Ostatnio doszłam do wniosku, że czyściec to chyba jedno z najbardziej niedocenionych miejsc w duchowej geografii. Ludzie mówią o nim jak o straszaku, jak o jakiejś kosmicznej poczekalni, w której siedzi się z numerkiem i czeka na wywołanie, a ja coraz bardziej mam wrażenie, że to może być… realistyczny etap dla takich ludzi jak ja. Nie idealnych, nie świętych, nie chodzących z aureolą nad głową, tylko zwyczajnie — w procesie.
Bo ja, jak patrzę na swoje życie, to wiem jedno: Niebo jest celem, ale droga… no cóż, czasem jakbym szła na skróty przez las, w którym kompas wariuje. I dokładnie w takich momentach przypomina mi się fragment: „Sprawiedliwy siedem razy upada, a jednak powstaje” (Prz 24,16). Czyli nie „święty nie upada”, tylko „powstaje”. A żeby powstawać, trzeba najpierw… zaliczyć glebę. I w tym momencie zaczynam rozumieć sens czyśćca.
A może też dlatego zaczęłam o tym myśleć, że czasami widzę swoje wybory i wiem, że niektóre nie były złe, ale też nie były tak dobre, jak mogłyby być. Może zrobiłam coś ze strachu. Może z wygody. Może dlatego, że byłam zmęczona i nie chciało mi się być mądrą. Każdy takie chwile ma. I wtedy przypomina mi się inny fragment: „Pan jest miłosierny i łaskawy, nieskory do gniewu, bogaty w miłosierdzie” (Ps 103,8). Czyli On rozumie, że czasami po prostu nie wyrabiamy. Że jesteśmy ludźmi, nie aniołami.
Dlatego ja sobie ten czyściec wyobrażam po swojemu. Może będę tam pięć minut. Może pięć lat. A może 150 — zależy, jak bardzo udało mi się w życiu nauczyć pokory, cierpliwości i miłości. Bo to są te rzeczy, które najbardziej w człowieku wymagają oczyszczenia. A Bóg, jak wiadomo, ma czas. My również — po tamtej stronie nie ma zegarków.
Czasami się śmieję, że moja lista „rzeczy do przepracowania” jest na tyle długa, że ja do tego czyśćca pewnie trafię z walizką na kółkach i notatnikiem. Ale wbrew pozorom daje mi to ogromny spokój. Bo czyściec to tak naprawdę znak, że Bóg się nie poddaje człowiekiem. Że nie mówi: „nie wyszło ci”, tylko „doprowadzę cię do tego, kim miałaś być od początku”. To jest dla mnie właśnie miłosierdzie.
Ale powiem też szczerze: gdyby Bóg powiedział mi dziś „idziemy od razu do Nieba”, to bym się zastanawiała, czy na pewno trafił do właściwej kartoteki. Sama wiem, że mam jeszcze dużo w sobie do poukładania — i w sumie dobrze, że istnieje miejsce, gdzie Bóg może to zrobić z miłością, a nie surowością. Czyściec jest jak korekta tekstu, którą robi redaktor, a nie jak egzamin poprawkowy z groźnym nauczycielem.
I najbardziej lubię myśl, że w czyśćcu nic nie jest stracone. Człowiek już jest uratowany, już jest „po dobrej stronie”, już zmierza do Nieba. Tylko jeszcze musi zrzucić ciężary, które dźwigał latami. I przypomina mi się wtedy piękne słowo z Apokalipsy: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5). Czyli również — mnie.
Dlatego im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że czyściec nie jest czymś, czego trzeba się bać. Jest raczej miejscem, które mówi: „Nie jesteś idealna. Ale jesteś kochana. A Miłość dokończy to, czego nie zdążyłaś dokończyć na ziemi.”
I to mnie uspokaja bardziej niż cokolwiek innego.


