Witajcie. Mam pewien dylemat. Przez 2 lata mój partner życiowy tak ściśle związał się współpracą z pewną dzieweczką (o połowę od niego młodszą), że prócz interesów zaczął z nią spędzać cały wolny czas. Zaniedbał rodzinę, dziecko, dom i wszystko inne.
Ponieważ panna jest córką mojej (teraz już ex) długoletniej przyjaciółki (policzyłam od 35 lat!) zaczęłam im wszystkim tłumaczyć, że mnie się to nie podoba, że za dużo tego dobrego. Nic, grochem o ścianę. Potem doszły ich dwudniowe wyjazdy z nocowaniem poza domem. W zeszłym roku postawiłam ultimatum, że jeśli pojedzie z nimi (bo mamusia miała im towarzyszyć) nie wpuszczę go więcej do domu. I tak zrobiłam.
Teraz przesiaduje u nich co dnia a do dzieciaka, mimo, że to tylko 2 przecznice zagląda raz w tygodniu na 5 minut. Była przyjaciółka twierdzi, że nie widzi nic złego w jego przesiadywaniu. Cały czas twierdzą, że nie są ze sobą związani! Panna mi powiedziała w oczy, że ona miała kasę a on "wolną wolę" to sobie jeździli. I że trzeba go było nie wyrzucać. W Sądzie stwierdziła, że ona nie jest powodem naszego rozstania - ja trwam jak osioł w swoim przekonaniu, że ona. Bo co, miałam się na to godzić w nieskończoność? Nawet jeśli, załóżmy (jak twierdzą) nie było w tym seksu.
I która ma rację?