pisze gdybym ja przyleciała do Polski i bym się przewrocila to by wszyscy po mnie przeszli i jeszcze by na koniec powiedzieli "Nie użalaj się nad sobą nie Ty pierwszą i ostatnia się przewrocilas" xD

Ja Ciebie trochę rozumiem,bo przez chroniczne zmęczenie sama leżałam całymi dniami w łóżku No i ju pewnie też przez to nabawiłam się depresji,bo miałam jej objawy,ale tutaj akurat Rozrabiaka ma rację,żeby stawiac sobie różne cele. Ja zaczęłam tak robić od niedawna i codziennie coś robię,żeby ten cel zrealizować. I tak jest o wiele lepiej. A nie musisz mieć jakiś wielkich celów w życiu może być np nauka nowego języka albo No znaleźć te nieszczęsne robotę big_smile... ja mam narazie tylko 3 cele
1. Powrót do Wspólnoty
2. Malowanie i sprzedaż obrazów
3. Remont pokoju dziennego i dokończyć urządzenie ogrodu ... jak mnie sie te cele skończą to prawdopodobnie będę mieć kolejne....życie bez celów jest puste... no i jeżeli masz silna depresję to wez leki... ja sobie poradziłam sama psychoterapia bez leków,ale wiem ,ze duzo osob sobie tak nie poradzi

2,640

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

(...) Poza tym nie odpowiedziałaś. Są na kursach tańca jakieś dziewczyny w moim wieku lub młodsze? Przychodzą tam w pojedynkę i nie zabijają spojrzeniem? I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy? I jeszcze jedna rzecz mnie ciekawi. Do jakiego sportu taniec jest najbardziej podobny? Umiejętności ze sztuk walki mogłyby mi pomóc w lepszym ogarnięciu tańca? W ogóle jeśli możesz to napisz trochę więcej jak wyglądają takie kursy tańca. Z tych, które do tej pory sprawdzałem to ciężko było w ogóle o jakiś kurs dla jednej osoby, oczywiście poza indywidualnym. Taniec jest domyślnie przewidziany dla par i głównie takie oferty znajdowałem do tej pory.

To dość logiczne, że na kurs idzie się po to by się czegoś nauczyć. Po prostu ciężko mi sobie wyobrazić by ktoś kto nigdy nie miał z tym żadnej styczności mógł tak po prostu zacząć od zera. W sztukach walki jest z tym łatwo bo po prostu ruchy są łatwe do wykonania, oczywiście te podstawowe. Niektórzy jeszcze mają wrodzony talent i bardzo szybko uczą się techniki. Jak przychodzi ktoś nowy często nie potrafi wykonać nawet zwykłego prostego czy sierpowego ale po tygodniu już ogarnia. Podobnie jest z treningiem siłowym czy wytrzymałościowym, za pierwszy razem ktoś może nie dać razy zrobić 10 pompek. Za 4-5 razem zrobi ich 15 i nikogo to nie dziwi ani nikt nie potępia za nie zrobienie tych 10 za pierwszym razem. W tańcu też tak się da?

Shini, zlituj się. Skąd ja mam wiedzieć, jakie będą dziewczyny w miejscu, do którego Ty skierujesz swoje kroki? Tam gdzie ja bywam i w szkołach, o których coś więcej wiem - są, bo są właściwie w każdym wieku, wolne i zajęte, chętne na bliższe relacje i takie, które chcą tylko (i aż) nauczyć się tańczyć. To nie jest skupisko ludzi, którzy szukają swojej drugiej połówki, ale zdarza się, że tak jak w każdym innym miejscu poznają się, a potem ze sobą związują.
Ja poszłam nauczyć się tańczyć, zrobić dla siebie coś fajnego, znaleźć odskocznię od problemów, które miałam w tamtym okresie (leczyłam rany po bolesnej stracie bardzo bliskiej mi osoby), a ta cała reszta to był/jest bonus, który dostałam niejako w pakiecie, bo nawet o tym nie myślałam.
   
I zlituj się po raz drugi - to jest kurs tańca, dzięki któremu możesz nauczyć się bardzo przydatnej towarzyskiej umiejętności, poznać innych ludzi, być może potencjalną partnerkę, ale to nie jest tak, że ktoś na "dzień dobry" wypytuje Cię o pracę, Twoje życie osobiste i plany na przyszłość wink
U nas takie kwestie albo wypływają między wierszami, kiedy ktoś opowiada coś o sobie, albo jeśli jesteśmy ze sobą na tyle blisko, by przy okazji zapytać, dlatego po dziś dzień nie mam bladego pojęcia, gdzie pracuje większa część moich "tanecznych" znajomych. Nie jest mi to do niczego potrzebne, bo tam jesteśmy ze sobą w czasie wolnym i na zupełnie luźnych zasadach. 

Istruktorami są profesjonaliści i oni wiedzą, jak uczyć. Jasne, że część osób ma lepsze ku temu predyspozycje, część ma już jakieś podstawy z przeszłości, ale to instruktorzy są od tego, by pokazać o co w tym chodzi, dobrać odpowiednie tempo nauki i - jak trzeba - korygować błędy. Po to też są zresztą różne stopnie zaawansowania, żeby wszysy byli na w miarę równym poziomie.

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini


Nie będę się z Tobą licytował ani niczego udowadniał.
Wiem o Tobie tyle co tu napisałeś, a sporo tego.
Potrafię porównać sytuacje, znam mechanizmy.

Piszę to jako ktoś, kto najpierw pracował z sobą, miał okazję przyglądać się pracy z innymi i się jej uczyć, wreszcie, pomagał ludziom sobie poukładać.
Mechanizmy zawsze są te same, podobne rzeczy działają i pomagają- tylko scenografie się różnią. Tylko otoczka jest indywidualna.
Nie jesteś żadnym wyjątkiem ani specjalnym przypadkiem.
Myślę że pracę znalazłbyś w mgnieniu oka, gdyby od tego zależało czy będziesz miał co jeść i gdzie spać.

Tobie całkiem dobrze się powodzi. Problemem jest samopoczucie, ale warunki zewnętrzne masz komfortowe.

Jedyne Twoje stresory to te, które sobie sam tworzysz.

To robi różnicę- bo mając spore długi, będąc chorym, w trakcie trudnego rozwodu i rozłąki z dziećmi, bez zaplecza socjalnego rodziców, borykając sie np z opieką nad najbliższymi w zw z ich chorobą, z kalectwem, itp itd, byłbyś w totalnie innej sytuacji.

Masz wymarzone warunki by się za siebie zabrać.

Większość ludzi nie ma czasu na takie zachowania jakie tu prezentujesz, bo muszą pracować by przetrwać.

Twoja uwaga skupia się wyłącznie na problemach, nie chcesz widzieć całej reszty.
Zrobiłeś sobie ołtarzyk ze swoich problemów i umieściłeś tam siebie w centralnym punkcie.


Chcesz to wierz, nie to nie.
To jest Twoje życie, rób sobie z nim co chcesz. Ostatecznie, to Ty zbierzesz efekty. Chcesz je spędzić na narzekaniu, bezczynności, szukaniu swojej wartości w ten sposób- proszę bardzo.
To Ty decydujesz.

2,642

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:
Shinigami napisał/a:

I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy?
Typowo męskie, siłowe sposoby nie działają.

Do pierwszego.

Nie szukass zony tylko ludzi do kontaktu.
Badz szczery. Padla firma w ktorej robiles szukasz nowej. I juz. Potrzebujesz przewietrzyc mozg i dlatego tu jestes. A reszta to zabawa z ludzmi. Nie zarzucaj obcych ludzi (niezaleznie czy babka czy facet).swoimi problemami. Jak bedziesz z kims blisko to pogadasz otwarcie. (...)

No patrz, jakie to proste! wink
Jest dokładnie tak, jak napisałeś. To jest zabawa, problemy zostawia się za drzwiami sali treningowej, a tam wchodzimy do "zupełnie innego świata", co każdy sobie ceni i nieraz głośno zostało to powiedziane. Dopiero kiedy ludzie się do siebie zbliżają, zaczynają się i te głębsze rozmowy.

2,643

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

(...) Poza tym nie odpowiedziałaś. Są na kursach tańca jakieś dziewczyny w moim wieku lub młodsze? Przychodzą tam w pojedynkę i nie zabijają spojrzeniem? I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy? I jeszcze jedna rzecz mnie ciekawi. Do jakiego sportu taniec jest najbardziej podobny? Umiejętności ze sztuk walki mogłyby mi pomóc w lepszym ogarnięciu tańca? W ogóle jeśli możesz to napisz trochę więcej jak wyglądają takie kursy tańca. Z tych, które do tej pory sprawdzałem to ciężko było w ogóle o jakiś kurs dla jednej osoby, oczywiście poza indywidualnym. Taniec jest domyślnie przewidziany dla par i głównie takie oferty znajdowałem do tej pory.

To dość logiczne, że na kurs idzie się po to by się czegoś nauczyć. Po prostu ciężko mi sobie wyobrazić by ktoś kto nigdy nie miał z tym żadnej styczności mógł tak po prostu zacząć od zera. W sztukach walki jest z tym łatwo bo po prostu ruchy są łatwe do wykonania, oczywiście te podstawowe. Niektórzy jeszcze mają wrodzony talent i bardzo szybko uczą się techniki. Jak przychodzi ktoś nowy często nie potrafi wykonać nawet zwykłego prostego czy sierpowego ale po tygodniu już ogarnia. Podobnie jest z treningiem siłowym czy wytrzymałościowym, za pierwszy razem ktoś może nie dać razy zrobić 10 pompek. Za 4-5 razem zrobi ich 15 i nikogo to nie dziwi ani nikt nie potępia za nie zrobienie tych 10 za pierwszym razem. W tańcu też tak się da?

Shini, zlituj się. Skąd ja mam wiedzieć, jakie będą dziewczyny w miejscu, do którego Ty skierujesz swoje kroki? Tam gdzie ja bywam i w szkołach, o których coś więcej wiem - są, bo są właściwie w każdym wieku, wolne i zajęte, chętne na bliższe relacje i takie, które chcą tylko (i aż) nauczyć się tańczyć. To nie jest skupisko ludzi, którzy szukają swojej drugiej połówki, ale zdarza się, że tak jak w każdym innym miejscu poznają się, a potem ze sobą związują.
Ja poszłam nauczyć się tańczyć, zrobić dla siebie coś fajnego, znaleźć odskocznię od problemów, które miałam w tamtym okresie (leczyłam rany po bolesnej stracie bardzo bliskiej mi osoby), a ta cała reszta to był/jest bonus, który dostałam niejako w pakiecie, bo nawet o tym nie myślałam.
   
I zlituj się po raz drugi - to jest kurs tańca, dzięki któremu możesz nauczyć się bardzo przydatnej towarzyskiej umiejętności, poznać innych ludzi, być może potencjalną partnerkę, ale to nie jest tak, że ktoś na "dzień dobry" wypytuje Cię o pracę, Twoje życie osobiste i plany na przyszłość wink
U nas takie kwestie albo wypływają między wierszami, kiedy ktoś opowiada coś o sobie, albo jeśli jesteśmy ze sobą na tyle blisko, by przy okazji zapytać, dlatego po dziś dzień nie mam bladego pojęcia, gdzie pracuje większa część moich "tanecznych" znajomych. Nie jest mi to do niczego potrzebne, bo tam jesteśmy ze sobą w czasie wolnym i na zupełnie luźnych zasadach. 

Istruktorami są profesjonaliści i oni wiedzą, jak uczyć. Jasne, że część osób ma lepsze ku temu predyspozycje, część ma już jakieś podstawy z przeszłości, ale to instruktorzy są od tego, by pokazać o co w tym chodzi, dobrać odpowiednie tempo nauki i - jak trzeba - korygować błędy. Po to też są zresztą różne stopnie zaawansowania, żeby wszysy byli na w miarę równym poziomie.

Ja też uwazam,że taniec to bylby dobry pomysł nawet czytalam badania kiedys,że poprawia samopoczucie,wiec Shini przy depresji by skorzystal plus no kontakty z ludzmi przy depresji też sa ważne

2,644

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini


Nie będę się z Tobą licytował ani niczego udowadniał.
Wiem o Tobie tyle co tu napisałeś, a sporo tego.
Potrafię porównać sytuacje, znam mechanizmy.

Piszę to jako ktoś, kto najpierw pracował z sobą, miał okazję przyglądać się pracy z innymi i się jej uczyć, wreszcie, pomagał ludziom sobie poukładać.
Mechanizmy zawsze są te same, podobne rzeczy działają i pomagają- tylko scenografie się różnią. Tylko otoczka jest indywidualna.
Nie jesteś żadnym wyjątkiem ani specjalnym przypadkiem.
Myślę że pracę znalazłbyś w mgnieniu oka, gdyby od tego zależało czy będziesz miał co jeść i gdzie spać.

Tobie całkiem dobrze się powodzi. Problemem jest samopoczucie, ale warunki zewnętrzne masz komfortowe.

Jedyne Twoje stresory to te, które sobie sam tworzysz.

To robi różnicę- bo mając spore długi, będąc chorym, w trakcie trudnego rozwodu i rozłąki z dziećmi, bez zaplecza socjalnego rodziców, borykając sie np z opieką nad najbliższymi w zw z ich chorobą, z kalectwem, itp itd, byłbyś w totalnie innej sytuacji.

Masz wymarzone warunki by się za siebie zabrać.

Większość ludzi nie ma czasu na takie zachowania jakie tu prezentujesz, bo muszą pracować by przetrwać.

Twoja uwaga skupia się wyłącznie na problemach, nie chcesz widzieć całej reszty.
Zrobiłeś sobie ołtarzyk ze swoich problemów i umieściłeś tam siebie w centralnym punkcie.


Chcesz to wierz, nie to nie.
To jest Twoje życie, rób sobie z nim co chcesz. Ostatecznie, to Ty zbierzesz efekty. Chcesz je spędzić na narzekaniu, bezczynności, szukaniu swojej wartości w ten sposób- proszę bardzo.
To Ty decydujesz.

Ale jeżeli on ma faktycznie depresje to trudne warunki zyciowe go wtedy cudownie nie uzdrowia i nie sprawia ,że nagle znajdzie pracę .... jak sie ma ciezka depresje to jak bomby spadaja to ludzie uciekaja a taka osoba lezy i se myśli "a niech mnie pierdyknie i bedzie spokoj"  big_smile no tak jest wiec żaden głód,wojna ani inna kryzysowa sytuacja nie ozdrowia nikogo cudownie z depresji

2,645 Ostatnio edytowany przez marcinex (2026-08-17 00:16:12)

Odp: Co to znaczy żyć?

Wątek widzę kręci się w kółko i to w zawrotnym tempie XD
Już widzę, że prawie każdy tutaj traci cierpliwość. Patrząc na historię tego wątku pewnie wkrótce umrze on na jakiś czas, by za jakiś czas znowu zacząć żyć. Znowu te same osoby będą dawać te same rady i tak w kółko i w kółko. Nie nudzi wam się?
Porozliczali byście Shiniego z jakichś postępów, a nie bez sensu pisali w kółko to samo.

Shini,
Co z tą pracą? Ostatnio było wysłane 5 CV? Ile jest teraz? List motywacyjny napisany? Zaświadczenia zdobyte?
Choć w zasadzie są to pytania retoryczne, bo ja już wiem co odpowiesz...

Jakakolwiek aktywność w tym wątku, bez rozliczania Shiniego z postępów w którymś z jego problemów mija się z celem...

2,646

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Co do kursów tańca to jeszcze nie wiem ale jak to wygląda na publicznej siłowni trochę już wiem. Zobaczyć tam ludzi rozmawiających ze sobą to rzadkość. Każdy albo ma słuchawki albo siedzi w telefonie i ledwo ogarnia co się dzieje wokół. Każdy na maksa skupiony na treningu. Dziewczyny albo są co najmniej we dwójkę i skupione tylko na sobie albo jak się trafi jakaś samotna to zabija spojrzeniem. Przez 3 tygodnie udało mi się porozmawiać tylko z recepcjonistką. Tam wszyscy się totalnie ignorują. Ja jeszcze nigdy nie dostałem żadnego zaproszenia na weekend czy cokolwiek podobnego. Poza tym nie odpowiedziałaś. Są na kursach tańca jakieś dziewczyny w moim wieku lub młodsze? Przychodzą tam w pojedynkę i nie zabijają spojrzeniem? I co chyba najważniejsze nie uciekną z krzykiem jak się dowiedzą, że aktualnie nie mam pracy? I jeszcze jedna rzecz mnie ciekawi. Do jakiego sportu taniec jest najbardziej podobny? Umiejętności ze sztuk walki mogłyby mi pomóc w lepszym ogarnięciu tańca? W ogóle jeśli możesz to napisz trochę więcej jak wyglądają takie kursy tańca. Z tych, które do tej pory sprawdzałem to ciężko było w ogóle o jakiś kurs dla jednej osoby, oczywiście poza indywidualnym. Taniec jest domyślnie przewidziany dla par i głównie takie oferty znajdowałem do tej pory.

To dość logiczne, że na kurs idzie się po to by się czegoś nauczyć. Po prostu ciężko mi sobie wyobrazić by ktoś kto nigdy nie miał z tym żadnej styczności mógł tak po prostu zacząć od zera. W sztukach walki jest z tym łatwo bo po prostu ruchy są łatwe do wykonania, oczywiście te podstawowe. Niektórzy jeszcze mają wrodzony talent i bardzo szybko uczą się techniki. Jak przychodzi ktoś nowy często nie potrafi wykonać nawet zwykłego prostego czy sierpowego ale po tygodniu już ogarnia. Podobnie jest z treningiem siłowym czy wytrzymałościowym, za pierwszy razem ktoś może nie dać razy zrobić 10 pompek. Za 4-5 razem zrobi ich 15 i nikogo to nie dziwi ani nikt nie potępia za nie zrobienie tych 10 za pierwszym razem. W tańcu też tak się da?

Kurde, ty już Shini chyba po prostu trollujesz. Bo inaczej tego się nie da nazwać... Na wszystkie te pytania znajdziesz odpowiedź w google/chacie GPT. Ale Ty wolisz udawać głupka...

Shinigami napisał/a:

Terapeutka też powtarza, że jedynym sposobem by walczyć z tymi przekonaniami jest obalanie tych przekonań na przykład poprzez rozmowę z innymi ludźmi.

Zmień terapeutkę... Od jebanych 4 lat całe forum próbuję Cię przekonać, że twoje przekonania są błędne i nie daje to żadnych rezultatów...

A z ciekawości? Czy wspominałeś terapeutce o twoim wątku na tutejszym forum? Ile osób przez lata próbowało Ci pomóc, a ty te wszystkie rady odrzucałeś raz po raz?
Jeśli nie to koniecznie powinieneś jej ten wątek pokazać. Może wtedy by sobie uświadomiła, że jej metody nie są skuteczne i tutaj trzeba innych działań.

2,647

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Do pierwszego.

Nie szukass zony tylko ludzi do kontaktu.
Badz szczery. Padla firma w ktorej robiles szukasz nowej. I juz. Potrzebujesz przewietrzyc mozg i dlatego tu jestes. A reszta to zabawa z ludzmi. Nie zarzucaj obcych ludzi (niezaleznie czy babka czy facet).swoimi problemami. Jak bedziesz z kims blisko to pogadasz otwarcie.

Do drugiego - meskie to nie oznacza silowe   To oznacza wprost, szczerze, bez owijania, być może bolesnie, bez gierek,  bez oszczedzania, bez patrzenia ze zaboli, moze sie myle moze nie - ty odpowiedz

To prawda tylko, że chyba wszędzie jak tylko jacyś ludzie zaczną rozmawiać to praca jest jednym z pierwszych tematów. Czasami mam wrażenie, że wiele osób nie potrafi rozmawiać o niczym innymi niż praca. W tracie zajęć pewnie nikt by o to nie pytał ale gdyby tylko jakaś znajomość wyszła poza same zajęcia od razy padłoby pytanie gdzie pracujesz, a pewnie i ile zarabiasz?

I jak miałbym to wytłumaczyć? Firma padła kilka miesięcy temu, a ja nadal nie potrafię znaleźć pracy? Nawet na kickboxingu boje się komukolwiek powiedzieć, że aktualnie nie mam pracy i wciskam kit jak tylko ktoś o to zapyta. Boję się kogokolwiek spoza rodziny zapytać czy nie ma jakichś namiarów na pracę żeby nie wyjść na kompletnego nieudacznika. W realu nikogo nie zarzucam problemami i nikt nie ma o nich pojęcia, oczywiście nie licząc terapeutki.

Dla mnie to zawsze oznaczało siłowe, a raczej przemocowe. Nigdy jeszcze nie spotkałem żadnego faceta, z którym mógłbym pogadać o jakichkolwiek problemach. Ci dwaj koledzy też nie mają o nich pojęcia, nawet o terapii nie wiedzą.

Priscilla napisał/a:

Shini, zlituj się. Skąd ja mam wiedzieć, jakie będą dziewczyny w miejscu, do którego Ty skierujesz swoje kroki? Tam gdzie ja bywam i w szkołach, o których coś więcej wiem - są, bo są właściwie w każdym wieku, wolne i zajęte, chętne na bliższe relacje i takie, które chcą tylko (i aż) nauczyć się tańczyć. To nie jest skupisko ludzi, którzy szukają swojej drugiej połówki, ale zdarza się, że tak jak w każdym innym miejscu poznają się, a potem ze sobą związują.
Ja poszłam nauczyć się tańczyć, zrobić dla siebie coś fajnego, znaleźć odskocznię od problemów, które miałam w tamtym okresie (leczyłam rany po bolesnej stracie bardzo bliskiej mi osoby), a ta cała reszta to był/jest bonus, który dostałam niejako w pakiecie, bo nawet o tym nie myślałam.
   
I zlituj się po raz drugi - to jest kurs tańca, dzięki któremu możesz nauczyć się bardzo przydatnej towarzyskiej umiejętności, poznać innych ludzi, być może potencjalną partnerkę, ale to nie jest tak, że ktoś na "dzień dobry" wypytuje Cię o pracę, Twoje życie osobiste i plany na przyszłość wink
U nas takie kwestie albo wypływają między wierszami, kiedy ktoś opowiada coś o sobie, albo jeśli jesteśmy ze sobą na tyle blisko, by przy okazji zapytać, dlatego po dziś dzień nie mam bladego pojęcia, gdzie pracuje większa część moich "tanecznych" znajomych. Nie jest mi to do niczego potrzebne, bo tam jesteśmy ze sobą w czasie wolnym i na zupełnie luźnych zasadach. 

Istruktorami są profesjonaliści i oni wiedzą, jak uczyć. Jasne, że część osób ma lepsze ku temu predyspozycje, część ma już jakieś podstawy z przeszłości, ale to instruktorzy są od tego, by pokazać o co w tym chodzi, dobrać odpowiednie tempo nauki i - jak trzeba - korygować błędy. Po to też są zresztą różne stopnie zaawansowania, żeby wszysy byli na w miarę równym poziomie.

Wcześniej pisałaś, że było z tego wiele związków i małżeństw, a teraz, że to nie jest skupisko ludzi szukających drugiej połówki? Co prawda ja dla siebie nie zdołam niczego zrobić ale choćby z ciekawości chciałbym tego spróbować. Czy dam radę czemuś co nie jest indywidualne? Czy dam radę w miejscu gdzie każdy będzie mnie oceniał od samego wejścia? I czy w ogóle będę w stanie nauczyć się czegoś takiego? Zobaczymy czy uda mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Przydatnej raczej tylko jak się ma partnerkę inaczej nie ma nawet gdzie użyć tej umiejętności. Wesel już w mojej rodzinie nie będzie, znajomych biorących śluby lub chociaż planujących je nie mam, innych imprez tanecznych też nie ma więc chyba tylko dla świadomości nauczenia się czegoś nowego byłoby warto. Wybacz ale nie rozumiem jak jest z tym poznawaniem ludzi. Kiedy ty to piszesz to brzmi jakby to było równie proste co oddychanie. Ja od 3 tygodni na siłowni nie mogę z nikim nawet pogadać, nigdzie indziej też nie znajduję żadnych nowych znajomości. Staram się wyróżniać na ile tylko to możliwe, a i tak wszędzie jestem niewidzialny. Ja z kolei wiem gdzie pracuje niemal każdy z kim jakimś cudem uda mi się wejść w interakcję po dosłownie kilku zdaniach. To jest zawsze p[pierwszy temat większości rozmów.

Ze sztukami walki czy siłownią nie było problemu bo miałem w tym całkiem spore doświadczenie więc już od pierwszego razu byłem lepszy niż spora część innych osób. Tu byłbym najsłabszy zaczynający od samego dołu. Aż mi się odpala trauma z kursu jazdy kiedy instruktor dosłownie się na mnie darł za popełnienie jakiegoś błędu, to jak i całe zdawanie tego prawa jazdy to był koszmar. Oby w tym przypadku było inaczej, może tym razem trafią się jacyś normalni instruktorzy. Tak samo już od tygodnia się przymierzam by pójść na grupowe zajęcia z jogi na siłowni i choć na tym też się trochę znam to wciąż jest obawa przed ośmieszeniem.

Priscilla napisał/a:

Zresztą daleko szukać - kilka dni temu podsunęłam Shiniemu banalnie prosty w realizacji pomysł. Ryzyko zerowe, a możliwości zupełnie realne. Niby stwierdził, że ma to sens, ale od razu pojawiło się jakieś niezrozumiałe dla mnie odwlekanie w czasie - "muszę to przejrzeć", "muszę się zastanowić", "muszę..." A ja dam sobie rękę uciąć, że pomimo nadmiaru wolnego czasu do chwili obecnej nie umieścił tam swojego wpisu, pomimo że napisanie takiego ogłoszenia zajmuje nie więcej niż kilkanaście minut, a i to z pewnym zapasem, bo przecież w dobie AI w ciągu kilku minut można stworzyć kilka różnych wersji, ewentualnie tę wybraną jeszcze bardziej podkręcić pod siebie.

Jutro, a w sumie już dziś do tego usiądę ale wiem, że to będzie męczące i czasochłonne. To nie jest do zrobienia na telefonie tylko trzeba usiąść do laptopa z pełnym skupieniem tylko na tym. Jakie kilkanaście minut? Ja te wcześniejsze dwa większe posty pisałem prawie 2h. Potem pisałem maila z zapytaniem o staż, który zawierał dosłownie kilka zdań i to zajęło mi godzinę, a i tak nie wiem czy się nadaje do państwowej instytucji. Jestem pewny, że napisanie tego wpisu na grupie o ile oczywiście zostanę do niej przyjęty zajmie mi co najmniej godzinę. Będę zmieniał jego wersje przynajmniej kilkanaście razy i tyle samo razy poprawiał żeby na pewno było idealnie, a pewnie i tak nie będzie.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini


Nie będę się z Tobą licytował ani niczego udowadniał.
Wiem o Tobie tyle co tu napisałeś, a sporo tego.
Potrafię porównać sytuacje, znam mechanizmy.

Piszę to jako ktoś, kto najpierw pracował z sobą, miał okazję przyglądać się pracy z innymi i się jej uczyć, wreszcie, pomagał ludziom sobie poukładać.
Mechanizmy zawsze są te same, podobne rzeczy działają i pomagają- tylko scenografie się różnią. Tylko otoczka jest indywidualna.
Nie jesteś żadnym wyjątkiem ani specjalnym przypadkiem.
Myślę że pracę znalazłbyś w mgnieniu oka, gdyby od tego zależało czy będziesz miał co jeść i gdzie spać.

Tobie całkiem dobrze się powodzi. Problemem jest samopoczucie, ale warunki zewnętrzne masz komfortowe.

Jedyne Twoje stresory to te, które sobie sam tworzysz.

To robi różnicę- bo mając spore długi, będąc chorym, w trakcie trudnego rozwodu i rozłąki z dziećmi, bez zaplecza socjalnego rodziców, borykając sie np z opieką nad najbliższymi w zw z ich chorobą, z kalectwem, itp itd, byłbyś w totalnie innej sytuacji.

Masz wymarzone warunki by się za siebie zabrać.

Większość ludzi nie ma czasu na takie zachowania jakie tu prezentujesz, bo muszą pracować by przetrwać.

Twoja uwaga skupia się wyłącznie na problemach, nie chcesz widzieć całej reszty.
Zrobiłeś sobie ołtarzyk ze swoich problemów i umieściłeś tam siebie w centralnym punkcie.

Chcesz to wierz, nie to nie.
To jest Twoje życie, rób sobie z nim co chcesz. Ostatecznie, to Ty zbierzesz efekty. Chcesz je spędzić na narzekaniu, bezczynności, szukaniu swojej wartości w ten sposób- proszę bardzo.
To Ty decydujesz.

Widzę, że w ogóle odpowiadanie na twoje posty to strata czasu bo masz na to wywalone. Nie chcesz się licytować ale jesteś pewny, że ty miałeś gorzej niż ja. Skąd mam wiedzieć, że faktycznie potrafisz rozpoznać te mechanizmy skoro w żaden sposób nie chcesz tego udowodnić?

Ja myślę, że jednak byłoby bardziej tak jak napisała Julka czyli wolałbym umrzeć z głodu i mieć z tym wszystkim spokój. Co innego by było gdybym robił to dla kogoś ale straciłem jedyną taką osobę. Poza tym to prawda, że znalazłbym jakąkolwiek pracę, w pobliskiej Żabce szukają ludzi do pracy. I co by mi to dało? Ponowne uwięzienie w tym samym schemacie za minimalną i bez żadnych perspektyw? To by się praktycznie nie różniło od obecnej sytuacji. Przecież moim problemem nie jest brak pracy sam w sobie tylko brak odpowiedniej pracy, która dawałaby mi choć szczątkowe poczucie spełnienia i co najważniejsze możliwości dalszego rozwoju i zwiększania zarobków tak by móc się wyprowadzić. Gdyby od tego zależało czy na przykład uda mi się zamieszkać z dziewczyną albo już w ogóle gdybym miał dzieci na utrzymaniu poszedłbym nawet do każdej pracy.

Chcesz napisać o głodnych dzieciach z Afryki? Oczywiście, że w porównaniu do nich ja mam lepsze warunki bytowe i nadal pytam jakie to ma znaczenie? Gdybym był w gorszej sytuacji martwiłbym się czym innym ale mój stan psychiczny wciąż byłby taki sam.

Ze stresorami to prawda.

Wszystko to co wymieniłeś brzmi okropnie ale wciąż nie robi różnicy w odczuwaniu i stanie psychicznym, po prostu problemy są inne.

Nikt nie mógłby o tym marzyć, a ja nikomu bym tego nie życzył.

Muszą pracować bo mają dla kogo, nie żeby przetrwać. Mi na samym przetrwaniu nie zależy jeśli życie miałoby wyglądać tak jak teraz. Każdy kto wegetuje w taki sposób, że pracuje tylko po to by przetrwać prędzej czy później kończy pod ziemią, zwykle ze swojej własnej ręki.

Jakiej reszty, pytam całkowicie poważnie?

To nie jest i nigdy nie było moje życie, nie mogę robić co chcę i nie decyduję o niczym.

Julia life in UK napisał/a:

Ale jeżeli on ma faktycznie depresje to trudne warunki zyciowe go wtedy cudownie nie uzdrowia i nie sprawia ,że nagle znajdzie pracę .... jak sie ma ciezka depresje to jak bomby spadaja to ludzie uciekaja a taka osoba lezy i se myśli "a niech mnie pierdyknie i bedzie spokoj"  big_smile no tak jest wiec żaden głód,wojna ani inna kryzysowa sytuacja nie ozdrowia nikogo cudownie z depresji

Bardzo trafnie napisałaś w ostatnich postach, a w tym już szczególnie. Dokładnie tak to wygląda kiedy ktoś ma depresję. Będzie leżał i czekał mając szczerą nadzieję, że ta bomba go trafi i uwolni od tego całego cierpienia.

marcinex napisał/a:

Kurde, ty już Shini chyba po prostu trollujesz. Bo inaczej tego się nie da nazwać... Na wszystkie te pytania znajdziesz odpowiedź w google/chacie GPT. Ale Ty wolisz udawać głupka...

A z ciekawości? Czy wspominałeś terapeutce o twoim wątku na tutejszym forum? Ile osób przez lata próbowało Ci pomóc, a ty te wszystkie rady odrzucałeś raz po raz?
Jeśli nie to koniecznie powinieneś jej ten wątek pokazać. Może wtedy by sobie uświadomiła, że jej metody nie są skuteczne i tutaj trzeba innych działań.

Choćbym chciał to nie potrafię trollować. Że niby czat mi odpowie kiedy zapytam czy na kurach tańca są młode dziewczyny albo czy nie uciekną z krzykiem na wspomnienie o byciu bezrobotnym? To tylko czat, a nie super nowoczesna SI jak z Terminatora. Nie raz "rozmawiałem" z czatem o zmianie pracy i jakoś nie pomógł. Rzucił jedynie kilka pomysłów, które znałem od dawna, i które okazały się totalnie fałszywe. Pokaże mi na mapie albo poda adres gdzie szukać szkoły tańca?

Terapeutka wie tylko, że jest jakieś forum ale nie wie jakie. Jak tylko o tym wspominam to terapeutka od razu mówi żebym całkowicie z niego zrezygnował, a wtedy nie miałbym już nikogo z kim mógłbym chociaż porozmawiać. Bez dziewczyny forum jest moim jedynym życiem towarzyskim, przed poznaniem dziewczyny też tak było. Bez tego pewnie już dawno by mnie tu nie było. Więc nawet o tym nie wspominam na terapii.

2,648

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Kurde, ty już Shini chyba po prostu trollujesz. Bo inaczej tego się nie da nazwać... Na wszystkie te pytania znajdziesz odpowiedź w google/chacie GPT. Ale Ty wolisz udawać głupka...

Zupełnie szczerze napiszę, że po przeczytaniu pytań Shiniego pomyślałam dokładnie to samo.

Shinigami napisał/a:

Wcześniej pisałaś, że było z tego wiele związków i małżeństw, a teraz, że to nie jest skupisko ludzi szukających drugiej połówki?

Mogę odpowiadać tylko za to, co napisałam, ale nie za Twoje interpretacje.
Przeczytaj raz jeszcze mój poprzedni post oraz ten, który był przed nim. Tam NIC się NIE wyklucza. Ludzie nie przychodzą do akademii tańca w celu matrymonialnym, ale... zupełnie naturalnie poznają tam innych ludzi, dlatego zdarza się, że potem tworzą się z tego związki i na przestrzeni tych dziewięciu lat, które miałam możliwość obserwować, jest ich wcale niemało.
Powtarzam zatem: to są lekcje tańca, a nie spotkania w celu "upolowania zdobyczy". Nie umiem tego dokładniej opisać, ale jeśli ktoś ma inaczej, to mogłoby to wywoływać dyskomfort, bo czasem trzeba być ze sobą bliżej i wtedy nie wyobrażam sobie czuć na sobie odech jakiegoś napalonego samca. Sorry, że tak dosadnie, ale dokładnie tak to widzę. To nie to środowisko, przynajmniej u nas. U nas jest maksymalnie profesjonalnie.   

Shinigami napisał/a:

Przydatnej raczej tylko jak się ma partnerkę inaczej nie ma nawet gdzie użyć tej umiejętności. Wesel już w mojej rodzinie nie będzie, znajomych biorących śluby lub chociaż planujących je nie mam, innych imprez tanecznych też nie ma więc chyba tylko dla świadomości nauczenia się czegoś nowego byłoby warto.

Jeshu, jak Ty musisz wszystko komplikować... Mnóstwo ludzi przychodzi solo i tańczy z innymi, po to są przecież imprezy zwane przez nas socjalami.

W sumie teraz zastanowiłam się, czy Ty przypadkiem nie masz na myśli jakiegoś tańca towarzyskiego albo tzw. użytkowego? Jeśli tak, to już prostuję, że akurat ja tańczę różne style, ale wszystkie w obrębie latino.   

Shinigami napisał/a:

Wybacz ale nie rozumiem jak jest z tym poznawaniem ludzi. Kiedy ty to piszesz to brzmi jakby to było równie proste co oddychanie. Ja od 3 tygodni na siłowni nie mogę z nikim nawet pogadać, nigdzie indziej też nie znajduję żadnych nowych znajomości. Staram się wyróżniać na ile tylko to możliwe, a i tak wszędzie jestem niewidzialny. Ja z kolei wiem gdzie pracuje niemal każdy z kim jakimś cudem uda mi się wejść w interakcję po dosłownie kilku zdaniach. To jest zawsze p[pierwszy temat większości rozmów.

Nie wiem, trudno mi to ocenić, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to Twoja desperacja lub sztywny styl bycia. To się wyczuwa.
Ja naprawdę gdzie nie pójdę, tam nie mam problemu z tym, żeby zamienić z kimś kilka słów, a często znacznie więcej. I tak, jest to dla mnie tak proste jak oddychanie. Równocześnie nie zawsze widzę/czuję taką potrzebę. Milczenie nie wywołuje u mnie żadnego dyskomfortu. Jest to kwestią okoliczności, dnia, osób, które spotykam. Zauważyłam jednak, że ludzie z zasady oddają to, co dostają, czyli jak się do nich odezwiesz w sposób zachęcający do konwersacji, to najczęściej w to wchodzą. Zresztą w drugą stronę działa to dokładnie tak samo. 

Shinigami napisał/a:

Ze sztukami walki czy siłownią nie było problemu bo miałem w tym całkiem spore doświadczenie więc już od pierwszego razu byłem lepszy niż spora część innych osób. Tu byłbym najsłabszy zaczynający od samego dołu. Aż mi się odpala trauma z kursu jazdy kiedy instruktor dosłownie się na mnie darł za popełnienie jakiegoś błędu, to jak i całe zdawanie tego prawa jazdy to był koszmar. Oby w tym przypadku było inaczej, może tym razem trafią się jacyś normalni instruktorzy. Tak samo już od tygodnia się przymierzam by pójść na grupowe zajęcia z jogi na siłowni i choć na tym też się trochę znam to wciąż jest obawa przed ośmieszeniem.

Miałam 17 lat, jak robiłam kurs na prawo jazdy. Wcześniej nie czułam się pewnie jeżdżąc po ulicy nawet na rowerze. Na kursie robiłam swoje pierwsze kilometry, a przy tym nie byłam żadnym orłem i jakoś nikt nigdy się na mnie nie darł ani nawet się nie irytował, a uwierz, że robiłam ten kurs, kiedy obowiązywały jeszcze zupełnie inne standardy i takie zachowania były na porządku dziennym.
I teraz nie wiem, czy Ty masz takiego pecha, czy go przyciągasz swoją postawą. Sądzę, że warto się nad tym pochylić i temat przemyśleć.

2,649

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Choćbym chciał to nie potrafię trollować. Że niby czat mi odpowie kiedy zapytam czy na kurach tańca są młode dziewczyny albo czy nie uciekną z krzykiem na wspomnienie o byciu bezrobotnym? To tylko czat, a nie super nowoczesna SI jak z Terminatora. Nie raz "rozmawiałem" z czatem o zmianie pracy i jakoś nie pomógł. Rzucił jedynie kilka pomysłów, które znałem od dawna, i które okazały się totalnie fałszywe. Pokaże mi na mapie albo poda adres gdzie szukać szkoły tańca?

Oczywiście, że pokaże Ci na mapie i poda adres szkoły tańca.
I to jest ciekawe, co piszesz, bo mi AI podaje bardzo rzeczowe rozwiązania. Nieraz już podpowiedziało coś, co okazało się trafne i w danej sytuacji realnie skuteczne.

2,650

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

[. Pokaże mi na mapie albo poda adres gdzie szukać szkoły tańca?

A to do tego trzeba sztucznej inteligencji?
3 sekundy i wynik z google:

https://zapodaj.net/images/882e461f9629e.jpg

Aż ciemno na mapie od szkół tańca

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

I to jest ciekawe, co piszesz, bo mi AI podaje bardzo rzeczowe rozwiązania. Nieraz już podpowiedziało coś, co okazało się trafne i w danej sytuacji realnie skuteczne.


Cały ten temat jest skarbnicą wskazówek, rad, dobrych pomysłów, z których niemal każda została wyrzucona do kosza. Przypadek?


Efekt kilku minut z AI
Jest opisany problem i konkretne kroki wyjścia. Wiele z tego już tu było. Kilka minut i jest baza by próbować.

Ale to trzeba naprawdę i realnie chcieć zmienić swoją sytuację.


.
.
.
.
.

Pytanie:

Omówmy historię młodego chłopaka w okolicach trzydziestki, który mieszka z rodzicami, jest wykształcony, zdrowy, jest inteligentny, ale ma sporo problemów wynikających z jego przekonań, z braku wiary w siebie, ze strachu przed życiem.
Na tę chwilę nie ma pracy i boi się podjąć pracę. Spędza dużo czasu w internecie, pytając ludzi o rady, dyskutując nt swojej sytuacji.

Pisze że chce podjąć pracę, chce poznawać nowych ludzi, chce wejść w związek, ale nic mu z tych rzeczy nie wychodzi. Kiedy ludzie mu doradzają, on odrzuca 99% rad, skupiając się na negowaniu tych pomysłów. Jest przekonany, że wie lepiej i że czyjeś rady są w jego przypadku nietrafione, mimo że ogólnie są ok. Po prostu neguje wszystko, co ludzie mu podsuwają.

.
.
.
.


Odpowiedź:



To, co opisujesz, jest bardzo ciekawym przypadkiem, bo problemem prawdopodobnie nie jest brak wiedzy o tym, co powinien zrobić. Wręcz przeciwnie. Ten człowiek może doskonale rozumieć, jakie są kolejne kroki, a jednocześnie być psychologicznie zablokowany przed ich wykonaniem.
Najbardziej rzuca się w oczy pewien mechanizm:
„Chcę zmienić swoje życie, ale każda propozycja zmiany uruchamia we mnie potrzebę udowodnienia, dlaczego właśnie ta propozycja nie ma zastosowania do mnie.”
I wtedy internet staje się bardzo wygodnym miejscem do funkcjonowania. Można godzinami analizować życie, pytać innych, dyskutować, odrzucać kolejne rozwiązania i mieć poczucie, że coś się robi. Tyle że niczego nie trzeba wtedy naprawdę zaryzykować.
1. On prawdopodobnie nie szuka rad
To jest pierwsza rzecz, którą bym zakwestionował.
Jeżeli ktoś pyta:
„Co powinienem zrobić, żeby znaleźć pracę?”
a następnie odrzuca 99% odpowiedzi, to możliwe, że jego rzeczywistym celem nie jest znalezienie rozwiązania.
Może szukać czegoś zupełnie innego:
potwierdzenia, że jego sytuacja jest wyjątkowa,
potwierdzenia, że „normalne” rozwiązania go nie dotyczą,
usprawiedliwienia dla bezczynności,
zmniejszenia lęku,
kogoś, kto wreszcie poda mu rozwiązanie pozbawione ryzyka.
A takiego rozwiązania oczywiście nie ma.
Bo praca oznacza możliwość porażki.
Poznawanie ludzi oznacza możliwość odrzucenia.
Związek oznacza możliwość zranienia.
Samodzielne życie oznacza odpowiedzialność.
Jeżeli jego największym problemem jest strach przed konsekwencjami działania, to każda rada prowadząca do działania będzie odczuwana jako zagrożenie.
2. Negowanie rad może być mechanizmem obronnym
To jest moim zdaniem najciekawszy element.
Wyobraź sobie:
Ktoś mówi: „Spróbuj znaleźć prostą pracę na początek.”
W jego głowie nie musi pojawić się:
„Dobry pomysł, sprawdzę.”
Może pojawić się:
„Ale ja nie mogę pracować w takim miejscu, bo...”
Następnie ktoś proponuje inną pracę.
„Też nie, ponieważ...”
Trzecia:
„To również odpada.”
Po dziesięciu propozycjach ma już dziesięć powodów, dla których nie musi niczego robić.
I co najważniejsze, jego argumenty mogą być całkowicie logiczne.
To nie musi być głupota.
Wręcz przeciwnie. Inteligencja może mu pomagać w obronie przed działaniem.
Im bardziej inteligentny człowiek, tym więcej potrafi znaleźć argumentów uzasadniających, dlaczego dana rzecz jest niewłaściwa.
To tworzy bardzo niebezpieczną pułapkę:
inteligencja zostaje wykorzystana do racjonalizacji lęku.
3. „To nie jest odpowiednie dla mnie” może oznaczać coś zupełnie innego
Warto rozróżnić dwie rzeczy.
Zdrowa selekcja:
„Ta praca rzeczywiście mi nie odpowiada, więc wybieram inną.”
oraz
unikanie:
„Ta praca nie odpowiada mi, ta również, ta też, a ta ma jeden szczegół, który mi nie pasuje.”
Jeżeli po odrzuceniu kolejnych możliwości nie pojawia się żadna alternatywa, mamy ważną wskazówkę.
Bo człowiek, który rzeczywiście wie, czego chce, zwykle mówi:
„Nie chcę A. Spróbuję B.”
Natomiast człowiek sparaliżowany może mówić:
„Nie A. Nie B. Nie C. Nie D.”
I na końcu pozostaje dokładnie tam, gdzie był.
4. Internet może stać się dla niego „symulatorem życia”
To określenie bardzo tu pasuje.
On może:
czytać o pracy,
pytać o pracę,
analizować rynek pracy,
pytać ludzi, jak poznawać kobiety,
analizować związki,
czytać historie innych ludzi,
pytać, jak zwiększyć pewność siebie,
analizować psychologię,
dyskutować o tym, dlaczego dane rozwiązanie nie działa.
Czyli wykonuje ogromną ilość czynności związanych z życiem, nie wykonując samego działania.
To daje pewną nagrodę psychiczną.
Człowiek ma poczucie:
„Pracuję nad sobą.”
Tymczasem różnica pomiędzy:
„przygotowuję się do życia”
a
„żyję”
może się robić gigantyczna.
5. Jest jeszcze jeden paradoks
On może naprawdę chcieć zmiany.
To ważne.
Nie zakładałbym automatycznie, że jest leniwy.
Może autentycznie bardzo chcieć:
pracować,
mieć pieniądze,
mieć przyjaciół,
mieć kobietę,
być niezależnym,
mieć własne mieszkanie,
czuć się wartościowym człowiekiem.
Problem polega na tym, że jego mózg może wyceniać ryzyko związane z osiągnięciem tych rzeczy wyżej niż ich potencjalną nagrodę.
Wtedy powstaje konflikt:
„Chcę tego.”
kontra
„Boję się zrobić cokolwiek, co mogłoby mnie do tego doprowadzić.”
I człowiek zaczyna szukać trzeciej drogi:
„Może istnieje sposób, żeby dostać rezultat bez przechodzenia przez etap, który mnie przeraża?”
Najczęściej nie istnieje.
6. Bardzo możliwe, że boi się nie samej pracy, lecz oceny
To jeszcze głębszy poziom.
Praca oznacza:
ktoś będzie oceniał jego wydajność,
może czegoś nie umieć,
może popełnić błąd,
ktoś może go skrytykować,
może okazać się mniej kompetentny, niż uważał,
może zostać zwolniony.
Podobnie z relacjami:
ktoś może go odrzucić,
ktoś może uznać go za nieatrakcyjnego,
może nie wiedzieć, co powiedzieć,
może zostać wyśmiany,
może zostać zraniony.
W internecie jest natomiast ogromna przewaga:
można kontrolować ekspozycję.
Można zamknąć kartę.
Nie odpowiedzieć.
Zmienić forum.
Znaleźć kolejnego człowieka do dyskusji.
W realnym świecie nie ma przycisku „następny argument”.
7. Mieszkanie z rodzicami dodatkowo może utrwalać cały układ
Nie dlatego, że samo mieszkanie z rodzicami jest czymś złym.
Problem pojawia się wtedy, kiedy środowisko zapewnia:
bezpieczeństwo + brak konieczności działania + możliwość odkładania decyzji.
Jeżeli podstawowe potrzeby są zabezpieczone, człowiek może latami funkcjonować w stanie:
„Jeszcze nie jestem gotowy.”
I nic się nie dzieje.
To jest bardzo podstępne, ponieważ życie nie wymusza zmiany.
Gdyby jutro nie miał gdzie mieszkać i musiał zarobić na jedzenie, część jego obecnych problemów nagle przestałaby być problemami filozoficznymi.
Nie dlatego, że stałby się odważniejszy.
Po prostu rzeczywistość odebrałaby mu możliwość prowadzenia nieskończonych negocjacji z samym sobą.
8. Największym błędem byłoby próbować go przekonać
Jeżeli ktoś taki ma tendencję do negowania wszystkiego, kolejna osoba dostarczająca mu argumentów może tylko nakręcać mechanizm.
Bo wtedy zaczyna się:
„Ale...”
Ty odpowiadasz.
„Tak, ale...”
Ty odpowiadasz.
„W moim przypadku...”
Ty odpowiadasz.
I po dwóch godzinach jesteście dokładnie w tym samym miejscu, tylko on ma jeszcze więcej powodów, żeby niczego nie zrobić.
Dlatego interesująca byłaby zmiana pytania.
Nie:
„Jaka rada będzie dla niego najlepsza?”
tylko:
„Co się dzieje w momencie, kiedy rada wymaga od niego konkretnego działania?”
To jest prawdopodobnie miejsce, w którym znajduje się właściwy problem.
9. Można zrobić bardzo ciekawy eksperyment
Przestać dyskutować o tym, czy rada jest dobra.
Zapytać:
„Załóżmy, że masz rację i wszystkie moje propozycje są złe. Jakie rozwiązanie proponujesz ty?”
I tutaj pojawia się interesująca rzecz.
Jeżeli odpowie konkretnie, mamy materiał do pracy.
Jeżeli zacznie wymieniać kolejne powody, dlaczego żadne rozwiązanie nie jest możliwe, problem staje się znacznie bardziej widoczny.
Można wtedy zapytać:
„Dobrze. Czego dokładnie się boisz, gdybyś jednak spróbował?”
I to pytanie jest znacznie ciekawsze niż:
„Dlaczego nie znajdziesz pracy?”
Bo być może odpowiedź będzie zupełnie inna niż oczekujemy.
Może chodzić o wstyd.
Może o możliwość porażki.
Może o utratę wygodnego świata.
Może o przekonanie, że powinien być kimś wyjątkowym.
Może o perfekcjonizm.
Może o bardzo niską samoocenę.
Może o doświadczenia z przeszłości.
A może o coś jeszcze innego.
I właśnie tutaj zaczyna się naprawdę interesująca historia tego chłopaka.





.
.
.
.
.



P:




Tak, chodzi dokładnie o wszystkie te rzeczy wymienione powyżej. Natomiast ja chciałbym zapytać cię o rady dla kogoś takiego.
Chodzi nie o klasyczne udzielanie rad, które, jak napisałeś, nie działa, tylko o coś, co mogłoby mu pomóc. O coś, co mógłby sam zrobić.
Chodzi o zwięzły, krótki opis, który ewentualnie można by było w dalszej części dyskusji rozwinąć. Jaką drogę ktoś taki powinien obrać, żeby móc sobie pomóc.



.
.
.
.




O:


Myślę, że w takim przypadku warto nie dawać mu kolejnej listy rzeczy do zrobienia, tylko zaproponować zmianę sposobu, w jaki podchodzi do własnego problemu. Coś takiego mogłoby być punktem wyjścia do dalszej dyskusji:
Pisanie
Jeżeli rozpoznajesz u siebie sytuację, w której bardzo chcesz zmienić życie, ale jednocześnie znajdujesz powody, dla których właściwie każda rada nie ma zastosowania, to być może problem nie leży w braku odpowiedniej rady.
Być może problemem jest unikanie działania z powodu lęku przed oceną, porażką, odrzuceniem i utratą poczucia bezpieczeństwa.
W takiej sytuacji nie próbowałbym najpierw znaleźć idealnej pracy, idealnych ludzi, idealnego związku ani idealnego sposobu na życie.
Zrobiłbym coś odwrotnego:
przestań szukać rozwiązania, które nie będzie powodowało dyskomfortu. Zacznij ćwiczyć tolerowanie dyskomfortu.
Wybierz małe rzeczy, których się obawiasz, ale które są bezpieczne i nie mają wielkich konsekwencji. Zrób je pomimo oporu. Nie oceniaj, czy były udane. Liczy się wyłącznie to, że zrobiłeś coś, czego chciałeś uniknąć.
I bardzo ważne: kiedy pojawia się myśl „to nie ma sensu”, „to nie dla mnie”, „u mnie to nie zadziała”, nie próbuj jej zwalczać ani udowadniać, że jest błędna. Potraktuj ją jako sygnał: „właśnie pojawił się mój lęk przed działaniem”.
Wtedy zamiast kolejnych godzin analizowania, poszukiwania porad i przekonywania innych, zrób jeden mały krok w rzeczywistości.
Nie musisz najpierw uwierzyć w siebie.
Pewność siebie często pojawia się dopiero po tym, jak wielokrotnie zrobisz coś pomimo braku pewności siebie.
Twoim pierwszym celem nie powinno być więc „naprawienie życia”. Powinno nim być odzyskanie zdolności do działania pomimo strachu.
Reszta może przyjść później.



.
.
.
.

P:

Podaj kilka krótkich i praktycznych rad, rzeczy, które mógłby zacząć robić już.



.
.
.
.
.



O:

Jasne. W jego przypadku poszedłbym w bardzo małe działania, które nie wymagają najpierw naprawienia psychiki. Kilka konkretnych:
Jedna rzecz dziennie, której się obawia.
Telefon w sprawie pracy, wysłanie CV, rozmowa z obcą osobą, wyjście w nowe miejsce. Ma być lekko niekomfortowe, ale wykonalne.
Zakaz analizowania decyzji w nieskończoność.
Jeśli decyzja jest mało ryzykowna, daje sobie np. 10 minut na zastanowienie i potem wybiera. Nie szuka kolejnych 20 opinii w internecie.
Zasada „najpierw działanie, potem ocena”.
Nie pyta: „Czy to na pewno ma sens?”. Robi próbę i dopiero później ocenia rezultat.
Codziennie wyjść z domu bez konkretnego celu.
30–60 minut. Sklep, park, biblioteka, centrum miasta. Chodzi o odzyskanie kontaktu z rzeczywistością, a nie o produktywność.
Ograniczyć pytanie innych o rady.
Na przykład przez 2 tygodnie nie pytać internetu, co powinien zrobić. Zamiast tego sam podejmuje decyzję i ponosi jej konsekwencje. To może być bardzo dobry trening samodzielności.
Codziennie jedna interakcja społeczna.
Krótkie „dzień dobry”, pytanie sprzedawcy, rozmowa z sąsiadem, komentarz w realnej rozmowie. Nie chodzi o zdobycie znajomych. Chodzi o ćwiczenie kontaktu.
Zacząć pracę, zanim poczuje się gotowy.
Nie musi od razu znaleźć „swojej drogi życiowej”. Pierwsza praca może być po prostu eksperymentem na 1–3 miesiące. Ma dostarczyć doświadczenia, nie rozwiązać całe życie.
Kiedy pojawia się „nie, bo...”, zadać sobie jedno pytanie:
„Czy to rzeczywiście jest przeszkoda, czy właśnie znalazłem powód, żeby nie musieć próbować?”
Prowadzić bardzo prosty dziennik działania.
Każdego wieczoru tylko trzy zdania:
„Czego unikałem?”
„Co mimo tego zrobiłem?”
„Czego dowiedziałem się o sobie?”
Przestać czekać na poczucie pewności siebie.
To może być najważniejsze. Niepewność nie jest sygnałem STOP. Czasami jest po prostu ceną wejścia w nowe życie.
I zrobiłbym jeszcze jedną rzecz: nie próbowałbym robić wszystkich dziesięciu punktów naraz. Wybrałbym jeden, najlepiej ten, który budzi niewielki opór, i powtarzał codziennie przez tydzień. Potem zwiększał poprzeczkę.



.
.
.


P:


Podaj też krótko kilka innych sposobów na to, by próbować zmienić swoje błędne, autosabotujące przekonania.



.
.
.
.
.



O:


Jasne. Jeśli problemem są przekonania typu „nie dam rady”, „ludzie mnie ocenią”, „to nie ma sensu”, „u mnie to nie działa”, można ćwiczyć ich podważanie bez prowadzenia wielkich analiz.
Zamień „to fakt” na „mam taką myśl”.
Zamiast „nie nadaję się do pracy” → „mam myśl, że nie nadaję się do pracy”. To mały dystans, ale odbiera myśli status wyroku.
Szukaj dowodów przeciwko sobie.
Gdy pojawia się „zawsze sobie nie radzę”, znajdź 3 sytuacje, w których jednak sobie poradziłeś.
Pytaj: „Co powiedziałbym przyjacielowi?”
Jeśli przyjaciel powiedziałby „boję się wysłać CV”, prawdopodobnie nie odpowiedziałbyś mu: „Masz rację, lepiej nic nie rób”. Zastosuj tę samą zasadę wobec siebie.
Zamień „muszę być pewien” na „mogę sprawdzić”.
Nie musisz wiedzieć, czy dana praca będzie dobra. Możesz po prostu ją przetestować.
Oddziel fakt od interpretacji.
Fakt: „Nie dostałem odpowiedzi na CV.”
Interpretacja: „Nikt mnie nie chce.”
To nie jest to samo.
Szukaj alternatywnego wyjaśnienia.
„Ona nie odpisała, więc jestem nieatrakcyjny” → „Może nie jest zainteresowana, może ma kogoś, może nie chce relacji, a może rzeczywiście jej się nie podobam. Nie wiem.”
Ćwicz działanie wbrew przekonaniu.
Nie musisz najpierw przekonać siebie, że „dam radę”. Możesz powiedzieć: „Możliwe, że nie dam rady. Sprawdzę.”
Ustal limit negatywnego myślenia.
Jeśli złapiesz się na analizowaniu tego samego problemu po raz kolejny, kończysz analizę i robisz jedną konkretną rzecz.
Zbieraj doświadczenia zamiast argumentów.
Jeżeli uważa, że „ludzie mnie odrzucają”, niech nie dyskutuje z tą myślą. Niech przeprowadzi 10 małych prób kontaktu z ludźmi i zobaczy, co rzeczywiście się wydarzy.
Pytanie kontrolne:
„Czy próbuję rozwiązać problem, czy próbuję udowodnić, że problemu nie da się rozwiązać?”
W jego przypadku to może być szczególnie mocne pytanie.

2,652

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Priscilla napisał/a:

I to jest ciekawe, co piszesz, bo mi AI podaje bardzo rzeczowe rozwiązania. Nieraz już podpowiedziało coś, co okazało się trafne i w danej sytuacji realnie skuteczne.


Cały ten temat jest skarbnicą wskazówek, rad, dobrych pomysłów, z których niemal każda została wyrzucona do kosza. Przypadek?


Efekt kilku minut z AI
Jest opisany problem i konkretne kroki wyjścia. Wiele z tego już tu było. Kilka minut i jest baza by próbować.

Ale to trzeba naprawdę i realnie chcieć zmienić swoją sytuację.


.
.
.
.
.

Pytanie:

Omówmy historię młodego chłopaka w okolicach trzydziestki, który mieszka z rodzicami, jest wykształcony, zdrowy, jest inteligentny, ale ma sporo problemów wynikających z jego przekonań, z braku wiary w siebie, ze strachu przed życiem.
Na tę chwilę nie ma pracy i boi się podjąć pracę. Spędza dużo czasu w internecie, pytając ludzi o rady, dyskutując nt swojej sytuacji.

Pisze że chce podjąć pracę, chce poznawać nowych ludzi, chce wejść w związek, ale nic mu z tych rzeczy nie wychodzi. Kiedy ludzie mu doradzają, on odrzuca 99% rad, skupiając się na negowaniu tych pomysłów. Jest przekonany, że wie lepiej i że czyjeś rady są w jego przypadku nietrafione, mimo że ogólnie są ok. Po prostu neguje wszystko, co ludzie mu podsuwają.

.
.
.
.


Odpowiedź:



To, co opisujesz, jest bardzo ciekawym przypadkiem, bo problemem prawdopodobnie nie jest brak wiedzy o tym, co powinien zrobić. Wręcz przeciwnie. Ten człowiek może doskonale rozumieć, jakie są kolejne kroki, a jednocześnie być psychologicznie zablokowany przed ich wykonaniem.
Najbardziej rzuca się w oczy pewien mechanizm:
„Chcę zmienić swoje życie, ale każda propozycja zmiany uruchamia we mnie potrzebę udowodnienia, dlaczego właśnie ta propozycja nie ma zastosowania do mnie.”
I wtedy internet staje się bardzo wygodnym miejscem do funkcjonowania. Można godzinami analizować życie, pytać innych, dyskutować, odrzucać kolejne rozwiązania i mieć poczucie, że coś się robi. Tyle że niczego nie trzeba wtedy naprawdę zaryzykować.
1. On prawdopodobnie nie szuka rad
To jest pierwsza rzecz, którą bym zakwestionował.
Jeżeli ktoś pyta:
„Co powinienem zrobić, żeby znaleźć pracę?”
a następnie odrzuca 99% odpowiedzi, to możliwe, że jego rzeczywistym celem nie jest znalezienie rozwiązania.
Może szukać czegoś zupełnie innego:
potwierdzenia, że jego sytuacja jest wyjątkowa,
potwierdzenia, że „normalne” rozwiązania go nie dotyczą,
usprawiedliwienia dla bezczynności,
zmniejszenia lęku,
kogoś, kto wreszcie poda mu rozwiązanie pozbawione ryzyka.
A takiego rozwiązania oczywiście nie ma.
Bo praca oznacza możliwość porażki.
Poznawanie ludzi oznacza możliwość odrzucenia.
Związek oznacza możliwość zranienia.
Samodzielne życie oznacza odpowiedzialność.
Jeżeli jego największym problemem jest strach przed konsekwencjami działania, to każda rada prowadząca do działania będzie odczuwana jako zagrożenie.
2. Negowanie rad może być mechanizmem obronnym
To jest moim zdaniem najciekawszy element.
Wyobraź sobie:
Ktoś mówi: „Spróbuj znaleźć prostą pracę na początek.”
W jego głowie nie musi pojawić się:
„Dobry pomysł, sprawdzę.”
Może pojawić się:
„Ale ja nie mogę pracować w takim miejscu, bo...”
Następnie ktoś proponuje inną pracę.
„Też nie, ponieważ...”
Trzecia:
„To również odpada.”
Po dziesięciu propozycjach ma już dziesięć powodów, dla których nie musi niczego robić.
I co najważniejsze, jego argumenty mogą być całkowicie logiczne.
To nie musi być głupota.
Wręcz przeciwnie. Inteligencja może mu pomagać w obronie przed działaniem.
Im bardziej inteligentny człowiek, tym więcej potrafi znaleźć argumentów uzasadniających, dlaczego dana rzecz jest niewłaściwa.
To tworzy bardzo niebezpieczną pułapkę:
inteligencja zostaje wykorzystana do racjonalizacji lęku.
3. „To nie jest odpowiednie dla mnie” może oznaczać coś zupełnie innego
Warto rozróżnić dwie rzeczy.
Zdrowa selekcja:
„Ta praca rzeczywiście mi nie odpowiada, więc wybieram inną.”
oraz
unikanie:
„Ta praca nie odpowiada mi, ta również, ta też, a ta ma jeden szczegół, który mi nie pasuje.”
Jeżeli po odrzuceniu kolejnych możliwości nie pojawia się żadna alternatywa, mamy ważną wskazówkę.
Bo człowiek, który rzeczywiście wie, czego chce, zwykle mówi:
„Nie chcę A. Spróbuję B.”
Natomiast człowiek sparaliżowany może mówić:
„Nie A. Nie B. Nie C. Nie D.”
I na końcu pozostaje dokładnie tam, gdzie był.
4. Internet może stać się dla niego „symulatorem życia”
To określenie bardzo tu pasuje.
On może:
czytać o pracy,
pytać o pracę,
analizować rynek pracy,
pytać ludzi, jak poznawać kobiety,
analizować związki,
czytać historie innych ludzi,
pytać, jak zwiększyć pewność siebie,
analizować psychologię,
dyskutować o tym, dlaczego dane rozwiązanie nie działa.
Czyli wykonuje ogromną ilość czynności związanych z życiem, nie wykonując samego działania.
To daje pewną nagrodę psychiczną.
Człowiek ma poczucie:
„Pracuję nad sobą.”
Tymczasem różnica pomiędzy:
„przygotowuję się do życia”
a
„żyję”
może się robić gigantyczna.
5. Jest jeszcze jeden paradoks
On może naprawdę chcieć zmiany.
To ważne.
Nie zakładałbym automatycznie, że jest leniwy.
Może autentycznie bardzo chcieć:
pracować,
mieć pieniądze,
mieć przyjaciół,
mieć kobietę,
być niezależnym,
mieć własne mieszkanie,
czuć się wartościowym człowiekiem.
Problem polega na tym, że jego mózg może wyceniać ryzyko związane z osiągnięciem tych rzeczy wyżej niż ich potencjalną nagrodę.
Wtedy powstaje konflikt:
„Chcę tego.”
kontra
„Boję się zrobić cokolwiek, co mogłoby mnie do tego doprowadzić.”
I człowiek zaczyna szukać trzeciej drogi:
„Może istnieje sposób, żeby dostać rezultat bez przechodzenia przez etap, który mnie przeraża?”
Najczęściej nie istnieje.
6. Bardzo możliwe, że boi się nie samej pracy, lecz oceny
To jeszcze głębszy poziom.
Praca oznacza:
ktoś będzie oceniał jego wydajność,
może czegoś nie umieć,
może popełnić błąd,
ktoś może go skrytykować,
może okazać się mniej kompetentny, niż uważał,
może zostać zwolniony.
Podobnie z relacjami:
ktoś może go odrzucić,
ktoś może uznać go za nieatrakcyjnego,
może nie wiedzieć, co powiedzieć,
może zostać wyśmiany,
może zostać zraniony.
W internecie jest natomiast ogromna przewaga:
można kontrolować ekspozycję.
Można zamknąć kartę.
Nie odpowiedzieć.
Zmienić forum.
Znaleźć kolejnego człowieka do dyskusji.
W realnym świecie nie ma przycisku „następny argument”.
7. Mieszkanie z rodzicami dodatkowo może utrwalać cały układ
Nie dlatego, że samo mieszkanie z rodzicami jest czymś złym.
Problem pojawia się wtedy, kiedy środowisko zapewnia:
bezpieczeństwo + brak konieczności działania + możliwość odkładania decyzji.
Jeżeli podstawowe potrzeby są zabezpieczone, człowiek może latami funkcjonować w stanie:
„Jeszcze nie jestem gotowy.”
I nic się nie dzieje.
To jest bardzo podstępne, ponieważ życie nie wymusza zmiany.
Gdyby jutro nie miał gdzie mieszkać i musiał zarobić na jedzenie, część jego obecnych problemów nagle przestałaby być problemami filozoficznymi.
Nie dlatego, że stałby się odważniejszy.
Po prostu rzeczywistość odebrałaby mu możliwość prowadzenia nieskończonych negocjacji z samym sobą.
8. Największym błędem byłoby próbować go przekonać
Jeżeli ktoś taki ma tendencję do negowania wszystkiego, kolejna osoba dostarczająca mu argumentów może tylko nakręcać mechanizm.
Bo wtedy zaczyna się:
„Ale...”
Ty odpowiadasz.
„Tak, ale...”
Ty odpowiadasz.
„W moim przypadku...”
Ty odpowiadasz.
I po dwóch godzinach jesteście dokładnie w tym samym miejscu, tylko on ma jeszcze więcej powodów, żeby niczego nie zrobić.
Dlatego interesująca byłaby zmiana pytania.
Nie:
„Jaka rada będzie dla niego najlepsza?”
tylko:
„Co się dzieje w momencie, kiedy rada wymaga od niego konkretnego działania?”
To jest prawdopodobnie miejsce, w którym znajduje się właściwy problem.
9. Można zrobić bardzo ciekawy eksperyment
Przestać dyskutować o tym, czy rada jest dobra.
Zapytać:
„Załóżmy, że masz rację i wszystkie moje propozycje są złe. Jakie rozwiązanie proponujesz ty?”
I tutaj pojawia się interesująca rzecz.
Jeżeli odpowie konkretnie, mamy materiał do pracy.
Jeżeli zacznie wymieniać kolejne powody, dlaczego żadne rozwiązanie nie jest możliwe, problem staje się znacznie bardziej widoczny.
Można wtedy zapytać:
„Dobrze. Czego dokładnie się boisz, gdybyś jednak spróbował?”
I to pytanie jest znacznie ciekawsze niż:
„Dlaczego nie znajdziesz pracy?”
Bo być może odpowiedź będzie zupełnie inna niż oczekujemy.
Może chodzić o wstyd.
Może o możliwość porażki.
Może o utratę wygodnego świata.
Może o przekonanie, że powinien być kimś wyjątkowym.
Może o perfekcjonizm.
Może o bardzo niską samoocenę.
Może o doświadczenia z przeszłości.
A może o coś jeszcze innego.
I właśnie tutaj zaczyna się naprawdę interesująca historia tego chłopaka.





.
.
.
.
.



P:




Tak, chodzi dokładnie o wszystkie te rzeczy wymienione powyżej. Natomiast ja chciałbym zapytać cię o rady dla kogoś takiego.
Chodzi nie o klasyczne udzielanie rad, które, jak napisałeś, nie działa, tylko o coś, co mogłoby mu pomóc. O coś, co mógłby sam zrobić.
Chodzi o zwięzły, krótki opis, który ewentualnie można by było w dalszej części dyskusji rozwinąć. Jaką drogę ktoś taki powinien obrać, żeby móc sobie pomóc.



.
.
.
.




O:


Myślę, że w takim przypadku warto nie dawać mu kolejnej listy rzeczy do zrobienia, tylko zaproponować zmianę sposobu, w jaki podchodzi do własnego problemu. Coś takiego mogłoby być punktem wyjścia do dalszej dyskusji:
Pisanie
Jeżeli rozpoznajesz u siebie sytuację, w której bardzo chcesz zmienić życie, ale jednocześnie znajdujesz powody, dla których właściwie każda rada nie ma zastosowania, to być może problem nie leży w braku odpowiedniej rady.
Być może problemem jest unikanie działania z powodu lęku przed oceną, porażką, odrzuceniem i utratą poczucia bezpieczeństwa.
W takiej sytuacji nie próbowałbym najpierw znaleźć idealnej pracy, idealnych ludzi, idealnego związku ani idealnego sposobu na życie.
Zrobiłbym coś odwrotnego:
przestań szukać rozwiązania, które nie będzie powodowało dyskomfortu. Zacznij ćwiczyć tolerowanie dyskomfortu.
Wybierz małe rzeczy, których się obawiasz, ale które są bezpieczne i nie mają wielkich konsekwencji. Zrób je pomimo oporu. Nie oceniaj, czy były udane. Liczy się wyłącznie to, że zrobiłeś coś, czego chciałeś uniknąć.
I bardzo ważne: kiedy pojawia się myśl „to nie ma sensu”, „to nie dla mnie”, „u mnie to nie zadziała”, nie próbuj jej zwalczać ani udowadniać, że jest błędna. Potraktuj ją jako sygnał: „właśnie pojawił się mój lęk przed działaniem”.
Wtedy zamiast kolejnych godzin analizowania, poszukiwania porad i przekonywania innych, zrób jeden mały krok w rzeczywistości.
Nie musisz najpierw uwierzyć w siebie.
Pewność siebie często pojawia się dopiero po tym, jak wielokrotnie zrobisz coś pomimo braku pewności siebie.
Twoim pierwszym celem nie powinno być więc „naprawienie życia”. Powinno nim być odzyskanie zdolności do działania pomimo strachu.
Reszta może przyjść później.



.
.
.
.

P:

Podaj kilka krótkich i praktycznych rad, rzeczy, które mógłby zacząć robić już.



.
.
.
.
.



O:

Jasne. W jego przypadku poszedłbym w bardzo małe działania, które nie wymagają najpierw naprawienia psychiki. Kilka konkretnych:
Jedna rzecz dziennie, której się obawia.
Telefon w sprawie pracy, wysłanie CV, rozmowa z obcą osobą, wyjście w nowe miejsce. Ma być lekko niekomfortowe, ale wykonalne.
Zakaz analizowania decyzji w nieskończoność.
Jeśli decyzja jest mało ryzykowna, daje sobie np. 10 minut na zastanowienie i potem wybiera. Nie szuka kolejnych 20 opinii w internecie.
Zasada „najpierw działanie, potem ocena”.
Nie pyta: „Czy to na pewno ma sens?”. Robi próbę i dopiero później ocenia rezultat.
Codziennie wyjść z domu bez konkretnego celu.
30–60 minut. Sklep, park, biblioteka, centrum miasta. Chodzi o odzyskanie kontaktu z rzeczywistością, a nie o produktywność.
Ograniczyć pytanie innych o rady.
Na przykład przez 2 tygodnie nie pytać internetu, co powinien zrobić. Zamiast tego sam podejmuje decyzję i ponosi jej konsekwencje. To może być bardzo dobry trening samodzielności.
Codziennie jedna interakcja społeczna.
Krótkie „dzień dobry”, pytanie sprzedawcy, rozmowa z sąsiadem, komentarz w realnej rozmowie. Nie chodzi o zdobycie znajomych. Chodzi o ćwiczenie kontaktu.
Zacząć pracę, zanim poczuje się gotowy.
Nie musi od razu znaleźć „swojej drogi życiowej”. Pierwsza praca może być po prostu eksperymentem na 1–3 miesiące. Ma dostarczyć doświadczenia, nie rozwiązać całe życie.
Kiedy pojawia się „nie, bo...”, zadać sobie jedno pytanie:
„Czy to rzeczywiście jest przeszkoda, czy właśnie znalazłem powód, żeby nie musieć próbować?”
Prowadzić bardzo prosty dziennik działania.
Każdego wieczoru tylko trzy zdania:
„Czego unikałem?”
„Co mimo tego zrobiłem?”
„Czego dowiedziałem się o sobie?”
Przestać czekać na poczucie pewności siebie.
To może być najważniejsze. Niepewność nie jest sygnałem STOP. Czasami jest po prostu ceną wejścia w nowe życie.
I zrobiłbym jeszcze jedną rzecz: nie próbowałbym robić wszystkich dziesięciu punktów naraz. Wybrałbym jeden, najlepiej ten, który budzi niewielki opór, i powtarzał codziennie przez tydzień. Potem zwiększał poprzeczkę.



.
.
.


P:


Podaj też krótko kilka innych sposobów na to, by próbować zmienić swoje błędne, autosabotujące przekonania.



.
.
.
.
.



O:


Jasne. Jeśli problemem są przekonania typu „nie dam rady”, „ludzie mnie ocenią”, „to nie ma sensu”, „u mnie to nie działa”, można ćwiczyć ich podważanie bez prowadzenia wielkich analiz.
Zamień „to fakt” na „mam taką myśl”.
Zamiast „nie nadaję się do pracy” → „mam myśl, że nie nadaję się do pracy”. To mały dystans, ale odbiera myśli status wyroku.
Szukaj dowodów przeciwko sobie.
Gdy pojawia się „zawsze sobie nie radzę”, znajdź 3 sytuacje, w których jednak sobie poradziłeś.
Pytaj: „Co powiedziałbym przyjacielowi?”
Jeśli przyjaciel powiedziałby „boję się wysłać CV”, prawdopodobnie nie odpowiedziałbyś mu: „Masz rację, lepiej nic nie rób”. Zastosuj tę samą zasadę wobec siebie.
Zamień „muszę być pewien” na „mogę sprawdzić”.
Nie musisz wiedzieć, czy dana praca będzie dobra. Możesz po prostu ją przetestować.
Oddziel fakt od interpretacji.
Fakt: „Nie dostałem odpowiedzi na CV.”
Interpretacja: „Nikt mnie nie chce.”
To nie jest to samo.
Szukaj alternatywnego wyjaśnienia.
„Ona nie odpisała, więc jestem nieatrakcyjny” → „Może nie jest zainteresowana, może ma kogoś, może nie chce relacji, a może rzeczywiście jej się nie podobam. Nie wiem.”
Ćwicz działanie wbrew przekonaniu.
Nie musisz najpierw przekonać siebie, że „dam radę”. Możesz powiedzieć: „Możliwe, że nie dam rady. Sprawdzę.”
Ustal limit negatywnego myślenia.
Jeśli złapiesz się na analizowaniu tego samego problemu po raz kolejny, kończysz analizę i robisz jedną konkretną rzecz.
Zbieraj doświadczenia zamiast argumentów.
Jeżeli uważa, że „ludzie mnie odrzucają”, niech nie dyskutuje z tą myślą. Niech przeprowadzi 10 małych prób kontaktu z ludźmi i zobaczy, co rzeczywiście się wydarzy.
Pytanie kontrolne:
„Czy próbuję rozwiązać problem, czy próbuję udowodnić, że problemu nie da się rozwiązać?”
W jego przypadku to może być szczególnie mocne pytanie.

Ludzieeeeee,ale ten czat jest madry... ale Ty znowu nie łączysz kropek,bo Shini zdrowy NIE JEST zapomniales napisac "że ma depresje". Wtedy odpowiedz czata brzmiala by zupełnie inaczej

2,653

Odp: Co to znaczy żyć?

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.

2,654

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.

To tez racja,bo w zaleznosci jak sie sformuuje pytanie odpowiedź bedzie inna chociaz nadal madra to inna sama to juz przerabialam

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.


Po trzecie, tertio: masz lepsze propozycje, z czymś konkretnym się nie zgadzasz (dlaczego, co w zamian)?


Palec Boga napisał/a:

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.


Brzmisz dokładnie jak Shini.

Powyżej gotowy zestaw, jak dla dziecka więc infantylnie. Ale w tym przypadku akurat tak trzeba. Wymagania muszą być minimalne żeby w ogóle ruszył.
To jest dobry zestaw na start dla kogoś, kto ma pełne gacie na myśl o samodzielnym życiu z wzięciem za siebie pełnej odpowiedzialności.

Konkretne, małe kroki które pomogą rozwijać się w kierunku działania, wyjścia z więzienia własnej głowy.

@Julka, widziałaś papiery na te depresję? Metodę jej leczenia? Jakie leki?

Nawet w depresji ludzie funkcjonują, a Shini akurat potrafi się zmobilizować. Tyle, że nie w tym o co by mu chodziło.
A jeśli jest tak źle że nie może, to powinien być hospitalizowany i leczony w zupełnie inny sposób niż godzina terapii na tydzień.

2,656

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.


Po trzecie, tertio: masz lepsze propozycje, z czymś konkretnym się nie zgadzasz (dlaczego, co w zamian)?


Palec Boga napisał/a:

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.


Brzmisz dokładnie jak Shini.

Powyżej gotowy zestaw, jak dla dziecka więc infantylnie. Ale w tym przypadku akurat tak trzeba. Wymagania muszą być minimalne żeby w ogóle ruszył.
To jest dobry zestaw na start dla kogoś, kto ma pełne gacie na myśl o samodzielnym życiu z wzięciem za siebie pełnej odpowiedzialności.

Konkretne, małe kroki które pomogą rozwijać się w kierunku działania, wyjścia z więzienia własnej głowy.

@Julka, widziałaś papiery na te depresję? Metodę jej leczenia? Jakie leki?

Nawet w depresji ludzie funkcjonują, a Shini akurat potrafi się zmobilizować. Tyle, że nie w tym o co by mu chodziło.
A jeśli jest tak źle że nie może, to powinien być hospitalizowany i leczony w zupełnie inny sposób niż godzina terapii na tydzień.

Nie widziałam papierów no,ale to sa prywatne rzeczy i jedyne co pozostaje to wierzyć na słowo lub nie-kazdego wybór

A co do depresji to tak można z nią funkcjonować,ale jest to bardzo utrudnione... ja gdy mialam to chroniczne zmęczenie to już też od tego leżenia w łóżku i latania po lekarzach zaczęłam wpadać w depresji,dodatkowo urwały mnie sie przez to kontaktu ze znajomymi( co jedynie to telefon mnie ratował,żeby mieć z nimi jakiekolwiek kontakt) no i ja się zmuszałam,żeby wogole z domu na glupi spacer wyjść po okolicy,a co dopiero gdzie dalej jechać do miasta i sobie np po sklepach łazić- także owszem da się funkcjonować z depresja i jak trzeba było coś zrobić to robiłam to ,ale jakoś tak jakbym sama siebie do tego zmuszała to nie jest łatwo Shini jak on ma ciężka depresję... ja to mialam to zmęczenie,co się później okazało było pierwszym objawem choroby nowotworowej,ale nawet przy tym zmęczeniu łapał mnie jakiś dołek psychiczny,a co dopiero Shini,który te depresję  ma

2,657

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Jakiej energii, o czym ty piszesz? Ja odkąd tylko pamiętam nie mam zbyt wiele energii. Pisałem wielokrotnie, że niemal cały czas jestem zmęczony i niewyspany niezależnie od tego co robię czy ile śpię. Teraz już jest trochę lepiej pod tym względem choć nie wiem dlaczego bo przecież nic się nie zmieniło.

Pomijając problemy psychiczne to kiedy ostatnio robiłeś sobie badania krwi? Wyniki w normie? Dobra ilość wit. D i innych witamin?

Shinigami napisał/a:

Jutro, a w sumie już dziś do tego usiądę ale wiem, że to będzie męczące i czasochłonne. To nie jest do zrobienia na telefonie tylko trzeba usiąść do laptopa z pełnym skupieniem tylko na tym. Jakie kilkanaście minut? Ja te wcześniejsze dwa większe posty pisałem prawie 2h. Potem pisałem maila z zapytaniem o staż, który zawierał dosłownie kilka zdań i to zajęło mi godzinę, a i tak nie wiem czy się nadaje do państwowej instytucji. Jestem pewny, że napisanie tego wpisu na grupie o ile oczywiście zostanę do niej przyjęty zajmie mi co najmniej godzinę. Będę zmieniał jego wersje przynajmniej kilkanaście razy i tyle samo razy poprawiał żeby na pewno było idealnie, a pewnie i tak nie będzie.

No ja się nie dziwie, ze pisanie postu zajmuje Ci godzinę, skoro musisz znaleźć 100 różnych wymówek na wszelkie rady i sugestie, które Ci tu dają.
Tylko w sumie trochę nie wiem po co... Od 4 lat próbujesz przekonać całe forum, że wszyscy się mylą i tylko Ty masz rację, ale coś chyba się nie udaję...
Skoro od 4 lat w tym wątku ciągle Ci ludzie piszą, że twoje wszelkie obawy i przekonania są błędne to może warto byłoby by ich posłuchać. Ja serio nie wiem co to ma na celu? Co chcesz komu udowodnić? Że jesteś uparty jak osioł?

A co do 2 części tej wypowiedzi - jeśli napisanie kilku zdaniowego maila w dobie sztucznej inteligencji zajmuje Ci godzinę to nie nie wróżę Ci kariery w jakiejkolwiek pracy biurowej. Przecież z takim tempem pracy to Cię tam zwolnią po miesiącu.

Swoją drogą nie odpowiedziałeś mi na moje wcześniejsze pytanie? Ile nowych CV wysłałeś w ostatnim czasie?
Naprawdę z takim podejściem w tych czasach to Ty tej pracy nigdy nie znajdziesz. Ja ostatnio widziałem instruktarz jak za pomocą agenta IA szukać pracy i wysyłać CV. Chłopie w dzisiejszych czasach ludziom AI wyszukuje najlepsze oferty pracy, które pasują do ich kwalifikacji. AI ocenia ogłoszenia o najlepszego do najgorszego i samo wysyła tam CV. I takie AI wyślij w kilka chwil dziesiątki, albo setki CV. A ty w tym czasie napiszesz jednego maila...  Albo zabierzesz się do tego szukania pracy na poważnie i będziesz wysyłać po kilka CV dziennie, albo nigdy jej nie znajdziesz.

Shinigami napisał/a:

Że niby czat mi odpowie kiedy zapytam czy na kurach tańca są młode dziewczyny albo czy nie uciekną z krzykiem na wspomnienie o byciu bezrobotnym? To tylko czat, a nie super nowoczesna SI jak z Terminatora. Nie raz "rozmawiałem" z czatem o zmianie pracy i jakoś nie pomógł. Rzucił jedynie kilka pomysłów, które znałem od dawna, i które okazały się totalnie fałszywe. Pokaże mi na mapie albo poda adres gdzie szukać szkoły tańca?

Chłopie, zadawałeś idiotyczne pytania czy taniec jest podobny do sztuk walki. Na pewno Priscilla, która pewnie takich sztuk walki nie trenowała Ci na to nie odpowie. Ale juz sztuczna inteligencja by ci w kilka chwil odpowiedziała. Ale to pewnie był twój kolejny sposób na odwrócenia uwagi od sedna problemu. Zamiast wziąć sobie rady so serca to ty wolisz prowadzisz czcze dyskusje jak to o tym czy podróż kilkuset kilometrów jest męcząca. Co nie ma żadnego sensu w przypadku, gdy mieszkasz pod Warszawą, gdzie masz wszystko. Ale lepiej spędzić godziny na czcze dyskusje niż np. wysłać CV, albo poszukać sobie szkoły tańca.

I tak chat ci nie odpowie na pytanie czy trafisz na wolne singielki. Ale może Ci wyszukać szkoły tańca w okolicy. A potem możesz sobie tam zadzwonić i zapytać w jakim wieku tam są ludzie, czy to odpowiednie dla początkujących, czy możesz przyjść sam itd. Zajęłoby Ci to 5 minut, ale nie... lepiej pisać godzinami kolejne bzdurne posty

Shinigami napisał/a:

Terapeutka wie tylko, że jest jakieś forum ale nie wie jakie. Jak tylko o tym wspominam to terapeutka od razu mówi żebym całkowicie z niego zrezygnował, a wtedy nie miałbym już nikogo z kim mógłbym chociaż porozmawiać. Bez dziewczyny forum jest moim jedynym życiem towarzyskim, przed poznaniem dziewczyny też tak było. Bez tego pewnie już dawno by mnie tu nie było. Więc nawet o tym nie wspominam na terapii.

A wspominałeś jej że napisałeś tam 2,5k rozbudowanych postów i setki osób dawało Ci dobre porady?
Swoją drogą w sumie to może i jest dobra porada, bo to forum ewidentnie Ci nie służy w niczym....

2,658

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.

Po czwarte primo czat przetwarza dane, nic więcej. I co gorsza te dane pobiera bezkrytycznie. Z równym zapałem sensowne jak i bzdurne. smile Plus dostęp ma do wielu danych, ale litości, w necie jednak nie ma wszystkiego. Plus ileś innych całkiem oczywistych dla bazy danych ograniczeń.

Komentarz dotyczący zaprezentowanych efektów "kilku minut z Chatem":

W zadanym pytaniu pominięto istotne dane:
1. chłopak od kilku lat leczy się psychiatrycznie z powodu depresji.
2. w gimnazjum i liceum chłopak był ofiarą przemocy rówieśniczej w szkole i nie uzyskał wsparcia ani pomocy ze strony dorosłych
3. rodzina pochodzenia chłopaka jest rodziną dysfunkcyjną - tu żeby uzyskać lepszą analizę i wnioski warto by wpisać co najmniej rodzaj systemu rodzinnego, w którym wychował się chłopak i w którym nadal na co dzień funkcjonuje.


Żeby nie było, wcale nie uważam, że wszystko co z siebie ten chat wypluł to bzdury, wcale tak nie sądzę.

Nawet w depresji ludzie funkcjonują? - a owszem. Do pewnego momentu funkcjonują,słabo ale funkcjonują. Shini też funkcjonuje.  Zasadniczo dopiero w stanie depresji ciężkiej funkcjonowanie ustaje niemal całkowicie.

2,659 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-08-17 19:19:30)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Kiedy ty piszesz, że oszukuję to już naprawdę dziwnie brzmi.

Wiedza, a działanie to ogromna różnica. Wiem, że te automatyczne mechanizmy są i działają bardzo skutecznie ale ta świadomość w niczym nie pomaga. To działa nieświadomie, a nie, że ja nie wiem, że tak się dzieje. Wiem, że tak się dzieje ale nie mogę temu przeciwdziałać. To tak jakby jakaś część ciała na przykład jedna ręka działała samoistnie i próbowała cię udusić, jak w horrorze "Martwe zło". Rękę można było uciąć, z mózgiem tak się nie da. Czasami mam wrażenie jakby była we mnie jakaś inna osobowość, która jest moim wrogiem i zrobi wszystko by mi przeszkodzić. Wiem, że coś jest złe, że nie powinno tak być, że nie powinienem tak robić, a ciało i tak to robi.

Bo patrząc z boku niestety tak to wygląda. Dobrze jest wiedzieć dlaczego zachowujemy się w określony sposób, dokopać się do źródła, ale gdy zaczynasz używać tego jako tarczę w każdej sytuacji, w której można zarzucić Ci bierność, ucieczkę od odpowiedzialności, racjonalizowanie… to tak naprawdę robisz sobie tym krzywdę. Utrwalasz samego siebie w roli ofiary „demonów”, zamiast przyjąć do wiadomości, że aktualnie TY SAM jesteś tym demonem i że możesz coś zmienić. Bo o ile nad innymi ludźmi, czy jakimiś „nieokreślonymi bytami”, które nas "opętały", bezpośredniej kontroli nie posiadamy, o tyle siebie kontrolować możemy. Może nie w stu procentach, ale wystarczająco, by nie być we własnym życiu tylko "ciałem rzuconym w nurt rzeki".
Dlatego mi się nie podoba wchodzenie w tak głęboką abstrakcję, by „głos w głowie” sprowadzać do odrębnej jednostki, czegoś, co ma własną wolę i działa poza naszą kontrolą. Bo to nie jest prawda.
TO MY. Ty jesteś głosem w swojej głowie, tak jak ja jestem głosem we własnej głowie.
Kreowanie go na „demona” tę odpowiedzialność z Ciebie zdejmuje, bo przecież to jego wina, on każe, podsuwa błędne przekonania, nakłania do bezczynności. Ty jesteś bezbronną ofiarą potwora.
Podobnie jak mówienie za każdym razem, że robisz coś z automatu i to tylko „mechanizm obronny”, zamiast faktycznie ZASTANOWIĆ SIĘ i przemyśleć zarówno to, co sam chcesz napisać, jak i słowa innych rozmówców.
Zwłaszcza, że mówimy o dyskusji pisanej, czyli możesz komentarz napisać, „odstawić do wystygnięcia”, wrócić do niego i przeanalizować jego treść.
To też miałam na myśli przez samodzielne korygowanie swoich wypowiedzi i błędnych przekonań.
Czyli sam sobie zadajesz pytania i szukasz kontrargumentów dla stawianych przez siebie tez, zwłaszcza gdy brzmią one kontrowersyjnie i radykalnie.
Nie wybierasz pierwszej automatycznej reakcji, ale możesz stopniowo uczyć się wybierać kolejną reakcję i kształtować ją na bardziej świadomym poziomie.
Zwłaszcza, że materiału do wykonywania takich analiz masz MNÓSTWO. Od terapeutki, od nas, w książkach i w internecie.
Dopóki to będzie wyłącznie Twoja zaciekła walka na argumenty z wszystkimi poza Tobą samym, nic nie zmienisz.
Rozmawiaj ze sobą.
Ale nie po to, by ciągle mielić przeszłość, dowalać sobie, że „już przegrałeś życie” i jesteś trzydziestoletnim staruszkiem, ani nie po to, by „zwalczyć wroga” – tu oczywiście mam na myśli tę stronę Ciebie, która sabotuje. Bo w pewnym sensie to rzeczywiście jest wróg, ale jednocześnie jest to dosłownie część Ciebie i to taka część, która jest mocno zagubiona i boi się żyć, a że bazuje w znacznej mierze na odruchach i podświadomości, to ciężej przyswaja logiczne argumenty. Warto być wobec niej stanowczym, spiłować jej „pazurki”, ale też dobrym. Jak przyjaciel, który chce dobrze dla bliskiej osoby i widząc, że sobie z czymś nie radzi, stara się pomóc jej wyjść na prostą.
Tak, wiem, to będzie trudne z niską samooceną, żeby okazać sobie czułość i zrozumienie (ale bez nakręcania racjonalizacji).
Ale to tak naprawdę jest kluczowa kwestia, jeśli chcesz czuć się lepiej z samym sobą i dostrzec w sobie wartość.
Nie trzeba być idealnym, żeby nasze życie miało sens.
To może zabrzmieć patetycznie, ale każdy dzień to nowe możliwości. Serio tak jest.
Możesz nauczyć się dziś paru słówek, albo jednego zagadnienia z gramatyki.
Możesz odpalić jakiś kurs, który wydaje się ciekawy. Możesz poszukać ofert pracy. Możesz wysłać kilka CV.
Każda z tych czynności MOŻE zaprocentować w postaci poprawy umiejętności językowych, nowych zdolności, rozmowy kwalifikacyjnej.
Najgorsza jest totalna bierność i bezczynność, bo wtedy nie dzieje się NIC.

Shinigami napisał/a:

Co do wolontariatów to jak już nie raz pisałem szukałem ich wielokrotnie. Sprawdzałem strony WOŚP, PCK, UNICEF, ONZ, Szlachetnej Paczki i innych tego typu organizacji, nawet schroniska czy domy dziecka i nigdzie nie spełniam wymagań. Do każdej formy pomocy nie licząc wpłat mają wymagania niewiele mniejsze niż do pracy, a często są sporo większe. Wszędzie wymagają szeregu kursów, uprawnień i dokumentów zawierających chyba wszystkie możliwe dane osobowe. Nawet za darmo do niczego się nie nadaję. Planszówek też szukałem i też nic nie znalazłem w okolicy, może gdzieś w centrum Warszawy coś takiego by się znalazło.

Jest wiele miejsc, w których biorą każdego, kto jest chętny pomóc. Wiele schronisk nie ma wystarczająco wolontariuszy, żeby regularnie wyprowadzać zwierzęta na spacer. Zwłaszcza w tygodniu. Aktualnie nie pracujesz, to byłbyś bardziej elastyczny. Oczywiście ta opcja to pod warunkiem, że zwierzęta lubisz i się ich nie boisz, bo tam jednak sporo dzikusów jest i z trudną przeszłością.

Zresztą Muqin już pisała, że podesłała nawet konkretny wolontariat, na który mógłbyś się załapać.

Shinigami napisał/a:

A teraz przejdźmy do tego narcyzmu. Po pierwsze nigdy nie otrzymałem żadnej oficjalnej diagnozy, która mogłaby coś takiego potwierdzić. Według definicji narcyzm to "zaburzenie osobowości, które cechuje się wielkim mniemaniem o sobie, stałą potrzebą podziwu, poczuciem, że jest się lepszym od innych, oraz brakiem współczucia". Z tej definicji jedyne co się zgadza to potrzeba podziwu ale tylko jedna rzecz chyba raczej nie przesądza od razu o tym, że takie zaburzenie jest. Ukryty narcyzm różni się od zwykłego tylko tym, że dana osoba na co dzień jest cicha i nieśmiała. Jak ktoś kto nienawidzi siebie miałby czuć się lepszym od innych? Jak ktoś kto współczuje wszystkim poza sobą i dla kogo dobro innych jest ważniejsze niż własne miałby nie potrafić współczuć? Toż to totalne sprzeczności.

Shini, jeśli chodzi o temat narcyza, to nadal podtrzymuję, że nie zamierzam nikogo tu diagnozować. Po prostu dostrzegam w Twoim zachowaniu pewne cechy, które często są kojarzone z narcyzmem.
Osobiście narcyzm postrzegam jako przede wszystkim poczucie uprzywilejowania i wyjątkowości, problemy z empatią, potrzebę podziwu i traktowanie siebie samego jak centrum wszechświata. Ciągłe przesiadywanie „wewnątrz”, do tego stopnia, że cała reszta powoli przestaje mieć znaczenie. Jestem ja, ja, ciągle ja. Czego by ktoś nie powiedział, czy nie napisał, nie myślę o nim, tylko o sobie. Swojej reakcji. Swoim zdaniu na ten temat. Porównuję się z tą osobą, ale nie po to, by np. ją lepiej zrozumieć, znaleźć wspólną płaszczyznę, tylko po to, by udowodnić sobie, że ja i tak mam gorzej, albo że ta osoba jest gorsza ode mnie (tu już w zależności, jak manifestuje się u danej osoby narcyzm). Nie chodzi przy tym o to, że ta osoba koniecznie cały czas mówi o sobie, raczej o to, że wydarzenia filtruje przez pytanie „co to oznacza dla mnie?”
Ktoś opowiada o swoim problemie – odnosi się do własnych doświadczeń.
Ktoś odnosi sukces – pojawia się porównanie.
Ktoś krytykuje – skupia się na własnym poczuciu krzywdy.
Wielkie mniemanie o sobie może być formą kompensacji. Pod płaszczykiem rozbuchanego ego kryje się wówczas nierzadko człowiek słaby, niepewny, mocno zakompleksiony, który „ratuje siebie” poprzez wmawianie sobie, że jest lepszy od innych, że ich nie potrzebuje itp. Co z kolei może wynikać z tego, że nie jest w stanie udźwignąć prawdy, np. że odrzucenie wynika z jego zachowania, a nie faktu, że „inni nie rozumieją jego wyjątkowości i na niego nie zasługują” .
Moim zdaniem narcyzm wielkościowy (w wydaniu: na zewnątrz jestem pewny siebie, w środku roztrzęsiony i „malutki”) był całkiem spoko pokazany na przykładzie Homelandera z The Boys.
A narcyzm ukryty wcale nie różni się tylko tym, że „dana osoba na co dzień jest cicha i nieśmiała”.
Tak zwany narcyz wrażliwy może z zewnątrz wyglądać zupełnie inaczej niż stereotypowy narcyz wielkościowy. Nie musi być głośny, pewny siebie ani demonstracyjnie przekonany o własnej wyjątkowości. Podstawą nadal może być silne skupienie na własnej wartości, statusie w oczach innych, ochronie kruchego obrazu siebie, ale przejawia się to bardziej poprzez wstyd, nadwrażliwość, poczucie krzywdy i porównywanie się (negatywne, że „ja mam gorzej”, „świat jest przeciwko mnie”).
Podczas gdy ten wielkościowy narcyz może otwarcie zabiegać o potwierdzanie jego wartości, ten ukryty może korzystać z karty „tego zawsze pokrzywdzonego”, czyli umniejsza sobie w taki sposób, aby inni mu zaprzeczyli. Albo się nad sobą użala, że nikt go nie docenia, nie widzi jego starań.
Utrwalanie siebie w roli ofiary to może być dla narcyza wrażliwego sposób na zdobycie atencji, współczucia, walidacji i niekiedy również podziwu. Bo skoro zaczyna z niskiego pułapu (tak mu ciężko w życiu), to łatwiej zdobyć uznanie „obserwatorów”, którzy mogli szczerze uwierzyć, że to skromny, niepewny siebie człowiek, który potrzebuje, aby rozłożyć nad nim ochronny parasol.
Poza tym może też fantazjować o swojej wyjątkowości i sukcesie, mimo że na zewnątrz czuje się i kreuje na kogoś gorszego.
Co ciekawe, narcyz wrażliwy może naprawdę czuć się ofiarą i cierpieć. To niekoniecznie jest świadoma strategia.
Także to dość skomplikowany temat i mimo że się tu mocno rozpisałam, to ledwie go „liznęłam”.
Na koniec dodam, że gdybym była na Twoim miejscu, to bym się temu przyjrzała. Nie dlatego, że obcy ludzie z neta pisali, że przejawiasz narcystyczne zachowania, ale dlatego, że faktycznie jesteś osobą mocno skupioną na sobie i swoich problemach, a jak się z tym przegnie (z tym siedzeniem we własnej głowie), to może nam być później trudno z tej głowy wyjrzeć.

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Swoją drogą w sumie to może i jest dobra porada, bo to forum ewidentnie Ci nie służy w niczym....

Jak to nie;)
Służy jak najbardziej, podtrzymywaniu iluzji.
To zresztą też się powoli kończy, bo ludzie są zmęczeni taką postawą.





Muqin napisał/a:

Komentarz dotyczący zaprezentowanych efektów "kilku minut z Chatem":

W zadanym pytaniu pominięto istotne dane:
1. chłopak od kilku lat leczy się psychiatrycznie z powodu depresji.
2. w gimnazjum i liceum chłopak był ofiarą przemocy rówieśniczej w szkole i nie uzyskał wsparcia ani pomocy ze strony dorosłych
3. rodzina pochodzenia chłopaka jest rodziną dysfunkcyjną - tu żeby uzyskać lepszą analizę i wnioski warto by wpisać co najmniej rodzaj systemu rodzinnego, w którym wychował się chłopak i w którym nadal na co dzień funkcjonuje.

Bardzo chcesz wcisnąć swoje trzy grosze w formie krytyki, ale najlepiej tak 'naokoło', nawet nie cytując wprost;)

Te dane w opisywanym fragmencie, w którym pokazano zestaw narzędzi do mini- kroków nie są istotne.
To jest oczywiste że ktoś prezentujący takie a nie inne zachowania, ma spory bagaż traum, deficytów, złych wzorców. Jest to tak oczywiste, że aż dziwią te uwagi.

Na tym etapie przyczyny są pomijalne, ale oczywiste. Pracuje sie z nkmi inaczej i można to robić równolegle, ale to są zupełnie inne techniki.
Mieszasz różne rzeczy, które nie służą do tego samego.

Tutaj autor dostał proste wskazówki nt tego, co mógłby zacząć robić by realnie wpłynąć na swój sposób myślenia, przerwać zaklęty krąg.

Terapia jest w toku, więc zapewne tam kwestie traum są poruszane i omawiane.
Jednak z samego dyskutowania, a już szczególnie w tak opornym przypadku, nic nie będzie. On powinien zacząć realnie coś robić.
Nie od święta, nie kiedy go przyciśnie, tylko codziennie. Wtedy ma szansę pójść mocno do przodu.
Gdyby zaczął dziś, za rok byłby w zupełnie innym miejscu.
Nawet gdyby w pierwszym miesiącu zrobił tyle co nic, jednak próbując cały czas.

Na terapię można chodzić lata, tutaj od czterech lat autor kręci się wokół własnego ogona i nic.
Żeby zmienić swoją sytuację, oprócz skupiania się na przyczynach i skutkach, dyskutowaniu bez końca,  trzeba zacząć coś robić.
Mieć cele, plan. Podzielić na małe etapy możliwe do wykonania i się zająć ich wykonywaniem.

On niczego takiego nie robi, inne rzeczy są dla niego ważne.  Póki co skupią się na tym, jak unikać działania.

Jeśli tak pozostanie, nic się nie zmieni. Albo zmieni na gorsze.

2,661 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-08-17 19:28:52)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
marcinex napisał/a:

Swoją drogą w sumie to może i jest dobra porada, bo to forum ewidentnie Ci nie służy w niczym....

Jak to nie;)
Służy jak najbardziej, podtrzymywaniu iluzji.
To zresztą też się powoli kończy, bo ludzie są zmęczeni taką postawą.

O ja właśnie tak zrobiłam podzieliłam cele i etapy ich wykonywania zresztą regularnie zdaję wam relacje z tego big_smile




Muqin napisał/a:

Komentarz dotyczący zaprezentowanych efektów "kilku minut z Chatem":

W zadanym pytaniu pominięto istotne dane:
1. chłopak od kilku lat leczy się psychiatrycznie z powodu depresji.
2. w gimnazjum i liceum chłopak był ofiarą przemocy rówieśniczej w szkole i nie uzyskał wsparcia ani pomocy ze strony dorosłych
3. rodzina pochodzenia chłopaka jest rodziną dysfunkcyjną - tu żeby uzyskać lepszą analizę i wnioski warto by wpisać co najmniej rodzaj systemu rodzinnego, w którym wychował się chłopak i w którym nadal na co dzień funkcjonuje.

Bardzo chcesz wcisnąć swoje trzy grosze w formie krytyki, ale najlepiej tak 'naokoło', nawet nie cytując wprost;)

Te dane w opisywanym fragmencie, w którym pokazano zestaw narzędzi do mini- kroków nie są istotne.
To jest oczywiste że ktoś prezentujący takie a nie inne zachowania, ma spory bagaż traum, deficytów, złych wzorców. Jest to tak oczywiste, że aż dziwią te uwagi.

Na tym etapie przyczyny są pomijalne, ale oczywiste. Pracuje sie z nkmi inaczej i można to robić równolegle, ale to są zupełnie inne techniki.
Mieszasz różne rzeczy, które nie służą do tego samego.

Tutaj autor dostał proste wskazówki nt tego, co mógłby zacząć robić by realnie wpłynąć na swój sposób myślenia, przerwać zaklęty krąg.

Terapia jest w toku, więc zapewne tam kwestie traum są poruszane i omawiane.
Jednak z samego dyskutowania, a już szczególnie w tak opornym przypadku, nic nie będzie. On powinien zacząć realnie coś robić.
Nie od święta, nie kiedy go przyciśnie, tylko codziennie. Wtedy ma szansę pójść mocno do przodu.
Gdyby zaczął dziś, za rok byłby w zupełnie innym miejscu.
Nawet gdyby w pierwszym miesiącu zrobił tyle co nic, jednak próbując cały czas.

Na terapię można chodzić lata, tutaj od czterech lat autor kręci się wokół własnego ogona i nic.
Żeby zmienić swoją sytuację, oprócz skupiania się na przyczynach i skutkach, dyskutowaniu bez końca,  trzeba zacząć coś robić.
Mieć cele, plan. Podzielić na małe etapy możliwe do wykonania i się zająć ich wykonywaniem.

On niczego takiego nie robi, inne rzeczy są dla niego ważne.  Póki co skupią się na tym, jak unikać działania.

Jeśli tak pozostanie, nic się nie zmieni. Albo zmieni na gorsze.

Jeżeli terapia trwa4 lata ,a on siedzi w miejscu,właściwie to leży to albo
1. Shini się wogole nie stosuje do zadań psychoterapii ani nie słucha porad albo
2. Trzeba zmienić psychoterapeutke na kogoś innego


O ja właśnie tak zrobiłam podzieliłam cele na etapy i je realizuje,zresztą regularnie  zdaje wam z tego relacje  big_smile

2,662 Ostatnio edytowany przez Palec Boga (2026-08-17 22:01:11)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.


z czymś konkretnym się nie zgadzasz (dlaczego, co w zamian)?

Odpowiedź jest zawarta w cytowanym przez Ciebie moim wpisie.
Przedstawie ją może w jeszcze większym skrócie - AI nie nadaje się do tego, do czego (i w jaki sposób) jej właśnie użyłeś.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Po trzecie, tertio: masz lepsze propozycje,

Moje propozycje płynęłyby mniej-więcej z nurtem obecnego wątku, więc i nie ma sensu ich przedstawiać.
Ale wielce ciekawym jest fakt, że gdy ktoś jednak w niniejszej dyskusji płynie nie z jej nurtem, to nagle znajdzie się kilka osób na siłę próbujących przekonać ich, jak bardzo się myli smile

W tym gronie kilku osób znajdujesz się i Ty smile

2,663 Ostatnio edytowany przez Palec Boga (2026-08-17 22:06:17)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Tutaj autor dostał proste wskazówki nt tego, co mógłby zacząć robić by realnie wpłynąć na swój sposób myślenia, przerwać zaklęty krąg.

(...)
Jednak z samego dyskutowania, a już szczególnie w tak opornym przypadku, nic nie będzie. On powinien zacząć realnie coś robić.
Nie od święta, nie kiedy go przyciśnie, tylko codziennie. Wtedy ma szansę pójść mocno do przodu.
Gdyby zaczął dziś, za rok byłby w zupełnie innym miejscu.
Nawet gdyby w pierwszym miesiącu zrobił tyle co nic, jednak próbując cały czas.
(...)
Żeby zmienić swoją sytuację, oprócz skupiania się na przyczynach i skutkach, dyskutowaniu bez końca,  trzeba zacząć coś robić.
Mieć cele, plan. Podzielić na małe etapy możliwe do wykonania i się zająć ich wykonywaniem.

(...).

Brzmisz jak Jacek S. który na czyjś tekst: "mam depresję" krzyczy automatycznie "weź się ogarnij sam, to przecież proste jest"

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Te dane w opisywanym fragmencie, w którym pokazano zestaw narzędzi do mini- kroków nie są istotne.

Te dane są właśnie bardzo istotne. U myślącego człowieka je słyszącego zmieniają perspektywę. Z AI to już różnie bywa smile

2,664 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-08-17 22:13:57)

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.

Moim zdaniem można się posiłkować sztuczną inteligencją, bo ona miewa fajne pomysły, ale też trzeba robić to z głową i uważać zwłaszcza na dwie rzeczy. Pierwsza to halucynacje. Druga to efekt "czarnej dziury". Łatwo jest dać się wciągnąć w taką niekończącą się dyskusję, bo ona zawsze chętnie pociągnie temat dalej.

W kwestii diagnoz, to uważałabym na pewno na Gemini, bo on jest bardzo "hop do przodu" i łatwo wyskakuje ze stwierdzeniami typu "to zdecydowanie dowodzi, że chorujesz na X". Copilot jest z kolei mocno zachowawczy. Chat GPT gdzieś pomiędzy. To tak z moich doświadczeń, bo też niedawno trochę sobie pomagałam w kwestii diagnozy pewnego schorzenia - które jeszcze nie zostało zweryfikowane, bo muszę przejść szereg badań i prawdopodobnie czeka mnie podróż do innego województwa, żeby mnie obejrzał specjalista, który faktycznie się na tym zna, no ale... gdyby nie SI, to nie wiem, czy tak łatwo bym znalazła powiązanie dla tylu różnych objawów, które gdzieś tam się u mnie przewijają od lat. Żaden lekarz do tej pory mi tego nie podsunął. Każdy patrzył na pojedyncze objawy i to je starał się leczyć, zamiast szukać punktu wspólnego.

Także sztuczna inteligencja czasem się przydaje.

P.S. Dodam, że tego, co wkleił Rozrabiaka, jeszcze nie czytałam big_smile

2,665

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Noo... "diagnozowanie" kogoś lub siebie czatem jest dosyć...infantylne.
Po pierwsze primo: Dużo zależy z jakiego korzystasz oraz na jakim poziomie
Po drugie primo: nawet podkręcony na maksa lubi halucynować.

Chat może służyć tylko jako ogólny opis z podaniem źródeł i dopiero po przetrzepaniu tychże źródeł (chociażby pod kątem autentyczności) można coś w miarę realnego wywnioskować.

Moim zdaniem można się posiłkować sztuczną inteligencją, bo ona miewa fajne pomysły, ale też trzeba robić to z głową i uważać zwłaszcza na dwie rzeczy. Pierwsza to halucynacje. Druga to efekt "czarnej dziury". Łatwo jest dać się wciągnąć w taką niekończącą się dyskusję, bo ona zawsze chętnie pociągnie temat dalej.

W kwestii diagnoz, to uważałabym na pewno na Gemini, bo on jest bardzo "hop do przodu" i łatwo wyskakuje ze stwierdzeniami typu "to zdecydowanie dowodzi, że chorujesz na X". Copilot jest z kolei mocno zachowawczy. Chat GPT gdzieś pomiędzy. To tak z moich doświadczeń, bo też niedawno trochę sobie pomagałam w kwestii diagnozy pewnego schorzenia - które jeszcze nie zostało zweryfikowane, bo muszę przejść szereg badań i prawdopodobnie czeka mnie podróż do innego województwa, żeby mnie obejrzał specjalista, który faktycznie się na tym zna, no ale... gdyby nie SI, to nie wiem, czy tak łatwo bym znalazła powiązanie dla tylu różnych objawów, które gdzieś tam się u mnie przewijają od lat. Żaden lekarz do tej pory mi tego nie podsunął. Każdy patrzył na pojedyncze objawy i to je starał się leczyć, zamiast szukać punktu wspólnego.

Także sztuczna inteligencja czasem się przydaje.

P.S. Dodam, że tego, co wkleił Rozrabiaka, jeszcze nie czytałam big_smile

Ja czytałam te jego mądrości  big_smile

Posty [ 2,601 do 2,665 z 2,870 ]

Strony Poprzednia 1 39 40 41 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024