Im jestem starsza, tym bardziej dochodzę do wniosku, że człowiekowi do szczęścia naprawdę potrzeba bardzo niewiele.
Jeszcze kilka lat temu myślałam zupełnie inaczej.
Wydawało mi się, że szczęście przyjdzie wtedy, gdy będę miała więcej pieniędzy, więcej rzeczy, więcej możliwości.
Że jak zrobię prawo jazdy to będę szczęśliwa.
Jak założę biznes to będę szczęśliwa.
Jak kupię coś nowego to będę szczęśliwa.
Jak osiągnę jakiś cel to będę szczęśliwa.
I wiecie co?
Im więcej problemów zdrowotnych pojawiło się w moim życiu, tym bardziej zaczęłam rozumieć, że szczęście nie działa w ten sposób.
Kiedy człowiek przez chroniczne zmęczenie nie ma siły nawet normalnie funkcjonować, nagle przestaje mieć znaczenie większość rzeczy, które wcześniej wydawały się ważne.
Nie obchodzi mnie już czy mam modne ubrania.
Nie obchodzi mnie już czy mam najnowszy telefon.
Nie obchodzi mnie już czy ktoś ma większy dom, lepszy samochód albo lepiej płatną pracę.
Bo kiedy zdrowie zaczyna się sypać, człowiek marzy o naprawdę prostych rzeczach.
Żeby mieć siłę wstać rano.
Żeby mieć energię spotkać się ze znajomymi.
Żeby móc normalnie wyjść z córką na spacer.
Żeby nie analizować codziennie swoich objawów.
I właśnie wtedy zaczęłam coraz bardziej interesować się minimalizmem.
Na początku był to zwykły porządek.
Pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy.
Później zaczęłam zauważać, że mniej rzeczy oznacza mniej stresu.
Mniej sprzątania.
Mniej wydatków.
Mniej chaosu.
A więcej spokoju.
I szczerze?
Bardzo podoba mi się podejście niektórych sióstr zakonnych.
One często mają dosłownie kilka kompletów ubrań, kilka osobistych rzeczy i są szczęśliwe.
Kiedyś wydawało mi się to dziwne.
Dzisiaj coraz bardziej je rozumiem.
Bo po co człowiekowi dziesięć torebek skoro może mieć dwie?
Po co pełne szafy ubrań skoro i tak chodzi się w kilku ulubionych rzeczach?
Po co kupować kolejne przedmioty skoro szczęścia i tak nie da się kupić?
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że współczesny świat próbuje nam sprzedać rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy.
Kup to.
Kup tamto.
Będziesz szczęśliwy.
A później człowiek ma pełen dom rzeczy i nadal nie jest szczęśliwy.
Ja sama zaczęłam ograniczać zakupy.
Zanim coś kupię zastanawiam się:
Czy naprawdę tego potrzebuję?
Czy to poprawi moje życie?
Czy za miesiąc nadal będę chciała tę rzecz?
I bardzo często odpowiedź brzmi: nie.
Dużo inspiracji daje mi też św. Hildegarda.
Ona uczyła prostoty życia, umiaru i harmonii.
Nie chodziło o to, żeby człowiek wszystkiego sobie odmawiał.
Ale żeby nie żył w ciągłej pogoni za kolejnymi rzeczami.
I mam wrażenie, że dzisiaj te nauki są bardziej aktualne niż kiedykolwiek.
Bo ludzie mają coraz więcej rzeczy, a jednocześnie coraz więcej depresji, lęków i poczucia pustki.
Może problem nie polega na tym, że mamy za mało.
Może problem polega na tym, że mamy za dużo.
Za dużo rzeczy.
Za dużo informacji.
Za dużo zakupów.
Za dużo porównań do innych ludzi.
Za mało ciszy.
Za mało wdzięczności.
Za mało zwykłego życia.
Wiecie co jest dla mnie największym symbolem minimalizmu?
To, że gdy mam gorszy dzień przez swoje zdrowie, najbardziej cieszą mnie rzeczy, które nic nie kosztują.
Rozmowa z córką.
Spacer po ogrodzie.
Modlitwa.
Dobra książka.
Śpiew ptaków.
Kubek herbaty.
I wtedy zastanawiam się, czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi w życiu.
Nie o to, żeby mieć coraz więcej.
Tylko żeby potrzebować coraz mniej.
Ciekawa jestem jak wy podchodzicie do minimalizmu.
Macie dużo rzeczy czy raczej staracie się żyć prościej?