Co to znaczy żyć? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Strony Poprzednia 1 37 38 39 40 41 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,471 do 2,535 z 2,885 ]

2,471

Odp: Co to znaczy żyć?

Oj Shini, Shini. Współczuję. Mówiłeś terapeutce i psychiatrze o tych myślach samobójczych? Bo jeśli nie, to podejmij ten temat.
A ja bym właśnie wzięła udział w tym spływie kajakowym. Byłam, polecam. I nawet lepiej być samemu, bo lżej się płynie. Taki kontakt z naturą, do tego wysiłek fizyczny, to fajna sprawa. No i wyjdziesz z domu.
Z wolontariatem to też dobry pomysł. Jeśli nie pomoc ludziom, to zwierzakom. Jak ja po studiach nie mogłam znaleźć pracy, to chodziłam na taki wolontariat na świetlicę środowiskową, zawsze to jakieś zajęcie.

Zobacz podobne tematy :

2,472

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Oj, pewnie, że więcej ludzi dobrze Ci życzy niż sądzisz, weszłam na forum po przerwie  i dobrze, żeś się zdążył dziś odezwać a i Priscilla mnie uprzedziła z tymi telefonami, bo się zdążyłam zdenerwować.

Etap może być długi, poza tym zaś ten etap można podzielić na mniejsze i do upojenia gadać o tym.

Bycie bezrobotnym jako takie dołuje.

Zazdrościć można, także Tobie. Zwykle zresztą cudze problemy wydają się łatwiejsze do rozwiązania niż własne. W porównywanie do "głodnych dzieci w Afryce" nie wejdę, bo sensu ono nie ma, ale owszem, także Tobie można zazdrościć.

Na spływy kajakowe jeżdżą różni ludzie, także pojedynczo. Między innymi tak się poznaje ludzi. Różnych. Jedź, jeśli to nie kosztuje kroci.

Poza tym znalazłam coś https://ochotnicy.waw.pl/oferty/188

I tak nie pracujesz, czasu masz aż nadto, może byś dał trochę tego czasu komuś potrzebującemu? Czasu i zainteresowania? To jest całkiem konkretna oferta i tak, dałbyś radę. Wolontariat dobrze wygląda w CV, to tak na marginesie marginesów, bo nie o to chodzi, ale o to, żebyś wyszedł do ludzi. Poczuł się komuś naprawdę potrzebny.
I nie mów, że nie masz nic do zaoferowania, bo masz - choćby i swój czas i chęć pomocy, swoją cierpliwość i zrozumienie dla problemów innych ludzi.

Aż zdenerwować? Coraz częściej ostatnio też jestem zaskoczony czyjąś reakcją. Do niedawna myślałem, że tylko jednej osobie w moim życiu na mnie zależało. A ona nawet nie wiedziała o większości moich problemów. Co do telefonów to nadal nie rozumiem co takiego pomocnego w tym widzicie.

Jak dla mnie to nie jest żaden etap bo trwa niemal od zawsze z małą przerwą i się nie kończy, a jedynie pogłębia.

Dla mnie bycie bezrobotnym nie jest najgorsze. Gdybym był na tyle bogaty by nie musieć pracować to bym tego nie robił. Gorszy jest fakt braku stabilności zarówno w kwestii statusu jak i finansowego. Gdyby dziewczyna teraz wróciła byłaby pewnie mną zawiedziona. Jak i każdy inny kto by się dowiedział, że jestem bezrobotny. To jest podobny poziom przegrywu co wieczny singiel- prawiczek. Taki jest przegrywem bo nie potrafi znaleźć żadnej zainteresowanej nim dziewczyny. Ja nim jestem bo nie potrafię znaleźć dobrej pracy choć teoretycznie powinienem mieć do tego możliwości czy nawet kwalifikacje.

Każdemu można czegoś zazdrościć, mnie na przykład szlag trafia kiedy widzę szczęśliwe związki choć nawet nie wiem czy faktycznie są szczęśliwe. Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem nie ma czego mi zazdrościć. Oczywiście możnaby wchodzić w porównywanie do tych "głodnych dzieci" ale jak sama piszesz to nie ma sensu. Aktualnej sytuacji materialnej czyli dachu nad głową i jakichś oszczędności możnaby było zazdrościć ale problemów psychicznych oraz sytuacji zawodowej i związkowej nie życzyłbym nikomu.

Ceny jeszcze nie sprawdzałem ale raczej nie jest ona jakoś przesadnie duża. Pojechać i tak mam zamiar bo zawsze chciałem tego spróbować. A co najgorsze w tym to fakt, że już wcześniej miałem na to plan z dziewczyną tylko lato nadeszło, a jej zabrakło.

Ciekawa rzecz, jeszcze nie widziałem wcześniej czegoś takiego. Czasu nie mam wcale więcej niż wcześniej. Robota nadal jest tylko w trochę mniejszej ilości. To chyba pierwszy wolontariat jaki widzę gdzie nie ma wymagań większych niż na specjalistę do pracy. To prawda, wyjście do ludzi to jedna z najbardziej potrzebnych mi obecnie rzeczy. Poczucie bycia potrzebnym też, a może nawet bardziej. Chęć pomocy, cierpliwość i zrozumienie to chyba jedyne co mam.

SamotnaWilczyca napisał/a:

Przepraszam, ale nie jestem w temacie do końca. Rozstaliście się z tamtą dziewczyną?

Ciężko powiedzieć. Jak pisałem wcześniej wydarzyła się rzecz totalnie niestandardowa, której nikt się nie spodziewał. Dziewczyna została dosłownie siłą odebrana z dnia na dzień. Mieliśmy masę planów na wiele tygodni do przodu i kilka bardziej długoterminowych. To wszystko nagle zniknęło i nie wiadomo czy ani kiedy wróci. Nie mogę z nią nawet porozmawiać choćby po to by zaktualizować status związku. Każdy inny scenariusz związkowy byłby lepszy bo przynajmniej wiedziałbym na czym stoję, a tak nie wiem nic.

Lunka86 napisał/a:

Oj Shini, Shini. Współczuję. Mówiłeś terapeutce i psychiatrze o tych myślach samobójczych? Bo jeśli nie, to podejmij ten temat.
A ja bym właśnie wzięła udział w tym spływie kajakowym. Byłam, polecam. I nawet lepiej być samemu, bo lżej się płynie. Taki kontakt z naturą, do tego wysiłek fizyczny, to fajna sprawa. No i wyjdziesz z domu.
Z wolontariatem to też dobry pomysł. Jeśli nie pomoc ludziom, to zwierzakom. Jak ja po studiach nie mogłam znaleźć pracy, to chodziłam na taki wolontariat na świetlicę środowiskową, zawsze to jakieś zajęcie.

Oczywiście, że mówiłem i to nie raz. Terapeutka niewiele więcej może zrobić poza samą terapią ale powiedziała by dzwonić do niej gdyby było wyjątkowo źle albo jechać na psychiatryczny SOR. Psychiatra mam wrażenie, że mocno bagatelizuje mój stan, a wręcz bym powiedział, że chyba nie traktuje go zbyt poważnie. Przepisuje tylko leki i mówi, że mocniejszych mi nie da bo nie ma na to wskazań. A gdyby było bardzo źle to może jedynie wystawić skierowanie do szpitala. Taki jest plan żeby pojechać na te kajaki, zobaczymy czy uda mi się choć przez chwilę tym cieszyć nie mając nawet z kim pogadać. Co do wolontariatów to już wielokrotnie szukałem różnych ale zawsze były wymagania niemal takie jak do pracy lub nawet większe. Albo jakieś konkretne umiejętności, i uprawnienia albo ileś godzin w tygodniu ale bez weekendów. Tak z ciekawości ile czasu od skończenia studiów zajęło ci znalezienie pracy i czy była to praca w zawodzie?

Co do mojej sytuacji z pracą to później jeszcze napiszę trochę więcej.

2,473

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Muqin napisał/a:

Oj, pewnie, że więcej ludzi dobrze Ci życzy niż sądzisz, weszłam na forum po przerwie  i dobrze, żeś się zdążył dziś odezwać a i Priscilla mnie uprzedziła z tymi telefonami, bo się zdążyłam zdenerwować.

Etap może być długi, poza tym zaś ten etap można podzielić na mniejsze i do upojenia gadać o tym.

Bycie bezrobotnym jako takie dołuje.

Zazdrościć można, także Tobie. Zwykle zresztą cudze problemy wydają się łatwiejsze do rozwiązania niż własne. W porównywanie do "głodnych dzieci w Afryce" nie wejdę, bo sensu ono nie ma, ale owszem, także Tobie można zazdrościć.

Na spływy kajakowe jeżdżą różni ludzie, także pojedynczo. Między innymi tak się poznaje ludzi. Różnych. Jedź, jeśli to nie kosztuje kroci.

Poza tym znalazłam coś https://ochotnicy.waw.pl/oferty/188

I tak nie pracujesz, czasu masz aż nadto, może byś dał trochę tego czasu komuś potrzebującemu? Czasu i zainteresowania? To jest całkiem konkretna oferta i tak, dałbyś radę. Wolontariat dobrze wygląda w CV, to tak na marginesie marginesów, bo nie o to chodzi, ale o to, żebyś wyszedł do ludzi. Poczuł się komuś naprawdę potrzebny.
I nie mów, że nie masz nic do zaoferowania, bo masz - choćby i swój czas i chęć pomocy, swoją cierpliwość i zrozumienie dla problemów innych ludzi.

Aż zdenerwować? Coraz częściej ostatnio też jestem zaskoczony czyjąś reakcją. Do niedawna myślałem, że tylko jednej osobie w moim życiu na mnie zależało. A ona nawet nie wiedziała o większości moich problemów. Co do telefonów to nadal nie rozumiem co takiego pomocnego w tym widzicie.

Jak dla mnie to nie jest żaden etap bo trwa niemal od zawsze z małą przerwą i się nie kończy, a jedynie pogłębia.

Dla mnie bycie bezrobotnym nie jest najgorsze. Gdybym był na tyle bogaty by nie musieć pracować to bym tego nie robił. Gorszy jest fakt braku stabilności zarówno w kwestii statusu jak i finansowego. Gdyby dziewczyna teraz wróciła byłaby pewnie mną zawiedziona. Jak i każdy inny kto by się dowiedział, że jestem bezrobotny. To jest podobny poziom przegrywu co wieczny singiel- prawiczek. Taki jest przegrywem bo nie potrafi znaleźć żadnej zainteresowanej nim dziewczyny. Ja nim jestem bo nie potrafię znaleźć dobrej pracy choć teoretycznie powinienem mieć do tego możliwości czy nawet kwalifikacje.

Każdemu można czegoś zazdrościć, mnie na przykład szlag trafia kiedy widzę szczęśliwe związki choć nawet nie wiem czy faktycznie są szczęśliwe. Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem nie ma czego mi zazdrościć. Oczywiście możnaby wchodzić w porównywanie do tych "głodnych dzieci" ale jak sama piszesz to nie ma sensu. Aktualnej sytuacji materialnej czyli dachu nad głową i jakichś oszczędności możnaby było zazdrościć ale problemów psychicznych oraz sytuacji zawodowej i związkowej nie życzyłbym nikomu.

Ceny jeszcze nie sprawdzałem ale raczej nie jest ona jakoś przesadnie duża. Pojechać i tak mam zamiar bo zawsze chciałem tego spróbować. A co najgorsze w tym to fakt, że już wcześniej miałem na to plan z dziewczyną tylko lato nadeszło, a jej zabrakło.

Ciekawa rzecz, jeszcze nie widziałem wcześniej czegoś takiego. Czasu nie mam wcale więcej niż wcześniej. Robota nadal jest tylko w trochę mniejszej ilości. To chyba pierwszy wolontariat jaki widzę gdzie nie ma wymagań większych niż na specjalistę do pracy. To prawda, wyjście do ludzi to jedna z najbardziej potrzebnych mi obecnie rzeczy. Poczucie bycia potrzebnym też, a może nawet bardziej. Chęć pomocy, cierpliwość i zrozumienie to chyba jedyne co mam.

A owszem, aż zdenerwować, a co Ty sobie myślisz, że wszystkim wisi i powiewa co się z Tobą dzieje?

Co innego nie musieć pracować zarobkowo, co innego być bezrobotnym. Jak liczne przykłady z życia pokazują brak konieczności zarabiania nie generuje szczęśliwości tak po prostu, również bogaci i bardzo bogaci cierpią na depresję oraz mają problemy liczne.

Przypomnę - miałeś nie pisać o sobie per "przegryw". Obiecałeś, że przynajmniej spróbujesz i co ? Znowu czytam tego "przegywa"... sad

Na spływie raczej będziesz miał z kim pogadać,tam wszyscy gadają ze wszystkimi. Jedź, fajna sprawa taki spływ.

W domu zawsze jest coś do zrobienia, to niekończąca się zabawa, jak nie żywopłot to trawnik albo cokolwiek i tak w koło Macieju, ale nie jest tak, że kilku godzin nie wygospodarujesz na wolontariat. Poczujesz się potrzebny. smile

2,474

Odp: Co to znaczy żyć?

Te telefony sobie zapisz. Jak byłoby już bardzo kiepsko, to zawsze możesz pod któryś zadzwonić i pogadać. I być może te złe myśli na jakiś czas miną. Warto po prostu je mieć.
Ja szukałam pracy też dość długo, bo tak ponad pół roku. Dostałam pracę w zawodzie i w takie oferty celowałam. I brałam na początku nawet pracę na rok, na zastępstwo, zanim ostatecznie znalazłam pracę w miejscu, w którym pracuję do dziś. Ale chociaż miałam co sobie wpisać w CV.
Twój stan tak szczerze przypomina mi te etapy po rozstaniu. Zapewne masz teraz etap smutku. Pamiętam, jak sama kiedyś przez to przechodziłam. Przechodzisz żałobę po swoim związku i pozwól sobie na to, ale ważne jest, by za bardzo się w tym nie taplać. Trochę rozbawiło mnie to zdanie, że ta twoja była dziewczyna byłoby tobą zawiedziona. Wybacz, ale to ona siedzi w areszcie. Ty po prostu chwilowo nie masz pracy. Trzymaj się. Jakoś to będzie.

2,475

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

A owszem, aż zdenerwować, a co Ty sobie myślisz, że wszystkim wisi i powiewa co się z Tobą dzieje?

Co innego nie musieć pracować zarobkowo, co innego być bezrobotnym. Jak liczne przykłady z życia pokazują brak konieczności zarabiania nie generuje szczęśliwości tak po prostu, również bogaci i bardzo bogaci cierpią na depresję oraz mają problemy liczne.

Przypomnę - miałeś nie pisać o sobie per "przegryw". Obiecałeś, że przynajmniej spróbujesz i co ? Znowu czytam tego "przegywa"... sad

Na spływie raczej będziesz miał z kim pogadać,tam wszyscy gadają ze wszystkimi. Jedź, fajna sprawa taki spływ.

W domu zawsze jest coś do zrobienia, to niekończąca się zabawa, jak nie żywopłot to trawnik albo cokolwiek i tak w koło Macieju, ale nie jest tak, że kilku godzin nie wygospodarujesz na wolontariat. Poczujesz się potrzebny. smile

Przez większość życia tak właśnie myślałem. Tak naprawdę dopiero niedawno zacząłem zauważać, że niekoniecznie musi tak być. Bez dziewczyny nikomu z najbliższego otoczenia na mnie nie zależy. Okazuje się, że więcej jest osób, których nie znam osobiście, którym na mnie zależy niż tych znanych.

To prawda, większość ludzi dosłownie nie może żyć bez pracy niezależnie ile pieniędzy mają. Ja z kolei nie mogę sobie wyobrazić żadnej pracy, która dawałyby mi  poczucie spełnienia. Samo pojęcie pracy kojarzy mi się z czymś koniecznym, na zasadzie "nie chcę ale muszę". Gdybym nie musiał w ogóle pracować to pewnie też nie byłoby zbyt dobrze bo po paru miesiącach nie wiedziałbym co robić. Nawet wycieczka dookoła świata kiedyś by się skończyła. Tak samo wspieranie organizacji charytatywnych czy inwestowanie w cokolwiek prędzej czy później skończyłoby się brakiem pieniędzy.

Faktycznie zapomniałem o tym, to niedopuszczalny błąd. Ja zawsze dotrzymuję słowa, z tego też powodu jestem uwięziony w stanie zawieszenia w sytuacji z dziewczyną. Spróbowałem i chyba całkiem długo udało się nie używać tego słowa. Ciężko będzie się tego pozbyć, bardzo mocno się wryło w mój umysł.

Czekaj muszę to sobie zobrazować. Na kajakach się jest w jedną lub dwie osoby w kajaku. Żeby nie było wypadków powinny być oddalone od siebie przynajmniej kilka metrów. Jak ci ludzie tam rozmawiają? Krzyczą do siebie przez te kilka metrów? Poza tym jest raczej niewielka szansa na to, że będzie tak ktoś poza mną w pojedynkę. Z takich atrakcji korzystają raczej pary i rodziny z dziećmi.

Nie w domu, w dawnej robocie tylko już nie do końca oficjalnie.

Lunka86 napisał/a:

Te telefony sobie zapisz. Jak byłoby już bardzo kiepsko, to zawsze możesz pod któryś zadzwonić i pogadać. I być może te złe myśli na jakiś czas miną. Warto po prostu je mieć.
Ja szukałam pracy też dość długo, bo tak ponad pół roku. Dostałam pracę w zawodzie i w takie oferty celowałam. I brałam na początku nawet pracę na rok, na zastępstwo, zanim ostatecznie znalazłam pracę w miejscu, w którym pracuję do dziś. Ale chociaż miałam co sobie wpisać w CV.
Twój stan tak szczerze przypomina mi te etapy po rozstaniu. Zapewne masz teraz etap smutku. Pamiętam, jak sama kiedyś przez to przechodziłam. Przechodzisz żałobę po swoim związku i pozwól sobie na to, ale ważne jest, by za bardzo się w tym nie taplać. Trochę rozbawiło mnie to zdanie, że ta twoja była dziewczyna byłoby tobą zawiedziona. Wybacz, ale to ona siedzi w areszcie. Ty po prostu chwilowo nie masz pracy. Trzymaj się. Jakoś to będzie.

Właśnie w tym problem, że na jakiś czas. A co potem, za godzinę albo na następny dzień?
Jaki to zawód? Jakie były ogłoszenia w tym zawodzie?  Dało się dostać taką pracę bez doświadczenia?
Właśnie o to chodzi, że ja nawet nie mogę przejść tej żałoby bo nigdy oficjalnie się nie rozstaliśmy. Nasz kontakt całkowicie się urwał dosłownie z dnia na dzień. Jednego dnia wszystko było super, mieliśmy plany na za dwa dni i masę kolejnych na następne tygodnie. Nie dało się nawet porozmawiać ani zaktualizować tych planów. Kilka osób się ze mną kontaktowało z pytaniem co się z nią stało. Ona siedzi i bardzo możliwe, że cały czas czeka byśmy mogli się znów zobaczyć. Przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa, a jeśli mielibyśmy się rozstać to zrobimy to oficjalnie, porozmawiamy o rozejdziemy się w zgodzie. Miałbym tak po prostu o niej zapomnieć i złamać tą obietnicę? I tak mam wrażenie, że jest mną zawiedziona. Tym, że nie uchroniłem jej przed tym. Że nie znalazłem jakiegoś sposobu by ją z tego wyciągnąć. Lub tym, że za mało zarabiałem przez co ona weszła w interes, o którym nie miała pojęcia. Niby racja, że chwilowo tylko ta chwila trwa coraz dłużej. I nie mam żadnej konkretnej perspektywy by to zmienić.

Miałem jeszcze napisać coś o pracy. Terapeutka, doradczyni i spora część innych osób, z którymi o tym rozmawiałem cały czas poleca mi służby. Twierdzą, że 30 lat to w sam raz na to by próbować podjąć taką pracę. Tylko znowu nie wiem co z tym zrobić. Czy jest sens by ktoś z moim stanem psychicznym w ogóle próbował iść taką drogą? Jeśli tak to jaką służbę miałbym wybrać? Wojsko raczej odpada, do policji najłatwiej się dostać ale to bardzo stresująca i niewdzięczna praca. Do straży pożarnej chyba najtrudniej się dostać ze wszystkich służb nie licząc specjalnych. Na chwilę obecną nie byłbym nawet blisko zaliczenia testów do straży próbując się dostać z ulicy. Z drugiej strony to chyba byłaby ścieżka najbliższa moim zainteresowaniom zawodowym. Po zagłębianiu się w różne możliwe drogi wynikające z moich studiów doszedłem do wniosku, że chyba powinienem pójść w stronę zarządzania kryzysowego, reagowania w sytuacjach kryzysowych, ratownictwa, pomagania ludziom, pracy na rzecz społeczeństwa.  Coś takiego dałoby mi poczucie bycia potrzebnym, robienia czegoś ważnego. Czy poza służbami istnieje w ogóle jakaś tego typu praca?

2,476

Odp: Co to znaczy żyć?

Witam,
Przeczytałem sobie ostatnie 2 strony wątku i oczywiście cel w postaci szukania pracy jest jak najbardziej słuszny, ale skąd aż taka fiksacja na tym temacie i przekonanie, że to będzie rozwiązanie twoich problemów? Posiadanie pracy, jakichś oszczędności, czy nawet mieszkania nie jest żadną gwarancją szczęścia, ani znalezienia partnerki.

Wcześniej była poruszona kwestia posiadania auta za 200k, czy wycieczki na Malediwy. Ale czy naprawdę posiadanie tego auta za 200k sprawiłoby że byłbyś szczęśliwy? Gdzie byś nim tak jeździł? Czy mając pieniądze faktycznie pojechałbyś samemu na te malediwy i dałoby Ci to szczęście? Śmiem wątpić, tym bardziej że tam to cały czas byś pewnie widział jakieś zakochane pary.

Czy faktycznie zarabiając te 5k byś się wyprowadził od rodziców? Czy moze stwierdziłbyś, że lepiej poczekać aż trochę odłożysz, albo aż dostaniesz podwyżkę? Albo że jeszcze nie teraz, może za pół roku, a może za rok?

Pytam, bo wiem z autopsji że o wiele łatwiej sobie coś zaplanować, niż ten plan faktycznie wdrożyć w życie.
Gdybyś faktycznie był tak mocno zdeterminowany do tych zmian o których piszesz to mógłbyś przepracować kika miesięcy na kasie, albo zagranicą przy jakichś zbiorach, za tą kasę kupić sobie samochód a potem jeździć na uberze i się wyprowadzić.

2,477

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Witam,
Przeczytałem sobie ostatnie 2 strony wątku i oczywiście cel w postaci szukania pracy jest jak najbardziej słuszny, ale skąd aż taka fiksacja na tym temacie i przekonanie, że to będzie rozwiązanie twoich problemów? Posiadanie pracy, jakichś oszczędności, czy nawet mieszkania nie jest żadną gwarancją szczęścia, ani znalezienia partnerki.

Wcześniej była poruszona kwestia posiadania auta za 200k, czy wycieczki na Malediwy. Ale czy naprawdę posiadanie tego auta za 200k sprawiłoby że byłbyś szczęśliwy? Gdzie byś nim tak jeździł? Czy mając pieniądze faktycznie pojechałbyś samemu na te malediwy i dałoby Ci to szczęście? Śmiem wątpić, tym bardziej że tam to cały czas byś pewnie widział jakieś zakochane pary.

Czy faktycznie zarabiając te 5k byś się wyprowadził od rodziców? Czy moze stwierdziłbyś, że lepiej poczekać aż trochę odłożysz, albo aż dostaniesz podwyżkę? Albo że jeszcze nie teraz, może za pół roku, a może za rok?

Pytam, bo wiem z autopsji że o wiele łatwiej sobie coś zaplanować, niż ten plan faktycznie wdrożyć w życie.
Gdybyś faktycznie był tak mocno zdeterminowany do tych zmian o których piszesz to mógłbyś przepracować kika miesięcy na kasie, albo zagranicą przy jakichś zbiorach, za tą kasę kupić sobie samochód a potem jeździć na uberze i się wyprowadzić.

Samo znalezienie pracy absolutnie nie będzie żadnym rozwiązaniem problemów ale z pewnością choć trochę przybliżyłoby do tego. Poza tym nie chodzi tylko o znalezienie partnerki, to jest jednym najważniejszych celów ale nie jedynym i nie najważniejszym. Tym jest znalezienie celu, do którego mógłbym dążyć.

Ten samochód za 200k to był tylko przykład choć oczywiście nie pogardzilbym takim. Nawet gdybym miał dużo więcej niż 200k i tak nie kupiłbym za tyle samochodu. Spokojnie wystarczyłoby coś za połowę tej ceny. Na Malediwy chciałbym kiedyś pojechać ale samemu nie miałoby to większego sensu. Tak samo jak do wielu innych miejsc. Głównie właśnie dlatego co opisujesz.

5k to o wiele za mało żeby się wyprowadzić od rodziców, nie starczy ani na wynajem ani na kredyt. Jedyne co mógłbym zrobić zarabiając tyle to odkładać ile tylko się da aż do uzbierania na wkład własny. Choć zarabiając te 5k zajęłoby to wiele lat. Właśnie dlatego tak mi zależy na dobrej pracy, która umożliwiłaby rozwój i podnoszenie wypłaty.

Skąd ci się wziął pomysł, że jeżdżąc na Uberze starczyłoby na wyprowadzkę? Do tego trzeba zarabiać jakieś 10k na rękę, nie wiem czy kierowca Ubera tyle wyciągnie. Można też nie być samemu i mieć dwie wypłaty wtedy byłoby o wiele łatwiej.

2,478

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
marcinex napisał/a:

Witam,
Przeczytałem sobie ostatnie 2 strony wątku i oczywiście cel w postaci szukania pracy jest jak najbardziej słuszny, ale skąd aż taka fiksacja na tym temacie i przekonanie, że to będzie rozwiązanie twoich problemów? Posiadanie pracy, jakichś oszczędności, czy nawet mieszkania nie jest żadną gwarancją szczęścia, ani znalezienia partnerki.

Wcześniej była poruszona kwestia posiadania auta za 200k, czy wycieczki na Malediwy. Ale czy naprawdę posiadanie tego auta za 200k sprawiłoby że byłbyś szczęśliwy? Gdzie byś nim tak jeździł? Czy mając pieniądze faktycznie pojechałbyś samemu na te malediwy i dałoby Ci to szczęście? Śmiem wątpić, tym bardziej że tam to cały czas byś pewnie widział jakieś zakochane pary.

Czy faktycznie zarabiając te 5k byś się wyprowadził od rodziców? Czy moze stwierdziłbyś, że lepiej poczekać aż trochę odłożysz, albo aż dostaniesz podwyżkę? Albo że jeszcze nie teraz, może za pół roku, a może za rok?

Pytam, bo wiem z autopsji że o wiele łatwiej sobie coś zaplanować, niż ten plan faktycznie wdrożyć w życie.
Gdybyś faktycznie był tak mocno zdeterminowany do tych zmian o których piszesz to mógłbyś przepracować kika miesięcy na kasie, albo zagranicą przy jakichś zbiorach, za tą kasę kupić sobie samochód a potem jeździć na uberze i się wyprowadzić.

Samo znalezienie pracy absolutnie nie będzie żadnym rozwiązaniem problemów ale z pewnością choć trochę przybliżyłoby do tego. Poza tym nie chodzi tylko o znalezienie partnerki, to jest jednym najważniejszych celów ale nie jedynym i nie najważniejszym. Tym jest znalezienie celu, do którego mógłbym dążyć.

Ten samochód za 200k to był tylko przykład choć oczywiście nie pogardzilbym takim. Nawet gdybym miał dużo więcej niż 200k i tak nie kupiłbym za tyle samochodu. Spokojnie wystarczyłoby coś za połowę tej ceny. Na Malediwy chciałbym kiedyś pojechać ale samemu nie miałoby to większego sensu. Tak samo jak do wielu innych miejsc. Głównie właśnie dlatego co opisujesz.

5k to o wiele za mało żeby się wyprowadzić od rodziców, nie starczy ani na wynajem ani na kredyt. Jedyne co mógłbym zrobić zarabiając tyle to odkładać ile tylko się da aż do uzbierania na wkład własny. Choć zarabiając te 5k zajęłoby to wiele lat. Właśnie dlatego tak mi zależy na dobrej pracy, która umożliwiłaby rozwój i podnoszenie wypłaty.

Skąd ci się wziął pomysł, że jeżdżąc na Uberze starczyłoby na wyprowadzkę? Do tego trzeba zarabiać jakieś 10k na rękę, nie wiem czy kierowca Ubera tyle wyciągnie. Można też nie być samemu i mieć dwie wypłaty wtedy byłoby o wiele łatwiej.

Skąd pomysł, że w życiu trzeba mieć jakiś cel? Śmiem twierdzić, że większość ludzi nie ma żadnego celu, a jedynie skupia się na przetrwaniu z dnia na dzień, pokonywaniu codziennych trudności i prostych przyjemnościach. Oczywiście są jakieś wyjątki, jak politycy, dla których celem życiowym często jest dorwać się do władzy, czy różni duchowni dla których celem jest życie wieczne.

Chłopie, większość ludzi nie lubi swojej pracy, nie pracuje dla jakieś misji/spełnienia, tylko żeby zarabiać. I tak to już jest, bo praca z definicji nie jest przyjemnością. Jasne jest jakaś garstka ludzi, która robi to co lubi. Ale  to wyjątki. Ktoś musi pracować na tej budowie, ktoś musi zbierać śmieci, ktoś musi rozładowywać towar itd. Nie ma fizycznej opcji, żeby każdy mógł mieć prace która daje mu spełnienie i szczęście.

Podałem Ci przypadek Uberowców, bo przecież 90% z nich to imigranci z azji czy afryki. I jakoś oni potrafią się sami utrzymać i pewnie jeszcze coś zaoszczędzić, żeby wysłać do rodziny.

Przecież nawet jakbyś jutro dostał pracę to wątpię, że na start dostaniesz więcej niż 6k brutto. To co nawet mając pracę będziesz dalej mieszkał u tych rodziców i co czekał na podwyżkę i awans? To ile to będzie dość żeby się wyprowadzić? 8k? 10k? To niestety możesz na to czekać latami. Tym bardziej, że podejrzewam, że twoje umiejętności społeczne nie są na najwyższym poziomie, a w pracy przy awansach też się to liczy. Możesz pracować ciężko, albo ktoś inny tam zbajeruje szefostwo odpowiednią gadką i to on dostanie awans, a nie Ty. Jak tak dalej pójdzie to wyprowadzisz się mając 40 lat, a wtedy to zostaną Ci same roszczeniowe kobiety z dziećmi. O ile faktycznie to zrobisz, bo może za 10 lat powiesz że nie możesz się wyprowadzić, bo rodzice starzy trzeba się nimi opiekować, albo że wolisz jeszcze uzbierać na mieszkanie. Z takim mindsetem to będzie Ci ciężko...

2,479

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Skąd pomysł, że w życiu trzeba mieć jakiś cel? Śmiem twierdzić, że większość ludzi nie ma żadnego celu, a jedynie skupia się na przetrwaniu z dnia na dzień, pokonywaniu codziennych trudności i prostych przyjemnościach. Oczywiście są jakieś wyjątki, jak politycy, dla których celem życiowym często jest dorwać się do władzy, czy różni duchowni dla których celem jest życie wieczne.

Chłopie, większość ludzi nie lubi swojej pracy, nie pracuje dla jakieś misji/spełnienia, tylko żeby zarabiać. I tak to już jest, bo praca z definicji nie jest przyjemnością. Jasne jest jakaś garstka ludzi, która robi to co lubi. Ale  to wyjątki. Ktoś musi pracować na tej budowie, ktoś musi zbierać śmieci, ktoś musi rozładowywać towar itd. Nie ma fizycznej opcji, żeby każdy mógł mieć prace która daje mu spełnienie i szczęście.

Podałem Ci przypadek Uberowców, bo przecież 90% z nich to imigranci z azji czy afryki. I jakoś oni potrafią się sami utrzymać i pewnie jeszcze coś zaoszczędzić, żeby wysłać do rodziny.

Przecież nawet jakbyś jutro dostał pracę to wątpię, że na start dostaniesz więcej niż 6k brutto. To co nawet mając pracę będziesz dalej mieszkał u tych rodziców i co czekał na podwyżkę i awans? To ile to będzie dość żeby się wyprowadzić? 8k? 10k? To niestety możesz na to czekać latami. Tym bardziej, że podejrzewam, że twoje umiejętności społeczne nie są na najwyższym poziomie, a w pracy przy awansach też się to liczy. Możesz pracować ciężko, albo ktoś inny tam zbajeruje szefostwo odpowiednią gadką i to on dostanie awans, a nie Ty. Jak tak dalej pójdzie to wyprowadzisz się mając 40 lat, a wtedy to zostaną Ci same roszczeniowe kobiety z dziećmi. O ile faktycznie to zrobisz, bo może za 10 lat powiesz że nie możesz się wyprowadzić, bo rodzice starzy trzeba się nimi opiekować, albo że wolisz jeszcze uzbierać na mieszkanie. Z takim mindsetem to będzie Ci ciężko...

Ja śmiem twierdzić, że bez celu nie da się żyć, że czegoś takiego nie można nazwać życiem. Dla większości ludzi ten cel jest prosty, utrzymać rodzinę i wychować dzieci. Nieliczni mają inne, niestandardowe cele ale jednak każdy jakiś ma. Tak naprawdę właśnie to odróżnia ludzi od innych zwierząt i dzięki temu gatunek ludzki wyszedł z jaskiń. Gdyby chodziło tylko o przetrwanie i życie z dnia na dzień nie byłoby potrzeby budować cywilizacji.

To prawda, jest bardzo niewielu ludzi, którzy lubią swoją pracę. Zdecydowana większość pracuje bo musi ale nawet do tego potrzebna jest jakaś motywacja. Najczęściej jest nią właśnie utrzymanie rodziny. To nie przypadek, że większość ludzi osiąga wyżyny swoich możliwości dopiero gdy ma dla kogo albo gdy sytuacja ich do tego zmusi. Niemal każdy kogo kiedykolwiek znałem stawał się najlepszą wersją siebie dopiero gdy miał dla kogo. Może to tylko u mnie tak było ale takie są fakty. Mało kto ma powód by pracować po 10-12h dziennie będąc samemu ale mając dzieci pracują i po 16h. Nie raz już widziałem sytuację gdzie ktoś po wyjściu w związek uczył się czegoś nowego albo szedł na drugi etat żeby było ich stać na zamieszkanie razem albo zagraniczne wakacje. Będąc samemu bardzo mało komu na tym zależy. Inna sprawa jest taka, że praca to znaczną część całego życia jak nie jego większość i trzeba choć minimalnie ją lubić lub przynajmniej traktować obojętnie by być w stanie wykonywać ją prawidłowo. Chyba nikt kto nie ma kredytu albo dzieci na utrzymaniu nie wytrzymałby zbyt długo w pracy, której nie lubi.

Sądzisz, że każdy z nich ma własne mieszkanie w kredycie lub wynajęte? Oni albo siedzą na małych pokoikach albo w jakichś mieszkaniach pracowniczych po 10 osób w jednym.

To prawda, że raczej ciężko byłoby znaleźć coś za więcej niż te 6k brutto. Dokładnie tak jak piszesz, przy takich zarobkach trzeba by było dalej mieszkać z rodzicami i mieć nadzieję na awans i podwyżkę. Tak jak pisałem do tego trzeba jakichś 10k na rękę albo dwóch wypłat. To może zająć długie lata albo i nigdy się nie udać, w takim kraju i w takich czasach żyjemy. Nie zamierzam nikogo bajerować bo nawet to słowo mnie niemal obrzydza. Może być też tak, że nawet do tej 40 nie uda mi się wyprowadzić. Staram się nie dopuszczać do siebie tej myśli ale niestety nie można tego wykluczyć. Tak samo możliwe, że nigdy już nie znajdę żadnej innej dziewczyny. Piszesz, że to kwestia mindsetu więc ciekaw jestem jak ty to sobie wyobrażasz? Tu nie chodzi o podejście tylko za te 6k brutto dosłownie nie da się wyprowadzić. Na rękę to nie będzie nawet 5k, a samo wynajęcie kosztuje ok.4k, rata kredytu hipotecznego pewnie podobnie. Trzeba jeszcze coś jeść, płacić za telefon, za transport, za internet. Jak coś się stanie to trzeba iść do lekarza prywatnie. I jeszcze sporo innych rzeczy by się znalazło. To jest fizycznie niemożliwe by za takie pieniądze samemu się utrzymać więc pozostaje jedynie rozwój zawodowy aż zarobki osiągną poziom umożliwiający to albo znaleźć partnerkę i dzielić opłaty na dwie osoby.

2,480

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
marcinex napisał/a:

Skąd pomysł, że w życiu trzeba mieć jakiś cel? Śmiem twierdzić, że większość ludzi nie ma żadnego celu, a jedynie skupia się na przetrwaniu z dnia na dzień, pokonywaniu codziennych trudności i prostych przyjemnościach. Oczywiście są jakieś wyjątki, jak politycy, dla których celem życiowym często jest dorwać się do władzy, czy różni duchowni dla których celem jest życie wieczne.

Chłopie, większość ludzi nie lubi swojej pracy, nie pracuje dla jakieś misji/spełnienia, tylko żeby zarabiać. I tak to już jest, bo praca z definicji nie jest przyjemnością. Jasne jest jakaś garstka ludzi, która robi to co lubi. Ale  to wyjątki. Ktoś musi pracować na tej budowie, ktoś musi zbierać śmieci, ktoś musi rozładowywać towar itd. Nie ma fizycznej opcji, żeby każdy mógł mieć prace która daje mu spełnienie i szczęście.

Podałem Ci przypadek Uberowców, bo przecież 90% z nich to imigranci z azji czy afryki. I jakoś oni potrafią się sami utrzymać i pewnie jeszcze coś zaoszczędzić, żeby wysłać do rodziny.

Przecież nawet jakbyś jutro dostał pracę to wątpię, że na start dostaniesz więcej niż 6k brutto. To co nawet mając pracę będziesz dalej mieszkał u tych rodziców i co czekał na podwyżkę i awans? To ile to będzie dość żeby się wyprowadzić? 8k? 10k? To niestety możesz na to czekać latami. Tym bardziej, że podejrzewam, że twoje umiejętności społeczne nie są na najwyższym poziomie, a w pracy przy awansach też się to liczy. Możesz pracować ciężko, albo ktoś inny tam zbajeruje szefostwo odpowiednią gadką i to on dostanie awans, a nie Ty. Jak tak dalej pójdzie to wyprowadzisz się mając 40 lat, a wtedy to zostaną Ci same roszczeniowe kobiety z dziećmi. O ile faktycznie to zrobisz, bo może za 10 lat powiesz że nie możesz się wyprowadzić, bo rodzice starzy trzeba się nimi opiekować, albo że wolisz jeszcze uzbierać na mieszkanie. Z takim mindsetem to będzie Ci ciężko...

Ja śmiem twierdzić, że bez celu nie da się żyć, że czegoś takiego nie można nazwać życiem. Dla większości ludzi ten cel jest prosty, utrzymać rodzinę i wychować dzieci. Nieliczni mają inne, niestandardowe cele ale jednak każdy jakiś ma. Tak naprawdę właśnie to odróżnia ludzi od innych zwierząt i dzięki temu gatunek ludzki wyszedł z jaskiń. Gdyby chodziło tylko o przetrwanie i życie z dnia na dzień nie byłoby potrzeby budować cywilizacji.

To prawda, jest bardzo niewielu ludzi, którzy lubią swoją pracę. Zdecydowana większość pracuje bo musi ale nawet do tego potrzebna jest jakaś motywacja. Najczęściej jest nią właśnie utrzymanie rodziny. To nie przypadek, że większość ludzi osiąga wyżyny swoich możliwości dopiero gdy ma dla kogo albo gdy sytuacja ich do tego zmusi. Niemal każdy kogo kiedykolwiek znałem stawał się najlepszą wersją siebie dopiero gdy miał dla kogo. Może to tylko u mnie tak było ale takie są fakty. Mało kto ma powód by pracować po 10-12h dziennie będąc samemu ale mając dzieci pracują i po 16h. Nie raz już widziałem sytuację gdzie ktoś po wyjściu w związek uczył się czegoś nowego albo szedł na drugi etat żeby było ich stać na zamieszkanie razem albo zagraniczne wakacje. Będąc samemu bardzo mało komu na tym zależy. Inna sprawa jest taka, że praca to znaczną część całego życia jak nie jego większość i trzeba choć minimalnie ją lubić lub przynajmniej traktować obojętnie by być w stanie wykonywać ją prawidłowo. Chyba nikt kto nie ma kredytu albo dzieci na utrzymaniu nie wytrzymałby zbyt długo w pracy, której nie lubi.

Sądzisz, że każdy z nich ma własne mieszkanie w kredycie lub wynajęte? Oni albo siedzą na małych pokoikach albo w jakichś mieszkaniach pracowniczych po 10 osób w jednym.

To prawda, że raczej ciężko byłoby znaleźć coś za więcej niż te 6k brutto. Dokładnie tak jak piszesz, przy takich zarobkach trzeba by było dalej mieszkać z rodzicami i mieć nadzieję na awans i podwyżkę. Tak jak pisałem do tego trzeba jakichś 10k na rękę albo dwóch wypłat. To może zająć długie lata albo i nigdy się nie udać, w takim kraju i w takich czasach żyjemy. Nie zamierzam nikogo bajerować bo nawet to słowo mnie niemal obrzydza. Może być też tak, że nawet do tej 40 nie uda mi się wyprowadzić. Staram się nie dopuszczać do siebie tej myśli ale niestety nie można tego wykluczyć. Tak samo możliwe, że nigdy już nie znajdę żadnej innej dziewczyny. Piszesz, że to kwestia mindsetu więc ciekaw jestem jak ty to sobie wyobrażasz? Tu nie chodzi o podejście tylko za te 6k brutto dosłownie nie da się wyprowadzić. Na rękę to nie będzie nawet 5k, a samo wynajęcie kosztuje ok.4k, rata kredytu hipotecznego pewnie podobnie. Trzeba jeszcze coś jeść, płacić za telefon, za transport, za internet. Jak coś się stanie to trzeba iść do lekarza prywatnie. I jeszcze sporo innych rzeczy by się znalazło. To jest fizycznie niemożliwe by za takie pieniądze samemu się utrzymać więc pozostaje jedynie rozwój zawodowy aż zarobki osiągną poziom umożliwiający to albo znaleźć partnerkę i dzielić opłaty na dwie osoby.

No ale utrzymanie rodziny i dzieci to jakieś 20 lat. A co potem w takim wypadku? Masz 50-55 lat, dzieci się wyprowadziły i co teraz? Już nie masz żadnego celu w takim wypadku.
Zgadzam się z tym co napisałeś, że chęć zapewnienia jak najlepszego bytu rodzinie jest dla większości osób motywacją do pojmowania działań. Ale idąc tym tokiem rozumowania to w chwili, gdy ludzie już wychowają dzieci, to większość z nich traci swój cel i co? Jaki wtedy mają cel? Może nie mają już żadnego, a jakoś jednak żyją, mimo że twoim zdaniem się tak nie da. Dlatego nie wiem jestem przekonany czy do szczęścia jest koniecznie potrzebny jakiś cel.

Skoro mówisz, że obecnie najbardziej ogranicza Cię mieszkanie z rodzicami i to jest obecnie twój największy problem to chyba powinieneś się w pierwszej kolejności skupić na jego rozwiązaniu. Nawet jeśli to oznacza wynajem pokoju w mieszkaniu z innymi ludźmi, zamiast kawalerki. Ale przeprowadzkę do innego miasta gdzie masz tańsze ceny wynajmu np. na śląsk (choć tu akurat jest mało wolnych kobiet), albo do Łodzi, czy gdziekolwiek gdzie są jakieś perpektywy na pracę w sensownych widełkach, ale wynajem nie kosztuje tyle co w stolicy.

Bo obecnie o ile nie wróci do Ciebie poprzednia dziewczyna (co po tym co pisałeś wcześniej wydaje się mało prawdopodobne, bo jest w areszcie i bardzo możliwe, że trafi do więzienia. Już pomijając czy ona faktycznie by chciała do Ciebie wrócić i czy taki związek miałby w ogóle przyszłość, skoro zatajała przed tobą takie ważne informacje o sobie) to jak sam napisałeś przy twoich wymaganiach perspektywa wyprowadzki jest mocno odległa. Bo pytanie kiedy i czy znajdziesz tą pracę. Jak długo tam wytrzymasz? Czy dostaniesz podwyżkę i awans czy nie? Może się okazać, że będziesz latami czekał na sprzyjające warunki.

2,481 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-07-20 13:34:55)

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

No ale utrzymanie rodziny i dzieci to jakieś 20 lat. A co potem w takim wypadku? Masz 50-55 lat, dzieci się wyprowadziły i co teraz? Już nie masz żadnego celu w takim wypadku.
Zgadzam się z tym co napisałeś, że chęć zapewnienia jak najlepszego bytu rodzinie jest dla większości osób motywacją do pojmowania działań. Ale idąc tym tokiem rozumowania to w chwili, gdy ludzie już wychowają dzieci, to większość z nich traci swój cel i co? Jaki wtedy mają cel? Może nie mają już żadnego, a jakoś jednak żyją, mimo że twoim zdaniem się tak nie da. Dlatego nie wiem jestem przekonany czy do szczęścia jest koniecznie potrzebny jakiś cel.

Skoro mówisz, że obecnie najbardziej ogranicza Cię mieszkanie z rodzicami i to jest obecnie twój największy problem to chyba powinieneś się w pierwszej kolejności skupić na jego rozwiązaniu. Nawet jeśli to oznacza wynajem pokoju w mieszkaniu z innymi ludźmi, zamiast kawalerki. Ale przeprowadzkę do innego miasta gdzie masz tańsze ceny wynajmu np. na śląsk (choć tu akurat jest mało wolnych kobiet), albo do Łodzi, czy gdziekolwiek gdzie są jakieś perpektywy na pracę w sensownych widełkach, ale wynajem nie kosztuje tyle co w stolicy.

Bo obecnie o ile nie wróci do Ciebie poprzednia dziewczyna (co po tym co pisałeś wcześniej wydaje się mało prawdopodobne, bo jest w areszcie i bardzo możliwe, że trafi do więzienia. Już pomijając czy ona faktycznie by chciała do Ciebie wrócić i czy taki związek miałby w ogóle przyszłość, skoro zatajała przed tobą takie ważne informacje o sobie) to jak sam napisałeś przy twoich wymaganiach perspektywa wyprowadzki jest mocno odległa. Bo pytanie kiedy i czy znajdziesz tą pracę. Jak długo tam wytrzymasz? Czy dostaniesz podwyżkę i awans czy nie? Może się okazać, że będziesz latami czekał na sprzyjające warunki.

Po pierwsze nie planuję mieć dzieci. Po drugie raczej nie dożyję więcej niż te 50-60 lat. Poza tym żeby dzieci mogły się wyprowadzić kiedy będę miał 50-55 lat to już musiałbym je mieć albo maksymalnie w ciągu najbliższych kilku lat. Podejrzewam, że ci ludzie, których dzieci już się wyprowadziły znajdują sobie jakiś inny cel. Albo i nie, spora część małżeństw istnieje tak naprawdę tylko że względu na dzieci i kiedy te się wyprowadzą to rodzice nie mają już powodu by być razem. Te dzieci, które się wyprowadziły nie raz wracają do domu po kilku latach bo na przykład ich związki się rozpadły, a samemu nie stać ich na przykład na wynajem. Osobiście znam kilka takich przypadków. Moim zdaniem jak ktoś nie ma celu lub go straci albo spełni to szuka następnego.

Tak ma szybko sprawdziłem jak teraz wyglądają ceny i okazuje się, że nawet Warszawie nie ma aż takiej tragedii jeśli chodzi o wynajem. Za ok. 2k da się wynająć apartament 30m, plus opłaty to będzie ze 3k. Teoretycznie zarabiając 6-7k na rękę już dałoby radę to zrobić. W każdym dużym mieście byłoby podobnie, w Łodzi wyszłoby trochę taniej. Tyle, że chyba nigdzie indziej nie zarobi się tyle co w tych dużych miastach. Więc jeśli chodzi o rozwój zawodowy to i tak wychodzi na te największe miasta. Tak samo z dostępnością do wszelkiego rodzaju atrakcji i ogólnie możliwości spędzania czasu poza pracą. Choć z tym akurat jest raczej średnio bo spora część ludzi, szczególnie młodych mieszkających w takiej Warszawie pracuje po 12h dziennie, a i tak ledwo im starcza na utrzymanie. Albo i nie starcza więc mieszkają z rodzicami i dojeżdżają do tego miasta.

Też obawiam się, że szanse na powrót naszego związku są raczej niewielkie. Mi jakoś bardzo nie przeszkadza fakt, że może być karana ale prawie każdy kto o tym wie mówi mi, że powinienem odpuścić. Już nawet mieliśmy plan na wspólne zamieszkanie tylko nie zdążyliśmy go wprowadzić. Razem dalibyśmy radę, samemu żadne z nas nie dałoby rady. Jest dokładnie jak piszesz, perspektywa wyprowadzki jest bardzo odległa. Nie wiadomo kiedy znajdę pracę dającą jakieś perspektywy. Nie wiadomo czy w niej wytrzymam ani czy będzie można dostać jakiś awans i podwyżkę. Bardzo możliwe, że będę na to czekał latami albo wcale się nie doczekam. Niestety nie mam innych możliwości niż próbować to osiągnąć tak jak teraz. Jestem z tym sam, nie mam żadnych znajomości ani pleców, nie mam zaplecza finansowego, nie mam żadnego talentu umożliwiającego szybkie zarobienie pieniędzy lub jeszcze o nim nie wiem. Mogę jedynie próbować trzymać się stabilnie psychicznie, szukać pracy umożliwiającej wykorzystanie moich studiów, a potem dalszą naukę i rozwijanie kompetencji. W międzyczasie czekać na powrót dziewczyny lub jeśli się okaże, że nie da się tego związku uratować to nie zamykanie się na nowe opcje.

2,482

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Też obawiam się, że szanse na powrót naszego związku są raczej niewielkie. Mi jakoś bardzo nie przeszkadza fakt, że może być karana ale prawie każdy kto o tym wie mówi mi, że powinienem odpuścić. Już nawet mieliśmy plan na wspólne zamieszkanie tylko nie zdążyliśmy go wprowadzić. Razem dalibyśmy radę, samemu żadne z nas nie dałoby rady. Jest dokładnie jak piszesz, perspektywa wyprowadzki jest bardzo odległa. Nie wiadomo kiedy znajdę pracę dającą jakieś perspektywy. Nie wiadomo czy w niej wytrzymam ani czy będzie można dostać jakiś awans i podwyżkę. Bardzo możliwe, że będę na to czekał latami albo wcale się nie doczekam. Niestety nie mam innych możliwości niż próbować to osiągnąć tak jak teraz. Jestem z tym sam, nie mam żadnych znajomości ani pleców, nie mam zaplecza finansowego, nie mam żadnego talentu umożliwiającego szybkie zarobienie pieniędzy lub jeszcze o nim nie wiem. Mogę jedynie próbować trzymać się stabilnie psychicznie, szukać pracy umożliwiającej wykorzystanie moich studiów, a potem dalszą naukę i rozwijanie kompetencji. W międzyczasie czekać na powrót dziewczyny lub jeśli się okaże, że nie da się tego związku uratować to nie zamykanie się na nowe opcje.


Za bardzo uzależniasz chyba swoje plany i możliwości od 2 połówki.

Co zrobisz jak wymarzona dziewczyna Cię zostawi? Co jak zdradzi? Co jak będzie rozrzutna? Co jak będzie chciała zostać w domu zamiast pracować?

Ogrom związków się rozpada, 1/3 małżeństw się rozwodzi. Nie mówie abyś to zakładał. Ale kolejny post sugerujesz, że osiągnięcie samodzielności jest nie realne samemu a we dwójkę już tak. A właśnie może jak będziesz wstanie sam się utrzymać na dobrym poziomie i będziesz się lepiej czuł w relacjach z kobietami bo będziesz wiedział, że sam masz sprawczość a nie Twój los zależy od pensji partnerki.

2,483

Odp: Co to znaczy żyć?
kamil555x napisał/a:

Za bardzo uzależniasz chyba swoje plany i możliwości od 2 połówki.

Co zrobisz jak wymarzona dziewczyna Cię zostawi? Co jak zdradzi? Co jak będzie rozrzutna? Co jak będzie chciała zostać w domu zamiast pracować?

Ogrom związków się rozpada, 1/3 małżeństw się rozwodzi. Nie mówie abyś to zakładał. Ale kolejny post sugerujesz, że osiągnięcie samodzielności jest nie realne samemu a we dwójkę już tak. A właśnie może jak będziesz wstanie sam się utrzymać na dobrym poziomie i będziesz się lepiej czuł w relacjach z kobietami bo będziesz wiedział, że sam masz sprawczość a nie Twój los zależy od pensji partnerki.

Pewnie masz rację.

Jak zostawi to nie mam pojęcia ale podejrzewam, że byłoby podobnie jak teraz. Jak zdradzi to sytuacja będzie jasna i się pożegnamy ale będę próbował się dowiedzieć dlaczego. Jak będzie rozrzutna to szybko skończą się jej pieniądze, a ja będę się starał dać jasno do zrozumienia, że mamy "rozdzielność majątkową". Na rzeczy typu wspólne wakacje, coś do mieszkania z czego oboje będziemy korzystać, prezent na urodziny, na lekarza i inne tego typu rzeczy nie będę żałował. Ale na jakiegoś fryzjera, kosmetyczkę czy tylko swoje zakupy płaci sama. Nie ma takiej opcji, że w ogóle nie będzie pracować choćby dlatego, że sam nie dam rady. Jeśli będzie z tym problem to też będziemy musieli się pożegnać. Oczywiście to wszystko tylko moje zamiary, chciałbym mieć takie podejście, a czy udałoby się to w praktyce tego nie wiem ale na pewno starałabym się tego trzymać.

Ja nie sugeruję tylko piszę to co widzę po osobach z mojego otoczenia. Właśnie tak to wygląda, że większość znajomych ze szkoły czy okolicy, których gdzieś tam widuję raz na parę lat wyprowadziło się dopiero kiedy mieli z kim zamieszkać. Ci, którym związki się rozpadły wrócili do rodziców. Naprawdę znam nie jeden taki przypadek. Z drugiej strony nie znam nikogo kto sam dorobił by się na przykład swojego mieszkania. Ci bogaci dostali od rodziców, ci biedniejsi odziedziczyli po dziadkach. Tak samo nie znam dosłownie nikogo w wieku podobnym do mojego lub młodszego kto od zera i bez niczyjej pomocy zarabiałby ponad 10k. Gdybym był w stanie samemu się utrzymać to s pewnością by mi pomogło, pewnie bardziej niż cokolwiek innego. Podejrzewam, że jeśli tylko bym przetrwał pierwsze tygodnie i się przystosował do nowych warunków to na większości pół stałbym się kimś lepszym. Tyle, że takiej opcji nawet nie biorę pod uwagę bo to niewykonalne, nie dla kogoś takiego jak ja. Nie dla kogoś kto całe życie tylko przegrywał, marnował czas, nie zauważał swoich możliwości tak długo, że przepadły. Nie dla kogoś kto zmarnował większość dotychczasowego życia i nic nie osiągnął do 30. Nie dla kogoś kto ma depresję i czuje wręcz paniczny lęk przed zmianą łącznie ze znalezieniem pracy co dla każdego normalnego człowieka jest czymś bezproblemowym.

2,484

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Z drugiej strony nie znam nikogo kto sam dorobił by się na przykład swojego mieszkania. Ci bogaci dostali od rodziców, ci biedniejsi odziedziczyli po dziadkach. Tak samo nie znam dosłownie nikogo w wieku podobnym do mojego lub młodszego kto od zera i bez niczyjej pomocy zarabiałby ponad 10k. Gdybym był w stanie samemu się utrzymać to s pewnością by mi pomogło, pewnie bardziej niż cokolwiek innego. Podejrzewam, że jeśli tylko bym przetrwał pierwsze tygodnie i się przystosował do nowych warunków to na większości pół stałbym się kimś lepszym. Tyle, że takiej opcji nawet nie biorę pod uwagę bo to niewykonalne, nie dla kogoś takiego jak ja. Nie dla kogoś kto całe życie tylko przegrywał, marnował czas, nie zauważał swoich możliwości tak długo, że przepadły. Nie dla kogoś kto zmarnował większość dotychczasowego życia i nic nie osiągnął do 30. Nie dla kogoś kto ma depresję i czuje wręcz paniczny lęk przed zmianą łącznie ze znalezieniem pracy co dla każdego normalnego człowieka jest czymś bezproblemowym.

Ja znam sporo osób w wieku około 30 lat, które same, bez niczyjej pomocy i bez jakiegoś wybitnego wykształcenia zarabiają dziś ponad 10k. Tyle, że te osoby pracują w typowym kopro, często pracując po kilkanaście godzin dziennie. Tyle, że wątpię, by taka ścieżka by Ci odpowiadała. Już pomijam, że to raczej inny profil wykształcenia, ale zwyczajnie jest to praca bardzo mocno obciążająca psychicznie - typowe kopanie dołków pod sobą, wyścig szczurów, obgadywanie za plecami, szukanie haków na innych, mobbing, fałszywość i kolesiostwo.

Znam też osobę, która w wieku 30 kilku lat kupiła sobie sama, będąc całe życie singlem, mieszkanie za gotówkę. Otóż ta osoba oszczędzała przez jakieś 10 lat mieszkała u rodziców i praktycznie nie miała żadnych wydatków i była też bardzo oszczędna. Nie jest to mieszkanie mieście stołecznym, ale w mieście przylegającym. Niestety tutaj musze Cię zmartwić, bowiem fakt, że ta znajomy posiada teraz mieszkanie na własność nie zmienił nic w relacjach z kobietami. Niestety nie jest on powszechnie uznawany przez kobiety za atrakcyjnego mężczyznę - na pewno nie powiedziałbym, że jest brzydki, ale nie ma 180, kwadratowej szczęki, ani sześciopaka. Plus zdecydowanie nie emanuje pewnością siebie i męskością.

Tak więc jak pisałem wcześniej, nie uważam żeby kwestia posiadania mieszkania, czy niezłych zarobków jakoś szczególnie wiele zmieniała w kwestii kobiet. Stwierdził bym, że mieszkanie samemu i posiadania pracy, gdzie zarabiasz więcej niż minimalną to jest standard minimum, którego oczekują kobiety.

Jak jakaś kobieta będzie miała do wyboru chada 190, co emanuje pewnością siebie, ale bez mieszkania i ze średnią pensją, oraz gościa przeciętnego, ale słabego społecznie i niepewnego, ale z mieszkaniem i niezłą pensją to znaczna większość kobiet wybierze tego pierwszego. No chyba, że mówimy o jakichś samotnych matkach to może to wygląda inaczej, ale to nie wiem bo nie interesuje mnie ten temat.

2,485

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Ja znam sporo osób w wieku około 30 lat, które same, bez niczyjej pomocy i bez jakiegoś wybitnego wykształcenia zarabiają dziś ponad 10k. Tyle, że te osoby pracują w typowym kopro, często pracując po kilkanaście godzin dziennie. Tyle, że wątpię, by taka ścieżka by Ci odpowiadała. Już pomijam, że to raczej inny profil wykształcenia, ale zwyczajnie jest to praca bardzo mocno obciążająca psychicznie - typowe kopanie dołków pod sobą, wyścig szczurów, obgadywanie za plecami, szukanie haków na innych, mobbing, fałszywość i kolesiostwo.

Znam też osobę, która w wieku 30 kilku lat kupiła sobie sama, będąc całe życie singlem, mieszkanie za gotówkę. Otóż ta osoba oszczędzała przez jakieś 10 lat mieszkała u rodziców i praktycznie nie miała żadnych wydatków i była też bardzo oszczędna. Nie jest to mieszkanie mieście stołecznym, ale w mieście przylegającym. Niestety tutaj musze Cię zmartwić, bowiem fakt, że ta znajomy posiada teraz mieszkanie na własność nie zmienił nic w relacjach z kobietami. Niestety nie jest on powszechnie uznawany przez kobiety za atrakcyjnego mężczyznę - na pewno nie powiedziałbym, że jest brzydki, ale nie ma 180, kwadratowej szczęki, ani sześciopaka. Plus zdecydowanie nie emanuje pewnością siebie i męskością.

Tak więc jak pisałem wcześniej, nie uważam żeby kwestia posiadania mieszkania, czy niezłych zarobków jakoś szczególnie wiele zmieniała w kwestii kobiet. Stwierdził bym, że mieszkanie samemu i posiadania pracy, gdzie zarabiasz więcej niż minimalną to jest standard minimum, którego oczekują kobiety.

Jak jakaś kobieta będzie miała do wyboru chada 190, co emanuje pewnością siebie, ale bez mieszkania i ze średnią pensją, oraz gościa przeciętnego, ale słabego społecznie i niepewnego, ale z mieszkaniem i niezłą pensją to znaczna większość kobiet wybierze tego pierwszego. No chyba, że mówimy o jakichś samotnych matkach to może to wygląda inaczej, ale to nie wiem bo nie interesuje mnie ten temat.

Też spotkałem paru ludzi z korpo i nie chciałbym się z nimi zamienić nawet dla pieniędzy jakie zarabiali. To byli tylko klienci dawnej firmy więc ciężko tu mówić o znajomości ale większość tego co wymieniłeś dotyczącego korpo u nich się zgadzała. Oni sami byli w większości w porządku ale było po nich widać wyczerpanie i zajechanie tymi warunkami pracy. Praca po 16h dziennie i bycie tylko liczbą w exelu.

Żeby zaoszczędzić na mieszkanie za gotówkę trzeba zarabiać grubo ponad minimalną albo i średnią. Skąd w ogóle pomysł, że fakt posiadania własnego mieszkania miałby coś zmienić w relacjach w kobietami? Widziałem facetów, którzy nie mieli ani mieszkania, ani pracy, ani wyglądu, a nie raz nawet mózgu ale dziewczyny mieli bez problemu. Chyba trochę za bardzo odlatujesz w stronę redpilla. Muqin wybacz ale nie znam lepszego słowa do użycia w tym co teraz napiszę. Ja, największy przegryw jaki tylko mógł istnieć znalazłem dziewczynę, co prawda tylko na pół roku, a związek znalazł się w najgorszym możliwym miejscu to jednak jakimś cudem się to udało. Pewnie to była dla mnie jedyna na całe życie szansa i bardzo możliwe, że już przepadła ale wierz mi, że ta kwadratowa szczęka i 180 nie są niezbędne.

Jeśli mieszkanie samemu to standard minimum to jesteśmy skazani na zagładę, zaprawdę jesteśmy "ostatnim pokoleniem". Mieszkanie samemu czy tym bardziej posiadania swojego mieszkania już teraz jest luksusem, na który stać nielicznych. Jeśli coś co jest zarezerwowane tylko dla najbogatszych staje się "standardem minimum" to jesteśmy całkowicie zgubieni jak naród, a pewnie i gatunek. Mieszkania powinno się dorabiać wspólnie, we dwójkę. Jeśli kobieta miałaby oczekiwać ode mnie własnego mieszkania to tylko jeśli sama takie posiada.

Serio odstaw trochę redpill czy nawet blackpill bo to potrafi nieźle zaorać umysł, niestety wiem co piszę. Jeśli kobieta ocenia mężczyznę po tym czy ma 190, mieszkanie i czy emanuje pewnością siebie to nie jest warta poświęcenia przez tego mężczyznę nawet sekundy z jego czasu. Taka kobieta to chodzący, toksyczny redflag, od którego trzeba trzymać się z daleka. I dlatego dla mnie zniknięcie mojej dziewczyny jest tak bolesne. Ona nie oceniała w ten sposób, była wyrozumiała i empatyczna, nie była skażona przez media społecznościowe i nie wyciągała ode mnie kasy. Tym bardziej boli fakt, że znalazła się w takiej sytuacji, a je nie mogłem nic zrobić by ją uratować. Naprawdę czułem, że chcę ją uszczęśliwić nawet jeśli sam nie miałem prawie nic.

Jeszcze co do mojego stanu zdrowia to cały czas jest z nim nie najlepiej. Porozmawiałem o tym z terapeutką i powiedziała, że jeśli będzie źle to żebym się nie wahał dzwonić po karetkę. Nawet nie sądziłem, że do czegoś takiego w ogóle by przyjechali. Powiedziała też żebym się nie obawiał ewentualnego pobytu w szpitalu bo podobno to naprawdę może pomóc. Codziennie kładę się spać z nadzieją, że następnego dnia już się nie obudzę ale jak widać to płonna nadzieja. Jestem coraz bardziej wyczerpany tym ciągłym stresem, presją, napięciem i lękiem. Już z miesiąc nie trenowałem ani nigdzie nie wychodziłem poza robotą od czasu do czasu. Izolacja była czymś okropnym, z teraz coraz częściej myślę, że chciałbym wrócić do tamtego stanu. Byle tylko choć na chwilę odpocząć od tego stresu i presji. Chciałbym ponownie usiąść do jakiejś gry i móc się nią cieszyć. Chciałbym ponownie iść na trening i nim też móc się cieszyć. Już nawet takich rzeczy nie potrafię, nawet takie proste przyjemności już nie istnieją. Myślałem, że robię jakieś postępy, a jest gorzej niż kiedykolwiek.

2,486

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Ja znam sporo osób w wieku około 30 lat, które same, bez niczyjej pomocy i bez jakiegoś wybitnego wykształcenia zarabiają dziś ponad 10k. Tyle, że te osoby pracują w typowym kopro, często pracując po kilkanaście godzin dziennie. Tyle, że wątpię, by taka ścieżka by Ci odpowiadała. Już pomijam, że to raczej inny profil wykształcenia, ale zwyczajnie jest to praca bardzo mocno obciążająca psychicznie - typowe kopanie dołków pod sobą, wyścig szczurów, obgadywanie za plecami, szukanie haków na innych, mobbing, fałszywość i kolesiostwo.

Znam osoby, które tyle zarabiają i się nie zajeżdżają, nikogo nie mobbingują, ani nie szukają haków na współpracowników. Także różnie bywa.

marcinex napisał/a:

Stwierdził bym, że mieszkanie samemu i posiadania pracy, gdzie zarabiasz więcej niż minimalną to jest standard minimum, którego oczekują kobiety.

Dlatego masa osób wynajmuje, bierze wspólnie kredyt, albo mieszka w domu jednych lub drugich rodziców wink

marcinex napisał/a:

Jak jakaś kobieta będzie miała do wyboru chada 190, co emanuje pewnością siebie, ale bez mieszkania i ze średnią pensją, oraz gościa przeciętnego, ale słabego społecznie i niepewnego, ale z mieszkaniem i niezłą pensją to znaczna większość kobiet wybierze tego pierwszego. No chyba, że mówimy o jakichś samotnych matkach to może to wygląda inaczej, ale to nie wiem bo nie interesuje mnie ten temat.

A jak babcia zapuści wąsy, to będzie dziadkiem big_smile Dla mnie ważniejsze od bycia chadem jest to, żeby facet nie szufladkował pochopnie innych ludzi smile

2,487

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Żeby zaoszczędzić na mieszkanie za gotówkę trzeba zarabiać grubo ponad minimalną albo i średnią. Skąd w ogóle pomysł, że fakt posiadania własnego mieszkania miałby coś zmienić w relacjach w kobietami? Widziałem facetów, którzy nie mieli ani mieszkania, ani pracy, ani wyglądu, a nie raz nawet mózgu ale dziewczyny mieli bez problemu. Chyba trochę za bardzo odlatujesz w stronę redpilla. Muqin wybacz ale nie znam lepszego słowa do użycia w tym co teraz napiszę. Ja, największy przegryw jaki tylko mógł istnieć znalazłem dziewczynę, co prawda tylko na pół roku, a związek znalazł się w najgorszym możliwym miejscu to jednak jakimś cudem się to udało. Pewnie to była dla mnie jedyna na całe życie szansa i bardzo możliwe, że już przepadła ale wierz mi, że ta kwadratowa szczęka i 180 nie są niezbędne.

Shini, nie lepiej podejść do tego w ten sposób, że skoro raz się udało, to uda się i drugi raz?

Aczkolwiek uważam, że dopóki jesteś w aż tak dużej rozsypce, to bezsensu jest myśleć o związkach. Na razie powinieneś przede wszystkim ogarnąć głowę.

Shinigami napisał/a:

Jeśli mieszkanie samemu to standard minimum to jesteśmy skazani na zagładę, zaprawdę jesteśmy "ostatnim pokoleniem". Mieszkanie samemu czy tym bardziej posiadania swojego mieszkania już teraz jest luksusem, na który stać nielicznych. Jeśli coś co jest zarezerwowane tylko dla najbogatszych staje się "standardem minimum" to jesteśmy całkowicie zgubieni jak naród, a pewnie i gatunek. Mieszkania powinno się dorabiać wspólnie, we dwójkę. Jeśli kobieta miałaby oczekiwać ode mnie własnego mieszkania to tylko jeśli sama takie posiada.

Z tymi mieszkaniami to bywa różnie. Czasem nawet zdarza się, że to dziewczyna ma swoje mieszkanie i partner wprowadza się do niej smile
Oczywiście, nie ma co się oszukiwać, że posiadanie własnego domu nie jest plusem, ale tylko niektóre kobiety tego faktycznie wymagają.

Shinigami napisał/a:

Jeszcze co do mojego stanu zdrowia to cały czas jest z nim nie najlepiej. Porozmawiałem o tym z terapeutką i powiedziała, że jeśli będzie źle to żebym się nie wahał dzwonić po karetkę. Nawet nie sądziłem, że do czegoś takiego w ogóle by przyjechali. Powiedziała też żebym się nie obawiał ewentualnego pobytu w szpitalu bo podobno to naprawdę może pomóc. Codziennie kładę się spać z nadzieją, że następnego dnia już się nie obudzę ale jak widać to płonna nadzieja. Jestem coraz bardziej wyczerpany tym ciągłym stresem, presją, napięciem i lękiem. Już z miesiąc nie trenowałem ani nigdzie nie wychodziłem poza robotą od czasu do czasu. Izolacja była czymś okropnym, z teraz coraz częściej myślę, że chciałbym wrócić do tamtego stanu. Byle tylko choć na chwilę odpocząć od tego stresu i presji. Chciałbym ponownie usiąść do jakiejś gry i móc się nią cieszyć. Chciałbym ponownie iść na trening i nim też móc się cieszyć. Już nawet takich rzeczy nie potrafię, nawet takie proste przyjemności już nie istnieją. Myślałem, że robię jakieś postępy, a jest gorzej niż kiedykolwiek.

Serio uważam, że to jest moment, w którym pewne tematy dla własnego dobra powinieneś na razie odpuścić. Między innymi związkowe, bo masz poważniejsze problemy, a tylko się niepotrzebnie dodatkowo stresujesz.

2,488 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-07-22 09:58:01)

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini mam jakies przemyslenia na Twoj temat ktore mi po glowie chodza. Nie pisze tego zeby Cie urazic.

Uwazam ze Twoje przekonanie na Twoj temat jest: jestem przegrywem, moje zycie jest do du..y, nie da sie z tym nic zrobic, tak bedzie zawsze.

Daze do Twojej stalej odpowiedzi na wszystko: tak, ale...

Jest cos co powoduje ze sabotujesz wlasne zycie. Staniesz na glowie zeby nic sie nie zmienilo. Twoje dzialania sa "symulowane" - tak naprawde nic z tych wysilkow nie wyjdzie. Nie wyjdzie bo cos kaze Ci dazyc do porazki. Mam wrazenie ze sukcesem jest dla Ciebie przekonanie wszystkich ze masz przechlapane i nic sie nie da zrobic. Nawet jak ktos Cie zaprosi na rozmowe o prace to albo zachorujesz, albo popsuje sie samochod, albo przewidzisz ze to nie dla Ciebie robota.

Co na tym tracisz? Zycie. Przecieka Ci miedzy palcami.

Co zyskujesz? No walsnie - co? To wiesz tylko Ty albo jak nie to mozesz sie dowiedziec. Mysle ze to dzialanie nieswiadome.

Mowisz ze ludzie Cie maja gdzies. Przez lata przewinelo sie setki osob chcacych pomoc Ci z glebi serca. Jak nie wierzysz to sprawdz wpisy. Pierwsza rozmowa - tak, ale, druga - tak ,ale, trzecia - to samo. I tak po paru probach znikaja z Twojego watku bo widza ze to nie ma sensu. Niektorzy raz na rok wroca i zapytaja - wszystko po staremu? A no tak...Uwazaja ze rzeczywiscie nie da sie Tobie pomoc - czyli wychodzi na Twoje - tak jak chcesz (lub nie chcesz ale jednak tak robisz).

Nie wiem skad ten mechanizm, dlaczego tak masz. Ale jesli chcesz cos w swoim zyciu zmienic (a na chwile obecna nie chcesz) to nie zajmuj sie objawami tylko przyczyna. Dowiedz sie dlaczego Twoim priorytetem jest trwanie w porazce. Dlaczego innych chcesz do tego przekonac i miec racje. Mysle ze tak naprawde doradzajac Ci robimy Ci krzywde "podtrzymujac" ten mechanizm. Bo każda rozmowa kończy się stwierdzeniem: no tak,  nie da się. I nawet poprowadzisz rozmowę tak żeby to swietnie argumentować.
Jesteś fizycznie  zdrowym facetem, całkiem inteligentnym. Masz "zasoby" do fajnego życia.  Jednak z jakimiś blokadami w głowie. Moze i nawet dysfunkcjami. Sorki jeśli przeginam - może nawet dysfunkcjami na potrzeby  porazki.

PS niestety wiem co odpiszesz...

2,489

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Pewnie masz rację.

Jak zostawi to nie mam pojęcia ale podejrzewam, że byłoby podobnie jak teraz. Jak zdradzi to sytuacja będzie jasna i się pożegnamy ale będę próbował się dowiedzieć dlaczego. Jak będzie rozrzutna to szybko skończą się jej pieniądze, a ja będę się starał dać jasno do zrozumienia, że mamy "rozdzielność majątkową". Na rzeczy typu wspólne wakacje, coś do mieszkania z czego oboje będziemy korzystać, prezent na urodziny, na lekarza i inne tego typu rzeczy nie będę żałował. Ale na jakiegoś fryzjera, kosmetyczkę czy tylko swoje zakupy płaci sama. Nie ma takiej opcji, że w ogóle nie będzie pracować choćby dlatego, że sam nie dam rady. Jeśli będzie z tym problem to też będziemy musieli się pożegnać. Oczywiście to wszystko tylko moje zamiary, chciałbym mieć takie podejście, a czy udałoby się to w praktyce tego nie wiem ale na pewno starałabym się tego trzymać.

Ja nie sugeruję tylko piszę to co widzę po osobach z mojego otoczenia. Właśnie tak to wygląda, że większość znajomych ze szkoły czy okolicy, których gdzieś tam widuję raz na parę lat wyprowadziło się dopiero kiedy mieli z kim zamieszkać. Ci, którym związki się rozpadły wrócili do rodziców. Naprawdę znam nie jeden taki przypadek. Z drugiej strony nie znam nikogo kto sam dorobił by się na przykład swojego mieszkania. Ci bogaci dostali od rodziców, ci biedniejsi odziedziczyli po dziadkach. Tak samo nie znam dosłownie nikogo w wieku podobnym do mojego lub młodszego kto od zera i bez niczyjej pomocy zarabiałby ponad 10k. Gdybym był w stanie samemu się utrzymać to s pewnością by mi pomogło, pewnie bardziej niż cokolwiek innego. Podejrzewam, że jeśli tylko bym przetrwał pierwsze tygodnie i się przystosował do nowych warunków to na większości pół stałbym się kimś lepszym. Tyle, że takiej opcji nawet nie biorę pod uwagę bo to niewykonalne, nie dla kogoś takiego jak ja. Nie dla kogoś kto całe życie tylko przegrywał, marnował czas, nie zauważał swoich możliwości tak długo, że przepadły. Nie dla kogoś kto zmarnował większość dotychczasowego życia i nic nie osiągnął do 30. Nie dla kogoś kto ma depresję i czuje wręcz paniczny lęk przed zmianą łącznie ze znalezieniem pracy co dla każdego normalnego człowieka jest czymś bezproblemowym.


Zdradzi i się pożegnacie? Pewny siebie facet, który ma alternatywy wybacza zdradę albo 0 razy albo 1 raz. Faceci którzy nie mają alternatywy i mają problemy z samooceną wybaczają nieskonczoną ilość zdrad. Ty Shini trochę bardziej pasujesz do drugiego typu.

Rozdzielność majątkowa - tu akurat dobrze kombinujesz, to must have w każdym związku.

Co do mieszkań to może myślałeś o jakiś małych miastach? Czy bierzesz pod uwagę tylko Warszawę?

2,490

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

Shini, nie lepiej podejść do tego w ten sposób, że skoro raz się udało, to uda się i drugi raz?

Aczkolwiek uważam, że dopóki jesteś w aż tak dużej rozsypce, to bezsensu jest myśleć o związkach. Na razie powinieneś przede wszystkim ogarnąć głowę.

Z tymi mieszkaniami to bywa różnie. Czasem nawet zdarza się, że to dziewczyna ma swoje mieszkanie i partner wprowadza się do niej smile
Oczywiście, nie ma co się oszukiwać, że posiadanie własnego domu nie jest plusem, ale tylko niektóre kobiety tego faktycznie wymagają.

Serio uważam, że to jest moment, w którym pewne tematy dla własnego dobra powinieneś na razie odpuścić. Między innymi związkowe, bo masz poważniejsze problemy, a tylko się niepotrzebnie dodatkowo stresujesz.

Niestety nie potrafię tak do tego podejść. Prawdę mówiąc nie uważam tego związku za swój sukces. Tu się zadziało zbyt dużo rzeczy sprzyjających, miałem ogromne szczęście, które raczej już się nie powtórzy. Nie dość, że w ogóle ją spotkałem w mega sprzyjających okolicznościach to jeszcze była wolna i co najważniejsze pod wieloma względami podobną do mnie. Ona też nie miała doświadczenia, też miała niską samoocenę, też doskwierała jej samotność, też miała wiele niezrealizowanych potrzeb. Sam fakt spotkania dziewczyny wolnej i z bardzo małym doświadczeniem w moim wieku jest wygrana na loterii. Fakt, że zaakceptowała kogoś takiego jak ja jest drugą wygraną na loterii. Jeśli jest jakiś limit szczęścia to ja już raczej go wykorzystałem.

Problem w tym, że właśnie dzięki byciu w związku ta głowa stawała się coraz bardziej ogarnięta. Gdybym cały czas był w związku pewnie nie miałbym nawet połowy obecnych problemów. Nie wiem jak to dokładniej wytłumaczyć ale naprawdę czułem wręcz nieporównywalnie lepiej niż teraz i niż kiedykolwiek wcześniej przed wejściem w związek. Ja naprawdę miałem wrażenie, że to był lek na niemal wszystko.

Znam nie jeden związek gdzie to dziewczyna jest o wiele bogatsza albo z domu albo zarabia sporo więcej niż facet i to są najszczęśliwsze związki jakie widziałem. Nie ma wątpliwości, że to byłby plus choćby ze względów logistycznych ale moim zdaniem czegoś takiego nie można wymagać jako minimum.

Niestety nie mam już czasu by odpuszczać takie tematy. Zanim ogarnę wszystkie problemy i ile w ogóle uda się to zrobić może być o wiele za późno na tematy związkowe. Już jest na to bardzo późno, a ogarnięcie wszystkich problemów zajmie lata. Poza tym związek może być właśnie lekiem na te problemy.

Bert44 napisał/a:

Shini mam jakies przemyslenia na Twoj temat ktore mi po glowie chodza. Nie pisze tego zeby Cie urazic.

Uwazam ze Twoje przekonanie na Twoj temat jest: jestem przegrywem, moje zycie jest do du..y, nie da sie z tym nic zrobic, tak bedzie zawsze.

Daze do Twojej stalej odpowiedzi na wszystko: tak, ale...

Jest cos co powoduje ze sabotujesz wlasne zycie. Staniesz na glowie zeby nic sie nie zmienilo. Twoje dzialania sa "symulowane" - tak naprawde nic z tych wysilkow nie wyjdzie. Nie wyjdzie bo cos kaze Ci dazyc do porazki. Mam wrazenie ze sukcesem jest dla Ciebie przekonanie wszystkich ze masz przechlapane i nic sie nie da zrobic. Nawet jak ktos Cie zaprosi na rozmowe o prace to albo zachorujesz, albo popsuje sie samochod, albo przewidzisz ze to nie dla Ciebie robota.

Co na tym tracisz? Zycie. Przecieka Ci miedzy palcami.

Co zyskujesz? No walsnie - co? To wiesz tylko Ty albo jak nie to mozesz sie dowiedziec. Mysle ze to dzialanie nieswiadome.

Mowisz ze ludzie Cie maja gdzies. Przez lata przewinelo sie setki osob chcacych pomoc Ci z glebi serca. Jak nie wierzysz to sprawdz wpisy. Pierwsza rozmowa - tak, ale, druga - tak ,ale, trzecia - to samo. I tak po paru probach znikaja z Twojego watku bo widza ze to nie ma sensu. Niektorzy raz na rok wroca i zapytaja - wszystko po staremu? A no tak...Uwazaja ze rzeczywiscie nie da sie Tobie pomoc - czyli wychodzi na Twoje - tak jak chcesz (lub nie chcesz ale jednak tak robisz).

Nie wiem skad ten mechanizm, dlaczego tak masz. Ale jesli chcesz cos w swoim zyciu zmienic (a na chwile obecna nie chcesz) to nie zajmuj sie objawami tylko przyczyna. Dowiedz sie dlaczego Twoim priorytetem jest trwanie w porazce. Dlaczego innych chcesz do tego przekonac i miec racje. Mysle ze tak naprawde doradzajac Ci robimy Ci krzywde "podtrzymujac" ten mechanizm. Bo każda rozmowa kończy się stwierdzeniem: no tak,  nie da się. I nawet poprowadzisz rozmowę tak żeby to swietnie argumentować.
Jesteś fizycznie  zdrowym facetem, całkiem inteligentnym. Masz "zasoby" do fajnego życia.  Jednak z jakimiś blokadami w głowie. Moze i nawet dysfunkcjami. Sorki jeśli przeginam - może nawet dysfunkcjami na potrzeby  porazki.

PS niestety wiem co odpiszesz...

Pisz wszystko co tylko możesz, raczej niewiele jest rzeczy mogących mnie urazić.

Dobrze uważasz, właśnie tak jest.

W większości masz rację. Przekonywanie wszystkich, że mam przechlapane działa totalnie z automatu, ani trochę nie uważam tego za sukces. To ogromna porażka i doskonale o tym wiem. Gdybym w choć niewielkim stopniu potrafił być tak skuteczny w czymkolwiek innym jak w sabotowaniu samego siebie z pewnością byłbym w dużo lepszej sytuacji. Czasami czuję się jakbym był przez coś lub kogoś kontrolowany. Świadomość i podświadomość totalnie się rozjeżdżają. Co do rozmowy to może cię zaskoczę ale na jednej rozmowie już byłem i jakoś ją przetrwałem. Było o wiele łatwiej i przyjemniej niż myślałem.

Ja to widzę trochę inaczej. Żeby coś tracić trzeba najpierw to mieć. Ja jeszcze nigdy nie miałem, nigdy tak naprawdę nie żyłem. No prawie nigdy, te pół roku w związku to jedyny wyjątek. Tylko wtedy czułem, że żyję bo miałem dla kogo. Moje życie nawet się nie zaczęło.

Te wszystkie blokady i lęki są totalnie nieświadomie. Nic nie zyskuję, a mimo to wszystko wokół z moim mózgiem na czele każe mi w to iść. Wszystko żeby tylko nic się nie zmieniło i pozostało tak marnie i ledwo stabilnie.

Przypominam, że przez dość długi czas kompletnie nie rozumiałem co oznacza, że komuś na mnie zależy. Nie sądziłem, że rady dawane na forum w ogóle mogą się do tego zaliczać. Tak naprawdę dopiero po wejściu w t m związek zrozumiałem jak to działa bo miałem jakieś porównanie. Są różne formy tego, że komuś na kimś zależy i nie musi być w tym elementu poświęcania siebie dla kogoś innego. Tego, że ktoś rezygnowała też kompletnie nie rozumiałem. Przecież nikt nic nie tracił pisząc na forum do obcej osoby. Może to wynika z mojego podejścia bo ja mogę coś komuś tłumaczyć i powtarzać setki razy i nie przeszkadza mi to. Nawet byli tacy, którzy mówili że, nadał bym się na nauczyciela. Koś dla kogo taka zmiana jak przeprowadzka do innego miasta czy nawet kraju jest jak pójście do sklepu po bułki może tego nie rozumieć. Tak samo jak ktoś kto nigdy nie miał myśli samobójczych nie zdoła zrozumieć jak to jest je mieć choćby nie wiem jak się starał. Jak dla kogoś wszystko jest proste, nie ma żadnych blokad czy lęków to faktycznie może się wkurzać, że jego rady nie pomagają.

Źle do tego podchodzisz. To nie jest ani priorytet ani nie ma tu żadnej chęci. Ja dokładnie wiem, że to wszystko jest totalnie złe. Na tym naprawdę nie ma kontroli. Nie raz dopiero po chwili się orientuję, że zrobiłem lub powiedziałem coś co mnie sabotuje. Czasami czuję się jakbym był opętany przez jakiegoś demona, robi wszystko przeciwko mnie używając do tego mojego ciała. To wszystko są totalnie automatyczne reakcje i działania mające na celu za wszelką cenę uniemożliwić zmianę. Dodatkowo cały czas przebywam w otoczeniu, które utrzymuje lub nawet wzmacnia te wszystkie mechanizmy. Dlatego też mam wrażenie, że jedynym naprawdę skutecznym sposobem byłaby zmiana tego otoczenia. Wydaje mi się, że przykład tego już miałem na wyjeździe nas morze z poprzedniego roku. Tydzień poza domem, bez rodziców i reszty rodziny. Chyba pierwszy raz w życiu czułem się wolny, decyzyjny, jakbym miał faktyczną kontrolę nad życiem. Dodatkowo byłem tam z kimś kto traktował mnie na równi, kto na mnie liczył i za kogo czułem się odpowiedzialny. Zasoby to raczej nie jest dobre słowo bo tych akurat mam o wiele za mało na fajne życie. Ja bym bardziej powiedział, że to predyspozycje tylko te blokady i dysfunkcje uniemożliwiają skorzystanie z nich. Nie przeginasz, tych dysfunkcji jest całkiem sporo. Były od zawsze tylko nie wiedziałem o ich istnieniu bo kiedyś jak w domu nie było przemocy to przecież dysfunkcji też nie. Patrząc pod względem psychologicznym mój dom od zawsze był mocno dysfunkcyjny i jest taki do dziś, a ja cały czas tkwię w tym dysfunkcyjnym środowisku.

kamil555x napisał/a:

Zdradzi i się pożegnacie? Pewny siebie facet, który ma alternatywy wybacza zdradę albo 0 razy albo 1 raz. Faceci którzy nie mają alternatywy i mają problemy z samooceną wybaczają nieskonczoną ilość zdrad. Ty Shini trochę bardziej pasujesz do drugiego typu.

Rozdzielność majątkowa - tu akurat dobrze kombinujesz, to must have w każdym związku.

Co do mieszkań to może myślałeś o jakiś małych miastach? Czy bierzesz pod uwagę tylko Warszawę?

Dlatego napisałem, że chciałbym się tego trzymać, a czy to by się udało w praktyce to już nie wiem. Mimo wszystko wybaczenie zdrady wydaje mi się czymś niedopuszczalnym. Nie potrafiłbym uwierzyć w ani jedno słowo osoby, która by mnie zdradziła. To pewnie też zależałoby od sytuacji. Gdyby na przykład dziewczyna była o wiele bogatsza ode mnie, a mój poziom życia byłby od niej zależny pewnie bym wybaczył, tak jak zresztą większość ludzi. Albo gdybyśmy byli od siebie zależni na inne sposoby takie w jak na przykład kredyt czy dzieci. Jednak nad czymś takim nie ma co się zastanawiać nie będąc nawet blisko tego typu sytuacji. Poza tym teraz już wiem jak to jest kiedy związek nagle się kończy, a raczej chyba kończy więc pewnie byłoby łatwiej się pożegnać po zdradzie.

Wiem, nie wyobrażam sobie sytuacji, że musiałbym pytać dziewczyny czy mogę kupić na przykład grę albo się z tego tłumaczyć.

Może niekoniecznie Warszawę ale po prostu duże miasto porównywalne do niej, a w każdym takim mieście ceny są podobne. Teraz mieszkam za obrzeżach Warszawy, mając samochód możliwości nie są najgorsze. Nie byłoby żadnego sensu wyprowadzać się gdzieś gdzie te możliwości byłyby mniejsze. Nic bym nie zyskał na tym, że przeprowadził bym się gdzieś gdzie byłoby jeszcze mniej niż teraz. W dużym mieście jest najwięcej ludzi, a więc najwięcej możliwości nowych znajomości. W dużym mieście jest najwięcej najlepiej płatnej pracy i dającej największe możliwości rozwoju zawodowego. Moi jedyni koledzy mieszkają w Warszawie. Tam jest najwięcej możliwości różnych aktywności i najbardziej rozwinięta komunikacja miejska. A przynajmniej ja tylko tak to widzę. Ktoś kto od zawsze mieszkał w mieście pewnie miałby totalnie odmienne zdanie. Tu też wychodzi mój brak doświadczenia, gdybym choć trochę pomieszkał w mieście to miałbym porównanie i pewnie już bym wiedział czego naprawdę chcę. Teraz tak naprawdę wciąż żyję nastoletnim przekonaniem, że miasto to prestiż, że to centrum życia towarzyskiego, że to kariera i to fajne życie jak z mediów społecznościowych. Świadomie wiem, że tak nie jest ale podświadomość twierdzi inaczej. Z drugiej strony gdybym był w związku pewnie mógłbym się przeprowadzić gdziekolwiek bo już nie byłbym w trybie nieskończonego poszukiwania dziewczyny, nie musiałbym się nigdzie pokazywać ani niczego nikomu udowadniać.

2,491

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Czasami czuję się jakbym był opętany przez jakiegoś demona, robi wszystko przeciwko mnie używając do tego mojego ciała.

Patrząc na sytuację od strony kultury Japonii to i owszem, możesz służyć jako klasyczny przykład człowieka, do którego przypiął się demon shinigami (w wersji z rzeczywistych wierzeń, tak tradycyjnie, nie w wersji z mangi/anime) i Japończycy by tak mogli uznać całkiem serio, bez wygłupów i bez przenośni, bo oni naprawdę w demony wierzą.
Patrząc dalej "po japońsku" z demonem należy walczyć i da się go pokonać. I przy okazji zastanów się nad swoim nickiem, może pora na zmianę?

2,492

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Patrząc na sytuację od strony kultury Japonii to i owszem, możesz służyć jako klasyczny przykład człowieka, do którego przypiął się demon shinigami (w wersji z rzeczywistych wierzeń, tak tradycyjnie, nie w wersji z mangi/anime) i Japończycy by tak mogli uznać całkiem serio, bez wygłupów i bez przenośni, bo oni naprawdę w demony wierzą.
Patrząc dalej "po japońsku" z demonem należy walczyć i da się go pokonać. I przy okazji zastanów się nad swoim nickiem, może pora na zmianę?

Akurat shinigami to bóg, nie demon, a dokładniej bóg śmierci. Japońskie wierzenia faktycznie do dziś są dość powszechne. Demony jak i inne złe stworzenia faktycznie są jednym z głównych elementów tych wierzeń. Takich stworzeń mają sporo i nie każdego da się pokonać. Oczywiście to zależy o jakiego konkretnie demona chodzi. Są takie, z którymi człowiek nie miałby zbyt dużych problemów, a są i takie, które znacząco przewyższają każdą śmiertelną istotę. Określenie "shinigami" według prawdziwych japońskich wierzeń, nie tych z anime pochodzi najprawdopodobniej od bogini stworzycielki Izanami czyli jednej z najwyższych istotot w całej mitologii. Co ciekawe w niektórych regionach Japonii do dziś są ludzie wyznający shintoizm, odprawiający starożytne rytuały itd.

Wybacz, że tak się odpaliłem na ten temat, po prostu lubię japońską mitologię i nie mogę się powstrzymać przed opowiadaniem o niej. Wracając do tematu, nie każdego demona da się pokonać, niektórych trzeba unikać bo po kontakcie z nim będzie już za późno. Wiem co masz na myśli pisząc o pokonaniu demona jednak ten wydaje się niepokonany. A co do nicku to raczej nie chciałbym go zmieniać. Przyzwyczaiłem się do niego dość mocno i nie mam żadnego pomysłu na jaki miałbym zmienić.

2,493

Odp: Co to znaczy żyć?

Masz świętą rację, "shinigami" nie należy przekładać na "demon śmierci" - to, co u nas jest demonem zapisuje się innym znakiem. Dokształciłam się odrobinkę smile Shinigami zapisuje się dwoma znakami, jeden jest jednoznaczny, oznacza "śmierć", a z drugim jest kłopot językowy, bo takiego bytu w naszych zachodnich mitologiach nie ma. Zdaniem znajomego japonisty, którego zapytałam, językowo najbliższym odpowiednikiem byłoby po polsku "bóstwo", bo nam się "bóg" za silnie kojarzy z mitologią grecką. No ale to już prywatna opinia. Ot - uroki tłumaczenia i odmienności kultur.
Spokojnie się możesz w rozmowie ze mną "odpalać" na tematy japońskie, na mandze ni anime się znam słabiuśko, ale na Dalekim Wschodzie już nie tak słabiuśko, choć Japonia jest mi raczej umiarkowanie znana i specem od Japonii na pewno nie jestem.

Załapałeś, o co mi chodzi - sądzę, że demony tak mają, że się na wstępie wydają nie do pokonania. Wyglądają przerażająco, zachowują się groźnie, no kurczę są demonami przecież ! Ważne, żeby to-to oddzielić, w jakiś sposób "zobaczyć", nie jako "siebie" tylko coś obcego i wrogiego, podjąć walkę i pokonać.  A co najmniej osłabić siłę rażenia.
Ten Twój "demon" na pewno nie jest z grupy tych "nie do pokonania" - bo są tacy, co go pokonali.

2,494

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Wiem co masz na myśli pisząc o pokonaniu demona jednak ten wydaje się niepokonany.

Shini - znow to samo. Przekonujesz nas. Zacznij sie sam lapac na tym i unikac. Taki maly kroczek do przodu

2,495

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Masz świętą rację, "shinigami" nie należy przekładać na "demon śmierci" - to, co u nas jest demonem zapisuje się innym znakiem. Dokształciłam się odrobinkę smile Shinigami zapisuje się dwoma znakami, jeden jest jednoznaczny, oznacza "śmierć", a z drugim jest kłopot językowy, bo takiego bytu w naszych zachodnich mitologiach nie ma. Zdaniem znajomego japonisty, którego zapytałam, językowo najbliższym odpowiednikiem byłoby po polsku "bóstwo", bo nam się "bóg" za silnie kojarzy z mitologią grecką. No ale to już prywatna opinia. Ot - uroki tłumaczenia i odmienności kultur.
Spokojnie się możesz w rozmowie ze mną "odpalać" na tematy japońskie, na mandze ni anime się znam słabiuśko, ale na Dalekim Wschodzie już nie tak słabiuśko, choć Japonia jest mi raczej umiarkowanie znana i specem od Japonii na pewno nie jestem.

Załapałeś, o co mi chodzi - sądzę, że demony tak mają, że się na wstępie wydają nie do pokonania. Wyglądają przerażająco, zachowują się groźnie, no kurczę są demonami przecież ! Ważne, żeby to-to oddzielić, w jakiś sposób "zobaczyć", nie jako "siebie" tylko coś obcego i wrogiego, podjąć walkę i pokonać.  A co najmniej osłabić siłę rażenia.
Ten Twój "demon" na pewno nie jest z grupy tych "nie do pokonania" - bo są tacy, co go pokonali.

Aż tak dogłębnej analizy się nie spodziewałem ale masz rację, jest dokładnie jak piszesz. Chodzi właśnie o połączenie dwóch słów choć to też nie jest dosłowne. Bóg w dosłownym tłumaczeniu jest określany słowem "kami", a tu mamy "gami", które też jest stosowane ale bardziej jako właśnie część dłuższego słowa. We współczesnej Europie słowo "Bóg" kojarzy się raczej z chrześcijaństwem i jedynym Bogiem. Mitologie w zasadzie wszystkie są do siebie dość podobne, Grecka i Japońska nie różnią się od siebie jakoś bardzo. Po prostu ta pierwsza jest nam o wiele bliższa bo sam kraj jest dużo bliżej i uczymy się o niej w szkole. Ja na przykład w Japońskiej uwielbiam nazwy i imiona. Na przykład Amaterasu albo Takamagahara czy jeszcze bardziej wyszukane tylko Yamata no Orochi lub Ame No Mihashira.
Dzięki, miło widzieć, że istnieje ktoś z kim mógłbym porozmawiać nawet na taki temat. Skoro już przy tym jesteśmy to na czym konkretniej z Dalekiego Wschodu się znasz?

Prawdę mówiąc nie jestem pewny czy demon to dobre określenie w moim przypadku. Z chęcią oddałbym jakiemuś duszę lub sam stał się demonem gdyby mi to pomogło ruszyć z miejsca i choć trochę korzystać z życia. Chętnie bym zobaczył kogoś kto pokonał takiego demona jak mój, o ile faktycznie ktoś taki istnieje.

Bert44 napisał/a:

Shini - znow to samo. Przekonujesz nas. Zacznij sie sam lapac na tym i unikac. Taki maly kroczek do przodu

Nie muszę się na tym łapać bo dokładnie wiem, że tak jest i to od dawna. Jak pisałem wszystko we mnie będzie ze wszystkich sił się starało uniemożliwić mi jakąkolwiek zmianę. Nieświadomie będę działał przeciwko sobie i przeciwko innym próbującym mi w tym pomóc. To jest totalny automat i często dopiero po fakcie sam zauważam, że sabotuję wszystko co mogłoby przynieść jakąś zmianę. Świadomość tego nie pomaga, sprawia jedynie, że czuję się jeszcze gorzej i jeszcze bardziej bezsilny.

Jeszcze taka mała aktualizacja mojego stanu. Przez ostatni tydzień nie było "złego" dnia, nawet nie miałem myśli by nie obudzić się następnego dnia. Zauważyłem jakie są główne wyzwalacze najgorszych stanów. Przede wszystkim jest to najprostsza samotność. Kiedy nie mam żadnej roboty i siedzę w domu jest właśnie najgorzej bo nie mam nawet z kim pogadać nie licząc najbliższej rodziny, o jakimś wyjeździe na przykład na wakacje lub chociaż na weekend nawet nie wspominając. Im dłużej siedzę w domu tym jest gorzej. Taki wolny czas powinienem poświęcić na szukanie pracy, a kończy się na tym, że czuję się tak fatalnie, że nie jestem w stanie nic robić. Drugim wyzwalaczem jest też jedna z najprostszych rzeczy czyli stres, w moim przypadku większy niż zwykle. Powoduje go głównie presja na to, że muszę znaleźć pracę, a nie potrafię tego zrobić. Z tego powodu jest nieskończony overthinking, analizowanie wszystkiego bez końca i coraz większe nakręcanie presji i stresu. Totalne błędne koło. Trzecim wyzwalaczem jest temat dziewczyny. Każde wspomnienie o niej, każda rozmowa na jej temat, każda analiza jaka może być jej przyszłość lub nasza wspólna powoduje gwałtowny spadek nastroju. Szczególnie teraz w lato jest to wyjątkowo bolesne bo mieliśmy sporo planów do zrealizowania. Wiele wydarzeń i miejsc do dowiedzenia mieliśmy już zaplanowane na lato, a teraz kiedy tylko ktoś wspomina o jakimś wyjeździe, urlopie, wakacjach czy nawet widok atrakcyjnych dziewczyn w letnich strojach w miejscach publicznych powodują u mnie taki spadek nastroju, że od razu pojawiają się najgorsze myśli łącznie z samobójczymi.

2,496

Odp: Co to znaczy żyć?

Jaka tam dogłębna analiza, Shini, zwróciłeś mi uwagę na błąd to się zainteresowałam, bo jako żywo na Japonii znam się słabo, a na mandze/anime to juz wcale. Założyłam po prostu ze najprawdopodobniej masz rację i się zaciekawiłam, tak bardziej od strony tłumaczeniowej.
Dalej od tej strony nadal jest ciekawie, bo piszesz, że "bóg" to "kami" a nie "gami"jak w "shinigami", a kurczę, znak ten sam! Tak lecąc po samym znaczeniu znaku chińskiego to powinno być to samo, a jednakowoż nie jest.
Japoński jest przeraźliwie trudny, wiem o nim niewiele.  Nazwy brzmią fajnie, tak majestatycznie jakoś... oczywiście sprawdziłam sobie te nazwy i niedługo obawiam sie zacznę grzebać w tej japońskiej mitologii sama z siebie smile ciekawe, nie znam czyli jest frajda w tle, uwielbiam nowe rzeczy pewnego rodzaju.
Daleki Wschód to ja tak wielowątkowo, języki , kultura, historia, antropologia kulturowa, religie i filozofia... Chiny zdecydowanie u mnie przodują.
Z tego co wiem w żadnej mitologii czy kulturze oddawanie duszy demonowi nie jest dobrym pomysłem. Nie należy powielać błędów , także cudzych. smile Nie wiem, czy ktokolwiek w jakiejkolwiek mitologii dobrze wyszedł na takiej transakcji. A już przekształcanie się w demona na pewno nie jest zalecane, zresztą na życzenie to się chyba nie da.
Ten Twój 'demon" to co do zasady nie jest nieznany. Jasne - Twój jest indywidualny, bo Twój, ale ten "model demona" nie jest unikatowy. Jak wiesz chodziło mi o to, żebyś nie utożsamiał się z e swoim błędnym myśleniem tylko je oddzielił od siebie, jak jakiś garb niepotrzebny, coś, co nie jest wcale twoje, coś co Ci doczepiono.

Samotność - kurczę, idź w ten jakiś wolontariat, jakikolwiek, choćby na miesiąc. I jedź na spływ. Przynajmniej jeden generator spacyfikujesz.

2,497

Odp: Co to znaczy żyć?

Nawet takie zainteresowanie rzadko się widuje. Całkiem często się zdarza, że jakieś słowa mają taki sam znak albo jedno słowo ma kilka znaczeń. W japońskim hiragana i katakana mają 46 znaków. Kanji wywodzące się z chińskiego ma ponad 3000 znaków, a to tylko we współczesnej formie. Hiragana i katakana spokojnie wystarczą by można było powiedzieć, że się zna język. Japoński nie jest aż tak trudny. Jeśli chodzi o poziom trudności do nauczenia się dla obcokrajowca to jest łatwiejszy niż polski. Tak naprawdę to nie sam język jest trudny do nauczenia tylko cały alfabet od zera i to jeszcze niepodobny do żadnego z europejskich. W ogóle z języków typowo azjatyckich japoński jest chyba najłatwiejszy do nauczenia. Te nazwy brzmią bardzo majestatycznie, ich tłumaczenia też. Przykładowo Takamagahara znaczy "niebiańska równina" albo "wysoka równina niebios". Imiona niektórych bogów też brzmią bardzo fajnie, na przykład Takamimusubi no Mikoto, Kotoamatsukami albo Tsukuyomi. Ja jestem najbardziej w temacie Japonii ale o reszcie dalekiego wschodu też dalibyśmy radę pogadać. Ja jakoś nigdy nie byłem szczególnie przekonany do Chin ale na ich temat też coś tam wiem. Jest parę anime o Chinach w różnych okresach historii. W każdej mitologii i kulturze demony są niemal wyłącznie złymi istotami. Swoją drogą o demonach, aniołach, wierzeniach typu Kabała czy okultyzmie też mógłbym całkiem długo rozmawiać. O innych mitologiach takich jak Sumeryjska czy Perska też trochę wiem. Wracając do demonów to szczególnie w anime nie zawsze są tymi złymi. Podobnie sytuacja wygląda w grach, przykładowo demony z serii Devil May Cry, takim jak główni bohaterowie chyba każdy chciałby być. Różne rodzaje demonów często posiadają wspólne cechy, które byłyby bardzo pożądane dla przeciętnego śmiertelnika. Potężne moce, często daleko wykraczające poza prawa fizyki, piękne oblicze, niemal nieograniczona długość życia, oczywiście będąc cały czas młodym. Są też demony wyglądające jak wyjęte z horroru, a takim raczej nikt nie chciałby się stać. Z drugiej strony żeńskie demony takie jak sukkuby chyba każdy facet chciałby spotkać nawet wiedząc, że prawdopodobnie tego spotkania nie przeżyje. Trzymając się demonów bliższych ludziom nie zaznajomionym z anime czyli takich z najpopularniejszych religii to faktycznie lepiej byłoby nie stawać się jednym z takich ani nie oddawać mu duszy. Ze mnie wychodzi już trochę desperacja więc sięgnął bym nawet po demoniczne moce albo czarną magię jeśli to sprawiłoby, że ruszył bym z miejsca. Zwykle trzeba odprawić jakiś rytuał przywołania demona ale raczej nie ma żadnych potwierdzonych przypadków powodzenia takiego rytuału.

U mnie problem w tym, że mi tego nie doczepiono tylko było ze mną od samego początku, a przynajmniej odkąd pamiętam. Choć wiem żeby nie utożsamiać się z moim błędnym myśleniem widać po moich wpisach w tym wątku, że jest to o wiele trudniejsze niż możnaby było przypuszczać. To siedzi tak głęboko, jest tak silne.

Na spływ pojadę tylko może jak nie będzie tak gorąco. Co do wolontariatu nadal żadnego nie znalazłem ale też poszukam. W ogóle zauważyłem, że nawet samo wyjście "do ludzi" sprawia, że już czuję się lepiej. Bardzo by mi się też przydało przebywać częściej w towarzystwie kobiet, więcej ich widywać, rozmawiać i po prostu się przyzwyczaić do tego towarzystwa.

2,498

Odp: Co to znaczy żyć?

Z tymi najtrudniejszymi językami do nauczenia się to sporo zależy od tego, co dla kogo trudne. Dla anglojęzycznych to chyba wszystkie języki są trudne, bo angielski jest stosunkowo prosty. Ja z kolei dawno przyjęłam, że skoro po polsku się nauczyłam, to "nie ma języków za trudnych dla Polki" big_smile choć oczywiście polskiego uczyłam się inaczej niż dalszych, i obawiam się, że gdyby polski był dla mnie językiem "do nauczenia się" to mogło by być cienko. Tak od strony teoretycznej to jest to gramatyczny koszmar, i nie tylko gramatyczny, my tego nie dostrzegamy, ale weź wyjaśnij komuś, czemu do jasnej cholery po polsku jest kość "psia", "barania", "końska" oraz "słoniowa"?  Bardzo podziwiam cudzoziemców, którzy się zdołali polskiego nauczyć, zupełnie serio podziwiam. Zwłaszcza tych nie-słowiańskich cudzoziemców czyli większość. Alfabety japońskie ( bo z tego co wiem są dwa) owszem, odmienne, ale bez kanji to chyba jednak znajomość języka jest taka niekompletna? Na wszystkich ulotkach to kanji jest czyli używają tego. Inna sprawa, że jak w jednym języku część zapisuje się alfabetami, a część ideogramami to już na tym odcinku jest jakby pomieszanie z poplątaniem, no przynajmniej tonalny ten japoński nie jest, tu przynajmniej łatwo. smile

Ty się zainteresowałeś Japonią przez mangę/anime, prawda? No to nie dziwota, ze Chiny nie są ci zbyt bliskie. smile Podobieństw pewnie by się znalazło na jakimś poziomie całkiem sporo, choć i różnice ogromne.
Demonów w chińskich wierzeniach jest strasznie dużo i podobnie jak w Japonii nie jest tak, że demon= samo czyste zło. One nam wrażenie tam są jakby bardziej do ludzi podobne, nie tak jednoznaczne jak u nas, że "słudzy Szatana". Tak ogólnie z demonami lepiej ostrożnie... bo to jednak demony.

Odnośnie Twojego "demona" to doczepiono Ci go dawno. Ale doczepiono. Nie urodziłeś się taki.
Ok, spływ jak nie będzie tak gorąco, ale jedź, dla własnego dobra. Please smile

2,499

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Odnośnie Twojego "demona" to doczepiono Ci go dawno. Ale doczepiono. Nie urodziłeś się taki.

Shini z doswiadczenia zawodowego wiem ze wszystko co sie przyczepi da sie tez odczepic. Czasem trzeba sie troche naje...c, czasem jest drogo ale zawsze sie da

2,500

Odp: Co to znaczy żyć?

Muqin
Najtrudniejsza w nauce języka jest chyba nauka alfabetu. Większość krajów europejskich jak i Ameryka ma ten sam więc nauka tych języków jest teoretycznie łatwiejsza. Z kolei w językach azjatyckich jest zupełnie inny alfabet totalnie niepodobny do naszego. Podobno dla europejczyka najtrudniejszy jest do nauczenia się arabski. Prawdopodobnie gdyby polski nie był twoim ojczystym językiem to nie miałabyś powodu się go uczyć. To raczej nie jest zbyt przydatny na świecie język. Ja chyba bym nawet nie próbował tego tłumaczyć obcokrajowcowi. Też podziwiam każdego kto nauczył się polskiego od zera. Kiedyś słyszałem jak japończyk mówił po polsku, no szacun za to jak mu to wychodziło. To prawda, bez kanji język jest niekompletny ale wystarczający by się dogadać, podobno. Zawsze chciałem nauczyć się japońskiego ale kanji chyba bym nawet nie próbował. Nauczyć się od zera kilku tysięcy znaków brzmi wręcz nierealnie. To prawda, że często różne teksty są pisane na różne sposoby, a ich czytanie może być karkołomne.

Od anime i mangi się zaczęło ale później pojawiało się więcej rzeczy z Japonii, które mnie zainteresowały. Są jeszcze idolki, Godzilla, onsen, słodkie dziewczyny, superszybkie pociągi, samuraje i wiele wiele innych. Zawsze marzyłem by kiedyś tam pojechać i zobaczyć to wszystko. Może nawet więcej niż raz ale okazuje się, że nawet raz może być poza zasięgiem.

To, że demony są uznawane za zło wcielone wzięło się z religii chrześcijańskiej i jej podobnych. W mitologiach często były po prostu istotami mroku lub sługami jakiegoś władcy ciemności ale one same niekoniecznie były złe.

Ja mam wrażenie właśnie jakbym się już z nim urodził, jakby był że mną od zawsze i nieodłącznym elementem mnie. Tak jakby ten demon był częścią mnie, której nie da się usunąć bo inaczej nie byłoby już mnie. Coś jak organ, którego nie można usunąć bo nie da się bez niego żyć.

Bert, wybacz ale ja naprawdę nie widzę możliwości na odczepienie.

Dziś ponownie nadszedł taki dzień, że mam nadzieję jutro się nie obudzić. Szukanie pracy cały czas mnie wykańcza, cały czas samo wysłanie jakiegoś zgłoszenia jest bardzo trudne. Znalazłem kilka całkiem ciekawych ale w żadnym nie spełniam nawet podstawowych wymagań, a pieniądze i tak marne. Nadal nie mam kompletnie pojęcia co chciałbym robić ani jaką konkretnie ścieżką podążyć. Mam wrażenie, że całe to szukanie to strata czasu, który powinienem poświęcić na korzystanie z życia. Na podróżowanie, odkrywanie nowych rzeczy, poznawanie nowych ludzi itd. Chcę być kimś ważnym wiedząc, że to nie da mi prawdziwego szczęścia, a jedynie da złudne poczucie bycia choć trochę lepszym od innych. To nie sprawi, że moje życie będzie coś znaczyło ani tym bardziej nie uwolni mnie od samotności. Jednak nie mogę przestać się porównywać ze wszystkimi innymi. Prawda jest taka, że bardziej niż być kimś ważnym chciałbym mieć swoją rodzinę, zobaczyć wiele ciekawych miejsc na świecie, komuś pomóc i żeby ktoś mi powiedział "dobra robota", a najbardziej bym chciał móc kiedyś powiedzieć, że "było warto". Dziś w telewizji leciał Szeregowiec Ryan, mnóstwo ludzi zginęło by on jeden przeżył, a kapitan na końcu mu powiedział żeby żył tak by zasłużyć na to wszystko. Wiele osób poświęciło życie by uratować jego jedno, a ja pogardzam swoim by nie czuć ciągłego stresu i bólu psychicznego, które przecież są niczym w porównaniu do tego co przeżywali ludzie w czasie wojny. Ja też chciałbym zasłużyć, a nie jestem w stanie zrobić nawet kroku naprzód. W taki sposób nie uda mi się znaleźć tej pracy. Mógłbym wykonywać niemal każdą pracę, od najprostszych po bardziej skomplikowane, w praktyce nauczyłbym się o wiele więcej niż teraz mi się wydaje. Tyle, że do tego momentu nawet nie dojdę, nie zdołam przejść przez ten proces szukania i rekrutacje.

2,501

Odp: Co to znaczy żyć?

Czlowieku przestan szukać atencji wez sie w koncu za robote inni tez nie wiedza jak zyc i ŻYJA  big_smile

2,502

Odp: Co to znaczy żyć?

Potrzebujesz emocje wyładować czy jak, Julia? Czy może atencji szukasz?


@ Shini
Na pewno jak obcy język zapisuje się znanym alfabetem to jeden problem z głowy smile Niemały, bo język można zapisywać albo alfabetem łacińskim, albo jakimś innym  jak koreański, ale  też abugidą czyli mieszanką alfabetyczno-sylabiczną, jakąś mieszanką jak japoński czy samymi ideogramami jak chiński. Weź, od samego zastanawiania się nad alfabetami robi się słabo i zaraz mi się nauka języków obcych wyda czymś absolutnie niewykonalnym dla żadnego normalnego człowieka smile Złe myślenie, Muqin! Zmień podejście ! Chiński to łatwizna! Żadnych rodzajów ani  liczb, ani  zmieniających się końcówek wyrazów, nic się przez nic nie odmienia, nie ma czasu przeszłego ani żadnego innego,  można zapomnieć o jakiejś przerażającej odmianie czasownika w rodzaju męskim, liczbie mnogiej i czasie przyszłym albo rodzaju przymiotnika , z którego to rodzaju przymiotnika coś tam dalej wynika i komplikuje i jeszcze nie ma żadnych wyjątków ani oboczności ... no co w tym takiego znowu trudnego, kobieto?  Nie przesadzaj.  smile

Jak człowiek żyje, żeby na coś zasłużyć to skazuje się na frustrację i problemy liczne. Świat tak nie działa.

2,503

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Potrzebujesz emocje wyładować czy jak, Julia? Czy może atencji szukasz?


@ Shini
Na pewno jak obcy język zapisuje się znanym alfabetem to jeden problem z głowy smile Niemały, bo język można zapisywać albo alfabetem łacińskim, albo jakimś innym  jak koreański, ale  też abugidą czyli mieszanką alfabetyczno-sylabiczną, jakąś mieszanką jak japoński czy samymi ideogramami jak chiński. Weź, od samego zastanawiania się nad alfabetami robi się słabo i zaraz mi się nauka języków obcych wyda czymś absolutnie niewykonalnym dla żadnego normalnego człowieka smile Złe myślenie, Muqin! Zmień podejście ! Chiński to łatwizna! Żadnych rodzajów ani  liczb, ani  zmieniających się końcówek wyrazów, nic się przez nic nie odmienia, nie ma czasu przeszłego ani żadnego innego,  można zapomnieć o jakiejś przerażającej odmianie czasownika w rodzaju męskim, liczbie mnogiej i czasie przyszłym albo rodzaju przymiotnika , z którego to rodzaju przymiotnika coś tam dalej wynika i komplikuje i jeszcze nie ma żadnych wyjątków ani oboczności ... no co w tym takiego znowu trudnego, kobieto?  Nie przesadzaj.  smile

Jak człowiek żyje, żeby na coś zasłużyć to skazuje się na frustrację i problemy liczne. Świat tak nie działa.

Wybacz ale ja akurat znam się na takich problemach niewiedzy życiowej i widzę nieścisłości związane z tym tematem ale nie napisze jakie konkretnie. Sami sobie poszukajcie ja wam nie będę podawać na tacy big_smile

2,504

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Dziś ponownie nadszedł taki dzień, że mam nadzieję jutro się nie obudzić. Szukanie pracy cały czas mnie wykańcza, cały czas samo wysłanie jakiegoś zgłoszenia jest bardzo trudne. Znalazłem kilka całkiem ciekawych ale w żadnym nie spełniam nawet podstawowych wymagań, a pieniądze i tak marne. Nadal nie mam kompletnie pojęcia co chciałbym robić ani jaką konkretnie ścieżką podążyć. Mam wrażenie, że całe to szukanie to strata czasu, który powinienem poświęcić na korzystanie z życia. Na podróżowanie, odkrywanie nowych rzeczy, poznawanie nowych ludzi itd. Chcę być kimś ważnym wiedząc, że to nie da mi prawdziwego szczęścia, a jedynie da złudne poczucie bycia choć trochę lepszym od innych. To nie sprawi, że moje życie będzie coś znaczyło ani tym bardziej nie uwolni mnie od samotności. Jednak nie mogę przestać się porównywać ze wszystkimi innymi. Prawda jest taka, że bardziej niż być kimś ważnym chciałbym mieć swoją rodzinę, zobaczyć wiele ciekawych miejsc na świecie, komuś pomóc i żeby ktoś mi powiedział "dobra robota", a najbardziej bym chciał móc kiedyś powiedzieć, że "było warto". Dziś w telewizji leciał Szeregowiec Ryan, mnóstwo ludzi zginęło by on jeden przeżył, a kapitan na końcu mu powiedział żeby żył tak by zasłużyć na to wszystko. Wiele osób poświęciło życie by uratować jego jedno, a ja pogardzam swoim by nie czuć ciągłego stresu i bólu psychicznego, które przecież są niczym w porównaniu do tego co przeżywali ludzie w czasie wojny. Ja też chciałbym zasłużyć, a nie jestem w stanie zrobić nawet kroku naprzód. W taki sposób nie uda mi się znaleźć tej pracy. Mógłbym wykonywać niemal każdą pracę, od najprostszych po bardziej skomplikowane, w praktyce nauczyłbym się o wiele więcej niż teraz mi się wydaje. Tyle, że do tego momentu nawet nie dojdę, nie zdołam przejść przez ten proces szukania i rekrutacje.

Przecież ja Ci już wcześniej pisałem, że praca to dla 99% ludzi nie jest przyjemność, czy jakiś cel, tylko smutna konieczność, żeby mieć za co żyć. Bez pracy nie będziesz mieć na to te wszystkie przyjemności o których piszesz. Dlatego przestań jojczyć znajdź jakąkolwiek pracę i tyle. Jak Ci nie będzie pasować możesz w między czasie szukać innej lub dokształcać.

Zresztą... Ty co chwila sobie przeczysz. Najpierw piszesz, że szukanie pracy to strata czasu i lepiej byłoby spędzać czas na  podróżowanie i poznawanie ludzi. A skąd na to weźmiesz pieniądze? Dodatkowo, o ile dobrze pamiętam, wcześniej pisałeś, że praca jest ważna bo nawet będąc turbo bogatym po pewnym czasie byś się znudził od samego "korzystania z życia".  Twoje posty się wzajemnie kłócą ze sobą. Zresztą... I tak nie masz wyboru. Albo znajdziesz pracę i może coś się u ciebie poprawi, albo dalej będzie po staremu. No chyba, że czekasz na spadek, ale to pewnie jeszcze sobie poczekasz...

2,505

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Na pewno jak obcy język zapisuje się znanym alfabetem to jeden problem z głowy smile Niemały, bo język można zapisywać albo alfabetem łacińskim, albo jakimś innym  jak koreański, ale  też abugidą czyli mieszanką alfabetyczno-sylabiczną, jakąś mieszanką jak japoński czy samymi ideogramami jak chiński. Weź, od samego zastanawiania się nad alfabetami robi się słabo i zaraz mi się nauka języków obcych wyda czymś absolutnie niewykonalnym dla żadnego normalnego człowieka smile Złe myślenie, Muqin! Zmień podejście ! Chiński to łatwizna! Żadnych rodzajów ani  liczb, ani  zmieniających się końcówek wyrazów, nic się przez nic nie odmienia, nie ma czasu przeszłego ani żadnego innego,  można zapomnieć o jakiejś przerażającej odmianie czasownika w rodzaju męskim, liczbie mnogiej i czasie przyszłym albo rodzaju przymiotnika , z którego to rodzaju przymiotnika coś tam dalej wynika i komplikuje i jeszcze nie ma żadnych wyjątków ani oboczności ... no co w tym takiego znowu trudnego, kobieto?  Nie przesadzaj.  smile

Jak człowiek żyje, żeby na coś zasłużyć to skazuje się na frustrację i problemy liczne. Świat tak nie działa.

Po japońsku też da się pisać w alfabecie łacińskim choć wygląda to dziwnie. To prawda, samo myślenie o tych alfabetach potrafi przytłoczyć. Czasy i odmiany to masakra, chyba najtrudniejsza część nauki języków. Przynajmniej dla mnie zawsze gramatyka to była masakra, wszystko inne szło mi w miarę dobrze ale gramatyki do dziś nie mogę się nauczyć, nawet w angielskim. Podziwiam twoje jakże luźne podejście do trudnych rzeczy.

Dla mnie zawsze tak działał. Skoro jestem sam i nie mam w życiu nic cennego, a nie nawet celu to znaczy, że nie zasłużyłem. Jaki może być inny powód?

marcinex napisał/a:

Przecież ja Ci już wcześniej pisałem, że praca to dla 99% ludzi nie jest przyjemność, czy jakiś cel, tylko smutna konieczność, żeby mieć za co żyć. Bez pracy nie będziesz mieć na to te wszystkie przyjemności o których piszesz. Dlatego przestań jojczyć znajdź jakąkolwiek pracę i tyle. Jak Ci nie będzie pasować możesz w między czasie szukać innej lub dokształcać.

Zresztą... Ty co chwila sobie przeczysz. Najpierw piszesz, że szukanie pracy to strata czasu i lepiej byłoby spędzać czas na  podróżowanie i poznawanie ludzi. A skąd na to weźmiesz pieniądze? Dodatkowo, o ile dobrze pamiętam, wcześniej pisałeś, że praca jest ważna bo nawet będąc turbo bogatym po pewnym czasie byś się znudził od samego "korzystania z życia".  Twoje posty się wzajemnie kłócą ze sobą. Zresztą... I tak nie masz wyboru. Albo znajdziesz pracę i może coś się u ciebie poprawi, albo dalej będzie po staremu. No chyba, że czekasz na spadek, ale to pewnie jeszcze sobie poczekasz...

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę? Naprawdę uważasz coś takiego za normalne? Dokształcać się i tak mam zamiar, z tego też powodu zapisałem się na pierwszy kurs.

Nie wiem gdzie ty widzisz jakieś przeczenie sobie. To oczywiste, że lepiej byłoby podróżować i poznawać ludzi ale jak słusznie zauważasz najpierw trzeba mieć na to pieniądze. Mam wrażenie, że szukanie pracy to strata czasu bo choć próbuję to nie ma z tego żadnych efektów. Poświęcam na to czas i nerwy, wciąż bardzo się tym stresuję, a nic z tego nie wychodzi. Gdybym był turbo bogaty to i tak bym pracował ale na pewno nie na etacie. Póki mam trochę oszczędności to wybór jeszcze jest tyle, że nie potrafię z niego skorzystać. U mnie nie ma czegoś takiego jak decyzyjność czy kontrola nad życiem, na pewno nie dopóki mieszkam z rodzicami. Zawsze szedłem z prądem, kazali iść do szkoły to szedłem, kazali iść na studia to poszedłem, dali pierwszą robotę jaka się nawinęła to wziąłem. Kiedyś nawet przez myśl mi nie przechodziło by iść w jakąkolwiek inną stronę niż ta z góry narzucona. Przez to teraz nie potrafię korzystać z możliwości o jakich jeszcze nie dawno nie wiedziałem, że mam. Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności. Jedyny wyjątek w tej kwestii był kiedy byłem z dziewczyną. Z nią potrafiłem wybierać, decydować czy brać odpowiedzialność, nie tylko za siebie. Spadku raczej się nie doczekam.

2,506

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Muqin napisał/a:

Na pewno jak obcy język zapisuje się znanym alfabetem to jeden problem z głowy smile Niemały, bo język można zapisywać albo alfabetem łacińskim, albo jakimś innym  jak koreański, ale  też abugidą czyli mieszanką alfabetyczno-sylabiczną, jakąś mieszanką jak japoński czy samymi ideogramami jak chiński. Weź, od samego zastanawiania się nad alfabetami robi się słabo i zaraz mi się nauka języków obcych wyda czymś absolutnie niewykonalnym dla żadnego normalnego człowieka smile Złe myślenie, Muqin! Zmień podejście ! Chiński to łatwizna! Żadnych rodzajów ani  liczb, ani  zmieniających się końcówek wyrazów, nic się przez nic nie odmienia, nie ma czasu przeszłego ani żadnego innego,  można zapomnieć o jakiejś przerażającej odmianie czasownika w rodzaju męskim, liczbie mnogiej i czasie przyszłym albo rodzaju przymiotnika , z którego to rodzaju przymiotnika coś tam dalej wynika i komplikuje i jeszcze nie ma żadnych wyjątków ani oboczności ... no co w tym takiego znowu trudnego, kobieto?  Nie przesadzaj.  smile

Jak człowiek żyje, żeby na coś zasłużyć to skazuje się na frustrację i problemy liczne. Świat tak nie działa.

Po japońsku też da się pisać w alfabecie łacińskim choć wygląda to dziwnie. To prawda, samo myślenie o tych alfabetach potrafi przytłoczyć. Czasy i odmiany to masakra, chyba najtrudniejsza część nauki języków. Przynajmniej dla mnie zawsze gramatyka to była masakra, wszystko inne szło mi w miarę dobrze ale gramatyki do dziś nie mogę się nauczyć, nawet w angielskim. Podziwiam twoje jakże luźne podejście do trudnych rzeczy.

Dla mnie zawsze tak działał. Skoro jestem sam i nie mam w życiu nic cennego, a nie nawet celu to znaczy, że nie zasłużyłem. Jaki może być inny powód?

marcinex napisał/a:

Przecież ja Ci już wcześniej pisałem, że praca to dla 99% ludzi nie jest przyjemność, czy jakiś cel, tylko smutna konieczność, żeby mieć za co żyć. Bez pracy nie będziesz mieć na to te wszystkie przyjemności o których piszesz. Dlatego przestań jojczyć znajdź jakąkolwiek pracę i tyle. Jak Ci nie będzie pasować możesz w między czasie szukać innej lub dokształcać.

Zresztą... Ty co chwila sobie przeczysz. Najpierw piszesz, że szukanie pracy to strata czasu i lepiej byłoby spędzać czas na  podróżowanie i poznawanie ludzi. A skąd na to weźmiesz pieniądze? Dodatkowo, o ile dobrze pamiętam, wcześniej pisałeś, że praca jest ważna bo nawet będąc turbo bogatym po pewnym czasie byś się znudził od samego "korzystania z życia".  Twoje posty się wzajemnie kłócą ze sobą. Zresztą... I tak nie masz wyboru. Albo znajdziesz pracę i może coś się u ciebie poprawi, albo dalej będzie po staremu. No chyba, że czekasz na spadek, ale to pewnie jeszcze sobie poczekasz...

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę? Naprawdę uważasz coś takiego za normalne? Dokształcać się i tak mam zamiar, z tego też powodu zapisałem się na pierwszy kurs.

Nie wiem gdzie ty widzisz jakieś przeczenie sobie. To oczywiste, że lepiej byłoby podróżować i poznawać ludzi ale jak słusznie zauważasz najpierw trzeba mieć na to pieniądze. Mam wrażenie, że szukanie pracy to strata czasu bo choć próbuję to nie ma z tego żadnych efektów. Poświęcam na to czas i nerwy, wciąż bardzo się tym stresuję, a nic z tego nie wychodzi. Gdybym był turbo bogaty to i tak bym pracował ale na pewno nie na etacie. Póki mam trochę oszczędności to wybór jeszcze jest tyle, że nie potrafię z niego skorzystać. U mnie nie ma czegoś takiego jak decyzyjność czy kontrola nad życiem, na pewno nie dopóki mieszkam z rodzicami. Zawsze szedłem z prądem, kazali iść do szkoły to szedłem, kazali iść na studia to poszedłem, dali pierwszą robotę jaka się nawinęła to wziąłem. Kiedyś nawet przez myśl mi nie przechodziło by iść w jakąkolwiek inną stronę niż ta z góry narzucona. Przez to teraz nie potrafię korzystać z możliwości o jakich jeszcze nie dawno nie wiedziałem, że mam. Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności. Jedyny wyjątek w tej kwestii był kiedy byłem z dziewczyną. Z nią potrafiłem wybierać, decydować czy brać odpowiedzialność, nie tylko za siebie. Spadku raczej się nie doczekam.

Masz racje jezeli masz mozliwosc to wykonuj pracę ktora lubisz wtedy praca to bedzie jak Twoje hobby i będziesz chodzil do niej z radością. Zarabianie pieniędzy to jedno,ale duzo ludzi siedzi w robocie jakby tam byli za kare a potem wychodza naburmuszeni i strzekaja na wszystkich i pluja jadem-no bo jak mozna byc zadowolnym z zycia robiąc wiekszosc dni w roku cos czego sie nie lubi przez 8 godzin dziennie

2,507

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę? Naprawdę uważasz coś takiego za normalne? Dokształcać się i tak mam zamiar, z tego też powodu zapisałem się na pierwszy kurs.

Nie wiem gdzie ty widzisz jakieś przeczenie sobie. To oczywiste, że lepiej byłoby podróżować i poznawać ludzi ale jak słusznie zauważasz najpierw trzeba mieć na to pieniądze. Mam wrażenie, że szukanie pracy to strata czasu bo choć próbuję to nie ma z tego żadnych efektów. Poświęcam na to czas i nerwy, wciąż bardzo się tym stresuję, a nic z tego nie wychodzi. Gdybym był turbo bogaty to i tak bym pracował ale na pewno nie na etacie. Póki mam trochę oszczędności to wybór jeszcze jest tyle, że nie potrafię z niego skorzystać. U mnie nie ma czegoś takiego jak decyzyjność czy kontrola nad życiem, na pewno nie dopóki mieszkam z rodzicami. Zawsze szedłem z prądem, kazali iść do szkoły to szedłem, kazali iść na studia to poszedłem, dali pierwszą robotę jaka się nawinęła to wziąłem. Kiedyś nawet przez myśl mi nie przechodziło by iść w jakąkolwiek inną stronę niż ta z góry narzucona. Przez to teraz nie potrafię korzystać z możliwości o jakich jeszcze nie dawno nie wiedziałem, że mam. Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności. Jedyny wyjątek w tej kwestii był kiedy byłem z dziewczyną. Z nią potrafiłem wybierać, decydować czy brać odpowiedzialność, nie tylko za siebie. Spadku raczej się nie doczekam.

Hmmm, pomyślmy dlaczego ludzie wykonują pracę, choć jej nie lubią... Może dlatego, że chcą jeść? Mieć jakieś schronienie nad głową. Wyobraź sobie, że nie każdy jest w tak uprzywilejowanej sytuacji jak ty, że może sobie żyć całe życie na koszt rodziców.

Naprawdę porzuć to marzenie o pracy, która lubisz, bo skończy się to jedynie tym, że kolejne 10 lat będziesz na utrzymaniu rodziców. Myślisz, że co jaskiniowcy 10 000 lat temu chodzili na polowania, bo lubili? Jakby myśleli jak ty to już dawno by umarli z głodu i nie mielibyśmy dziś żadnej cywilizacji.

W Chinach często ludzie pracują w systemie 6,6,6 - czyli od 6 rano do 6 wieczór, 6 dni w tygodniu. A Ty narzekasz, że będziesz miał tylko 6h czasu dla siebie przez 5 dni w tygodniu + 2 dni weekendu? No straszne...

Teraz masz całe dni dla siebie i co Ci to daje? Sam pisałeś, że tylko bardziej popadasz w depresje jak nie masz się czym zająć.

Jaki kurs będziesz robić? Z tego co słyszałem masz już przecież dobre studia. Po co ci kolejne kursy?

Piszesz, że szukanie pracy to stara czasu... A co takiego masz do roboty?

2,508

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:
Shinigami napisał/a:

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę? Naprawdę uważasz coś takiego za normalne? Dokształcać się i tak mam zamiar, z tego też powodu zapisałem się na pierwszy kurs.

Nie wiem gdzie ty widzisz jakieś przeczenie sobie. To oczywiste, że lepiej byłoby podróżować i poznawać ludzi ale jak słusznie zauważasz najpierw trzeba mieć na to pieniądze. Mam wrażenie, że szukanie pracy to strata czasu bo choć próbuję to nie ma z tego żadnych efektów. Poświęcam na to czas i nerwy, wciąż bardzo się tym stresuję, a nic z tego nie wychodzi. Gdybym był turbo bogaty to i tak bym pracował ale na pewno nie na etacie. Póki mam trochę oszczędności to wybór jeszcze jest tyle, że nie potrafię z niego skorzystać. U mnie nie ma czegoś takiego jak decyzyjność czy kontrola nad życiem, na pewno nie dopóki mieszkam z rodzicami. Zawsze szedłem z prądem, kazali iść do szkoły to szedłem, kazali iść na studia to poszedłem, dali pierwszą robotę jaka się nawinęła to wziąłem. Kiedyś nawet przez myśl mi nie przechodziło by iść w jakąkolwiek inną stronę niż ta z góry narzucona. Przez to teraz nie potrafię korzystać z możliwości o jakich jeszcze nie dawno nie wiedziałem, że mam. Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności. Jedyny wyjątek w tej kwestii był kiedy byłem z dziewczyną. Z nią potrafiłem wybierać, decydować czy brać odpowiedzialność, nie tylko za siebie. Spadku raczej się nie doczekam.

Hmmm, pomyślmy dlaczego ludzie wykonują pracę, choć jej nie lubią... Może dlatego, że chcą jeść? Mieć jakieś schronienie nad głową. Wyobraź sobie, że nie każdy jest w tak uprzywilejowanej sytuacji jak ty, że może sobie żyć całe życie na koszt rodziców.

Naprawdę porzuć to marzenie o pracy, która lubisz, bo skończy się to jedynie tym, że kolejne 10 lat będziesz na utrzymaniu rodziców. Myślisz, że co jaskiniowcy 10 000 lat temu chodzili na polowania, bo lubili? Jakby myśleli jak ty to już dawno by umarli z głodu i nie mielibyśmy dziś żadnej cywilizacji.

W Chinach często ludzie pracują w systemie 6,6,6 - czyli od 6 rano do 6 wieczór, 6 dni w tygodniu. A Ty narzekasz, że będziesz miał tylko 6h czasu dla siebie przez 5 dni w tygodniu + 2 dni weekendu? No straszne...

Teraz masz całe dni dla siebie i co Ci to daje? Sam pisałeś, że tylko bardziej popadasz w depresje jak nie masz się czym zająć.

Jaki kurs będziesz robić? Z tego co słyszałem masz już przecież dobre studia. Po co ci kolejne kursy?

Piszesz, że szukanie pracy to stara czasu... A co takiego masz do roboty?

Ale ludzie mogą też wykonywać pracę,która lubią jeżeli oczywiście mają takie możliwości.  Myślisz,że skąd się biorą depresje i te wszystkie frustracje wylewane później w internecie na niewinnych ludziach? Z zazdrości,że trzeba zapierdzielać do roboty której się nie lubi... I tak jeżeli nie ma się wyboru to trudno siła wyższa,ale jeżeli jest wybor to czemu nie... Shinigami akurat nie ma rodziny na utrzymaniu więc jeżeli znajdzie sobie pracę która lubi to będzie dużo bardziej szczęśliwszy w życiu. 

System Chin jest chory i tyle tak samo innych tych typowo chinsko-podobnych narodowości. Dzieci wogole rodziców nie widzą a samym rodzicom to się nie podoba. Jak można żyć żeby do roboty zapierdzielać i to takiej której się nie lubi . Masakra jakaś

2,509

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Hmmm, pomyślmy dlaczego ludzie wykonują pracę, choć jej nie lubią... Może dlatego, że chcą jeść? Mieć jakieś schronienie nad głową. Wyobraź sobie, że nie każdy jest w tak uprzywilejowanej sytuacji jak ty, że może sobie żyć całe życie na koszt rodziców.

Naprawdę porzuć to marzenie o pracy, która lubisz, bo skończy się to jedynie tym, że kolejne 10 lat będziesz na utrzymaniu rodziców. Myślisz, że co jaskiniowcy 10 000 lat temu chodzili na polowania, bo lubili? Jakby myśleli jak ty to już dawno by umarli z głodu i nie mielibyśmy dziś żadnej cywilizacji.

W Chinach często ludzie pracują w systemie 6,6,6 - czyli od 6 rano do 6 wieczór, 6 dni w tygodniu. A Ty narzekasz, że będziesz miał tylko 6h czasu dla siebie przez 5 dni w tygodniu + 2 dni weekendu? No straszne...

Teraz masz całe dni dla siebie i co Ci to daje? Sam pisałeś, że tylko bardziej popadasz w depresje jak nie masz się czym zająć.

Jaki kurs będziesz robić? Z tego co słyszałem masz już przecież dobre studia. Po co ci kolejne kursy?

Piszesz, że szukanie pracy to stara czasu... A co takiego masz do roboty?

W mojej sytuacji nie ma nic uprzywilejowanego, nikomu bym jej nie życzył. Porównywanie do biednych dzieci z Afryki nie ma sensu. Jak pisałem kiedy ktoś jest w sytuacji bez wyjścia to w pełni zrozumiałe ale ja w takiej nie jestem, jeszcze.

Podejrzewam, że jaskiniowcy wręcz nie mogli się doczekać polowania. Nie mieli żadnych innych atrakcji, takie polowanie to było jedyne źródło adrenaliny czy jakichś większych emocji. Oni nie mieli innego wyboru. Poza tym myśliwi byli chyba najbardziej poważaną grupą w takich pierwotnych społecznościach. Więc tak, myślę, że to lubili. Gdybym żył w tamtych czasach też zostałbym myśliwym. W trochę późniejszych zostałbym pewnie wojownikiem i zginąłbym w jednej z niezliczonych bitew starożytności lub średniowiecza. Teraz możliwości jest tak dużo, że nie mam pojęcia jaka mogłaby być choć w miarę dobra.

Nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić jak się żyje w Chinach więc również nie ma za bardzo sensu tego robić. Bez poczucia spełnienia i świadomości, że praca na jakiś sens nie ma sensu w samej pracy. Piszesz, że bez pracy się umiera z głodu i to prawda ale odpowiedz mi na jedną rzecz. Po co w ogóle żyć nie mając w nim żadnego celu ani sensu cały czas robiąc coś czego się nie lubi? Jaki jest sens jeść i trzymać się życia, którego się nienawidzi jeśli się nie ma nikogo dla kogo warto byłoby żyć?

Skąd pomysł, że mam całe dnie dla siebie? Pisałem nie raz, że wciąż pracuję tylko bardziej nieoficjalnie i tylko trochę mniej niż wcześniej. Mimo tego niemal każdy całkowicie wolny dzień jest dla mnie trudny bo nie mam kontaktu z ludźmi spoza najbliższej rodziny. Dlatego też coraz częściej łapię się jakichkolwiek form treningu byle tylko wyjść z domu. Kickboxing, siłownia, bieganie czy basen. Poza kickboxingiem i tak z nikim nie rozmawiam ale samo przebywanie o obecności innych ludzi jest lepsze niż siedzieć przez cały dzień w domu przed komputerem.

Kurs pierwszej pomocy, na razie jeszcze ten podstawowy ale kto wie, może pójdę na ten zaawansowany. Nie wiem skąd te teorie, że moje studia są dobre. Od kilku miesięcy przeglądam ogłoszenia wpisując w wyszukiwarce "bezpieczeństwo" i jeszcze nie widziałem by jakiekolwiek ogłoszenie zawierało w sobie nazwę mojego kierunku. Poza służbami cytując klasyka "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem". Bez kursów i pewnie też studiów podyplomowych lub nawet kolejnego kierunku bardziej przydatnych studiów będę znaczył na rynku pracy tyle samo co ktoś zaraz po maturze. Same studia są nic nie warte, nie spełniam wymagań na niemal żadne stanowisko nawet na młodszego specjalistę za minimalną.

Co innego mógłbym robić? Na przykład cokolwiek co powoduje choć trochę mniej stresu, co nie wywołuje u mnie dni takich jak nie raz opisywałem.

2,510 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-08-05 02:22:19)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę?

vs

Shinigami napisał/a:

Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności.

To zestawienie pochodzi z jednego posta i jest wręcz podręcznikowym przykładem racjonalizacji. Widać tu jak na dłoni, że sam konstruujesz wobec potencjalnej pracy tak wiele warunków i ograniczeń, że praktycznie żadna oferta nie ma szans ich spełnić. A skoro nie ma pracy spełniającej wszystkie kryteria, nie musisz nawet podejmować realnych starań, żeby ją znaleźć.

Mechanizm jest prosty. Najpierw tworzysz obraz pracy idealnej, która odpowiada wszystkim Twoim oczekiwaniom. Gdy takich ofert nie znajdujesz, uznajesz to za dowód, że "dla Ciebie nie ma pracy". Jeśli natomiast pojawia się stanowisko, które rzeczywiście wydaje się atrakcyjne, wtedy przeszkodą staje się coś innego - okazuje się, że to Ty nie spełniasz wymagań pracodawcy. Efekt jest zawsze identyczny: nie musisz podejmować żadnych działań, bo odpowiedzialność zostaje przeniesiona na okoliczności.

To właśnie jest racjonalizacja. Nie polega ona na świadomym oszukiwaniu innych, lecz na takim tłumaczeniu rzeczywistości, aby własna bierność wydawała się całkowicie uzasadniona. Dzięki temu możesz powiedzieć sobie i innym, że problem leży wyłącznie po stronie rynku pracy albo wymagań pracodawców, a nie w tym, że odrzucasz wszystko, co nie jest idealne lub wymagałoby wyjścia ze strefy komfortu.

W ten sposób tworzysz sytuację bez wyjścia. Zawsze znajdzie się argument, dlaczego nie warto próbować: albo nie ma pracy spełniającej Twoje oczekiwania, albo jest taka praca, ale to Ty nie spełniasz jej wymagań. W obu przypadkach końcowy wniosek pozostaje taki sam - nie musisz ryzykować, wysyłać CV, chodzić na rozmowy ani mierzyć się z możliwością porażki. Mechanizm skutecznie chroni Cię przed rozczarowaniem, ale jednocześnie sprawia, że nic się nie zmienia.

Kiedyś już zresztą o tym wspominałam.

2,511

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

To zestawienie pochodzi z jednego posta i jest wręcz podręcznikowym przykładem racjonalizacji. Widać tu jak na dłoni, że sam konstruujesz wobec potencjalnej pracy tak wiele warunków i ograniczeń, że praktycznie żadna oferta nie ma szans ich spełnić. A skoro nie ma pracy spełniającej wszystkie kryteria, nie musisz nawet podejmować realnych starań, żeby ją znaleźć.

Mechanizm jest prosty. Najpierw tworzysz obraz pracy idealnej, która odpowiada wszystkim Twoim oczekiwaniom. Gdy takich ofert nie znajdujesz, uznajesz to za dowód, że "dla Ciebie nie ma pracy". Jeśli natomiast pojawia się stanowisko, które rzeczywiście wydaje się atrakcyjne, wtedy przeszkodą staje się coś innego - okazuje się, że to Ty nie spełniasz wymagań pracodawcy. Efekt jest zawsze identyczny: nie musisz podejmować żadnych działań, bo odpowiedzialność zostaje przeniesiona na okoliczności.

To właśnie jest racjonalizacja. Nie polega ona na świadomym oszukiwaniu innych, lecz na takim tłumaczeniu rzeczywistości, aby własna bierność wydawała się całkowicie uzasadniona. Dzięki temu możesz powiedzieć sobie i innym, że problem leży wyłącznie po stronie rynku pracy albo wymagań pracodawców, a nie w tym, że odrzucasz wszystko, co nie jest idealne lub wymagałoby wyjścia ze strefy komfortu.

W ten sposób tworzysz sytuację bez wyjścia. Zawsze znajdzie się argument, dlaczego nie warto próbować: albo nie ma pracy spełniającej Twoje oczekiwania, albo jest taka praca, ale to Ty nie spełniasz jej wymagań. W obu przypadkach końcowy wniosek pozostaje taki sam - nie musisz ryzykować, wysyłać CV, chodzić na rozmowy ani mierzyć się z możliwością porażki. Mechanizm skutecznie chroni Cię przed rozczarowaniem, ale jednocześnie sprawia, że nic się nie zmienia.

Kiedyś już zresztą o tym wspominałam.

Co do racjonalizacji to się zgadzam, faktycznie tak to działa. Dlatego zawsze pisałem, że wszystko wokół i we mnie będzie mnie odciągało od podjęcia próby zmiany. Co gorsza to działa podświadomie i zwykle tak automatycznie, że dopiero po fakcie zauważam co się właśnie stało.

Jednak co do ofert pracy to nie bardzo rozumiem. Piszesz tak jakbym to ja tworzył te ogłoszenia, a przecież to nie prawda. Jak pisałem nawet na najniższe stanowiska typu młodszy specjalista za minimalną lub niewiele ponad wymagania są takie, że nie raz nie jestem nawet blisko ich spełnienia. Nie raz już widziałem wymagania takie jak: angielski na poziomie minimum C1, poświadczenie bezpieczeństwa o klauzuli "tajne", minimum 2 lata doświadczenia na podobnym stanowisku w administracji publicznej, uprawnienia do obsługi jakiegoś systemu i oczywiście skończone studia na ściśle określonym kierunku, innym niż mój. Do tego ileś zaświadczeń i dokumentów takich jak list motywacyjny, podanie o przyjęcie, zaświadczenie o niekaralności, świadectwa z chyba całej edukacji, zaświadczenie o nie pracowaniu w służbach specjalnych w ostatnich kilku latach itp. Naprawdę już kilka razy widziałem to wszystko w jednym ogłoszeniu. W innych jest zwykle trochę mniej ale i tak za dużo bym to spełniał. I to wszystko na stanowiska takie jak młodszy specjalista za 5500 brutto. Czasami to jest aż śmieszne jaki poziom absurdu osiągają wymagania w tych ogłoszeniach w stosunku do poziomu stanowiska i zarobków. Skoro nawet na najniższe stanowiska nie spełniam wymagań to co jeszcze miałbym szukać? Niżej już się chyba nie da.

2,512

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

A ja nadal tego nie rozumiem. Jeśli ktoś jest w sytuacji bez wyjścia typu ma kredyt lub dzieci na utrzymaniu albo jedno i drugie to można zrozumieć, że ktoś taki będzie wykonywał nawet najgorszą robotę. Ale jeśli ktoś nie jest w aż takiej sytuacji to też miałby poświęcić znaczną część całego życia na robienie czegoś czego nie znosi? W pracy spędzasz minimum 8h plus dojazd, przyjmijmy, że drugie tyle śpisz. To już daje mniej więcej 18h, zostaje 6h. Z tego wynika, że praca pochłania większość doby i przez tą większość miałbym robić coś czego nie znoszę?

vs

Shinigami napisał/a:

Gdyby ktoś mi dał tą pracę to bym się jej nauczył i wykonywał obojętnie jaka by była ale sam nie potrafię wybrać ani decydować o czymkolwiek więcej niż codziennie czynności.

To zestawienie pochodzi z jednego posta i jest wręcz podręcznikowym przykładem racjonalizacji. Widać tu jak na dłoni, że sam konstruujesz wobec potencjalnej pracy tak wiele warunków i ograniczeń, że praktycznie żadna oferta nie ma szans ich spełnić. A skoro nie ma pracy spełniającej wszystkie kryteria, nie musisz nawet podejmować realnych starań, żeby ją znaleźć.

Mechanizm jest prosty. Najpierw tworzysz obraz pracy idealnej, która odpowiada wszystkim Twoim oczekiwaniom. Gdy takich ofert nie znajdujesz, uznajesz to za dowód, że "dla Ciebie nie ma pracy". Jeśli natomiast pojawia się stanowisko, które rzeczywiście wydaje się atrakcyjne, wtedy przeszkodą staje się coś innego - okazuje się, że to Ty nie spełniasz wymagań pracodawcy. Efekt jest zawsze identyczny: nie musisz podejmować żadnych działań, bo odpowiedzialność zostaje przeniesiona na okoliczności.

To właśnie jest racjonalizacja. Nie polega ona na świadomym oszukiwaniu innych, lecz na takim tłumaczeniu rzeczywistości, aby własna bierność wydawała się całkowicie uzasadniona. Dzięki temu możesz powiedzieć sobie i innym, że problem leży wyłącznie po stronie rynku pracy albo wymagań pracodawców, a nie w tym, że odrzucasz wszystko, co nie jest idealne lub wymagałoby wyjścia ze strefy komfortu.

W ten sposób tworzysz sytuację bez wyjścia. Zawsze znajdzie się argument, dlaczego nie warto próbować: albo nie ma pracy spełniającej Twoje oczekiwania, albo jest taka praca, ale to Ty nie spełniasz jej wymagań. W obu przypadkach końcowy wniosek pozostaje taki sam - nie musisz ryzykować, wysyłać CV, chodzić na rozmowy ani mierzyć się z możliwością porażki. Mechanizm skutecznie chroni Cię przed rozczarowaniem, ale jednocześnie sprawia, że nic się nie zmienia.

Kiedyś już zresztą o tym wspominałam.

Prawda, prawda, prawda.

Jakies dziwne dazenie do porazki. Zeby tylko sie nie udalo

2,513

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Priscilla napisał/a:

To zestawienie pochodzi z jednego posta i jest wręcz podręcznikowym przykładem racjonalizacji. Widać tu jak na dłoni, że sam konstruujesz wobec potencjalnej pracy tak wiele warunków i ograniczeń, że praktycznie żadna oferta nie ma szans ich spełnić. A skoro nie ma pracy spełniającej wszystkie kryteria, nie musisz nawet podejmować realnych starań, żeby ją znaleźć.

Mechanizm jest prosty. Najpierw tworzysz obraz pracy idealnej, która odpowiada wszystkim Twoim oczekiwaniom. Gdy takich ofert nie znajdujesz, uznajesz to za dowód, że "dla Ciebie nie ma pracy". Jeśli natomiast pojawia się stanowisko, które rzeczywiście wydaje się atrakcyjne, wtedy przeszkodą staje się coś innego - okazuje się, że to Ty nie spełniasz wymagań pracodawcy. Efekt jest zawsze identyczny: nie musisz podejmować żadnych działań, bo odpowiedzialność zostaje przeniesiona na okoliczności.

To właśnie jest racjonalizacja. Nie polega ona na świadomym oszukiwaniu innych, lecz na takim tłumaczeniu rzeczywistości, aby własna bierność wydawała się całkowicie uzasadniona. Dzięki temu możesz powiedzieć sobie i innym, że problem leży wyłącznie po stronie rynku pracy albo wymagań pracodawców, a nie w tym, że odrzucasz wszystko, co nie jest idealne lub wymagałoby wyjścia ze strefy komfortu.

W ten sposób tworzysz sytuację bez wyjścia. Zawsze znajdzie się argument, dlaczego nie warto próbować: albo nie ma pracy spełniającej Twoje oczekiwania, albo jest taka praca, ale to Ty nie spełniasz jej wymagań. W obu przypadkach końcowy wniosek pozostaje taki sam - nie musisz ryzykować, wysyłać CV, chodzić na rozmowy ani mierzyć się z możliwością porażki. Mechanizm skutecznie chroni Cię przed rozczarowaniem, ale jednocześnie sprawia, że nic się nie zmienia.

Kiedyś już zresztą o tym wspominałam.

Co do racjonalizacji to się zgadzam, faktycznie tak to działa. Dlatego zawsze pisałem, że wszystko wokół i we mnie będzie mnie odciągało od podjęcia próby zmiany. Co gorsza to działa podświadomie i zwykle tak automatycznie, że dopiero po fakcie zauważam co się właśnie stało.

Jednak co do ofert pracy to nie bardzo rozumiem. Piszesz tak jakbym to ja tworzył te ogłoszenia, a przecież to nie prawda. Jak pisałem nawet na najniższe stanowiska typu młodszy specjalista za minimalną lub niewiele ponad wymagania są takie, że nie raz nie jestem nawet blisko ich spełnienia. Nie raz już widziałem wymagania takie jak: angielski na poziomie minimum C1, poświadczenie bezpieczeństwa o klauzuli "tajne", minimum 2 lata doświadczenia na podobnym stanowisku w administracji publicznej, uprawnienia do obsługi jakiegoś systemu i oczywiście skończone studia na ściśle określonym kierunku, innym niż mój. Do tego ileś zaświadczeń i dokumentów takich jak list motywacyjny, podanie o przyjęcie, zaświadczenie o niekaralności, świadectwa z chyba całej edukacji, zaświadczenie o nie pracowaniu w służbach specjalnych w ostatnich kilku latach itp. Naprawdę już kilka razy widziałem to wszystko w jednym ogłoszeniu. W innych jest zwykle trochę mniej ale i tak za dużo bym to spełniał. I to wszystko na stanowiska takie jak młodszy specjalista za 5500 brutto. Czasami to jest aż śmieszne jaki poziom absurdu osiągają wymagania w tych ogłoszeniach w stosunku do poziomu stanowiska i zarobków. Skoro nawet na najniższe stanowiska nie spełniam wymagań to co jeszcze miałbym szukać? Niżej już się chyba nie da.

Shini nie czytaj ogloszen o prace jak zeznan zlozonych pod przysiega. Nie musisz pasowac do kazdego przecinka.

Pracowdawcy pisza: wymagania minimalne ....... Potem spotykaja 50 osob orzez 3 miesiace i zmieniaja zdanie. Tu juz nie sa wymagania minimalne tylko mile widziane. Odgrzebuja 50 teczek i patrza z kim pogadac ponownie. Tymi co najblizej do mile widzianych wymagan maja. Twojej teczki przypomne tam nie ma. Wiadomo ze nie bedziesz aplikowal na pilota samolotu pasazerskiego ale z wyczuciem ocen. Nie musisz spelnic 100% wymagan. W budzetowce pewne sa konieczne. Jak wymagane jest wyzsze to jest ale gdzie indziej? Wyslanie CV nic nie kosztuje. To jedno pierdzielone klikniecie w myszke. Nawet tylka z dumu nie musisz ruszyc.
Za to w mocnych stronach wpisz: pracowity, zaangazowany, chetnie i szybko sie ucze, staram sie ciagle rozwijac. A taki pracodawca jak juz wie ze nie zjandzie swojej "Wunderperson" wezmie tego kto jest blisko a jak nawet czegos nie ma badz nie umie to chce sie douczyc.

Moze i nie wygrasz ale jak nie wyslesz totka to na 100% nie wygrasz

2,514

Odp: Co to znaczy żyć?

A jaka prace bys chcial miec Shinigami?

2,515

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Gdybym żył w tamtych czasach też zostałbym myśliwym. W trochę późniejszych zostałbym pewnie wojownikiem i zginąłbym w jednej z niezliczonych bitew starożytności lub średniowiecza. Teraz możliwości jest tak dużo, że nie mam pojęcia jaka mogłaby być choć w miarę dobra.

Aha, czyli żyjąc w średniowieczu czy starożytności, chciałbyś być wojownikiem mimo, że sam stwierdzasz że najprawdopodobniej prędko byś zginął. Ale w teraźniejszości nie chcesz iść do wojska, czy innych służb mundurowych (choć jest to o wieeele bezpiecznieczniejsze niż bycie wojownikiem w średniowieczu), gdzie twoje wykształcenie może Ci dać na start dobre stanowisko?


Shinigami napisał/a:

Po co w ogóle żyć nie mając w nim żadnego celu ani sensu cały czas robiąc coś czego się nie lubi? Jaki jest sens jeść i trzymać się życia, którego się nienawidzi jeśli się nie ma nikogo dla kogo warto byłoby żyć?

Po to żebyś zaczął zarabiać sensowne pieniądze i awansował. Jak będziesz mieć dobrze płatną pracę i mieszkanie to będziesz mieć większe szanse na rynku matrymonialnym. Oczywiście nie daje Ci to żadnej gwarancji sukcesu, ale przynajmniej jakoś ją zwiększa. Plus będzie cię stać, żeby sobie pojechać na te Malediwy, czy gdzie tam chciałeś. Czy też wyprowadzić się od rodziców. Moim zdaniem lepiej mieć pracę, której nie lubisz, ale która daje Ci jakieś perspektywy, niż żadną, bądź taką którą lubisz ale jest  słabo płatna i nie daje perspektyw.


Shinigami napisał/a:

Kurs pierwszej pomocy, na razie jeszcze ten podstawowy ale kto wie, może pójdę na ten zaawansowany. Nie wiem skąd te teorie, że moje studia są dobre. Od kilku miesięcy przeglądam ogłoszenia wpisując w wyszukiwarce "bezpieczeństwo" i jeszcze nie widziałem by jakiekolwiek ogłoszenie zawierało w sobie nazwę mojego kierunku. Poza służbami cytując klasyka "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem". Bez kursów i pewnie też studiów podyplomowych lub nawet kolejnego kierunku bardziej przydatnych studiów będę znaczył na rynku pracy tyle samo co ktoś zaraz po maturze. Same studia są nic nie warte, nie spełniam wymagań na niemal żadne stanowisko nawet na młodszego specjalistę za minimalną.

Ten kurs jest wymagany w ogłoszeniach, które przeglądasz? Bo jak sobie wygooglowałem to nie wydaje mi się on specjalnie przydatny. Chyba, że zamierzasz zostać ratownikiem medycznym, albo wodnym. No

Shinigami napisał/a:

Do tego ileś zaświadczeń i dokumentów takich jak list motywacyjny, podanie o przyjęcie, zaświadczenie o niekaralności, świadectwa z chyba całej edukacji, zaświadczenie o nie pracowaniu w służbach specjalnych w ostatnich kilku latach itp.

Błagam cię przestań się kompromitować. Zaświadczenie o niekaralności załatwiasz przez internet w 5 minut. To takie ciężkie? List motywacyjny to Ci moze AI napisać. Skan dyplomu ukończenia studiów tak ciężko zrobić? To są tak śmieszne wymówki, że nawet nie wiem, jak to skomentować.

Co do wymagań to Bert44 trafnie to podsumował. Myślisz, że każdy kto wysyłą CV czy dostaje dane stanowisko spełnia wszystkie wymagania? Bardzo często nie. Poza tym, co Ci szkodzi wysłać to CV? Najwyżej odrzucą dosłownie nic nie tracisz...  Gdybyś poświęcił tyle samo wysiłku w szukanie pracy co w pisanie na forum to już dawno byś tą prace znalazł...

2,516

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Prawda, prawda, prawda.

Jakies dziwne dazenie do porazki. Zeby tylko sie nie udalo

Nie dziwne tylko jeden z najprostszych mechanizmów obronnych mózgu. Organ podobno będący lepszym od najnowszego superkomputera działa wyjątkowo niekorzystnie dla swojego nosiciela. Mózg nie dąży do tego by nasze życie było lepsze tylko by było jak najbezpieczniej. A według niego najbezpieczniej oznacza brak zmian i tkwienie w jedynym znanym środowisku. Mózgu nie interesuje ani zwycięstwo ani porażka, ma być tylko bezpiecznie.

Bert44 napisał/a:

Shini nie czytaj ogloszen o prace jak zeznan zlozonych pod przysiega. Nie musisz pasowac do kazdego przecinka.

Pracowdawcy pisza: wymagania minimalne ....... Potem spotykaja 50 osob orzez 3 miesiace i zmieniaja zdanie. Tu juz nie sa wymagania minimalne tylko mile widziane. Odgrzebuja 50 teczek i patrza z kim pogadac ponownie. Tymi co najblizej do mile widzianych wymagan maja. Twojej teczki przypomne tam nie ma. Wiadomo ze nie bedziesz aplikowal na pilota samolotu pasazerskiego ale z wyczuciem ocen. Nie musisz spelnic 100% wymagan. W budzetowce pewne sa konieczne. Jak wymagane jest wyzsze to jest ale gdzie indziej? Wyslanie CV nic nie kosztuje. To jedno pierdzielone klikniecie w myszke. Nawet tylka z dumu nie musisz ruszyc.
Za to w mocnych stronach wpisz: pracowity, zaangazowany, chetnie i szybko sie ucze, staram sie ciagle rozwijac. A taki pracodawca jak juz wie ze nie zjandzie swojej "Wunderperson" wezmie tego kto jest blisko a jak nawet czegos nie ma badz nie umie to chce sie douczyc.

Moze i nie wygrasz ale jak nie wyslesz totka to na 100% nie wygrasz

A czy teraz nie działa to tak, że każde zgłoszenie najpierw przechodzi przez AI I jeśli ktoś nie spełnia nawet podstawowych wymagań to AI wywali takie ogłoszenie na wejściu?

Te, które wymieniałem w tych ogłoszeniach, które przeglądałem były minimalne. Mile widzianych było jeszcze więcej. Ja szukam tylko w budżetówce. Tam w ogóle ktoś przegląda te ogłoszenia zanim wrzucą je w AI? Poza tym czy w budżetówce nie mają ścisłych wytycznych co do tych wymagań? Nie jedno kliknięcie tylko wypełnianie całej ankiety ale to nie problem. Niektóre ogłoszenia, szczególnie te ze służby cywilnej lub państwowych instytucji nawet nie mają opcji zgłoszenia przez internet tak jak na przykład na pracuj.pl. Każą zebrać wszystkie dokumenty i wysłać skany na maila, zdarzają się nawet takie gdzie chcą osobistego składania dokumentów na miejscu. Po moich studiach pozostaje chyba tylko budżetówka. Albo dalsza nauka, kolejne studia itd, a może dałoby się coś znaleźć w sektorze prywatnym tylko, że tam raczej żadnej kariery nie będzie.

Julia life in UK napisał/a:

A jaka prace bys chcial miec Shinigami?

Gdybym dokładnie to wiedział to nie byłoby tej rozmowy. Teraz wiem na pewno, że chciałbym spróbować czegoś innego niż ciężka fizyczna robota. Chciałbym też żeby studia, a raczej czas na nie poświęcony nie poszedł na marne. Chciałbym czegoś co daloby jakieś perspektywy na przyszłość, jakieś możliwości dalszego rozwoju, awansu i zwiększania zarobków.

marcinex napisał/a:

Aha, czyli żyjąc w średniowieczu czy starożytności, chciałbyś być wojownikiem mimo, że sam stwierdzasz że najprawdopodobniej prędko byś zginął. Ale w teraźniejszości nie chcesz iść do wojska, czy innych służb mundurowych (choć jest to o wieeele bezpiecznieczniejsze niż bycie wojownikiem w średniowieczu), gdzie twoje wykształcenie może Ci dać na start dobre stanowisko?

Po to żebyś zaczął zarabiać sensowne pieniądze i awansował. Jak będziesz mieć dobrze płatną pracę i mieszkanie to będziesz mieć większe szanse na rynku matrymonialnym. Oczywiście nie daje Ci to żadnej gwarancji sukcesu, ale przynajmniej jakoś ją zwiększa. Plus będzie cię stać, żeby sobie pojechać na te Malediwy, czy gdzie tam chciałeś. Czy też wyprowadzić się od rodziców. Moim zdaniem lepiej mieć pracę, której nie lubisz, ale która daje Ci jakieś perspektywy, niż żadną, bądź taką którą lubisz ale jest  słabo płatna i nie daje perspektyw.

Ten kurs jest wymagany w ogłoszeniach, które przeglądasz? Bo jak sobie wygooglowałem to nie wydaje mi się on specjalnie przydatny. Chyba, że zamierzasz zostać ratownikiem medycznym, albo wodnym. No

Błagam cię przestań się kompromitować. Zaświadczenie o niekaralności załatwiasz przez internet w 5 minut. To takie ciężkie? List motywacyjny to Ci moze AI napisać. Skan dyplomu ukończenia studiów tak ciężko zrobić? To są tak śmieszne wymówki, że nawet nie wiem, jak to skomentować.

Co do wymagań to Bert44 trafnie to podsumował. Myślisz, że każdy kto wysyłą CV czy dostaje dane stanowisko spełnia wszystkie wymagania? Bardzo często nie. Poza tym, co Ci szkodzi wysłać to CV? Najwyżej odrzucą dosłownie nic nie tracisz...  Gdybyś poświęcił tyle samo wysiłku w szukanie pracy co w pisanie na forum to już dawno byś tą prace znalazł...

Napisałem, że zostałbym nie, że chciałbym nim zostać. W tamtym czasach nisko urodzeni mężczyźni raczej nie mieli innych perspektyw. Byli siłą wcielani do wojska i nikt ich nie pytał czego chcieli. Ja zapewne skończył bym podobnie o ile w ogóle dożył bym dorosłości. W czasach bez lekarzy i antybiotyków pewnie bym umarł od pierwszego lepszego przeziębienia. Piszesz poważnie o tym, że moje wykształcenie miałoby dać dobre stanowisko na start? Naprawdę wiesz w ogóle o czym piszesz? Nie wiem czy w ogóle przyjmują do wojska zawodowego. Teraz najprostszą drogą do wojska jest dobrowolna zasadnicza służba, po której odbyciu wystawiają cię za drzwi i sam musisz sobie szukać pracy w jakiejś jednostce. Naszego wojska nie stać nawet na buty dla żołnierzy i muszą sobie kupować sami z własnych pieniędzy. Ja na szeregowego czy w ogóle na pole walki się nie nadaje, a żeby zostać oficerem chyba jedyną drogą jest szkoła oficerska czyli kolejne 5 lat studiów. Oczywiście przyjmując, że dostanie się do takowej byłoby w ogóle możliwe, a to można osiągnąć tylko na dwa sposoby. Albo mieć bardzo mocne plecy w wojsku albo być wybitnie uzdolnionym i mieć ogromne szczęście żeby znalazło się choć jedno wolne miejsce. Ktoś jedynie przeciętny taki jak ja nie ma żadnych szans dostać się do szkoły oficerskiej. Jedyna wartość dla wojska z kogoś takiego jak ja to mięso armatnie, a tego wolałbym uniknąć nawet jeśli moje życie to marny żart. Może i mam studia ale dla państwa jestem warty tyle samo co ten, który ma jedynie ręce i nogi.

Czyli według ciebie powinno się pracować w pracy, której się nienawidzi tylko po to by zarabiać lepsze pieniądze, za które można kupić sobie trochę lepsze życie? I to ma być cel całego życia? To ma być ten legendarny sens życia? Nie ma czegoś takiego jak perspektywy w czymś czego się nie lubi. Nie da się być dobrym w czymś czego się nie lubi. Ja chcę tylko uniknąć utkwienia w kolejnej pracy, z której nie będę miał poczucia spełnienia ani sensu. Nawet jeśli pojadę na te Malediwy to co potem? Wrócę znów do tej samej roboty, której nie będę lubił.

Oczywiście, że nie jest, on tak naprawdę nic nie daje poza jakimś niewiele znaczącym certyfikatem i samą umiejętnością udzielenia pierwszej pomocy. To pierwszy w życiu kurs na jaki idę i chce chociaż spróbować. Żaden kurs nie daje gwarancji lepszej pracy, może jedynie trochę przybliżyć do tego.

Z tego co czytałem to trzeba fizycznie pójść na przykład do jakiegoś sądu i tylko w taki sposób można uzyskać zaświadczenie od ręki. O liście motywacyjnym i innych dokumentach, których jeszcze nie mam będę rozmawiał z doradczynią zawodową. Nie chodzi o skan jedynie dyplomu, oni chcą skany dokumentów potwierdzających ukończenie nawet liceum i matury, nawet nie wiem gdzie je mam.

W budżetówce myślę, że tak. Oczywiście tylko jeśli trafi się jakieś wolne stanowisko i nie będzie nikogo po rodzinie kto mógłby je objąć. Kto powiedział, że nie wysyłam żadnych zgłoszeń? Co jakiś czas wysyłam tylko nikt się nie odzywa.

2,517

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Prawda, prawda, prawda.

Jakies dziwne dazenie do porazki. Zeby tylko sie nie udalo

Nie dziwne tylko jeden z najprostszych mechanizmów obronnych mózgu. Organ podobno będący lepszym od najnowszego superkomputera działa wyjątkowo niekorzystnie dla swojego nosiciela. Mózg nie dąży do tego by nasze życie było lepsze tylko by było jak najbezpieczniej. A według niego najbezpieczniej oznacza brak zmian i tkwienie w jedynym znanym środowisku. Mózgu nie interesuje ani zwycięstwo ani porażka, ma być tylko bezpiecznie.

Bert44 napisał/a:

Shini nie czytaj ogloszen o prace jak zeznan zlozonych pod przysiega. Nie musisz pasowac do kazdego przecinka.

Pracowdawcy pisza: wymagania minimalne ....... Potem spotykaja 50 osob orzez 3 miesiace i zmieniaja zdanie. Tu juz nie sa wymagania minimalne tylko mile widziane. Odgrzebuja 50 teczek i patrza z kim pogadac ponownie. Tymi co najblizej do mile widzianych wymagan maja. Twojej teczki przypomne tam nie ma. Wiadomo ze nie bedziesz aplikowal na pilota samolotu pasazerskiego ale z wyczuciem ocen. Nie musisz spelnic 100% wymagan. W budzetowce pewne sa konieczne. Jak wymagane jest wyzsze to jest ale gdzie indziej? Wyslanie CV nic nie kosztuje. To jedno pierdzielone klikniecie w myszke. Nawet tylka z dumu nie musisz ruszyc.
Za to w mocnych stronach wpisz: pracowity, zaangazowany, chetnie i szybko sie ucze, staram sie ciagle rozwijac. A taki pracodawca jak juz wie ze nie zjandzie swojej "Wunderperson" wezmie tego kto jest blisko a jak nawet czegos nie ma badz nie umie to chce sie douczyc.

Moze i nie wygrasz ale jak nie wyslesz totka to na 100% nie wygrasz

A czy teraz nie działa to tak, że każde zgłoszenie najpierw przechodzi przez AI I jeśli ktoś nie spełnia nawet podstawowych wymagań to AI wywali takie ogłoszenie na wejściu?

Te, które wymieniałem w tych ogłoszeniach, które przeglądałem były minimalne. Mile widzianych było jeszcze więcej. Ja szukam tylko w budżetówce. Tam w ogóle ktoś przegląda te ogłoszenia zanim wrzucą je w AI? Poza tym czy w budżetówce nie mają ścisłych wytycznych co do tych wymagań? Nie jedno kliknięcie tylko wypełnianie całej ankiety ale to nie problem. Niektóre ogłoszenia, szczególnie te ze służby cywilnej lub państwowych instytucji nawet nie mają opcji zgłoszenia przez internet tak jak na przykład na pracuj.pl. Każą zebrać wszystkie dokumenty i wysłać skany na maila, zdarzają się nawet takie gdzie chcą osobistego składania dokumentów na miejscu. Po moich studiach pozostaje chyba tylko budżetówka. Albo dalsza nauka, kolejne studia itd, a może dałoby się coś znaleźć w sektorze prywatnym tylko, że tam raczej żadnej kariery nie będzie.

Nie Shini, po prostu NIE. K...wa dosc.

Podumujmy: zdrowy,  mlody chlop. INTELIGENTNY. Zagubiony ale z duzym potencjalem. Napisales kiedys ze nie wiesz czego Ci zazdroscic. Wazysz 190 albo 48 kg? Masz problem ze zdrowiem fizycznym? Masz IQ 76? Nie - to przestan jeczec. Widzialem w robocie ludzi ktorzy nie potrafia dodac 2+2. A pracuja. Takich ktorzy maja wyjeb...ny kregoslup. A pracuja. Wiec skoncz z tym rozpierdzielaniem wszystkiego na atomy. Ja rozumiem traumy, problemy dziecinstwa ale to trwa za dlugo!!! Zmien terapeute bo stoisz w miejscu. Postepu brak kompletnie!!!!
Ladnie na poczatku wypowiedzi piszesz o komputerze. Teorie znasz. To dowiedz sie co z tym zrobic a nie zostawaj teoretykiem. Wszystko k..wa uzasadnisz. Dowiedziales sie jak mozg dziala i masz furtke do bezsilnosci? A ch..ja. Dowiedz sie conzrobic ze swoim mozgiem bonl latwo Cinl to przyjdzie. Bo jestes inteligentny

Co k..wa za roznica czy CV sortuje AI czy czlowiek. Jak k..wa nic nie wysylasz to i tak nie ma znaczenia. Jak AI wywali to wywali. Dlaczego wywalasz sam?

Nie szukaj tylko w budzetowce. Szukaj wszedzie. To Twoja kolejna strategia jak zminiejszyc swoje szanse?

Praca za minimalna? Bierz. K...wa bierz. Pokaz co potrafisz to pojdziesz po podwyzke albo szukaj dalej gdzie indziej. Myslisz ze praca to tylko kasa? Idz gdziekolwiek. Idznl do ludzi, miej obowiazek uzywania budzika. Wejdz w jakis rytm. Nie jęcz tylko wejdz w rytm. Zlap choc troche to Twoje zycie. Zacznlnij cokolwiek. Jak k...wa nie wyslesz tygodniowo 30 CV to nie marudz.  Bo nie masz prawa. Slij nanl lewo i prawo. Przestan wnikac.

Masz ta jebana poduszke ze nie musisz. Dostaniesz jesc, masz gdzie spac. Szkoda. Jakbys mial rodzine na utrzymaniu tez bys nie jeczal tylko gdzies pracowal.

2,518

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Ja na szeregowego czy w ogóle na pole walki się nie nadaje, a żeby zostać oficerem chyba jedyną drogą jest szkoła oficerska czyli kolejne 5 lat studiów. Oczywiście przyjmując, że dostanie się do takowej byłoby w ogóle możliwe, a to można osiągnąć tylko na dwa sposoby. Albo mieć bardzo mocne plecy w wojsku albo być wybitnie uzdolnionym i mieć ogromne szczęście żeby znalazło się choć jedno wolne miejsce. Ktoś jedynie przeciętny taki jak ja nie ma żadnych szans dostać się do szkoły oficerskiej. Jedyna wartość dla wojska z kogoś takiego jak ja to mięso armatnie, a tego wolałbym uniknąć nawet jeśli moje życie to marny żart. Może i mam studia ale dla państwa jestem warty tyle samo co ten, który ma jedynie ręce i nogi.

Zaś piszesz swoje wymysły zamiast faktów. Wyobraź sobie, ze mam kuzyna, który pochodzi z małej miejscowości, nie miał żadnych znajomości, a dostał się na akademię oficerską. Jedynie wcześniej chodził do technikum wojskowego. Chłopie to nie jest PRL czy Ukraina, że wszędzie trzeba mieć znajomości. Często wystarczy po prostu być zaangażowanym i ogarniętym. O ile to nie mówimy o zawodach strikte sformalizowanych jako lekarz, czy prawnik to dużo ważniejsze są cechy samego pracownika, jego zaangażowanie, zdolność do adaptacji, uczenia się itd, niż samo wykształcenie. 

Ja nie wiem jakie ty dokładnie skończyłeś studia i jakie po tym są możliwości. Wiem tylko, że pisałeś że to coś związanego z bezpieczeństwem i ktoś tam pisał, ze to niby najlepsza uczelnia w kraju. Sam pisałeś coś że po tym praca jest w mundurówce. Stąd przykład wojska. Ale ja przecież nie wiem co Ty dokładnie studiowałeś i jakie są po tym opcje. Popytaj kolegów ze studiów gdzie oni teraz pracują, może Cię polecą. Albo sprawdź sobie ich na jakimś linkedinie i może aplikuj do tych samych firm.  Kombinuj... A nie wymyślaj kolejne problemy i wymówki.

Shinigami napisał/a:

Czyli według ciebie powinno się pracować w pracy, której się nienawidzi tylko po to by zarabiać lepsze pieniądze, za które można kupić sobie trochę lepsze życie? I to ma być cel całego życia? To ma być ten legendarny sens życia? Nie ma czegoś takiego jak perspektywy w czymś czego się nie lubi. Nie da się być dobrym w czymś czego się nie lubi. Ja chcę tylko uniknąć utkwienia w kolejnej pracy, z której nie będę miał poczucia spełnienia ani sensu. Nawet jeśli pojadę na te Malediwy to co potem? Wrócę znów do tej samej roboty, której nie będę lubił.

Nie tyle nienawidzi, co niekoniecznie lubi. To jest dość spora różnica.
Powiedz mi lubisz sprzątać, gotować, prać, prasować, robić zakupy, myć zęby, chodzić do kibla, stać w kolejkach, chodzić do lekarza? Może część z tych rzeczy lubisz, ale na pewno nie wszystkie. A jednak musisz te rzeczy robić, bo tak działa życie. I jakoś pomimo tego, że nie nie wszystkie czynności w życiu są przyjemne ludzie jakoś potrafią mieć satysfakcjonujące życie. Zamiast skupiać się na pozytywach to ty tylko wynajdujesz negatywy. Ciesz się, że nie jesteś chłopem pańszczyźnianym w średniowieczu, albo pracownikiem fabryki w chinach. Ciesz się, że nie masz 80 letniej matki z altshaimerem, którą musisz się codziennie zajmować.

Naprawdę jesteś w komfortowej sytacji. I myślę, że te 40h tygodniowo w pracy, którą niekoniecznie kochasz to nie jest specjalnie duża cena. Poza tym teraz, masz pracę którą kochasz? Bo niby jednak napisałeś, że ją masz. No to jak jej nie lubisz to czemu ją wykonujesz?

Chyba lepiej znaleźć sobie inną pracę, która może nie będzie spełnieniem marzeń, ale da Ci więcej zarobić i lepsze perspektywy

Shinigami napisał/a:

Z tego co czytałem to trzeba fizycznie pójść na przykład do jakiegoś sądu i tylko w taki sposób można uzyskać zaświadczenie od ręki. O liście motywacyjnym i innych dokumentach, których jeszcze nie mam będę rozmawiał z doradczynią zawodową. Nie chodzi o skan jedynie dyplomu, oni chcą skany dokumentów potwierdzających ukończenie nawet liceum i matury, nawet nie wiem gdzie je mam.

Wiesz, że ten fragment to czysta manipulacja? NA pewno czytałeś też że możesz to załatwić za pomocą profilu zaufanego przez Internet i bedziesz mieć w ciągu kilku dni. A nawet jak nie chcesz czekać, to taki to problem wybrać się do sądu? Ile ci to zajmie? Z dojazdem 3 godziny? To tyle co napisanie kilku postów na tym forum.

List Motywacyjny z doradczynią zawodową... Matko boska czy ty wszystko musisz sobie tak komplikować? Przecież nie wysyłasz tego do NASA, czy Pentagonu. Myślisz że na najniższe stanowiska oczekują od ciebie wzorowego listu motywacyjnego? Najpewniej w ogóle go nawet nie przeczytają...  Jakbyś chciał to byś sobie to z chatem gpt napisał w 15 minut, ale nie... Lepiej powiedzieć, że to musisz przegadać z doradcą. A z doradcą będziesz umówiony za miesiąc, albo może i 2.

Naprawdę... Mamy 2026 rok. Odpowiedzi na wszystko znajdziesz w google w kilka minut, a Ty wynosisz proste zadania do rangi jakichś arcytrudnych czynów.

Shinigami napisał/a:

Kto powiedział, że nie wysyłam żadnych zgłoszeń? Co jakiś czas wysyłam tylko nikt się nie odzywa.

No i ile wysłałeś CV do tej pory? 100? 200? Czy raczej 5?

2,519

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Nie Shini, po prostu NIE. K...wa dosc.

Podumujmy: zdrowy,  mlody chlop. INTELIGENTNY. Zagubiony ale z duzym potencjalem. Napisales kiedys ze nie wiesz czego Ci zazdroscic. Wazysz 190 albo 48 kg? Masz problem ze zdrowiem fizycznym? Masz IQ 76? Nie - to przestan jeczec. Widzialem w robocie ludzi ktorzy nie potrafia dodac 2+2. A pracuja. Takich ktorzy maja wyjeb...ny kregoslup. A pracuja. Wiec skoncz z tym rozpierdzielaniem wszystkiego na atomy. Ja rozumiem traumy, problemy dziecinstwa ale to trwa za dlugo!!! Zmien terapeute bo stoisz w miejscu. Postepu brak kompletnie!!!!
Ladnie na poczatku wypowiedzi piszesz o komputerze. Teorie znasz. To dowiedz sie co z tym zrobic a nie zostawaj teoretykiem. Wszystko k..wa uzasadnisz. Dowiedziales sie jak mozg dziala i masz furtke do bezsilnosci? A ch..ja. Dowiedz sie conzrobic ze swoim mozgiem bonl latwo Cinl to przyjdzie. Bo jestes inteligentny

Co k..wa za roznica czy CV sortuje AI czy czlowiek. Jak k..wa nic nie wysylasz to i tak nie ma znaczenia. Jak AI wywali to wywali. Dlaczego wywalasz sam?

Nie szukaj tylko w budzetowce. Szukaj wszedzie. To Twoja kolejna strategia jak zminiejszyc swoje szanse?

Praca za minimalna? Bierz. K...wa bierz. Pokaz co potrafisz to pojdziesz po podwyzke albo szukaj dalej gdzie indziej. Myslisz ze praca to tylko kasa? Idz gdziekolwiek. Idznl do ludzi, miej obowiazek uzywania budzika. Wejdz w jakis rytm. Nie jęcz tylko wejdz w rytm. Zlap choc troche to Twoje zycie. Zacznlnij cokolwiek. Jak k...wa nie wyslesz tygodniowo 30 CV to nie marudz.  Bo nie masz prawa. Slij nanl lewo i prawo. Przestan wnikac.

Masz ta jebana poduszke ze nie musisz. Dostaniesz jesc, masz gdzie spac. Szkoda. Jakbys mial rodzine na utrzymaniu tez bys nie jeczal tylko gdzies pracowal.

Ja też pozwolę sobie na podsumowanie. Zdrowy, który ma stany depresyjne z myślami samobójczymi i bez leków od psychiatry pewnie by już nie żył, z wadą wzroku, z problemami żołądkowymi, z niemal ciągłym bólem głowy, ciągle zmęczony i niewyspany. 30 lat to już nie jest młody. Inteligentny, który nie potrafi znaleźć pracy, nie wie jak wyjść ze swoich problemów, i który nie potrafił uchronić jedynej dziewczyny przed okropnym losem. Nie jestem ani zdrowy, ani młody, ani inteligentny. Gdybym był to nie znalazłbym się w takiej sytuacji. Co do IQ to nie mam pojęcia ile wynosi bo nigdy nie robiłem prawdziwego testu, który dawałby odpowiedź za darmo. Ja też pracowałem, przez lata i nie mam z tego nic poza niewielkimi oszczędnościami. Zmarnowałem w tej pracy tylko czas, mnóstwo energii i pewnie też trochę zdrowia. Ja wiem ile to jest 2+2 i co mi to daje? Zupełnie nic. Mnie też kręgosłup boli niemal każdego dnia, a mimo to nadal jeżdżę na robotę tylko trochę mniej niż wcześniej. Nie mogę zmienić terapeutki bo jest na NFZ i czekałem ma nią prawie dwa lata. Prywatnie mnie nie stać.
Znam teorię o ponownie co w związku z tym? Nie da się wygrać z własnym mózgiem, który kieruje całym naszym życiem. Człowiek inteligentny nie znalazłby się w takiej sytuacji, nie straciłby jedynej w życiu ukochanej w taki sposób i nie miałby jedynych kontaktów społecznych na anonimowym forum. Jestem śmieciem, który do 30 niczego nie osiągnął, który zmarnował najlepsze lata na bycie kompletnie nieproduktywnym, który mimo tego wieku bardzo niewiele wie o świecie i nie jest w stanie zrobić nawet jednego kroku naprzód. Jak możesz pisać o kimś takim, że jest inteligentny czy ma potencjał? Wybacz ale nie rozumiesz ani traum ani problemów z dzieciństwa. Z wielu z nich nie da się wyleczyć do końca życia, a jedyne co można zrobić to próbować z nimi żyć.

Ponownie pytam, kto powiedział, że w ogóle nie wysyłam?

Tylko w budżetówce widzę jakiekolwiek sens i możliwości dalszego rozwoju. Tylko tam nie jest się niewolnikiem na łasce pracodawcy. Są jakieś przepisy, które gwarantują chociaż te podstawowe prawa pracownika. Nie trzeba być zawsze idealnym we wszystkim, nie ma wyścigu szczurów. A przynajmniej jest tego mniej niż w sektorze prywatnym. Tylko pieniądze zwykle mniejsze.

Oczywiście, że wezmę nawet za minimalną tylko ktoś musiałby się odezwać. Ktoś kto zawsze była maksymalnie przeciętny miałby pokazać co potrafi? Ktoś taki jak ja miałby być lepszym od innych? Skąd bierzesz takie teorie? Ja nie potrafię iść po trupach do celu, nie potrafię odbierać czegoś innym ludziom ani zyskiwać czegoś czyimś kosztem. Oczywiście, że zamierzam wyjść do ludzi, a wręcz muszę to zrobić bo inaczej długo nie pożyję. Rytm mam ten sam co wcześniej, w tej kwestii nic się nie zmieniło. A teraz i ja muszę napisać trochę ostrzej bo już i mnie trafia szlag. Jakie k... 30 CV tygodniowo, o czym ty w ogóle piszesz? Skąd miałbym tyle wziąć? Odświeżam stronę na pracuj.pl codziennie i pojawia się może z 5 nowych ogłoszeń z czego może jedno brzmi choć minimalnie interesująco. Jak będzie chociaż 10 ogłoszeń na tydzień to już jest niezły wynik.

Jakbym miał swoją rodzinę to też nie znalazłbym się w takiej sytuacji.

2,520 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-08-05 23:46:04)

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

Zaś piszesz swoje wymysły zamiast faktów. Wyobraź sobie, ze mam kuzyna, który pochodzi z małej miejscowości, nie miał żadnych znajomości, a dostał się na akademię oficerską. Jedynie wcześniej chodził do technikum wojskowego. Chłopie to nie jest PRL czy Ukraina, że wszędzie trzeba mieć znajomości. Często wystarczy po prostu być zaangażowanym i ogarniętym. O ile to nie mówimy o zawodach strikte sformalizowanych jako lekarz, czy prawnik to dużo ważniejsze są cechy samego pracownika, jego zaangażowanie, zdolność do adaptacji, uczenia się itd, niż samo wykształcenie. 

Ja nie wiem jakie ty dokładnie skończyłeś studia i jakie po tym są możliwości. Wiem tylko, że pisałeś że to coś związanego z bezpieczeństwem i ktoś tam pisał, ze to niby najlepsza uczelnia w kraju. Sam pisałeś coś że po tym praca jest w mundurówce. Stąd przykład wojska. Ale ja przecież nie wiem co Ty dokładnie studiowałeś i jakie są po tym opcje. Popytaj kolegów ze studiów gdzie oni teraz pracują, może Cię polecą. Albo sprawdź sobie ich na jakimś linkedinie i może aplikuj do tych samych firm.  Kombinuj... A nie wymyślaj kolejne problemy i wymówki.

Nie tyle nienawidzi, co niekoniecznie lubi. To jest dość spora różnica.
Powiedz mi lubisz sprzątać, gotować, prać, prasować, robić zakupy, myć zęby, chodzić do kibla, stać w kolejkach, chodzić do lekarza? Może część z tych rzeczy lubisz, ale na pewno nie wszystkie. A jednak musisz te rzeczy robić, bo tak działa życie. I jakoś pomimo tego, że nie nie wszystkie czynności w życiu są przyjemne ludzie jakoś potrafią mieć satysfakcjonujące życie. Zamiast skupiać się na pozytywach to ty tylko wynajdujesz negatywy. Ciesz się, że nie jesteś chłopem pańszczyźnianym w średniowieczu, albo pracownikiem fabryki w chinach. Ciesz się, że nie masz 80 letniej matki z altshaimerem, którą musisz się codziennie zajmować.

Naprawdę jesteś w komfortowej sytacji. I myślę, że te 40h tygodniowo w pracy, którą niekoniecznie kochasz to nie jest specjalnie duża cena. Poza tym teraz, masz pracę którą kochasz? Bo niby jednak napisałeś, że ją masz. No to jak jej nie lubisz to czemu ją wykonujesz?

Chyba lepiej znaleźć sobie inną pracę, która może nie będzie spełnieniem marzeń, ale da Ci więcej zarobić i lepsze perspektywy

Wiesz, że ten fragment to czysta manipulacja? NA pewno czytałeś też że możesz to załatwić za pomocą profilu zaufanego przez Internet i bedziesz mieć w ciągu kilku dni. A nawet jak nie chcesz czekać, to taki to problem wybrać się do sądu? Ile ci to zajmie? Z dojazdem 3 godziny? To tyle co napisanie kilku postów na tym forum.

List Motywacyjny z doradczynią zawodową... Matko boska czy ty wszystko musisz sobie tak komplikować? Przecież nie wysyłasz tego do NASA, czy Pentagonu. Myślisz że na najniższe stanowiska oczekują od ciebie wzorowego listu motywacyjnego? Najpewniej w ogóle go nawet nie przeczytają...  Jakbyś chciał to byś sobie to z chatem gpt napisał w 15 minut, ale nie... Lepiej powiedzieć, że to musisz przegadać z doradcą. A z doradcą będziesz umówiony za miesiąc, albo może i 2.

Naprawdę... Mamy 2026 rok. Odpowiedzi na wszystko znajdziesz w google w kilka minut, a Ty wynosisz proste zadania do rangi jakichś arcytrudnych czynów.

No i ile wysłałeś CV do tej pory? 100? 200? Czy raczej 5?

No to musiał być wybitnie uzdolniony. Nie zliczę ile razy sprawdzałem jak to jest z tymi szkołami oficerskimi, z iloma ludźmi z nich rozmawiałem, ilu spotkałem ludzi, którzy próbowali i polegli. Bez pleców lub nie będąc wybitnie uzdolnionym NIE DA SIĘ dostać do szkoły oficerskiej. Jest o wiele więcej chętnych niż wolnych miejsc. Nawet ci co mają plecy nie wszyscy się dostaną. Nie jednej osoby po takiej szkole lub w jej trakcie pytałem jak się dostać, KAŻDY wprost mówił, że miał plecy, KAŻDY. Znałem ludzi z lepszymi wynikami ode mnie ze wszystkiego, którzy się nie dostali z powodu testu z matematyki albo bo nie mieli idealnego zdrowia. Spotkałem też takich, którzy ledwo potrafili się podpisać, a dostali się bez problemu bo mieli ojca na wysokim stanowisku. Jest tak samo albo i gorzej niż za PRL w kwestii szukania pracy czy nepotyzmu. Ja chodziłem do liceum o profilu wojskowym i to też okazało się gówno warte. Teraz brzmisz jak terapeutka. Ona też ciągle mi mówi, że zaangażowanie itd liczy się bardziej niż kwalifikacje, a jeszcze nigdy nie słyszałem by ktokolwiek został za to nagrodzony czymkolwiek innym niż większą ilością pracy. Od najmłodszych lat uczy się w szkole, że tylko wyniki coś znaczą. Nie ważne jak dużo ani jak ciężko ktoś pracuje jeśli nie ma z tego wyników.

O studiach pisałem nie raz, to było bezpieczeństwo wewnętrzne czyli najbardziej bezużyteczny z tych związanych z bezpieczeństwem. Po tym nie ma ani opcji ani możliwości. To, że najlepsza uczelnia w kraju jeśli o kierunki związane z bezpieczeństwem to akurat prawda. Z nikim że studiów nie mam kontaktów ale z tych, o których wiem co robią to też KAŻDY od początku miał plecy. Jeden gość miał brata w SOP, jedna dziewczyna miała ojca komendanta straży pożarnej, jeden już dawno pracował i potrzebował studiów tylko do awansu, jeszcze jeden miał kogoś z rodziny w policji. Z drugiej strony ci, którzy nikogo nigdzie nie mieli do końca studiów nie pracowali w zawodzie. Wierz mi, że chętnie bym spróbował pracy w służbach ale nie nadaję się na szeregowego, posterunkowego czy w ogóle na ten najniższy poziom, nie mam na to zdrowia ani fizycznego ani psychicznego. Nie nadaję się na "krawężnik", a to by był szczyt kariery dla kogoś takiego jak ja.

Nie wszystkie z tych rzeczy muszę robić i faktycznie część z nich lubię. O czymś takim nawet się nie myśli w kategoriach lubię lub nie. To jest tak oczywisty element życia, że tak jak piszesz bez tego nie da się żyć. Tyle, że żadnej z tych rzeczy nie robi się dzień w dzień po 8 lub więcej godzin. Jakie mogą być pozytywy w robieniu czegoś czego się nie lubi przez większość życia nie mając nic co choć trochę by rekompensowało czy nagradzało za tą pracę? Jak ktoś ma swój dom i kogoś kto czeka na jego powrót da radę wykonywać nawet najgorszą robotę. Ja dla dziewczyny też byłem w stanie robić rzeczy, których bez niej bym nie zrobił, a pewnie nawet nie spróbował.

Wykonuję ją bo nie mam innego wyboru, bez tego nie miałbym żadnych pieniędzy. Oszczędności szybko by się skończyły i zostałbym z niczym. Nawet logistycznie byłbym całkowicie uziemiony bo nie byłoby mnie stać na paliwo. Nie mógłbym trenować ani nawet pójść do Żabki. Bez tego zostałbym całkowicie odizolowany. W tej sytuacji nie ma nic komfortowego.

Trafiasz w sedno, lepsze perspektywy. Jakakolwiek praca miałaby mi dać lepsze perspektywy niż dotychczasowa? Teraz kiedy pracuję mniej niż wcześniej choć trochę lepiej się wysypiam, udało mi wrócić do bardziej regularnych treningów, nie jestem przez całe dnie jak zombie niezdolny do niczego poza spaniem. Żeby praca dawała mi lepsze perspektywy musiałaby być przynajmniej lżejsza fizycznie niż dotychczasowa.

Zaświadczenie o niekaralności to najmniejszy problem. Gdyby odezwali się z jakiegoś ogłoszenia gdzie było ono wymagane to załatwiłbym je sobie z dnia na dzień. Posądzanie mnie o manipulację to dość spora pomyłka. Ludzie, którzy potrafią manipulować nie znajdują się w sytuacjach takich jak moja. Właśnie tacy ludzie osiągają najwięcej i zachodzą najdalej, ja tego kompletnie nie potrafię.

Dokładnie tak, muszę o tym pogadać z doradczynią bo to ona mi powiedziała, że listu motywacyjne to strata czasu bo i tak nikt ich nie czyta. Jednak w ogłoszeniu jest wymagany więc muszę ponownie poruszyć ten temat. Akurat tak się składa, że jestem z nią umówiony na jutro.

Skoro są tam odpowiedzi na wszystko to czemu nie ma na podstawowe pytanie. Co powinienem robić by poczuć choć odrobinę szczęścia i z nadzieją spojrzeć w przyszłość? Na to nawet Bóg nie potrafi odpowiedzieć, a podobno jest wszechmogący.

Coś koło 5 będzie. 100 chyba przez całe życie jeszcze nie widziałem. W całej Warszawie przez ostatni miesiąc nie było tylu ogłoszeń na stanowiska typu specjalista lub niższe. Nie wspominając już o czymś związanym z bezpieczeństwem czy w ogóle czymś czego wymagania bym spełniał.

2,521

Odp: Co to znaczy żyć?

I gdzie składałeś te 5 CV? Do służb, czy gdzieś do sektora prywatnego?

Na szybko sobie wszedłem na oferty pracy służb cywilnych i proszę, bardzo, oferta pracy zgodna z twoim wykształcenie i nie wymagająca żadnego doświadczenia:
https://nabory.kprm.gov.pl/mazowieckie/ … ,166450,v8

Wyślij tam CV jak nie wysyłałeś. Zobaczymy czy będzie jakiś odzew.

2,522

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Jednak co do ofert pracy to nie bardzo rozumiem. Piszesz tak jakbym to ja tworzył te ogłoszenia, a przecież to nie prawda. Jak pisałem nawet na najniższe stanowiska typu młodszy specjalista za minimalną lub niewiele ponad wymagania są takie, że nie raz nie jestem nawet blisko ich spełnienia. Nie raz już widziałem wymagania takie jak: angielski na poziomie minimum C1, poświadczenie bezpieczeństwa o klauzuli "tajne", minimum 2 lata doświadczenia na podobnym stanowisku w administracji publicznej, uprawnienia do obsługi jakiegoś systemu i oczywiście skończone studia na ściśle określonym kierunku, innym niż mój. Do tego ileś zaświadczeń i dokumentów takich jak list motywacyjny, podanie o przyjęcie, zaświadczenie o niekaralności, świadectwa z chyba całej edukacji, zaświadczenie o nie pracowaniu w służbach specjalnych w ostatnich kilku latach itp. Naprawdę już kilka razy widziałem to wszystko w jednym ogłoszeniu. W innych jest zwykle trochę mniej ale i tak za dużo bym to spełniał. I to wszystko na stanowiska takie jak młodszy specjalista za 5500 brutto. Czasami to jest aż śmieszne jaki poziom absurdu osiągają wymagania w tych ogłoszeniach w stosunku do poziomu stanowiska i zarobków. Skoro nawet na najniższe stanowiska nie spełniam wymagań to co jeszcze miałbym szukać? Niżej już się chyba nie da.

I znowu robisz dokładnie to samo, co zwykle. Zamiast odnieść się do mechanizmu, o którym pisałam, zaczynasz dyskutować o treści ogłoszeń. To jest zmiana tematu połączona z poszukiwaniem kolejnych argumentów usprawiedliwiających Twoją bierność. 
Nikt nie twierdzi, że nie istnieją absurdalne oferty pracy, tylko Ty najwyraźniej wyszukujesz właśnie takie przykłady, a potem traktujesz je jako dowód, że cały rynek wygląda tak samo. To klasyczny mechanizm potwierdzania własnych przekonań - zauważasz wyłącznie to, co utwierdza Cię w przekonaniu "nie ma dla mnie pracy".

Najbardziej uderza mnie jednak co innego. Piszesz: "skoro nawet na najniższe stanowiska nie spełniam wymagań, to czego jeszcze miałbym szukać?", czyli z faktu, że nie spełniasz wymagań części ogłoszeń, wyciągasz wniosek, że nie spełniasz wymagań żadnego pracodawcy. To NIE jest logiczne rozumowanie, tylko racjonalizacja, która daje Ci gotowe usprawiedliwienie, żeby nie podejmować żadnej próby.

Prawda jest taka, że dopóki nie aplikujesz, nie chodzisz na rozmowy i nie konfrontujesz swoich przekonań z rzeczywistością, nie masz pojęcia, czy rzeczywiście nie masz szans.  W ten sposób nigdy nie ryzykujesz porażki, ale też nigdy nie dajesz sobie szansy na sukces. I właśnie dlatego napisałam o mechanizmach unikowych - rynek pracy nie jest idealny, ale u Ciebie każdy argument prowadzi do tego samego wniosku, czyli nie próbować. Gdyby wymagania były niższe, znalazłbyś inny powód, zresztą już je znajdowałeś. Twój umysł nie szuka sposobu, żeby coś zmienić, tylko kolejnych dowodów na to, że zmiana jest niemożliwa.


Takiego posta w wydaniu Berta, jak przed chwilą miałam okazję przeczytać, jeszcze tu chyba nie było, a przynajmniej ja się na niego natknęlam, więc szczerze Ci gratuluję talentu wink

2,523 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-08-06 07:34:46)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Nie Shini, po prostu NIE. K...wa dosc.

Podumujmy: zdrowy,  mlody chlop. INTELIGENTNY. Zagubiony ale z duzym potencjalem. Napisales kiedys ze nie wiesz czego Ci zazdroscic. Wazysz 190 albo 48 kg? Masz problem ze zdrowiem fizycznym? Masz IQ 76? Nie - to przestan jeczec. Widzialem w robocie ludzi ktorzy nie potrafia dodac 2+2. A pracuja. Takich ktorzy maja wyjeb...ny kregoslup. A pracuja. Wiec skoncz z tym rozpierdzielaniem wszystkiego na atomy. Ja rozumiem traumy, problemy dziecinstwa ale to trwa za dlugo!!! Zmien terapeute bo stoisz w miejscu. Postepu brak kompletnie!!!!
Ladnie na poczatku wypowiedzi piszesz o komputerze. Teorie znasz. To dowiedz sie co z tym zrobic a nie zostawaj teoretykiem. Wszystko k..wa uzasadnisz. Dowiedziales sie jak mozg dziala i masz furtke do bezsilnosci? A ch..ja. Dowiedz sie conzrobic ze swoim mozgiem bonl latwo Cinl to przyjdzie. Bo jestes inteligentny

Co k..wa za roznica czy CV sortuje AI czy czlowiek. Jak k..wa nic nie wysylasz to i tak nie ma znaczenia. Jak AI wywali to wywali. Dlaczego wywalasz sam?

Nie szukaj tylko w budzetowce. Szukaj wszedzie. To Twoja kolejna strategia jak zminiejszyc swoje szanse?

Praca za minimalna? Bierz. K...wa bierz. Pokaz co potrafisz to pojdziesz po podwyzke albo szukaj dalej gdzie indziej. Myslisz ze praca to tylko kasa? Idz gdziekolwiek. Idznl do ludzi, miej obowiazek uzywania budzika. Wejdz w jakis rytm. Nie jęcz tylko wejdz w rytm. Zlap choc troche to Twoje zycie. Zacznlnij cokolwiek. Jak k...wa nie wyslesz tygodniowo 30 CV to nie marudz.  Bo nie masz prawa. Slij nanl lewo i prawo. Przestan wnikac.

Masz ta jebana poduszke ze nie musisz. Dostaniesz jesc, masz gdzie spac. Szkoda. Jakbys mial rodzine na utrzymaniu tez bys nie jeczal tylko gdzies pracowal.

Ja też pozwolę sobie na podsumowanie. Zdrowy, który ma stany depresyjne z myślami samobójczymi i bez leków od psychiatry pewnie by już nie żył, z wadą wzroku, z problemami żołądkowymi, z niemal ciągłym bólem głowy, ciągle zmęczony i niewyspany. 30 lat to już nie jest młody. Inteligentny, który nie potrafi znaleźć pracy, nie wie jak wyjść ze swoich problemów, i który nie potrafił uchronić jedynej dziewczyny przed okropnym losem. Nie jestem ani zdrowy, ani młody, ani inteligentny. Gdybym był to nie znalazłbym się w takiej sytuacji. Co do IQ to nie mam pojęcia ile wynosi bo nigdy nie robiłem prawdziwego testu, który dawałby odpowiedź za darmo. Ja też pracowałem, przez lata i nie mam z tego nic poza niewielkimi oszczędnościami. Zmarnowałem w tej pracy tylko czas, mnóstwo energii i pewnie też trochę zdrowia. Ja wiem ile to jest 2+2 i co mi to daje? Zupełnie nic. Mnie też kręgosłup boli niemal każdego dnia, a mimo to nadal jeżdżę na robotę tylko trochę mniej niż wcześniej. Nie mogę zmienić terapeutki bo jest na NFZ i czekałem ma nią prawie dwa lata. Prywatnie mnie nie stać.
Znam teorię o ponownie co w związku z tym? Nie da się wygrać z własnym mózgiem, który kieruje całym naszym życiem. Człowiek inteligentny nie znalazłby się w takiej sytuacji, nie straciłby jedynej w życiu ukochanej w taki sposób i nie miałby jedynych kontaktów społecznych na anonimowym forum. Jestem śmieciem, który do 30 niczego nie osiągnął, który zmarnował najlepsze lata na bycie kompletnie nieproduktywnym, który mimo tego wieku bardzo niewiele wie o świecie i nie jest w stanie zrobić nawet jednego kroku naprzód. Jak możesz pisać o kimś takim, że jest inteligentny czy ma potencjał? Wybacz ale nie rozumiesz ani traum ani problemów z dzieciństwa. Z wielu z nich nie da się wyleczyć do końca życia, a jedyne co można zrobić to próbować z nimi żyć.

Ponownie pytam, kto powiedział, że w ogóle nie wysyłam?

Tylko w budżetówce widzę jakiekolwiek sens i możliwości dalszego rozwoju. Tylko tam nie jest się niewolnikiem na łasce pracodawcy. Są jakieś przepisy, które gwarantują chociaż te podstawowe prawa pracownika. Nie trzeba być zawsze idealnym we wszystkim, nie ma wyścigu szczurów. A przynajmniej jest tego mniej niż w sektorze prywatnym. Tylko pieniądze zwykle mniejsze.

Oczywiście, że wezmę nawet za minimalną tylko ktoś musiałby się odezwać. Ktoś kto zawsze była maksymalnie przeciętny miałby pokazać co potrafi? Ktoś taki jak ja miałby być lepszym od innych? Skąd bierzesz takie teorie? Ja nie potrafię iść po trupach do celu, nie potrafię odbierać czegoś innym ludziom ani zyskiwać czegoś czyimś kosztem. Oczywiście, że zamierzam wyjść do ludzi, a wręcz muszę to zrobić bo inaczej długo nie pożyję. Rytm mam ten sam co wcześniej, w tej kwestii nic się nie zmieniło. A teraz i ja muszę napisać trochę ostrzej bo już i mnie trafia szlag. Jakie k... 30 CV tygodniowo, o czym ty w ogóle piszesz? Skąd miałbym tyle wziąć? Odświeżam stronę na pracuj.pl codziennie i pojawia się może z 5 nowych ogłoszeń z czego może jedno brzmi choć minimalnie interesująco. Jak będzie chociaż 10 ogłoszeń na tydzień to już jest niezły wynik.

Jakbym miał swoją rodzinę to też nie znalazłbym się w takiej sytuacji.

Przepraszam Shini ze tak wyjechalem. To z bezsilnosci ze osoba najbardziej zaiteresowana jest najwiekszym destruktorem. Nie, nie przekonasz mnie. Nie ma szans. Nie przekonasz mnie. Jak dam rade to cos wieczorem napisze. Ale spojrz na proste zdanie z Twojej odpowiedzi-  mlody chlop. Odpowiadasz 30 to juz nie mlody.....Rece opadaja. A co na rynku pracy 19 latek jest tylko mlody? Po prostu zyje w Polsce - widze co jest. Wiem jakie sa problemy z pracownikami. Znam problem z drugiej strony. To co piszesz jest bzdura. W niektorych rejonach sukcesem jest jak pracownik sie nie spoznia i nie pije. Wcale nie jest tak latwo. Wcale pracodawca tak nie rozdaje kart.

Zmien terapeute. Albo bedzie wiedziec z czym walczycie albo niech psychiatra diagnozuje chorobe i renta. To trwa za dlugo. Wiesz z czym walczycie? Czujesz ze nad czyms pracujesz czy zbierasz "teorie"? Jaki jest plan?

Poza tym terapeuta to tylko jeden element. Wazniejsze niz to moze byc - zmien podejscie

Nie przekonasz mnie do tego ze jestes przegrywem bez szans. Masz za duzo kart w rekach zebym mogl Ci przyznac racje.

Po prostu masz realny wplyw na wiele rzeczy. Masz problemy to wiem. Ale wyslanie 5 CV przes kilka miesiecy jest po prstu smieszne. I mozesz mowic o traumach, problemach itd. Ale tu decydujesz tylko Ty. Albo robisz albo nie. A jak nie to nie miej pretensji. Nie wyjdziesz z tego jesli nie zgodzisz sie na "wyjscie ze strefy komfortu". To juz Twoja i tylko Twoja decyzja

2,524

Odp: Co to znaczy żyć?
marcinex napisał/a:

I gdzie składałeś te 5 CV? Do służb, czy gdzieś do sektora prywatnego?

Na szybko sobie wszedłem na oferty pracy służb cywilnych i proszę, bardzo, oferta pracy zgodna z twoim wykształcenie i nie wymagająca żadnego doświadczenia:
https://nabory.kprm.gov.pl/mazowieckie/ … ,166450,v8

Wyślij tam CV jak nie wysyłałeś. Zobaczymy czy będzie jakiś odzew.

Do państwowych instytucji.

Ciekawa rzecz bo zapytałem o to ogłoszenie doradczyni i powiedziała, że raczej nawet nie ma co próbować od razu na stanowisko specjalisty, nawet na młodszego specjalistę będzie ciężko. Powiedziała, że powinienem zacząć od stażu tyle, że ostatnio nie widziałem żadnego ogłoszenia stażu. Powiedziała coś czego się nie spodziewałem. Że nawet jeśli instytucje nie wystawiają ogłoszeń to żeby i tak wysłać do nich maila zapytaniem o taki staż i z dołączonym CV. Coś takiego jest w ogóle możliwe? To mogłoby się udać?

Priscilla napisał/a:

I znowu robisz dokładnie to samo, co zwykle. Zamiast odnieść się do mechanizmu, o którym pisałam, zaczynasz dyskutować o treści ogłoszeń. To jest zmiana tematu połączona z poszukiwaniem kolejnych argumentów usprawiedliwiających Twoją bierność. 
Nikt nie twierdzi, że nie istnieją absurdalne oferty pracy, tylko Ty najwyraźniej wyszukujesz właśnie takie przykłady, a potem traktujesz je jako dowód, że cały rynek wygląda tak samo. To klasyczny mechanizm potwierdzania własnych przekonań - zauważasz wyłącznie to, co utwierdza Cię w przekonaniu "nie ma dla mnie pracy".

Najbardziej uderza mnie jednak co innego. Piszesz: "skoro nawet na najniższe stanowiska nie spełniam wymagań, to czego jeszcze miałbym szukać?", czyli z faktu, że nie spełniasz wymagań części ogłoszeń, wyciągasz wniosek, że nie spełniasz wymagań żadnego pracodawcy. To NIE jest logiczne rozumowanie, tylko racjonalizacja, która daje Ci gotowe usprawiedliwienie, żeby nie podejmować żadnej próby.

Prawda jest taka, że dopóki nie aplikujesz, nie chodzisz na rozmowy i nie konfrontujesz swoich przekonań z rzeczywistością, nie masz pojęcia, czy rzeczywiście nie masz szans.  W ten sposób nigdy nie ryzykujesz porażki, ale też nigdy nie dajesz sobie szansy na sukces. I właśnie dlatego napisałam o mechanizmach unikowych - rynek pracy nie jest idealny, ale u Ciebie każdy argument prowadzi do tego samego wniosku, czyli nie próbować. Gdyby wymagania były niższe, znalazłbyś inny powód, zresztą już je znajdowałeś. Twój umysł nie szuka sposobu, żeby coś zmienić, tylko kolejnych dowodów na to, że zmiana jest niemożliwa.

Takiego posta w wydaniu Berta, jak przed chwilą miałam okazję przeczytać, jeszcze tu chyba nie było, a przynajmniej ja się na niego natknęlam, więc szczerze Ci gratuluję talentu wink

Jak pisałem to automatyczny mechanizm obronny.

Wyszukuję tego co jest choć trochę zgodne z moimi studiami. Jeśli nie tego to czego powinienem szukać żeby studia nie poszły na marne?

Rozumiem co masz na myśli pisząc o racjonalizacji ale wciąż nijak to się ma do samych ogłoszeń. Pewnie dałbym radę spełnić wymagania do roboty takiej jak dotychczasowa ale przecież to by niczego nie rozwiązało. Oczywiście miałbym jakąkolwiek pracę i już nie byłbym bezrobotny ale wróciłbym do punktu wyjścia. Z tym co mam na chwilę obecną spełniałbym wymagania pewnie tylko do jakiejś fizycznej roboty, do której nie trzeba mieć nawet matury ani żadnych innych kwalifikacji. Gdybym znalazł taką pracę to znów bym w niej utkwił. Znów nie miałbym na nic siły, ani na trening ani na naukę czegokolwiek. Znów bym tylko gadał o zmianie tej pracy na lepszą ale niczego bym nie zrobił bo cały czas byłbym zbyt zmęczony i niewyspany. Żeby zrobić jakikolwiek postęp musiałbym znaleźć pracę przynajmniej lżejszą fizycznie, a do takich już nie spełniam wymagań praktycznie nigdzie. Powiedz tak szczerze, masz jakiś pomysł do jakiej pracy mógłbym pójść biorąc pod uwagę to wszystko o czym tu piszemy? Jakikolwiek przykład?

Na rozmowy nikt nie zaprasza, albo nie ma w ogóle odpowiedzi albo są odmowne, nawet dziś jedną taką dostałem. "Twój umysł nie szuka sposobu, żeby coś zmienić, tylko kolejnych dowodów na to, że zmiana jest niemożliwa." dokładnie tak jest i ja to wiem, od dawna. Mózg robi wszystko co jego zdaniem będzie bezpieczne, a co nie ma nic wspólnego z rozwojem czy zmianą. Dlatego pisałem, że to organ niby lepszy od superkomputerów, a ma tak destrukcyjne błędy w swoim funkcjonowaniu, że to zakrawa o absurd. Według terapeutki to efekt przekonań pochodzących już z najmłodszych lat, że porażka oznacza to samo co śmierć. Popełnianie błędów jest niezbędne do rozwoju, a ja u mnie zawsze był krzyk, pretensje i poniżanie za każdy, nawet najmniejszy błąd więc mój umysł zrobi wszystko by tylko uniknąć możliwości popełnienia błędu. Takich przekonań mam więcej i byłby na nie tylko jeden lek, który jak dobrze wszyscy tu wiedzą jest poza moim zasięgiem finansowym.

Bert44 napisał/a:

Przepraszam Shini ze tak wyjechalem. To z bezsilnosci ze osoba najbardziej zaiteresowana jest najwiekszym destruktorem. Nie, nie przekonasz mnie. Nie ma szans. Nie przekonasz mnie. Jak dam rade to cos wieczorem napisze. Ale spojrz na proste zdanie z Twojej odpowiedzi-  mlody chlop. Odpowiadasz 30 to juz nie mlody.....Rece opadaja. A co na rynku pracy 19 latek jest tylko mlody? Po prostu zyje w Polsce - widze co jest. Wiem jakie sa problemy z pracownikami. Znam problem z drugiej strony. To co piszesz jest bzdura. W niektorych rejonach sukcesem jest jak pracownik sie nie spoznia i nie pije. Wcale nie jest tak latwo. Wcale pracodawca tak nie rozdaje kart.

Zmien terapeute. Albo bedzie wiedziec z czym walczycie albo niech psychiatra diagnozuje chorobe i renta. To trwa za dlugo. Wiesz z czym walczycie? Czujesz ze nad czyms pracujesz czy zbierasz "teorie"? Jaki jest plan?

Poza tym terapeuta to tylko jeden element. Wazniejsze niz to moze byc - zmien podejscie

Nie przekonasz mnie do tego ze jestes przegrywem bez szans. Masz za duzo kart w rekach zebym mogl Ci przyznac racje.

Po prostu masz realny wplyw na wiele rzeczy. Masz problemy to wiem. Ale wyslanie 5 CV przes kilka miesiecy jest po prstu smieszne. I mozesz mowic o traumach, problemach itd. Ale tu decydujesz tylko Ty. Albo robisz albo nie. A jak nie to nie miej pretensji. Nie wyjdziesz z tego jesli nie zgodzisz sie na "wyjscie ze strefy komfortu". To juz Twoja i tylko Twoja decyzja

Zaskoczyłeś mnie, nie spodziewałem się na forum czegoś takiego jak przeprosiny. To ja powinienem przeprosić, w pełni rozumiem twoją reakcję, gdybym był na twoim miejscu możliwe, że zareagowałbym podobnie. Co do tego, że 30 latek jest młody serio mnie nie przekonasz. Do tej pory powinienem mieć znacznie więcej, być w zupełnie innym miejscu i w zupełnie innej sytuacji. Ja już czuję się inaczej niż kiedy miałem te 19 lat. Nie mogę już tak dużo trenować co wtedy, coraz częściej pojawia się jakiś powód by iść do lekarza. Do 30 powinienem mieć już żonę lub przynajmniej narzeczoną, dobrą pracę i budować dom lub kupować mieszkanie. Ostatnie 10 lat powinno mnie do tego doprowadzić, a zostało całkowicie zmarnowane, tak jakbym przesiedział w więzieniu. Moja młodość się zmarnowała. Nigdy nie imprezowałem, nie zbierałem doświadczeń związkowych, nie mam doświadczenia z kobietami ani w ogóle w kontaktach z ludźmi. Powinienem już mieć jakieś znajomości, kontakty, zacząć budować jakiś swój majątek, który kiedyś mógłbym zostawić ewentualnym dzieciom. Do tej pory powinienem zwiedzić chociaż kilka krajów, nigdy jeszcze nie byłem za granicą, a samolotem leciałem tylko przy skoku spadochronowym. Kiedyś marzyłem by zostać pilotem helikoptera, ale Akademia Sił Powietrznych nie przyjmuje takich jak ja. Imprezy, pierwsze miłości, beztroskie wyjazdy ze znajomymi, pójście z kimś na piwo, pogadanie z kimś o anime i inne tego typu rzeczy zarezerwowane dla nastolatków lub wczesnych dwudziestolatków, tego wszystkiego nigdy nie było i już nie będzie. Całkowicie zmarnowałem te lata, które powinny posłużyć do zabawy, "wyszalenia się", pierwszych randek czy pierwszych doświadczeń o świecie, ludziach i relacjach z nimi. Nawet związku ledwo zdążyłem spróbować i straciłem to z dnia na dzień. Jest jeszcze tyle rzeczy, których chciałem spróbować z dziewczyną. Tyle rzeczy, których chciałem doświadczyć w związku i nawet to zostało stracone. Najprostsze sytuacje były najfajniejsze, na przykład kiedy szliśmy po centrum Warszawy i zaczęło nieźle padać, a my mieliśmy jeszcze spory kawałek do wejścia do podziemi. Złapałem ją za rękę i tak biegliśmy w tym deszczu, byłem szczęśliwy jak nigdy wcześniej. Albo kiedy oglądaliśmy film i wypiliśmy przy tym butelkę wina, wszystkie problemy zniknęły. A teraz nawet takie proste rzeczy przeminęły i raczej już nie wrócą tak samo jak dziewczyna raczej już do mnie nie wróci. Jak mógłbym powiedzieć, że jestem młody skoro nawet nie spróbowałem większości tego co daje młodość? Terapeutka mówi, że muszę przeżyć żałobę po tej utraconej młodości ale ja po prostu nie potrafię tego zrobić.

Z rynkiem pracy jest podobnie, jestem w tym samym miejscu co taki 19 latek, a nawet bym powiedział, że on jest na lepszym bo jest młodszy i łatwiej będzie mu się dostosować. Ja nigdy nie miałem perspektywy pracodawcy, a jedynie pracownika i nigdy nie widziałem by z jakimś pracownikiem były jakieś większe problemy. Za to z pracodawcami widziałem spore. Widziałem nie jednego Janusza, który sprzedałby własną rodzinę byle tylko trochę więcej zarobić. Nie raz widziałem jak taki Janusz traktował pracowników jak śmieci, a wyzysk był na porządku dziennym. Z mojej perspektywy pracodawca zawsze był niemal jak bóg posiadający władzę absolutną nad pracownikiem i bardzo często wykorzystującym tą władzę do granic możliwości.

Zmiana terapeuty tak naprawdę nic nie da. Od każdego usłyszałem to samo, od poprzedniej terapeutki, od obecnej i od psychiatry. Zarówno terapia jak i leki to jedynie półśrodki, które mi nie pomogą, a jedynie mogą ustabilizować. Bez zmiany otoczenia, bez wyjścia ze środowiska, które jest dla mnie toksyczne choć tego nie widać nie ma możliwości na konkretną i trwałą zmianę. Więc plan jest taki żeby pracować nad tym by udało się znaleźć pracę umożliwiającą tą zmianę otoczenia. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa terapia i prawdziwa droga do prawdziwych zmian. To może trwać jeszcze długo albo i nigdy się nie udać.

Podejścia też raczej nie da się zmienić bez zmiany otoczenia.

Ja nie jestem przegrywem bo nie mam szans tylko dlatego, że nie jestem w stanie z nich skorzystać. To chyba jeszcze wyższy poziom przegrywu niż nie mieć żadnych kart. Muqin jeśli to czytasz to wybacz mi, ponownie użyłem zakazanego słowa.

Powinienem mieć ten wpływ, szczególnie w moim wieku. Jednak nie mam bo nie potrafię z tego skorzystać. No właśnie to nie jest tylko moja decyzja, a dlaczego tak jest to opisałem w odpowiedzi do Priscilli. Mój umysł nie pozwoli na podjęcie takiej decyzji, może gdybym miał jakiś wyzwalacz, coś co by choć na chwilę przeważyło nad problemami i nad podświadomością to byłoby inaczej. Przez całe moje dotychczasowe życie jedynym takim wyzwalaczem była dziewczyna. Jestem przekonany, że gdyby nie doszło do tej okropnej sytuacji i gdyby cały czas była ze mną to ja byłbym w innej sytuacji niż teraz. Ja po prostu nie potrafię żyć dla siebie, mam na to zbyt niską samoocenę i za bardzo się nienawidzę za to zmarnowanie tego wszystkiego co miałem i co mogłem mieć i osiągnąć do tej pory.

2,525

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

2,526

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

Ale by bylo super gdybyscie sie spotkali

2,527 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-08-06 22:27:51)

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

Ale by bylo super gdybyscie sie spotkali

Fajnie by było spotkać się w większym gronie. Tylko Shini ujawnił gdzie mieszka.
Bilety do UK czasem są na promce, ale chyba teraz trzeba wize?

2,528

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

Ale by bylo super gdybyscie sie spotkali

Fajnie by było spotkać się w większym gronie. Tylko Shini ujawnił gdzie mieszka.
Bilety do UK czasem są na promce, ale chyba teraz trzeba wize?

Nie trzeba wizy. Moi rodzice byli mnie odwiedzic bez wizy,ale paszporty trzeba miec. 

I tak fajnie by bylo sie spotkac. Tylko czy by sie wtedy co niektorzy nie pozabijali ? big_smile

2,529

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

Na piwo raczej nie da rady bo mogę jechać tylko samochodem chyba, że bezalkoholowe, te owocowe są całkiem niezłe. Szczerze mówiąc nie wiem, która jest prawa, a która lewa, w sensie to chyba zależy z jakiej strony się patrzy. Mieszkam po tej gdzie jest Pałac Kultury.

Julia life in UK napisał/a:

I tak fajnie by bylo sie spotkac. Tylko czy by sie wtedy co niektorzy nie pozabijali ? big_smile

Pozabijali może nie ale na pewno inaczej by się potem pisało na forum z niektórymi.

2,530

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Shini chcesz wyskoczyć na piwo w weekend? Mieszkasz po prawej czy lewej stronie wisły?

Na piwo raczej nie da rady bo mogę jechać tylko samochodem chyba, że bezalkoholowe, te owocowe są całkiem niezłe. Szczerze mówiąc nie wiem, która jest prawa, a która lewa, w sensie to chyba zależy z jakiej strony się patrzy. Mieszkam po tej gdzie jest Pałac Kultury.

Julia life in UK napisał/a:

I tak fajnie by bylo sie spotkac. Tylko czy by sie wtedy co niektorzy nie pozabijali ? big_smile

Pozabijali może nie ale na pewno inaczej by się potem pisało na forum z niektórymi.

To napewno tak

2,531

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

To napewno tak

Samo zobaczenie jak ktoś wygląda mogłoby nieźle namieszać w dotychczasowej relacji z forum.

2,532

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

To napewno tak

Samo zobaczenie jak ktoś wygląda mogłoby nieźle namieszać w dotychczasowej relacji z forum.

Oj tak była bym ciekawa wyglądu kilku osób z tad

Ja tam wyglądam jak nietoperz,gruba i brzydka więc niespodzianki być nie powinno 

Ale pogodziłam się już ze swoim marnym wyglądem

2,533

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Ja tam wyglądam jak nietoperz,gruba i brzydka więc niespodzianki być nie powinno 

Ale pogodziłam się już ze swoim marnym wyglądem

Serio aż tak?

Z pewnością nasze wyobrażenia wyglądu ludzi z forum mogłyby się nieźle różnić od rzeczywistości. Jeśli już ktoś pisał coś na temat swojego wyglądu to zwykle dość oszczędnie. Wiesz jak naprawdę wygląda ktoś z forum?

2,534

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Ja tam wyglądam jak nietoperz,gruba i brzydka więc niespodzianki być nie powinno 

Ale pogodziłam się już ze swoim marnym wyglądem

Serio aż tak?

Z pewnością nasze wyobrażenia wyglądu ludzi z forum mogłyby się nieźle różnić od rzeczywistości. Jeśli już ktoś pisał coś na temat swojego wyglądu to zwykle dość oszczędnie. Wiesz jak naprawdę wygląda ktoś z forum?

big_smile
Wiem trochę osób widziałam,ale tylko przez krótką chwilę ale nie moge napisać których i całkiem ok wyglądają

2,535

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

(...) Nie, nie przekonasz mnie. Nie ma szans. Nie przekonasz mnie. Jak dam rade to cos wieczorem napisze. Ale spojrz na proste zdanie z Twojej odpowiedzi-  mlody chlop. Odpowiadasz 30 to juz nie mlody.....Rece opadaja. A co na rynku pracy 19 latek jest tylko mlody? Po prostu zyje w Polsce - widze co jest. Wiem jakie sa problemy z pracownikami. Znam problem z drugiej strony. To co piszesz jest bzdura. W niektorych rejonach sukcesem jest jak pracownik sie nie spoznia i nie pije. Wcale nie jest tak latwo. Wcale pracodawca tak nie rozdaje kart.

Otóż to. Rynek pracownika to już przeszlość, dlatego nawet w korporacjach tną wynagrodzenia.

Wybacz, Shini, ale z dzielenia włosa na czworo Twoja sytuacja się nie zmieni. Trzeba konkretnego działania, dlatego zapytam: czy założyłeś konto na LindedIn, o którym kiedyś rozmawialiśmy?

Na ile w skali od 1 do 100 jesteś zmotywowany, by znaleźć sobie pracę? Ale tak do bólu szczerze i bez owijania w bawełnę - jak bardzo jej chcesz?

Pytam, bo jeśli potrzebujesz sobie tylko na ten temat pogadać, to szkoda mojego i innych czasu. Jeśli jednak jesteś zdecydowany, to mam pewien pomysł. Obserwuję sobie i widzę, że wiele osób w taki sposób znalazło pracę, bardzo możliwe, że Ty też znajdziesz. Musisz mieć jednak realne chęci, dobre CV i "list przewodni", który zawiera takie informacje jak to, kim jesteś, co potrafisz, jakiego typu pracę gotów jesteś podjąć.
Co Ty na to?
Jesteś gotowy na konkretne działanie?

Posty [ 2,471 do 2,535 z 2,885 ]

Strony Poprzednia 1 37 38 39 40 41 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024