Postaram się opisać krótko moją historię. Małżeństwem jesteśmy/byliśmy 5 lat. Przed ślubem znaliśmy się 6 lat. Mój mąż zawsze był domatorem - to ja wyciągałam go na imprezy, do pubu czy do kina. Nigdy nie byłam też kobietą bluszczem - mąż wyjeżdżał służbowo, chodził na treningi piłki nożnej czy na siłownie. Nigdy go o nic nie wypytywałam i nie podejrzewałam. Jedyny problem jaki mieliśmy w czasie trwania małżeństwa to konflikt z jego rodziną. Konflikt na tyle duży, że z rodzicami nie odzywał się praktycznie rok, a z siostrą dwa lata. Z perspektywy czasu mogę napisać, że mąż nigdy nie był jakoś specjalnie wylewny, wiele rzeczy starłam tuszować się ja - a to przytulając się, a to przygotowując wspólny posiłek żeby usiąść i pogadać.
W połowie ubiegłego roku urodziła nam się córka. Od początku była wymagającym dzieckiem, z pewnością nie była noworodkiem który spał od karmienia do karmienia. Sytuacja pomiędzy nami zaczęła zmieniać się z dnia na dzień. Mąż często powtarzał, że potrzebuje przestrzeni, wolności, że nie będzie z nami cały czas siedział w domu. Nawet kiedy mówiłam że jest źle i że się z małą wyprowadzę - powtarzał że zależy mi tylko żeby posypał głowę popiołem i siedział z nami w domu. Z pracy wracał co raz później, często nie mogłam się do niego dodzwonić, o jakiejkolwiek bliskości między nami nie było mowy. Nie interesował się naszymi problemami. Próbowałam rozmawiać miliardy razy. Nie mogłam spać po nocach. Kiedy prosiłam go żeby mnie przytulił odpowiadał "idź spać do cholery". Z córką też nie miał szczególnego kontaktu - zazwyczaj ona leżała na macie, a on siedział z telefonem. W lutym zachorowałam na depresję. Kłóciliśmy się strasznie. Żadne rozmowy nie przynosiły efektu. Czasami miałam wrażenie, że mąż mnie nie cierpi. Miałam nadzieję, że jak wrócę do pracy jakoś to się poukłada. Natomiast w dni w które pracowałam do 18 (mąż pracuje do 16) zamiast zająć się małą, mąż zaczął jeździć na obiad do mamy. W niedzielę popołudniu też odwiedziny u rodziców. Zawsze ktoś coś. W sierpniu kiedy powiedział mi, że nie pojedzie z nami na wakacje bo nie chce ze mną przebywać, wyprowadziłam się z małą z domu. Reakcja męża była taka, że już mi mówił, że żaden szantaż na niego nie zadziała i nie ma zamiaru się starać czy zmieniać. Na chwilę obecną jego stanowisko jest takie, że w ciągu 3 miesięcy podejmie decyzję co do mnie czuje. Oczywiście uważa, że jego zachowanie to tylko konsekwencja mojej zaborczej miłości.
Czy ktoś z Was spotkał się z podobną sytuacją? Zastanawiam się czy separacja w takiej sytuacji ma jakikolwiek sens.