Dwuletni już-nie-związek po przejściach. Miesiąc temu na światło dzienne wyszła zdrada, romans trwający około 4 miesięcy, kilka spotkań, ta druga uprzejmie doniosła, wysłała screeny rozmów. Szybko zareagowałam, zerwałam. On nie chce rozstania, upiera się, że mnie kocha, nie jest w stanie powiedzieć dlaczego zdradził, skłania się ku temu że nie radził sobie z jednoczesnymi problemami finansowymi i w związku. Podejrzewałam go o zdradę w związku z pogorszeniem w relacji, wypierał się wówczas i zapewniał, że problemy wynikają z jego braku czasu gdyż musi się poświęcać pracy. Wyszło co wyszło, mimo że reszta problemów pozostaje faktem. Widziałam go raz krotko po tym, był zdruzgotany jak jasna cholera, kazałam mu iść na terapię z samym sobą - poszedł. Prosi o szansę na naprawienie wszystkiego, wspólną terapię, przyznaje się do błędu i chce ponieść konsekwencje, ale prosi żebym nie odchodziła tylko zawalczyła z nim jeszcze ten jeden raz. Obiecuje przenieść się do tego samego miasta, pozostać na terapii i dodatkowo podjąć się drugiej terapii dla związku. Waham się, z jednej strony to facet o wielu dobrych cechach z którym prawdopodobnie nie rozstała bym się, mimo kryzysu, gdyby nie ta zdrada, a z drugiej, wiadomo, boję się, że teraz obieca mi wszystko a później wrócimy do problemów a ja będę żyła oglądając się przez ramię. Nadal, choć moje uczucia są bardzo przygaszone, jest dla mnie ważny.
Kobietki i Panowie, jeśli tacy też tu są, co myślicie? Byliście w podobnej sytuacji? Skąd wiedzieliście, że warto próbować? Jak to się skończyło? Podzielcie się i podpowiedzcie