Ostatnio siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty z melisy — tej, co św. Hildegarda uważała za dobrą na rozjaśnienie myśli — i nagle mnie naszło takie pytanie, którego chyba nikt nie chce wypowiadać na głos: „Czy ja w ogóle pójdę do Nieba?” Nie będę kłamać, to nie było pytanie do internetu ani do teologów, raczej takie ciche pytanie do samej siebie i do Boga. Ale że mam naturę analityczną, to zaczęłam to rozkładać na czynniki pierwsze, jakby to była instrukcja robienia bransoletki.
Pierwsza myśl była taka: A co jeśli jest we mnie jeszcze za dużo bałaganu? Za dużo emocji, za dużo wątpliwości, za dużo reakcji, których potem żałuję. I od razu przypomniał mi się fragment z Ewangelii, który właściwie zawsze mnie pociesza: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele” (J 14,2). Czyli może nie jestem kandydatką na ten najpiękniejszy apartament z widokiem na Niebo od razu po śmierci, ale jakiś pokój gościnny jednak tam na mnie czeka. To już coś.
A potem przyszła myśl o czyśćcu. I powiem Wam szczerze — ja się go nie boję. Bo skoro czyściec to miejsce, gdzie Bóg doprowadza człowieka do pełni, to może to nie kara, tylko spa duchowe dla duszy. Niektórym wystarczy tam pewnie pięć minut, innym… no cóż, są tacy, co pewnie będą tam dłużej niż w kolejce w urzędzie, jak próbowałam załatwić dokumenty na kurs prawa jazdy. W moim przypadku podejrzewam, że Pan Bóg może powiedzieć: „Córko, wejdź. Ale najpierw mała detoksykacja z nadmiaru analizowania i przejmowania się wszystkim.” I wiecie co? To by było uczciwe.
Jest też fragment, który zatrzymał mnie na dłużej: „Miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4,8). Jak to przeczytałam, to pomyślałam: jeśli Bóg naprawdę patrzy na intencje, na dobro, które próbujemy robić nawet nieporadnie, na wszystkie te momenty, w których człowiek podnosi się po swoich błędach — to może nie jest tak źle. Może On widzi więcej niż my sami widzimy w sobie. A w sumie to byłaby ulga, bo ja widzę głównie swoje wady.
Po chwili przyszła następna refleksja: przecież Niebo to nie jest nagroda za bycie idealnym. Nie ma „certyfikatu świętości” do wypełnienia, ani testu z moralności, który trzeba zdać na 90%. Jest za to Bóg, który mówi: „Nie lękajcie się” (Mt 14,27). I jeśli On mówi, żeby się nie bać, to może nie powinnam od razu układać czarnych scenariuszy w stylu „czy ja przypadkiem nie zrobiłam o jeden błąd za dużo”.
Więc czy pójdę do Nieba? Tego nie wiem — i żaden człowiek nie ma prawa decydować o tym za kogokolwiek. Ale wiem jedno: jeśli kieruję się miłością, jeśli staram się iść w stronę Boga, nawet krzywo, nawet potykając się o własne emocje, to idę we właściwą stronę. A czy po drodze wstąpię do czyśćcowego spa? To już zostawiam Bogu, bo On ma w tych sprawach najlepszy gust i najlepszy plan.
A Wy — jak myślicie? Czy człowiek, który próbuje, modli się, pyta i szuka, może mieć nadzieję na Niebo? Bo ja coraz częściej myślę, że dla Boga sama ta droga już jest dowodem, że nie idziemy w złym kierunku.