MUSZĘ wam to opowiedzieć i prosić o obiektywne opinie....ale po kolei:
pod koniec ubiegłego roku w tragicznym wypadku zginął przyjaciel męża. Niestety mąż też uczestniczył w tym wypadku, nic mu się nie stało, ale było to dla niego traumatyczne przeżycie, bo kumpel skonał mu na kolanach i jego krew lała się po jego rękach zanim przybył lekarz. Praktycznie dwa dni to był jakiś koszmar....picie na umór w połączeniu z krzykiem, miotaniem się i "rozmową" ze zmarłym. Pilnowałam męża żeby i jemu nic sie nie stało, ale on był już chyba w innym świecie - nie zauważał, że się o niego boję, był odrętwiały, nieobecny, mówił tyllko o tym, że musi teraz pomóc żonie przyjaciela, że obiecał mu to przy śmierci, że zaopiekuje się jego synem i nigdy mu niczego nie zabraknie, nawet jeżeli nie będzie miał już ojca....Wspierałam go w każdej chwili, wspólczułam, rozumiałam, że musi pomóc w najtrudniejszych chwilach wdowie i jej rodzinie, że załatwi formalności związane z pogrzebem, w zakładzie pracy....Był na każde jej zawołanie, od rana do nocy. W dzień pogrzebu niósł urnę z kościoła na cmentarz....a przecież zmarły miał rodzinę, braci....Wszyscy to rozumieli, bo przecież byli razem do końca, chciał więc ostatni go odprowadzić, wszyscy mu dziękowali, wdowa omdlewała z żalu. A potem sie zaczęło....jakoś nic nie chciało wrócić do normalności! Co chwilę dzwoniła po niego, prosząc o załatwienie czegoś, przychodziła się wypłakać, chciała sie zaprzyjaźnić ze mną (przecież nasi mężowie to byli tacy wspaniali przyjaciele). Niecałe dwa tygodnie poźniej umarł mój tato i przeżywałam osobistą tragedię, ale w dalszym ciągu dla mojego męża najważniejsze były problemy JEJ, a nie moje. Bolało jak cholera, ale ja umiem poradzić sobie w różnych sytuacjach , więc zaciskałam zęby i czekałam, rozmawiałam, płakałam, w końcu miałam córkę, byłam też potrzebna mamie. Mijały miesiące, a ja zaczynałam zauważać zmianę w zachowaniu męża. Był chwilami nieobecny, często odbierał sms-y, rozmawiał ukradkiem z kimś przez tel, często wychodzil z domu. Któregoś weekendu ONA zaprosiła nas do swojego domu - kiedy jechaliśmy tam, cały czas rozmawiali ze sobą tak, jakby mnie tam nie było!!! Płakałam siedząc obok męża, a on nawet tego nie zauważył,tak był zajęty rozmową - prawie pili sobie z dziubków!!! Pomyślałam wtedy, że oni są dla siebie stworzeni i że to raczej ona jest idealną kobietą dla niego a nie JA. To mna wstrząsneło i zaniepokoiło - kiedy wróciliśmy do domu zapytałam męża, czy ona coś dla niego znaczy. Oczywiście oburzył się, że się czepiam, że to tylko przyjaciólka, że nawet nie jest w jego typie....Dałam się przekonać, ale niepokój został. Uzasadnioony, bo w dzień kobiet okazało się, że nie zasługuję pierwsza na kwiatek od swojego męża - to do niej pojechał w pierwszej kolejności!!!!! I to był zwrot w moim małzeństwie....postawiłam warunek : kończy calkowicie tą znajomość, albo ja zakończę nasze małżeństwo, bo nie mam zamiaru żyć w trójkącie. Po paru kłótniach mąż się zgodził, ale już było lodowato między nami. Chciałam nawet sama wyjechać na święta Wielkanocne, żeby dać nam czas na przemyslenie, ale mąż chciał jechać - powiedział nawet, że ten wyjazd dobrze nam zrobi! Ha...wiedział chyba co mówi.....Niestety w pierwszy dzień swiąt, przy świątecznym stole, przy całej rodzinie powiedział, że się rozstajemy, bo ja przy niej nic nie znaczę i że on z niej nigdy nnie zrezygnuje!!!
Nie pamiętam jak wracaliśmy te 400 km, nie pamiętam kilku dni po świętach...Pamiętam , że w pierwszy dzień pracy wzywano do mnie pogotowie, bo miałam jakiś atak histerycznego nadciśnienia. Oczywiście mąż znikał z domu juz na całe dni i noce, a ja czułam, wiedziałam gdzie. Sprawdzałam mu rachunki tel - większość połączeń to był jej nr. Pisał na necie z kumplami i dowiedziałm się, że od jakiegoś czasu ma inny tel, o którym nie wiedziałam!!! Sprawdziłam - MA. Zaczął sie sam żywić, żadko kiedy nocował w domu, zlikwidował nasze wspólne konto. Zaczęłam go uważać za EKS-męża, bo to, co jest w tej chwili między nami to normalna separacja. W lipcu powiedział córce, że nie będzie go jakiś czas bo wyjeżdża. Zabawiłam się w detektywa - odkryłam, że ona ma też urlop i że też wyjechała, a jej matka jest bardzo przeciwna temu, że mój mąż tam tyle przesiaduje. Po jego powrocie z jego torby wypadło opakowanie po tabletkach PERMEN ( wspomagają męskość
), co utwierdziło mnie w zdaniu że to nie tylko przyjaźń.
Bo mój mąż i ona cały czas uparcie twierdzą, że są TYLKO PRZYJACIÓLMI !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
i co wy na to?
czy ja uknułam jakąś teorię z kosmosu, czy mam wybujałą fantazję, czy faktycznie mam podstawy, żeby posądzać go o zdradę???