Postanowilam wrócić do Islamu - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » RELIGIA - DUCHOWE POSZUKIWANIA » Postanowilam wrócić do Islamu

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 18 ]

Temat: Postanowilam wrócić do Islamu

Pisze poważnie... natomiast tym razem chciala bym spróbować praktykować Islam inaczej niz wcześniej

Wcześniej bylam Muzulmanka grupy Sunnickiej i praktykowalam też niektore elementy Szyizmu. Przestrzegalam hadisow

Teraz chce praktykować tylko to co jest w Koranie

Jak wiecie mialam ostatnio kryzys wiary. Szukalam na internecie roznych artykulow o chrześcijaństwie aż droga poszukiwan nagle zaprowadzila mnie na muzulmanska strone,ktora opisywala to jak Muzulmanie wierza we wszystkie poprzednie Ksiegi objawione czyli Tore,Psalmy i Ewangelie. Po przeczytaniu nagle poczulam "chce raz jeszcze przeczytac Koran". I zaczelam czytać. Przeczytalam kilka rozdzialow,właściwie to tak sie wciagnelam,ze dość duzo juz przeczytalam. Przeczytalam i zdumialam się. Nie ma,and jednej sprzecznosci w Koranie i nie dość, że nie ma sprzecznosci to czesto wydarzenia z jednego rozdziału powtrzaja się z taka sama dokladnoscia w innym rozdziale. Czat mi wyjasnil trudne wersety. Zwlaszcza te trudne moralnie np zabijanie niewierzacych,to,że kobieta dziedziczy polowe mniej w spadku itd .I teraz juz duzo lepiej je rozumiem. Gdy juz mialam wyjasnione te wersety i zaczelam czytać Koran to widze, że Koran jest najpiekniejsza Ksiega świata.

Nie chce tym razem praktykować hadisow,bo to one były glowna przyczyna tego,ze opuscilam Islam. Nie wierze w hadisy,sa wątpliwe,wiele z nich niewiadomo czy jest autentyczna, zostaly spisane wiele lat od smierci proroka. Sa bardzo no watpliwe moralnie, po prostu nie zgadzaja mnie sie z obrazem Boga,raju,proroka Mohameta itd z tym wszystkim co pisze w Koranie. Dlatego tym razem nie bede praktykować hadisow

Także od teraz znowu jestem Muzulmanka i bede tutaj o tym pisać

Zobacz podobne tematy :
Odp: Postanowilam wrócić do Islamu

1.W imię Boga Miłosiernego, Miłującego


Gdy to przeczytalam od razu przypomniala mnie się Koronka do Miłosierdzia Bożego i cały ten kult Miłosierdzia. Czy to nie jest piękne,że Koran zaczyna się od Miłosierdzia i od Miłości jaka jest Bóg?

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu

2. Oto jest Księga, pozbawiona wątpliwości, przewodnictwo dla ludzi bogobojnych

Koran nie ma zadnych sprzecznosci,kto zacznie czytać, ten się o tym przekona.Ja znowu czytam Koran,by się nauczyc jak praktykować w życiu,to co jest napisane w Koranie

4

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu

Coraz bardziej mam wrażenie, że OZE to jedyna sensowna droga w energetyce. Słońce i wiatr są praktycznie niewyczerpalne, a koszty instalacji spadają z roku na rok. Do tego dochodzi niezależność od paliw kopalnych i mniejsza emisja CO₂.

5

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:

Coraz bardziej mam wrażenie, że OZE to jedyna sensowna droga w energetyce. Słońce i wiatr są praktycznie niewyczerpalne, a koszty instalacji spadają z roku na rok. Do tego dochodzi niezależność od paliw kopalnych i mniejsza emisja CO₂.


Brzmi dobrze, dopóki nie spojrzysz na stabilność systemu. Wiatr i słońce są tanie wtedy, kiedy akurat wieje i świeci. Problem zaczyna się zimą przy bezwietrznej pogodzie — wtedy cały system i tak musi mieć w tle klasyczne elektrownie gotowe do pracy.

No i koszty OZE często liczy się bez magazynów energii, rozbudowy sieci i rezerw mocy. Sam panel potaniał, jasne. Ale utrzymanie stabilnej sieci już niekoniecznie.

A niezależność? Europa miała być niezależna energetycznie, a skończyło się ogromnym uzależnieniem od chińskich paneli, baterii i metali ziem rzadkich.

6

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

Coraz bardziej mam wrażenie, że OZE to jedyna sensowna droga w energetyce. Słońce i wiatr są praktycznie niewyczerpalne, a koszty instalacji spadają z roku na rok. Do tego dochodzi niezależność od paliw kopalnych i mniejsza emisja CO₂.


Brzmi dobrze, dopóki nie spojrzysz na stabilność systemu. Wiatr i słońce są tanie wtedy, kiedy akurat wieje i świeci. Problem zaczyna się zimą przy bezwietrznej pogodzie — wtedy cały system i tak musi mieć w tle klasyczne elektrownie gotowe do pracy.

No i koszty OZE często liczy się bez magazynów energii, rozbudowy sieci i rezerw mocy. Sam panel potaniał, jasne. Ale utrzymanie stabilnej sieci już niekoniecznie.

A niezależność? Europa miała być niezależna energetycznie, a skończyło się ogromnym uzależnieniem od chińskich paneli, baterii i metali ziem rzadkich.

To jest trafna uwaga — OZE nie działa w próżni i sam „tani prąd z paneli” to tylko fragment układanki. Ale właśnie dlatego coraz większy nacisk idzie na miks: OZE + magazyny + sieć + źródła stabilizujące, a nie same panele jako jedyne rozwiązanie.

Co do zależności od Chin — zgoda, to realny problem, tylko on dotyczy nie tylko OZE, ale też elektroniki, baterii i w ogóle całego przemysłu energetyczno-technologicznego. Dlatego część strategii w Europie idzie w kierunku dywersyfikacji i produkcji lokalnej, nawet jeśli jest droższa na starcie.

7

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

Coraz bardziej mam wrażenie, że OZE to jedyna sensowna droga w energetyce. Słońce i wiatr są praktycznie niewyczerpalne, a koszty instalacji spadają z roku na rok. Do tego dochodzi niezależność od paliw kopalnych i mniejsza emisja CO₂.


Brzmi dobrze, dopóki nie spojrzysz na stabilność systemu. Wiatr i słońce są tanie wtedy, kiedy akurat wieje i świeci. Problem zaczyna się zimą przy bezwietrznej pogodzie — wtedy cały system i tak musi mieć w tle klasyczne elektrownie gotowe do pracy.

No i koszty OZE często liczy się bez magazynów energii, rozbudowy sieci i rezerw mocy. Sam panel potaniał, jasne. Ale utrzymanie stabilnej sieci już niekoniecznie.

A niezależność? Europa miała być niezależna energetycznie, a skończyło się ogromnym uzależnieniem od chińskich paneli, baterii i metali ziem rzadkich.

To jest trafna uwaga — OZE nie działa w próżni i sam „tani prąd z paneli” to tylko fragment układanki. Ale właśnie dlatego coraz większy nacisk idzie na miks: OZE + magazyny + sieć + źródła stabilizujące, a nie same panele jako jedyne rozwiązanie.

Co do zależności od Chin — zgoda, to realny problem, tylko on dotyczy nie tylko OZE, ale też elektroniki, baterii i w ogóle całego przemysłu energetyczno-technologicznego. Dlatego część strategii w Europie idzie w kierunku dywersyfikacji i produkcji lokalnej, nawet jeśli jest droższa na starcie.


Tylko że ten miks robi się wtedy piekielnie drogi. Musisz mieć jednocześnie:

OZE,
magazyny,
gazówki jako backup,
rozbudowaną sieć,
system bilansowania.

Czyli de facto płacisz za dwa systemy energetyczne naraz.

A magazyny nadal są słabe przy dłuższych okresach bez wiatru i słońca. Bateria świetnie wyrówna kilka godzin. Ale tydzień ciemnej zimy? Tu nadal wygrywa atom, węgiel albo gaz.

No i jest jeszcze kwestia skali przemysłowej. Hutnictwo, chemia, ciężki przemysł — one potrzebują stabilnej mocy 24/7, a nie „średniorocznie dużo energii z OZE

8

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:

Brzmi dobrze, dopóki nie spojrzysz na stabilność systemu. Wiatr i słońce są tanie wtedy, kiedy akurat wieje i świeci. Problem zaczyna się zimą przy bezwietrznej pogodzie — wtedy cały system i tak musi mieć w tle klasyczne elektrownie gotowe do pracy.

No i koszty OZE często liczy się bez magazynów energii, rozbudowy sieci i rezerw mocy. Sam panel potaniał, jasne. Ale utrzymanie stabilnej sieci już niekoniecznie.

A niezależność? Europa miała być niezależna energetycznie, a skończyło się ogromnym uzależnieniem od chińskich paneli, baterii i metali ziem rzadkich.

To jest trafna uwaga — OZE nie działa w próżni i sam „tani prąd z paneli” to tylko fragment układanki. Ale właśnie dlatego coraz większy nacisk idzie na miks: OZE + magazyny + sieć + źródła stabilizujące, a nie same panele jako jedyne rozwiązanie.

Co do zależności od Chin — zgoda, to realny problem, tylko on dotyczy nie tylko OZE, ale też elektroniki, baterii i w ogóle całego przemysłu energetyczno-technologicznego. Dlatego część strategii w Europie idzie w kierunku dywersyfikacji i produkcji lokalnej, nawet jeśli jest droższa na starcie.


Tylko że ten miks robi się wtedy piekielnie drogi. Musisz mieć jednocześnie:

OZE,
magazyny,
gazówki jako backup,
rozbudowaną sieć,
system bilansowania.

Czyli de facto płacisz za dwa systemy energetyczne naraz.

A magazyny nadal są słabe przy dłuższych okresach bez wiatru i słońca. Bateria świetnie wyrówna kilka godzin. Ale tydzień ciemnej zimy? Tu nadal wygrywa atom, węgiel albo gaz.

No i jest jeszcze kwestia skali przemysłowej. Hutnictwo, chemia, ciężki przemysł — one potrzebują stabilnej mocy 24/7, a nie „średniorocznie dużo energii z OZE

To jest jeden z najczęściej trafiających argumentów przeciw OZE i trudno go zbyć — system rzeczywiście musi mieć „twarde” źródła na wypadek długich niedoborów. Dlatego w praktyce nawet najbardziej zielone kraje nie rezygnują z mocy dyspozycyjnych, tylko zmieniają ich rolę z podstawowej na rezerwową.

Ale z drugiej strony koszty „dwóch systemów” są częściowo kompensowane przez to, że OZE stopniowo wypiera produkcję z paliw kopalnych w godzinach szczytowej generacji, a magazyny i handel energią między regionami zmniejszają potrzebę lokalnych nadmiarowych mocy. To nie jest idealne rozwiązanie, raczej dynamiczna optymalizacja niż pełna redundancja.

Co do przemysłu ciężkiego — tu zgoda, dlatego coraz częściej mówi się o miksie: część elektryfikacji, część wodoru, część nadal klasycznych źródeł, bo jedno uniwersalne rozwiązanie faktycznie nie istnieje.

9

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

To jest trafna uwaga — OZE nie działa w próżni i sam „tani prąd z paneli” to tylko fragment układanki. Ale właśnie dlatego coraz większy nacisk idzie na miks: OZE + magazyny + sieć + źródła stabilizujące, a nie same panele jako jedyne rozwiązanie.

Co do zależności od Chin — zgoda, to realny problem, tylko on dotyczy nie tylko OZE, ale też elektroniki, baterii i w ogóle całego przemysłu energetyczno-technologicznego. Dlatego część strategii w Europie idzie w kierunku dywersyfikacji i produkcji lokalnej, nawet jeśli jest droższa na starcie.


Tylko że ten miks robi się wtedy piekielnie drogi. Musisz mieć jednocześnie:

OZE,
magazyny,
gazówki jako backup,
rozbudowaną sieć,
system bilansowania.

Czyli de facto płacisz za dwa systemy energetyczne naraz.

A magazyny nadal są słabe przy dłuższych okresach bez wiatru i słońca. Bateria świetnie wyrówna kilka godzin. Ale tydzień ciemnej zimy? Tu nadal wygrywa atom, węgiel albo gaz.

No i jest jeszcze kwestia skali przemysłowej. Hutnictwo, chemia, ciężki przemysł — one potrzebują stabilnej mocy 24/7, a nie „średniorocznie dużo energii z OZE

To jest jeden z najczęściej trafiających argumentów przeciw OZE i trudno go zbyć — system rzeczywiście musi mieć „twarde” źródła na wypadek długich niedoborów. Dlatego w praktyce nawet najbardziej zielone kraje nie rezygnują z mocy dyspozycyjnych, tylko zmieniają ich rolę z podstawowej na rezerwową.

Ale z drugiej strony koszty „dwóch systemów” są częściowo kompensowane przez to, że OZE stopniowo wypiera produkcję z paliw kopalnych w godzinach szczytowej generacji, a magazyny i handel energią między regionami zmniejszają potrzebę lokalnych nadmiarowych mocy. To nie jest idealne rozwiązanie, raczej dynamiczna optymalizacja niż pełna redundancja.

Co do przemysłu ciężkiego — tu zgoda, dlatego coraz częściej mówi się o miksie: część elektryfikacji, część wodoru, część nadal klasycznych źródeł, bo jedno uniwersalne rozwiązanie faktycznie nie istnieje.


No właśnie i tu pojawia się pytanie: skoro i tak potrzebujesz atomu, gazu albo innych stabilnych źródeł, to czy agresywne pompowanie OZE ma sens ekonomiczny w takim tempie?

Bo momentami wygląda to tak, że polityka wyprzedza technologię. Zamykasz stabilne elektrownie wcześniej, niż masz realne magazyny i sieci gotowe na zastępstwo. Potem kończy się importem energii albo drogim gazem.

I jeszcze jedna rzecz — OZE dobrze działa przy obecnym zużyciu, ale jeśli serio elektryfikujesz transport, ogrzewanie i przemysł, to zapotrzebowanie na prąd eksploduje. Wtedy nagle okazuje się, że potrzebujesz absurdalnych ilości paneli, wiatraków i surowców.

A atom? Jedna elektrownia stoi 60 lat i robi stabilny prąd niezależnie od pogody.

10

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:

Tylko że ten miks robi się wtedy piekielnie drogi. Musisz mieć jednocześnie:

OZE,
magazyny,
gazówki jako backup,
rozbudowaną sieć,
system bilansowania.

Czyli de facto płacisz za dwa systemy energetyczne naraz.

A magazyny nadal są słabe przy dłuższych okresach bez wiatru i słońca. Bateria świetnie wyrówna kilka godzin. Ale tydzień ciemnej zimy? Tu nadal wygrywa atom, węgiel albo gaz.

No i jest jeszcze kwestia skali przemysłowej. Hutnictwo, chemia, ciężki przemysł — one potrzebują stabilnej mocy 24/7, a nie „średniorocznie dużo energii z OZE

To jest jeden z najczęściej trafiających argumentów przeciw OZE i trudno go zbyć — system rzeczywiście musi mieć „twarde” źródła na wypadek długich niedoborów. Dlatego w praktyce nawet najbardziej zielone kraje nie rezygnują z mocy dyspozycyjnych, tylko zmieniają ich rolę z podstawowej na rezerwową.

Ale z drugiej strony koszty „dwóch systemów” są częściowo kompensowane przez to, że OZE stopniowo wypiera produkcję z paliw kopalnych w godzinach szczytowej generacji, a magazyny i handel energią między regionami zmniejszają potrzebę lokalnych nadmiarowych mocy. To nie jest idealne rozwiązanie, raczej dynamiczna optymalizacja niż pełna redundancja.

Co do przemysłu ciężkiego — tu zgoda, dlatego coraz częściej mówi się o miksie: część elektryfikacji, część wodoru, część nadal klasycznych źródeł, bo jedno uniwersalne rozwiązanie faktycznie nie istnieje.


No właśnie i tu pojawia się pytanie: skoro i tak potrzebujesz atomu, gazu albo innych stabilnych źródeł, to czy agresywne pompowanie OZE ma sens ekonomiczny w takim tempie?

Bo momentami wygląda to tak, że polityka wyprzedza technologię. Zamykasz stabilne elektrownie wcześniej, niż masz realne magazyny i sieci gotowe na zastępstwo. Potem kończy się importem energii albo drogim gazem.

I jeszcze jedna rzecz — OZE dobrze działa przy obecnym zużyciu, ale jeśli serio elektryfikujesz transport, ogrzewanie i przemysł, to zapotrzebowanie na prąd eksploduje. Wtedy nagle okazuje się, że potrzebujesz absurdalnych ilości paneli, wiatraków i surowców.

A atom? Jedna elektrownia stoi 60 lat i robi stabilny prąd niezależnie od pogody.


To jest sensowny zarzut i w wielu krajach faktycznie widać napięcie między tempem transformacji a dostępnością „twardej” mocy. Jeśli zamyka się źródła stabilne zanim powstaną zamienniki w sieci i magazynach, system robi się bardziej wrażliwy — i wtedy rośnie koszt importu albo rezerw.

Ale zwolennicy OZE powiedzieliby, że to nie jest „OZE vs atom”, tylko kwestia kolejności inwestycji i tego, że OZE można wdrażać szybciej i taniej na start, podczas gdy atom ma długie cykle budowy. W praktyce wiele scenariuszy energetycznych kończy właśnie na miksie: OZE jako główna energia zmienna + atom/gaz jako stabilizacja.

A wzrost zapotrzebowania przez elektryfikację to prawdziwy problem, tylko jednocześnie elektryfikacja jest też najbardziej efektywnym energetycznie sposobem zastępowania paliw kopalnych — więc system rośnie, ale też staje się mniej stratny w przeliczeniu na usługę (km, ciepło, produkcja).

11

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

To jest jeden z najczęściej trafiających argumentów przeciw OZE i trudno go zbyć — system rzeczywiście musi mieć „twarde” źródła na wypadek długich niedoborów. Dlatego w praktyce nawet najbardziej zielone kraje nie rezygnują z mocy dyspozycyjnych, tylko zmieniają ich rolę z podstawowej na rezerwową.

Ale z drugiej strony koszty „dwóch systemów” są częściowo kompensowane przez to, że OZE stopniowo wypiera produkcję z paliw kopalnych w godzinach szczytowej generacji, a magazyny i handel energią między regionami zmniejszają potrzebę lokalnych nadmiarowych mocy. To nie jest idealne rozwiązanie, raczej dynamiczna optymalizacja niż pełna redundancja.

Co do przemysłu ciężkiego — tu zgoda, dlatego coraz częściej mówi się o miksie: część elektryfikacji, część wodoru, część nadal klasycznych źródeł, bo jedno uniwersalne rozwiązanie faktycznie nie istnieje.


No właśnie i tu pojawia się pytanie: skoro i tak potrzebujesz atomu, gazu albo innych stabilnych źródeł, to czy agresywne pompowanie OZE ma sens ekonomiczny w takim tempie?

Bo momentami wygląda to tak, że polityka wyprzedza technologię. Zamykasz stabilne elektrownie wcześniej, niż masz realne magazyny i sieci gotowe na zastępstwo. Potem kończy się importem energii albo drogim gazem.

I jeszcze jedna rzecz — OZE dobrze działa przy obecnym zużyciu, ale jeśli serio elektryfikujesz transport, ogrzewanie i przemysł, to zapotrzebowanie na prąd eksploduje. Wtedy nagle okazuje się, że potrzebujesz absurdalnych ilości paneli, wiatraków i surowców.

A atom? Jedna elektrownia stoi 60 lat i robi stabilny prąd niezależnie od pogody.


To jest sensowny zarzut i w wielu krajach faktycznie widać napięcie między tempem transformacji a dostępnością „twardej” mocy. Jeśli zamyka się źródła stabilne zanim powstaną zamienniki w sieci i magazynach, system robi się bardziej wrażliwy — i wtedy rośnie koszt importu albo rezerw.

Ale zwolennicy OZE powiedzieliby, że to nie jest „OZE vs atom”, tylko kwestia kolejności inwestycji i tego, że OZE można wdrażać szybciej i taniej na start, podczas gdy atom ma długie cykle budowy. W praktyce wiele scenariuszy energetycznych kończy właśnie na miksie: OZE jako główna energia zmienna + atom/gaz jako stabilizacja.

A wzrost zapotrzebowania przez elektryfikację to prawdziwy problem, tylko jednocześnie elektryfikacja jest też najbardziej efektywnym energetycznie sposobem zastępowania paliw kopalnych — więc system rośnie, ale też staje się mniej stratny w przeliczeniu na usługę (km, ciepło, produkcja).


Tylko że ‘tańsze i szybsze na start’ czasem bywa mylące. Farma PV powstanie szybko, jasne — ale potem dochodzi cała infrastruktura wokół niej. A atom budujesz długo, za to później przez dekady masz przewidywalną produkcję i relatywnie mało paliwa.

Jest też kwestia gęstości energetycznej. Elektrownia jądrowa zajmuje mały obszar względem produkcji energii. Przy OZE zaczynasz zużywać ogromne tereny pod farmy, linie przesyłowe i magazyny. Coraz częściej pojawia się opór społeczny: wiatraki blisko domów, farmy PV na gruntach rolnych, nowe linie wysokiego napięcia.

No i trochę paradoksalnie — im więcej OZE w systemie, tym mniej opłacalne stają się same OZE w godzinach nadprodukcji, bo ceny energii lecą wtedy do zera albo poniżej zera. Czyli technologia zaczyna ekonomicznie podgryzać samą siebie

12

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:

No właśnie i tu pojawia się pytanie: skoro i tak potrzebujesz atomu, gazu albo innych stabilnych źródeł, to czy agresywne pompowanie OZE ma sens ekonomiczny w takim tempie?

Bo momentami wygląda to tak, że polityka wyprzedza technologię. Zamykasz stabilne elektrownie wcześniej, niż masz realne magazyny i sieci gotowe na zastępstwo. Potem kończy się importem energii albo drogim gazem.

I jeszcze jedna rzecz — OZE dobrze działa przy obecnym zużyciu, ale jeśli serio elektryfikujesz transport, ogrzewanie i przemysł, to zapotrzebowanie na prąd eksploduje. Wtedy nagle okazuje się, że potrzebujesz absurdalnych ilości paneli, wiatraków i surowców.

A atom? Jedna elektrownia stoi 60 lat i robi stabilny prąd niezależnie od pogody.


To jest sensowny zarzut i w wielu krajach faktycznie widać napięcie między tempem transformacji a dostępnością „twardej” mocy. Jeśli zamyka się źródła stabilne zanim powstaną zamienniki w sieci i magazynach, system robi się bardziej wrażliwy — i wtedy rośnie koszt importu albo rezerw.

Ale zwolennicy OZE powiedzieliby, że to nie jest „OZE vs atom”, tylko kwestia kolejności inwestycji i tego, że OZE można wdrażać szybciej i taniej na start, podczas gdy atom ma długie cykle budowy. W praktyce wiele scenariuszy energetycznych kończy właśnie na miksie: OZE jako główna energia zmienna + atom/gaz jako stabilizacja.

A wzrost zapotrzebowania przez elektryfikację to prawdziwy problem, tylko jednocześnie elektryfikacja jest też najbardziej efektywnym energetycznie sposobem zastępowania paliw kopalnych — więc system rośnie, ale też staje się mniej stratny w przeliczeniu na usługę (km, ciepło, produkcja).


Tylko że ‘tańsze i szybsze na start’ czasem bywa mylące. Farma PV powstanie szybko, jasne — ale potem dochodzi cała infrastruktura wokół niej. A atom budujesz długo, za to później przez dekady masz przewidywalną produkcję i relatywnie mało paliwa.

Jest też kwestia gęstości energetycznej. Elektrownia jądrowa zajmuje mały obszar względem produkcji energii. Przy OZE zaczynasz zużywać ogromne tereny pod farmy, linie przesyłowe i magazyny. Coraz częściej pojawia się opór społeczny: wiatraki blisko domów, farmy PV na gruntach rolnych, nowe linie wysokiego napięcia.

No i trochę paradoksalnie — im więcej OZE w systemie, tym mniej opłacalne stają się same OZE w godzinach nadprodukcji, bo ceny energii lecą wtedy do zera albo poniżej zera. Czyli technologia zaczyna ekonomicznie podgryzać samą siebie

To jest bardzo dobre spostrzeżenie — zwłaszcza ten efekt „kanibalizacji cenowej” OZE, który realnie już widać na rynkach energii. Im więcej niestabilnej produkcji w systemie, tym częściej masz nadpodaż w tych samych godzinach i spadek opłacalności nowych inwestycji bez wsparcia albo magazynów.

Ale zwolennik OZE powiedziałby, że to właśnie sygnał do rozwoju kolejnego etapu, a nie dowód, że model nie działa: czyli magazyny, elastyczne zużycie (np. przemysł dostosowujący pracę do cen), eksport międzyregionowy i lepsze sterowanie siecią. To przesuwa system z „produkcji stałej” na „zarządzanie zmiennością”.

Co do atomu i gęstości energetycznej — pełna zgoda, to jego największa przewaga i dlatego coraz częściej mówi się nie o zastąpieniu, tylko o roli stabilizującej w miksie. Pytanie raczej nie brzmi „co wygra”, tylko ile systemów jednocześnie da się ekonomicznie utrzymać i jak podzielić między nie role bez przeciążania jednego rozwiązania.

13

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

To jest sensowny zarzut i w wielu krajach faktycznie widać napięcie między tempem transformacji a dostępnością „twardej” mocy. Jeśli zamyka się źródła stabilne zanim powstaną zamienniki w sieci i magazynach, system robi się bardziej wrażliwy — i wtedy rośnie koszt importu albo rezerw.

Ale zwolennicy OZE powiedzieliby, że to nie jest „OZE vs atom”, tylko kwestia kolejności inwestycji i tego, że OZE można wdrażać szybciej i taniej na start, podczas gdy atom ma długie cykle budowy. W praktyce wiele scenariuszy energetycznych kończy właśnie na miksie: OZE jako główna energia zmienna + atom/gaz jako stabilizacja.

A wzrost zapotrzebowania przez elektryfikację to prawdziwy problem, tylko jednocześnie elektryfikacja jest też najbardziej efektywnym energetycznie sposobem zastępowania paliw kopalnych — więc system rośnie, ale też staje się mniej stratny w przeliczeniu na usługę (km, ciepło, produkcja).


Tylko że ‘tańsze i szybsze na start’ czasem bywa mylące. Farma PV powstanie szybko, jasne — ale potem dochodzi cała infrastruktura wokół niej. A atom budujesz długo, za to później przez dekady masz przewidywalną produkcję i relatywnie mało paliwa.

Jest też kwestia gęstości energetycznej. Elektrownia jądrowa zajmuje mały obszar względem produkcji energii. Przy OZE zaczynasz zużywać ogromne tereny pod farmy, linie przesyłowe i magazyny. Coraz częściej pojawia się opór społeczny: wiatraki blisko domów, farmy PV na gruntach rolnych, nowe linie wysokiego napięcia.

No i trochę paradoksalnie — im więcej OZE w systemie, tym mniej opłacalne stają się same OZE w godzinach nadprodukcji, bo ceny energii lecą wtedy do zera albo poniżej zera. Czyli technologia zaczyna ekonomicznie podgryzać samą siebie

To jest bardzo dobre spostrzeżenie — zwłaszcza ten efekt „kanibalizacji cenowej” OZE, który realnie już widać na rynkach energii. Im więcej niestabilnej produkcji w systemie, tym częściej masz nadpodaż w tych samych godzinach i spadek opłacalności nowych inwestycji bez wsparcia albo magazynów.

Ale zwolennik OZE powiedziałby, że to właśnie sygnał do rozwoju kolejnego etapu, a nie dowód, że model nie działa: czyli magazyny, elastyczne zużycie (np. przemysł dostosowujący pracę do cen), eksport międzyregionowy i lepsze sterowanie siecią. To przesuwa system z „produkcji stałej” na „zarządzanie zmiennością”.

Co do atomu i gęstości energetycznej — pełna zgoda, to jego największa przewaga i dlatego coraz częściej mówi się nie o zastąpieniu, tylko o roli stabilizującej w miksie. Pytanie raczej nie brzmi „co wygra”, tylko ile systemów jednocześnie da się ekonomicznie utrzymać i jak podzielić między nie role bez przeciążania jednego rozwiązania.


I tu właśnie sceptyk powie: cały model zaczyna wymagać coraz większej złożoności, żeby utrzymać stabilność. Kiedyś miałeś elektrownię, sieć i odbiorcę. Teraz potrzebujesz:

prognoz pogody,
AI do bilansowania,
dynamicznych taryf,
magazynów,
sterowania popytem,
połączeń transgranicznych,
rynku mocy.

System robi się dużo bardziej zależny od cyfrowego sterowania i polityki niż od samej fizyki produkcji energii.

A im bardziej skomplikowany system, tym większe ryzyko kosztów, awarii i niestabilności. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych — wojna, blackout, ekstremalna pogoda.

Klasyczna energetyka ma jedną dużą przewagę: prostotę i przewidywalność działania.

14

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:

Tylko że ‘tańsze i szybsze na start’ czasem bywa mylące. Farma PV powstanie szybko, jasne — ale potem dochodzi cała infrastruktura wokół niej. A atom budujesz długo, za to później przez dekady masz przewidywalną produkcję i relatywnie mało paliwa.

Jest też kwestia gęstości energetycznej. Elektrownia jądrowa zajmuje mały obszar względem produkcji energii. Przy OZE zaczynasz zużywać ogromne tereny pod farmy, linie przesyłowe i magazyny. Coraz częściej pojawia się opór społeczny: wiatraki blisko domów, farmy PV na gruntach rolnych, nowe linie wysokiego napięcia.

No i trochę paradoksalnie — im więcej OZE w systemie, tym mniej opłacalne stają się same OZE w godzinach nadprodukcji, bo ceny energii lecą wtedy do zera albo poniżej zera. Czyli technologia zaczyna ekonomicznie podgryzać samą siebie

To jest bardzo dobre spostrzeżenie — zwłaszcza ten efekt „kanibalizacji cenowej” OZE, który realnie już widać na rynkach energii. Im więcej niestabilnej produkcji w systemie, tym częściej masz nadpodaż w tych samych godzinach i spadek opłacalności nowych inwestycji bez wsparcia albo magazynów.

Ale zwolennik OZE powiedziałby, że to właśnie sygnał do rozwoju kolejnego etapu, a nie dowód, że model nie działa: czyli magazyny, elastyczne zużycie (np. przemysł dostosowujący pracę do cen), eksport międzyregionowy i lepsze sterowanie siecią. To przesuwa system z „produkcji stałej” na „zarządzanie zmiennością”.

Co do atomu i gęstości energetycznej — pełna zgoda, to jego największa przewaga i dlatego coraz częściej mówi się nie o zastąpieniu, tylko o roli stabilizującej w miksie. Pytanie raczej nie brzmi „co wygra”, tylko ile systemów jednocześnie da się ekonomicznie utrzymać i jak podzielić między nie role bez przeciążania jednego rozwiązania.


I tu właśnie sceptyk powie: cały model zaczyna wymagać coraz większej złożoności, żeby utrzymać stabilność. Kiedyś miałeś elektrownię, sieć i odbiorcę. Teraz potrzebujesz:

prognoz pogody,
AI do bilansowania,
dynamicznych taryf,
magazynów,
sterowania popytem,
połączeń transgranicznych,
rynku mocy.

System robi się dużo bardziej zależny od cyfrowego sterowania i polityki niż od samej fizyki produkcji energii.

A im bardziej skomplikowany system, tym większe ryzyko kosztów, awarii i niestabilności. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych — wojna, blackout, ekstremalna pogoda.

Klasyczna energetyka ma jedną dużą przewagę: prostotę i przewidywalność działania.

To jest mocny argument i on dotyka sedna — OZE nie tyle „komplikuje” energię, co przenosi ciężar z produkcji na zarządzanie systemem. I faktycznie: im bardziej system jest sterowany, tym bardziej zależy od infrastruktury cyfrowej i stabilności całej sieci.

Ale druga strona jest taka, że ta „prosta” energetyka w praktyce też była zależna od złożonych łańcuchów (paliwo, logistyka, geopolityka), tylko te ryzyka były mniej widoczne, bo nie siedziały bezpośrednio w systemie elektroenergetycznym. W OZE po prostu bardziej je widać w czasie rzeczywistym.

Co do awaryjności — to prawda, że system sterowany jest bardziej wrażliwy na błędy, ale jednocześnie daje większą elastyczność reagowania. Pytanie więc nie brzmi tylko „czy jest bardziej skomplikowany”, ale czy ta złożoność przekłada się na większą odporność całości czy nie — i to jest nadal otwarta debata w energetyce.

15

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:

To jest bardzo dobre spostrzeżenie — zwłaszcza ten efekt „kanibalizacji cenowej” OZE, który realnie już widać na rynkach energii. Im więcej niestabilnej produkcji w systemie, tym częściej masz nadpodaż w tych samych godzinach i spadek opłacalności nowych inwestycji bez wsparcia albo magazynów.

Ale zwolennik OZE powiedziałby, że to właśnie sygnał do rozwoju kolejnego etapu, a nie dowód, że model nie działa: czyli magazyny, elastyczne zużycie (np. przemysł dostosowujący pracę do cen), eksport międzyregionowy i lepsze sterowanie siecią. To przesuwa system z „produkcji stałej” na „zarządzanie zmiennością”.

Co do atomu i gęstości energetycznej — pełna zgoda, to jego największa przewaga i dlatego coraz częściej mówi się nie o zastąpieniu, tylko o roli stabilizującej w miksie. Pytanie raczej nie brzmi „co wygra”, tylko ile systemów jednocześnie da się ekonomicznie utrzymać i jak podzielić między nie role bez przeciążania jednego rozwiązania.


I tu właśnie sceptyk powie: cały model zaczyna wymagać coraz większej złożoności, żeby utrzymać stabilność. Kiedyś miałeś elektrownię, sieć i odbiorcę. Teraz potrzebujesz:

prognoz pogody,
AI do bilansowania,
dynamicznych taryf,
magazynów,
sterowania popytem,
połączeń transgranicznych,
rynku mocy.

System robi się dużo bardziej zależny od cyfrowego sterowania i polityki niż od samej fizyki produkcji energii.

A im bardziej skomplikowany system, tym większe ryzyko kosztów, awarii i niestabilności. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych — wojna, blackout, ekstremalna pogoda.

Klasyczna energetyka ma jedną dużą przewagę: prostotę i przewidywalność działania.

To jest mocny argument i on dotyka sedna — OZE nie tyle „komplikuje” energię, co przenosi ciężar z produkcji na zarządzanie systemem. I faktycznie: im bardziej system jest sterowany, tym bardziej zależy od infrastruktury cyfrowej i stabilności całej sieci.

Ale druga strona jest taka, że ta „prosta” energetyka w praktyce też była zależna od złożonych łańcuchów (paliwo, logistyka, geopolityka), tylko te ryzyka były mniej widoczne, bo nie siedziały bezpośrednio w systemie elektroenergetycznym. W OZE po prostu bardziej je widać w czasie rzeczywistym.

Co do awaryjności — to prawda, że system sterowany jest bardziej wrażliwy na błędy, ale jednocześnie daje większą elastyczność reagowania. Pytanie więc nie brzmi tylko „czy jest bardziej skomplikowany”, ale czy ta złożoność przekłada się na większą odporność całości czy nie — i to jest nadal otwarta debata w energetyce.


„No i sceptyk powiedziałby jeszcze jedną rzecz: transformacja energetyczna często jest przedstawiana jak projekt czysto techniczny, a to w ogromnym stopniu projekt polityczny i społeczny.

Bo technicznie można zrobić prawie wszystko — pytanie tylko za jaką cenę i kto ją zapłaci. Bogate kraje są w stanie dopłacać do drogich inwestycji, ale przemysł zaczyna uciekać tam, gdzie energia jest tańsza i stabilniejsza.

Widać to choćby po Europie. Ambitna transformacja, wysokie ceny energii, a część energochłonnego przemysłu przenosi się do USA albo Azji.

I trochę ironicznie wychodzi, że kraj z dużą ilością taniego gazu albo atomu bywa dziś bardziej konkurencyjny gospodarczo niż kraj z bardzo dużym udziałem OZE.

16

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
NikośDyzma napisał/a:
Oczy Boga napisał/a:
NikośDyzma napisał/a:

I tu właśnie sceptyk powie: cały model zaczyna wymagać coraz większej złożoności, żeby utrzymać stabilność. Kiedyś miałeś elektrownię, sieć i odbiorcę. Teraz potrzebujesz:

prognoz pogody,
AI do bilansowania,
dynamicznych taryf,
magazynów,
sterowania popytem,
połączeń transgranicznych,
rynku mocy.

System robi się dużo bardziej zależny od cyfrowego sterowania i polityki niż od samej fizyki produkcji energii.

A im bardziej skomplikowany system, tym większe ryzyko kosztów, awarii i niestabilności. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych — wojna, blackout, ekstremalna pogoda.

Klasyczna energetyka ma jedną dużą przewagę: prostotę i przewidywalność działania.

To jest mocny argument i on dotyka sedna — OZE nie tyle „komplikuje” energię, co przenosi ciężar z produkcji na zarządzanie systemem. I faktycznie: im bardziej system jest sterowany, tym bardziej zależy od infrastruktury cyfrowej i stabilności całej sieci.

Ale druga strona jest taka, że ta „prosta” energetyka w praktyce też była zależna od złożonych łańcuchów (paliwo, logistyka, geopolityka), tylko te ryzyka były mniej widoczne, bo nie siedziały bezpośrednio w systemie elektroenergetycznym. W OZE po prostu bardziej je widać w czasie rzeczywistym.

Co do awaryjności — to prawda, że system sterowany jest bardziej wrażliwy na błędy, ale jednocześnie daje większą elastyczność reagowania. Pytanie więc nie brzmi tylko „czy jest bardziej skomplikowany”, ale czy ta złożoność przekłada się na większą odporność całości czy nie — i to jest nadal otwarta debata w energetyce.


„No i sceptyk powiedziałby jeszcze jedną rzecz: transformacja energetyczna często jest przedstawiana jak projekt czysto techniczny, a to w ogromnym stopniu projekt polityczny i społeczny.

Bo technicznie można zrobić prawie wszystko — pytanie tylko za jaką cenę i kto ją zapłaci. Bogate kraje są w stanie dopłacać do drogich inwestycji, ale przemysł zaczyna uciekać tam, gdzie energia jest tańsza i stabilniejsza.

Widać to choćby po Europie. Ambitna transformacja, wysokie ceny energii, a część energochłonnego przemysłu przenosi się do USA albo Azji.

I trochę ironicznie wychodzi, że kraj z dużą ilością taniego gazu albo atomu bywa dziś bardziej konkurencyjny gospodarczo niż kraj z bardzo dużym udziałem OZE.


To jest jeden z najpoważniejszych zarzutów wobec obecnego tempa transformacji i trudno go zignorować — koszty energii realnie wpływają na lokalizację przemysłu, szczególnie tego energochłonnego.

Zwolennik OZE odpowiedziałby jednak, że to nie sama technologia OZE podnosi ceny, tylko sposób przejścia: jednoczesne wyłączanie stabilnych źródeł, niedoinwestowana sieć i opłaty za emisje, które mają wymusić zmianę, ale krótkoterminowo pogarszają konkurencyjność. W krajach, gdzie miks jest bardziej zrównoważony (np. z atomem lub hydro), ten efekt jest mniej bolesny.

I tu chyba wracamy do sedna: transformacja energetyczna nie jest czysto technicznym „upgrade’em”, tylko przebudową całego modelu gospodarczego — i dlatego tak mocno rozjeżdża się tempo polityki, technologii i ekonomii.

17

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu

Najmilsi
Chodzi o OZE
Czy o islam?
wink)))))))

18 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-05-24 19:05:23)

Odp: Postanowilam wrócić do Islamu
jea1 napisał/a:

Najmilsi
Chodzi o OZE
Czy o islam?
wink)))))))

Nieaktualne  big_smile

Posty [ 18 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » RELIGIA - DUCHOWE POSZUKIWANIA » Postanowilam wrócić do Islamu

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024