Drodzy,
zacznę dość nietypowo. W moim życiu trochę tych związków się przewaliło. Bywały krótkie, jak i bywały długie. Bywały wielkie miłości, jak i przelotne romanse, wszystkie łączyła natomiast jedna wspólna cecha - kończyły się niczym zdmuchnięty płomień świecy na wietrze, co to płonie niby nie przerwanie, aż nagle *świst* i pozostaje jeszcze przez chwile żarzący się knot, później już tylko ciemność.
Co do mnie, to obecnie pozostaję w udanym związku, raz jest lepiej, raz gorzej, mamy swoje wzloty i upadki, często się śmiejemy, a jeszcze częściej kłócimy. Można by rzec, taki standardzik. Czy to ta ostatnia miłość? Kiedyś bym powiedział, że bez wachania tak, obecnie jednak, z bagażem swoich doświadczeń, nie jestem już tego taki pewien, by nie stwierdzić, że czasem sam siebie muszę przekonywać, że warto ten związek pielęgnować, bo przecież ideałów nie ma.
I tak rozmyślając, grzebiąc w pamięci w materii związków, relacji, które w swoim życiu przebyłem, doszedłem do wniosku - najlepiej mi było z moją pierwszą miłością (tutaj nie mylić z pierwszą dziewczyną, bo pierwszy raz w związku byłem w wieku 13 lat, a pierwszy raz się zakochałem w wieku 25 lat). Wszystko było takie, jak trzeba. Czyli pogmatwane, poskręcane, niezrozumiałe... i nad wyraz orzeźwiające. Potrafiliśmy całe noce się kochać, rozmawiać, pić wino i śmiać z takich głupot, że ktoś obcy by pomyślał - no debile. W tym miejscu koniecznym jest wskazać, że ja doskonale znam schemat pułapek myśleniowych i ludzkiej psychiki, nie jest mi obce idealizowanie partnera/partnerki po rozpadzie związku, zdaję sobie sprawę z tego, iż z czasem negatywne wspomnienia się spłycają, a pozostają te szczęśliwe. Wiem, co to haj hormonalny, tzw. różowe okulary, które przecież muszą po czasie spaść. Wszystko to rozumiem. I przede wszystkim, ja doskonale pamiętam nasze kłótnie, potrafiliśmy się sprzeczać godzinami o byle gówno, drzeć koty i wydzierać na siebie. Było dużo płaczu, emocji, robienia sobie przykrości, zazdrości i... rzucaliśmy się sobie w ramiona po wszystkim. Tarcie, jak u zwierząt. Nie mowa tylko o seksie, ale o czułych słówkach, tuleniu sie do siebie, leżąc złączeni ciałami czuliśmy, że jesteśmy jednością. Jednym ciałem, jedną duszą. Jedno spojrzenie po kłótni na siebie, "to" spojrzenie, i tak ogromne jebnięcie dopaminy w mózg, że świat się kończy.
Niestety, z czasem to wszystko pierdolnęło. Z jakiego powodu, to ciężko stwierdzić, chyba takie jest życie po prostu, jak mawiał poeta "nic nie trwa wiecznie, niebezpieczenie, jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie". Skończyło się coś, ale i coś się zaczęło. Coś nowego. Jeden raz, potem drugi, potem piąty. Za każdym razem jak się kończyło, to żałoba, przynajmniej pół roku, nie pchanie się zbyt pochopne w drugi związek, żeby nie przenosić schematów, żeby nie robić "plasterka" z drugiego człowieka.
Te nowe związki, były raz lepsze, raz gorsze, potrafiły być nudne jak flaki z olejem, albo tak ekscytujące, że dech w piersiach zapierały - abstrahując od powyższego, nawet się nie zbliżyły do tej pierwszej miłości, z której chyba już nigdy się nie wyleczę, chociaz było to laaaata temu.
Mając na uwadze powyższe, chciałem zatem spytać Was o zdanie, jak to jest - panowie i dziewczyny w Waszych przypadkach. Mimo pozostawania w związku z partnerami/partnerkami, których z pewnością darzycie uczuciem/kochacie, czy zdarza Wam się wracać do pierwszej miłości z zagwostką "ciekawe co u niego/niej, gdyż z tym obecnym/obecną już nie czuję tego w taki sposób". Jednym zdaniem - pierwsza miłość nie rdzewieje?
Tak to już w życiu bywa, że pierwsza miłość (nie związek, a miłość) niestety zwykle nie wychodzi, jest szczenięca i niedojrzała. Druga natomaist zwykle jest już bardziej pragmatyczna, oparta o jakieś procesy logiczno-myśleniowe, ale (przynajmniej w moim odczuciu) jest pozbawiona tego czegoś, tego szaleństwa i niedojrzałości. W moim przypadku, mimo upływu lat, wciąż do pierwszej miłości wracam myślami, choć jest to już od dawna temat zamknięty i pozostaje wyłącznie w sferze rozważań domniemanych "co by było, gdyby było".