Witam wszystkich, zastanawiam sie czy mam jakis problem z glowa czy taki jestem...
O mnie: Facet 28 lat, zdrowy, powodzenie u płci przeciwnej zawsze było ok, z kasą nie mam problemu, żyje mi się dobrze, mam dużo wolnego czasu itp Zawsze byłem taki, że wiekszosc rzeczy po mnie spływało zupelnie, bardzo sporadycznie sie czymkolwiek przejmowałem. Jednak do 26 roku życia nie miałem większych klopotow wiec myslałem ze moze dlatego. Ale w ciągu ostatnich prawie 2 lat wydazylo sie troche rzeczy, które nie powinny po mnie spływać, a jednak spłyneły. Zaznaczam, że nie ma depresji ani nic, raczej optymistą jestem.
Po kolei:
1. Rok temu: utrata ponad połowy oszczednoisci przez głupie inwestycje - zawsze się tego obawiałem, przyszło, zupełnie mnie nie obeszło, pomyslałem ze i tak mam jeszcze kase wiec mam to w dupie
2. Rozwalenie samochodu ukochanego, dbałem pedantycznie... bałem sie o niego. Stało sie 2h trwała żałoba i spłyneło
3. Partnerka życiowa sie pusciła z jakims gosciem z zajęc na które chodzi - zawsze myslalem ze to dla mnie bedzie tragedia, dowiedziałem sie, żałoba trwała z 5h, kłotnia z 1h. Dzień pozniej juz grałem z nia na konsoli i po 3 dniach zapomniałem o tym i zyjemy sobie dalej
4. Dużo cwicze, zawsze bałem sie braku sportu, 3 miesiace temu doznałem kontuzji, siedze w domu gram z laską na konsoli i spłyneła po mnie ta kontuzja
Nie sądze abym miał depresje. Raczej jestem optymista/realista. Tylko nie wiem jak to mozliwe ze sytuacje o ktorych zawsze myslałem ze jak przyjda to w koncu wzbudza we mnie duży stres.... to one przyszły i mam to w sumie gdzieś. Patrze tylko na swoj komfort, ze fajnie spędzam dzien, spacer, żarcie dobre, dobra ksiazka, super laska u boku, dobra ksiazka.
Teraz mysle ze jedyne co by po mnie nie spłyneło to jakbym zachorował powaznie.
Czy uwazacie, że mam jakis defekt? Może to jakaś choroba. Z jednej strony ciesze sie ze nie odczuwam stresu zbyt duzo, bo czytam jak on niszczy zycie, ale sam nie wiem czy nie jestem jakis wybrakowany