Piszę ten post, bo jestem już po prostu zmęczona.
Mamy z partnerem taką sytuację:
-mieszkanie na kredyt z dużym wkładem własnym, więc dosyć niską ratą
- mieszkanie już urządzone, wykończone, zostały co najwyżej jakieś drobnostki typu kinkiety w jednym pokoju trzeba kupić albo ekspres do kawy
- moje zarobki powyżej 15k, jego 5k
- brak innych kredytów, długów, zobowiązań, wszyscy zdrowi
Przez kupę lat nie jeździłam na wakacje, bo "trzeba zbierać na mieszkanie". Raz byliśmy na 3 dni nad polskim morzem. Wytrzymałam. Teraz jest mieszkanie, to słyszę, że nie możemy jechać, bo "jeszcze trzeba kupić rzeczy" i "trzeba nadpłacać kredyt". Nie jestem zadowolona z wielu przyczyn. Po pierwsze uważam, ze odpoczynek mi się po tylu latach po prostu należy. Po drugie zadaje sobie pytanie: super oszczędności, odpowiedzialność, ciułanie... a kiedy będę żyć? I niestety mój partner nawet nie chce słyszeć o oglądaniu ofert, bo nie i juz. Bo trzeba oszczędzać, bo nie mamy teraz oszczędności dużych, bo poszły na wkład własny. Tylko ja to wszystko rozumiem! I nie chce wydać 30k na zwiedzanie świata. Chce pojechać na tydzień do Grecji, do normalnego hotelu. Mam mnóstwo znajomych, którzy zarabiają duzo mniej od nas i dla nich to nie jest problem wyjechać. Ba, moja przyjaciółka kupiła mieszkanie, wykończyła bez mebli, spala na samym materacu, na suficie żarówka zamiast żyrandola bo jeszcze nie kupili, a mimo to pojechali sobie do Hiszpanii i spędzili fajnie czas. I maja wspomnienia. A ja mam ramę łóżka, żyrandol, wszystkie meble i podróż palcem po mapie. Chciałam się wyżalić. Chyba mamy po prostu tak odmienny sposób patrzenia na świat i zawsze tak będzie...
A czemu nie pojadę sama/z koleżanka? Bo nie chce sama, a moje koleżanki jeżdżą z partnerami. Juz raz tak pojechałam na kilkudniowy wyjazd w góry ze znajomymi każdy z partnerem/partnerką i czułam się jak piąte kolo u wozu.