Anmy, uprzedzając ewentualne wątpliwości od razu zaznaczę, że to, co poniżej napiszę, nie odnosi się personalnie do Ciebie. Jest to ogólna myśl zawarta w luźnej, forumowej dyskusji, w której po prostu dzielimy się własnymi opiniami.
bagienni_k napisał/a:Z pozoru pewne pojęcia opisują charakter danych zjawisk czy procesów, ale w takich przypadkach wydaje mi się, że powstaje tutaj założenie a prorri , że samo pojęcie "rozwodnik" to synonim wszelkiego zła, jakie tylko można spotkać w człowieku. Tym bardziej jeżeli nic nie jest w stanie nakłonić nas do spojrzenia w głąb KONKRETNEGO przypadku, bo tu się kryje przyczyna, która do tego rozwodu doprowadziła. Rozwód jest przecież skutkiem pewnych wydarzeń w życiu człowieka. Jeśli z definicji rozwodnik ma być tym złym, to intuicyjnie przeczuwa się, że to on będzie zawsze winny, że do tego rozwodu doszło..
A taki wniosek jest po prostu niedorzeczny.
W punkt, Bagiennik_u. Nie wiem dlaczego przez tak wiele osób pojęcie 'rozwodnik' niemal z automatu odbierane jest w wyraźnie pejoratywny sposób i przekłada się na postrzeganie rozwiedzionego mężczyzny przez pryzmat tej jednej informacji o nim, tak jakby przyczyna rozstania była zupełnie bez znaczenia. Pomijając już jakieś winy bez wątpliwości stojące po stronie żony, mamy też coś, co można nazwać "błędem młodości". Wiem, nieodpowiedzialne, ale zdarza się, a przecież można dojrzeć, nabrać doświadczenia, nauczyć się życia i nowy związek chcieć budować na zupełnie innych, mocnych fundamentach.
W sumie trochę zaczynamy kręcić się w kółko, ale raz jeszcze zaznaczę, że sytuacje są różne i okoliczności rozwodu bywają różne, dlatego każdą sytuację należy oceniać indywidualnie, bo przyklejanie łatek nas samych, jeśli szukamy kogoś na życie, może zwieść na manowce, jeśli nie damy szansy osobie wartościowej, której jedyną 'wadą' jest fakt posiadania takiej przeszłości.
Kiedyś już o tym pisałam, ale na potrzeby tematu powtórzę, że mam znajomą, która nie chciała wyjść za bardzo porządnego, poważnie zainteresowanego nią rozwodnika (to nie on, ale żona zapragnęła przygód, co stało się powodem rozstania), bo... (tu uwaga!) nie wyobrażała sobie nie pójść do ślubu w długiej, białej sukni. I nie, absolutnie nie chodziło o przekonania religijne w tym aspekcie, że rozwód wyklucza ślub kościelny. Problem stanowił jedynie fakt, że całe życie marzyła, że ceremonia odbędzie się kościelnym przepychu i klimacie, a z rozwodnikiem nie będzie jej to dane. No i w końcu miała ten ślub w kościele, długi welon i białą suknię, kiedy wychodziła za mąż za 35 letniego kawalera - duże, leniwe i nieodpowiedzialne dziecko, którym do dziś, czyli w sumie już ładnych kilka lat, trzeba kierować. Czy jest szczęśliwa? Ależ nie. Czy piękny ślub zrekompensował jej to z kim zadeklarowała się iść przez życie? Odpowiedź nasuwa się sama.
Jedyne czego sama obawiałabym się wchodząc w związek z rozwodnikiem, to że jego przeszłość może w znaczący sposób komplikować nam wspólne życie. Mam tu na myśli na przykład nieustannie absorbujące uwagę dzieci czy byłą żonę, której najlepszą rozrywką byłoby uprzykrzanie nam codzienności, bo - dajmy na to - "kolejna ważna sprawa przecież nie może czekać ani chwili". Są takie osoby, które nawet świętego wyprowadziłyby z równowagi, a przy okazji mogą wywołać sporo zamieszania i stresu.