Najpierw pozwolę sobie na małe wtrącenie
.
Do wiśni mam ogromny sentyment, bo moi dziadkowie mieli wiśniowy sad. To było lata temu, dziś już oboje nie żyją, ale pamiętam zbiory, nawet my, dzieci, spędzając na wsi wakacje, też pomagaliśmy - całe skrzynki pysznych, dojrzałych wiśni, które co rano dziadek albo zawoził wozem konnym do skupu, albo na targowisko. Ile razy sprzedawał je na bazarku, tyle razy cieszył się na tę myśl, a wracał szczęśliwy, kiedy na przykład ktoś od razu wziął całość. I z taką niekłamaną radością, błyskiem w oku opowiadał, że już prawie bez wspomagania się wagą potrafi nasypać do torebki kilogram czy dwa, że klienci do niego wracają, że twierdzą, że to pyszna odmiana.
Wiśnie stanowiły tylko część dochodu, bo oprócz tego dziadek siał zboże, hodował owce, miał pasieki. Mieli też z babcią ogródek warzywny, kilka różnych drzew owocowych, zawsze było kilka krów, świnek, koń, jakieś kury, kaczki, ale to już na własny użytek.
Dążę do tego, że niegdyś większość gospodarstw rolnych funkcjonowała na zasadzie różnorodności, dzięki czemu rolnicy z jednej strony byli samowystarczalni, bo żywności w zasadzie nie kupowali, a z drugiej jeśli któregoś roku nie było urodzaju na przykład na zboże, to mieli dochód z owoców, warzyw czy hodowanych zwierząt - to już zależy na co się alternatywnie nastawiali. Specjalizacja sprawdza się, jeśli jest na dany towar dobra koniunktura, ale rynek jest zmienny, pojawiają się wahania, a to podnosi ryzyko.
Jeden z moich kuzynów jakieś kilkanaście lat temu nastawił się na uprawę czarnych porzeczek, bo ceny w skupach były bardzo wysokie, ale minęło kilka lat i to się skończyło, plantacji od razu nie zlikwidował, bo miał też sporą uprawę rzepaku, bodajże żyta i buraków, więc go to załamanie rynku porzeczek nie położyło.
Wiem, Ewiko, że wspominałaś, że zmiana jest dla Was trudna, ale może jednak warto wziąć pod uwagę, żeby nie nastawiać się na same owoce, jakiekolwiek by one nie były, ale część pola przeznaczyć na zupełnie inną produkcję? Chodzi mi o to, żeby nie zamieniać malin na poziomki, a jabłek na orzechy, ale aby obok sadownictwa pójść też w inną dziedzinę rolnictwa - hodowlę, produkcję warzyw czy coś jeszcze innego, co będzie produktem ziemi, ale będzie mogło stanowić alternatywę dla dochodu z sadu.
Ja akurat jestem za tym, że jeśli jakiejś grupie społecznej dzieje się źle, a przy tym trudno doszukiwać się w tym ich własnej winy, to państwo powinno dać wsparcie, przy czym to musi odbywać się na rozsądnych zasadach i tylko na okres przejściowy. Być może wynika to z faktu, że z racji miejsca zamieszkania i pochodzenia bliska jest mi inna działka, na którą większość społeczeństwa ma z górki, czyli górnictwo. Wokół tej branży narosło mnóstwo mitów, a mity mają to do siebie, że niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością. I choć w pewnym okresie mnóstwo było słychać mocnych i donośnych głosów, że pracownicy kopalń powinni z nich odchodzić, przekwalifikować się, zmienić branżę, wyjechać gdzieś za chlebem, to to niestety tak nie działa. Tutaj widzę sporo analogii, choć mimo wszystko również więcej możliwości.