Mordimer napisał/a:Ciekawy temat szkoda tylko, że Witold12 rozwalił go koncertowo. Jak czytam te bzdury nt. bycia straconym bo nie było sie nigdy w żadnym zwiazku do 27 roku życia to mnie ogarnia z jednej strony śmiech a z drugiej pewne zażenowanie. Mamy XXI wiek, żyjemy w różnorodnym świecie obfitości a tutaj są wpisy rodem ze średniowiecza gdy trzebe było w wieku 30-35 lat szykować miejsce na cmentarzu bo koniec tuż tuż. W innym wątku Witold12 pisał, że mężczyzna o wzroście 170cm to karzeł. No beka. Wiesz co Witold12 ? Czas działa na korzyść mężczyzn a brutalnie obchodzi się z kobietam.
Co to za znieczulica karze tobie stawiać krzyżyk na tym facecie ? Widzę, że niektórzy tutaj mają problemy z wąskim postrzeganiem rzeczywistości. Nie potrafią zrozumieć, że być może facet nie miał czasu na to aby uganiać się jak piesek za dziewczynami bo skupiał się na nauce i pracy. Być może był nieśmiały albo przepracowywał swoje złe wzorce z dzieciństwa. A może po prostu w jego okolicach nie bylo odpowiednich kandydatek do tego ? A może po prostu dojrzał do zwiazku ? To co lepiej jak zaliczy wpadkę a potem jak niedojrzały i nie rozsądny facet ma mieć na utrzymaniu niechciane dziecko ? To, że ominął go wiek rąbny to jeszcze nie koniec świata. Dopiero teraz jego życie się zaczyna i sobie wszystko odrobi. Jest przecież młody Witoldzie12. Jego rówieśnicy być moze są już po rozwodach z alimentami albo w trakcie rozwodów. Być może tkwią w nieszczęśliwych związkach a on jest wolny. Mając czyste konto uniknął wielu głupich decyzji jakie towarzyszą wśród ludzi. A to wszystko przez presje społeczną i naciski rodziny. Widocznie poszedł swoją drogą, wielku szacun dla niego. Świat nie kończy się tylko i wyłącznie na związkach Witoldzie12. Jest wiele rzeczy do doświadczenia. Rozwijanie pasji, hobby, podróże. Dlatego wielu osobom może zabraknąć czasu po prostu na uganianie się za dziewczynami. On widocznie spróbował ale jego partnerka widocznie ma z tym jakiś problem skoro zakłada takie tematy.
Dziwię się też kilku osobom wypowiadającym się w tym temacie. Na forum jest cała masa wielu tematów zakładanych przez dwudziestoparoletnie lub trzydziestoletnie kobiety-dziewice. I jakoś nikt nie raczy się skrytykować takiej dziewicy. Nikt nie raczy jej dobijać, pisząc jak to jest już stracona, wybrakowana no i wogóle byłoby lepiej aby zapadła się pod ziemię. Po prostu szczyt hipokryzji. Ja uważam, że każdy zasługuje na szczęście i miłość w zyciu. Dopóki starczy człowiekowi sił i chęci powiniem próbować. A co do ciebie droga autorko. To powinnaś być dumna, że twój partner jest z tobą szczery. Wielu facetów oszukuje nt. swojego doświadczenia seksualnego i związkowego. Teraz widzę, że nie warto być z ludźmi szczerym bo tylko można nadziać się na hejt i jad ociężałych umysłowo ludzi.
Pozdrawiam.
Szukałem postu, do którego się mogę odnieść i chyba znalazłem.
Nie będę się powtarzał, bo akurat ktoś już wystarczająco dosadnie skomentował wyłaniający się z niektórych wypowiedzi stereotyp. Stereotyp to akurat pojęcie, które ma niesamowita moc i to moc destrukcyjną. Ludzie patrzą na świat przez swoje chore wyobrażenia, gdzie kryterium oceny drugiego człowieka przybrało jakieś karykaturalne formy.
Dwie kwestie, do których muszę się odnieść:
- przekonanie, że TYLKO I WYŁĄCZNIE przez wchodzenie w związki ludzie ucza się jak żyć i funkcjonować w społeczeństwie, budować poczucie własnej wartości, ogólnie być odbieranym jako psychicznie zdrowa
osoba . Tak, jakby człowiek nie miał nikogo w życiu ani nic innego do roboty oprócz partnera, tudzież potrzeby nawiązywania kontaktów związkowo-seksualnych. Rozumując wg Witolda to nic innego nie
może przesądzać i decydować o naszej wartości, niż liczba zawieranych związków. Pomijając przyczyny, dla których dana osoba w takim czy takim wieku dopiero zawiera związek, ale mam rozumieć, że
przyjaciele, rodzina, znajomi, a przede wszystkim praca, zainteresowania, hobby, samorealizacja zupęłnie nie liczą w życiu a przynajmniej nie są na tyle ważne..
- dążenie do związania się z kimś i trwania tego związku, choćby w postaci małżeństwa, jest jakąś absolutną koniecznością i przymusem, wpisanym w koleje losu człowieka. Ma on być zawsze i
wszędzie na pierwszym miejscu u każdego i to jemu należy podporządkować całe swoje życie. Do tego dochodzi oczywiście presja społęczna, naciski rodziny itd.
Otóż wyobraź sobie drogi Witoldzie iż można w życiu świadomie rezygnować z pewnych rzeczy. Każdy, ale to każdy jest kowalem swojego losu i ma święte prawo postępować zgodnie ze swoim sumieniem i potrzebami. To jest kwestia stawiania w swoim życiu odpowiednich priorytetów. Zwyczajnie są ludzie myślący o innych sprawach niż spotkania, imprezy, czy przede wszystkim uganianie się za płcią przeciwną. NIe może to uchodzić, za jakąś ulomność czy upośledzenie. Ilu jest wokół nas porzadnych, uczciwych ludzi, którzy skupiają się na innych aspektach życia? Często poza związkiem niczego im nie brakuje. To czy im odpowiada ten stan czy nie to już ich sprawa. Nie można od razu osądzać kogoś, tworząc multum możliwych scenariuszy, dlaczego on to nie był to tej pory w związku? Nieistotne czy chciał czy nie, wyszło jak wyszło
Teraz, nagle w wieku tych 27 lat, pragnie bliskości i zostaje zbombardowany teoriami, że się do życia nie nadaje, że jest ułomny, nieprzystosowany itp.
Na swoim własnym przykładzie: z początku wiadomo, że się tam kogoś szukało, mniej lub bardziej aktywnie. Powiedzmy, że się trochę zniechęciłem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że rozwijjąc się zawodowo, realizując swoje pasje, czuję tak ogromną satysfakcję, że właściwie nie potrzeba mi nikogo, z kim musiłabym to dzielić. Mam wrażęnie, że przejawiam zbyt durze poczucie niezależności oraz indywidualizmu, żeby wchodzić w związek. Spośród cieni i blasków związku zniechęcają mnie własnie te cienie. Z drugiej strony, nie mam problemu, żeby raz postawić na swoim, raz pójśc na kompromis w relacjach z ludźmi, choćby przyjacielskich czy rodzinnych. Nie uważam się( i mnie raczej nikt nie uważa) za jakiegoś odludka, czy socjopatę. Mówiąc inaczej: nie uzależniam swojego szczęścia czy poczucia własnej wartości od drugiej osoby, tak samo jak nie byłbym w stanie dla kogoś zrezygnować z ważnych dla mnie aspektów życia zawodowego czy prywatnego. Zupełnie nie potrzebuję w życiu pięknych słów, zapewniających mnie o miłości, oddaniu, czułości, bliskości czy wsparciu. Staram się radzić sobie samemu. Lubię mobilność, ruch, zmianę miejsca pobytu. Z kolei niektóre działania czy zachowania, wynikające z bycia w związku, jakoś mnie odrzucają, chociażby okazywanie czułości w miejscach publicznych. We wzajemnej relacji jednak, to co mnie najbardziej zniechęca to perspektywa jakichkolwiek ograniczęń, kontrolowania i wyrzeczeń.
I na koniec rzecz właściwie NAJISTOTNIEJSZA: dzieci
lubię je, kiedy:
- przebywają w moim towarzystwie nie dłużej niż pół godziny,
- nie odzywają się za głośno
- jest ich mniej niż 3
- nie są moje
Co do rozterek Autorki, to sama już chyba zdecydowałaś, skoro ogarniają Cię takie wątpliwości
szczególnie po tym przykładzie z weselem. Dla mnie proszenie partnera dziewczyny, czy można z nią zatańczyć, sugerowałoby, że jestes jego własnością a tego chyba nikt sobie nie życzy..