Dzień dobry wszystkim użytkownikom,
W jak największym skrócie postaram się opisać swoją sytuację.
5 lat temu w krótkim czasie zmarła moja mama oraz dziewczyna i przez ten czas byłem sam, nie miałem ochoty nawiązywać bliskich relacji z kobietami.
W lipcu odezwałem się do znajomej, której nie widziałem od jakichś 7lat. Wtedy mieliśmy dobry kontakt, ale ona była jeszcze uczennicą technikum, a ja miałem 26 lat (dzieli nas 9 lat różnicy), więc nie widziałem w niej kandydatki na partnerkę. Wszystko zmieniło się tego lata kiedy do niej napisałem. Codziennie wymienialiśmy wiadomości, ja potem co prawda urwałem kontakt na 3 tygodnie, ale z powrotem się odezwałem i doszło do spotkania, które ona w sumie sama zaproponowała.
Pierwsze spotkanie było u mnie w domu, na spokojnie, grzecznie, aczkolwiek zakończyło się przytulaniem i pocałunkami. Umówiliśmy się, że na kolejny weekend widzimy się w Poznaniu, gdzie ona mieszka (ja mieszkam 60km od Poznania). Powiedziała, że miała mnie nie wpuszczać do mieszkania, a skończyło się tym, że poprosiła bym został u niej na noc i skończyło się stosunkiem. Przez ten czas kiedy ja byłem u siebie, a ona w Poznaniu cały czas do mnie dzwoniła, przed pracą, po pracy, rozmawialiśmy codziennie godzinami by się lepiej jeszcze poznać - z nikim nigdy nie przegadałem tyle przez telefon. Jakieś 2 tygodnie później wyznała, że mnie kocha, odpowiedziałem, że ja ją również. Powiedziała o mnie swoim rodzicom, planowaliśmy wspólnie wyjazdy, święta itp. No i tu powoli zbliżamy się do meritum.
W ubiegłym tygodniu zaproponowała żebym przyjechał do niej już w czwartek, bo ma l4 do końca tygodnia (wcześniej zaproponowała, że ona przyjedzie do mnie, ale choroba wszystko zmieniła). Nie mogliśmy się doczekać aż się zobaczymy, odliczaliśmy dni, potem godziny, potem minuty. W czwartek i piątek było super, czułem, że w końcu to jest kobieta, z którą mogę zacząć wiązać jakieś konkretne plany na przyszłość.
W sobotę pojechaliśmy z jej przyjacielem i jego córką (on ma 40 lat, a córka 18) na zawody, w których brała udział. Gość okazał się kompletnym narcyzem, narzucającym swoją wolę, mówiącym tylko o sobie. W pewnym momencie zwrócił mi uwagę, że moja luba niesie dwie kawy, a ja żadnej, co wynikało z tego, że ja kawy nie piję i dałem jej na chwilę żeby sprawdziła, która kawa jest czyja (sytuacja może wydawać się nieistotna, ale to ważne). Potem na trybunach ostatnie 30min rozmawiała tylko z nim, ale stwierdziłem, że nie robię problemu, bo przecież to jest jej najlepszy przyjaciel, rzadko się widzą więc niech się nagadają, ja mam ją cały czas dla siebie.
Gdy wróciliśmy od razu można było wyczuć jakieś napięcie między nami, dopytywałem, więc w końcu powiedziała, że głupio jej było, że jej przyjaciel zwraca mi uwagę i troszczy się o nią bardziej niż jej własny chłopak. Byłem w kompletnym szoku, że z tak błachej sytuacji robi taki problem, tym bardziej, że troszczę się o nią cały czas, cisnę ją kiedy nie chce jej się przygotować do pracy, uczę się razem z nią na uczelnię, jadę do niej kiedy jest chora żeby się nie zaopiekować, a na koniec słyszę coś takiego.
Dodatkowo powiedziała, że czuła wyrzuty sumienia, że rozmawia z nim, a ja siedzę obok sam, ale powiedziałem, że prawda, było mi trochę przykro, ale to jej przyjaciel i nie będę robił jej problemów przez taką błachostkę. Ponadto stwierdziła, że żartowałem sobie z niej kiedy byliśmy na zakupach, a ona chce się czuć jak moja dziewczyna (powiedziałem przy serach, którego szukaliśmy do carbonary, cytując "kochanie, ja po ten ser to nawet do Włoch dla Ciebie polecę" , albo żartobliwie "więcej z Tobą na zakupy nie idę" - czy to takie straszne żarty przez które mogła czuć się zawstydzona wśród ludzi?)
Porozmawialiśmy jednak, sytuacja wydawała się zażegnana, zakończyło się wszystko seksem na zgodę.
W niedzielę wstałem w super humorze, lecz gdy tylko ona wstała miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Aż mi się odechciało, pojechaliśmy na spacer do parku, potem do miasta. Przez cały czas byłem trochę obojętny (wynikało to z jej wcześniejszego zachowania, odnosiłem wrażenie, że jest napięcie między nami). Cały dzień w środku chciało mi się płakać, że jak to, w czwartek byłem taki szczęśliwy, a teraz pół dnia myślę czy nie jechać do domu. Wróciliśmy do niej, powiedziałem w końcu otwarcie, że jest jakaś spina między nami. Ona najpierw powiedziała, że nic takiego nie czuła, po czym stwierdziła, że od rana ma wrażenie, że zepsuła mi humor tym, że się obudziła. W końcu powiedziała to o czym myślałem przez pół dnia, że może lepiej będzie jak pojadę do domu i na spokojnie sobie wszystko przemyślimy. Zgodziłem się.
Chciałem dać jej przestrzeń i postanowiłem, że nie będę się odzywał przez kilka dni. W międzyczasie przemyślałem co zrobiłem źle tego dnia i stwierdziłem, że ta chwila rozłąki dobrze nam zrobi, przemyślałem co robiłem źle i postanowiłem nie odpuszczać, bo to jest kobieta, na której mi zależy i warto powalczyć o tą miłość. Nie zdążyłem się położyć spać, a ona już się odezwała z pytaniem czy wszystko w porządku, odpisałem, że tak i ta sytuacja nic nie zmieniło jeśli chodzi o moje uczucia do niej. Ona coś zaczęła kręcić, że to tak szybko nie mija, ale ona nie wie jeszcze czy kiedykolwiek będzie dobrze. Odpowiedziałem jej, że związek to nie tylko wzloty, ale też upadki i jeśli ludzie naprawdę się kochają to warto walczyć i się nie poddawać, ona na to że się nie poddaje tylko słucha swoich uczuć i coraz bardziej jej podpowiadają, że to nie to. Na koniec napisała, że musi najpierw sama się odnaleźć, wrócić do zdrowej rutyny, zaangażować się w terapię i chyba nie potrafi zbudować zdrowego związku. Nie miałem już siły tego dnia i odpisałem "ok rozumiem", ona na to "przepraszam" i na tym skończyła się rozmowa, nic nie odpisałem.
Od niedzieli wieczór nie kontaktowaliśmy się ze sobą (stwierdziłem, że nie ma sensu bombardować jej wiadomościami czy telefonami).
Teraz moje pytanie brzmi czy warto jeszcze próbować coś zdziałać/naprawić czy lepiej odpuścić i dać sobie spokój? Nie rozumiem jej, ponieważ to ona ciągle inicjowała kontakt, dzwoniła do mnie w drodze do pracy, z pracy, aż do wieczora rozmawialiśmy, kilka godzin dziennie, jeszcze nigdy z nikim tyle nie rozmawiałem przez telefon. Mieliśmy podobne spojrzenie na codziennie sprawy jak również te poważne życiowe w stylu dom, rodzina, nasza wspólna przyszłość, gdzie to pojedziemy razem. Wielokrotnie wyznawała mi miłość, nawet w piątek stwierdziła, że pierwszy raz to ja pierwszy powiedziałem, że ją kocham, a nie na odwrót. Jeszcze sobotniego wieczoru mówiła jak to bardzo mnie kocha, dziękowała, że nie pojechałem i żebym tak więcej nie robił.
Dodam na koniec, że ona cierpi na schizofrenię paranoidalną, w dodatku kiedyś miała problem z narkotykami, poszła na terapię, mitingi i od ponad 3 lat jest czysta. Nie wiem czy to ta choroba powoduje, że dziewczyna tak szybko odpuszcza i nie wierzy w siebie (chodzi i o pracę i o uczelnię i też o nasz związek). Cały czas chodziła do psychiatry na terapię, niedawno zrezygnowała i zamierza iść na inną dla dzieci z rozbitych rodzin (jej rodzice rozwiedli się gdy miała 6 lat). Mam wrażenie, że dziewczyna do końca życia będzie wszystko rozkminiać, analizować i tylko chodzić na różne terapie, zamiast nie bać się i zacząć normalnie żyć.
Czekam na Wasze opinie i porady.
Pozdrawiam serdecznie!