Jestem z moim chłopakiem 5 miesięcy, który jest starszy ode mnie o 7 lat. Znaliśmy się przed związkiem pół roku, pracował w miejscu, w którym spędzałam dużo czasu ze znajomymi.
Początek naszego związku był super, wiadomo jak to zawsze na początkach. Dużo wspólnych tematów, śmiania się, nie obiecywał mi też, że będzie dla mnie góry przenosił ani nie był sztucznym romantykiem. Dawało mi to małą nadzieję na to, że w końcu mam szansę być z kimś kto nie będzie mnie krzywdził. Moje przyjaciółki szczególnie były szczęśliwe, bo w porównaniu do mojego poprzedniego toksycznego związku ten wydawał się byc zdrowy.
Problem polega na tym, że jakoś miesiąc po wejściu w nasz związek powróciły mi silne stany depresyjne.
I wszystko było okej póki moja dusza towarzyska nie zaczęła wygasać. Powoli wracały mi ataki paniki, potrafiłam całe dni spędzać w łóżku patrząc w sufit.
Mój chłopak jest mega ekstrawertykiem, milion znajomych, łatwy do lubienia, nie do końca rozumiał dlaczego nagle zaczynalam bać się poznawać jego znajomych.
Szczególnie muszę zwrócić uwagę na pewną sytuację, kiedy jego kumpele przyjechały do niego z innego miasta na kilka dni. Postanowił więc zabrać je do swoich rodziców, ale zabrać również mnie. Rozmawiałam z nim o tym, że nie jestem w stanie, fatalnie czuje się psychicznie, plus poznawanie jego rodziców? Dla mnie to wszystko działo się bardzo szybko i nie było czymś czego potrzebowałam. I okej, niby zrozumiał. Ale w dniu kiedy te dziewczyny przyjechały zadzwonił do mnie, że hej podjadę do ciebie to przynajmniej je poznasz. Zgodziłam się, bo kilka minut dam radę przeżyć i miałam super wymówkę, bo 2 dni później miałam kolokwium. Ale jak wsiadłam do samochodu tak pojechał prosto do swoich rodziców. Dowiedziałam się jak już wyjechaliśmy z miasta.
Chyba nie musze mówić jak bardzo byłam zła, ale jednocześnie rozwalona emocjonalnie, nie byłam w stanie nic powiedzieć, bo nie chciałam robić dramy przy jego znajomych.
Przez cały weekend się do mnie nie odzywał, bo widział, że jestem zła, nawet przy stole jak pili alkohol z jego rodzicami nie siadł przy mnie. Zostałam pozostawiona sama sobie i absolutnie nikt nie starał się ze mną nawet rozmowy zacząć. Zrobiłam tak fatalne wrażenie... Potem jak wróciliśmy to ochrzaniłam go, prowadziłam monolog wewnętrzny, że jak mógł mi to zrobić, nic absolutnie nie odpowiedział. Dopiero jak wymusilam od niego jakieś słowo przepraszam to przeprosił i powiedział, że on nie jest najlepszy w rozmawianiu o emocjach.
Potem było kilka tygodni, że było spoko.
Tylko, że mój stan psychiczny zaczął się pogarszać i byłam świadoma, że oddziałuje na nasz związek negatywnie. Postanowiłam więc pójść do psychologa. Zero wsparcia od niego. Poszłam do psychiatry, dostałam antydepresanty. Zero wsparcia od niego. Jakoś po tygodniu brania leków z milionem efektów ubocznych, pijany zrobił mi dramę przy jego znajomych, że nie chcę się niby z nim spotykać ani poznawać jeg znajomych, że jestem chłodna, itp. Wyszła z tego awantura, w tym jego przyjaciółka wzięła mnie na słowo, że ona go zna dłużej i ona wie, że beznadziejnie potrafi sie zachowywac i jakieś bzdury, tym bardziej mnie to wkurzyło. Prawie z nim zerwałam, ale później mnie przepraszał i powiedział, że on nigdy nie musiał być dla nikogo w takim stanie jak mój oparciem.
Tu muszę powiedzieć, że ja to rozumiem. Gdy się poznawaliśmy i gdy zaczynalismy byc razem byłam kompletnie inną osobą. Dla niego taka zmiana też jest trudna.
Później znowu było spoko, ale przestał mi mówić o swoich decyzjach jak np. rzucenie pracy, o czym dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, której powiedział w ciągu ich jedynie 5-minutowej rozmowy. W sumie nie rozmawiał ze mną na żaden temat, spędzaliśmy tylko razem czas.
Musiałam rzucić antydepresanty, ale on nawet się nie przejął. Nie zachęcał mnie do wrócenia na terapie i ani razu nie zapytał jak się czuję, co mnie rani.
Trochę traktuje mnie jak pupilka, do którego po ciężkim dniu może wrócić i wyprzytulać, o czym często żartowałam.
Myślę o naszym rozstaniu, czuję coś do niego on do mnie też. Staram się rozmawiać o naszych problemach, ale on odbiera to jako zarzuty w jego stronę [nie wiem czy pytanie "czy jest coś w naszej relacji co chciałbyś poprawić" może być odebrane jako atak w jego osobę]. Mam też wiele natrętnych lękliwych myśli co czasami wyolbrzymia pewne rzeczy w mojej głowie [w tym poście zachowałam równowagę w tej kwestii]. Jego znajomi też mnie nie lubią, bo już kilka razy się "ośmieszyłam" przy nich np. mając ataki paniki... On mówi, że mam się nie przejmować co oni myślą, ale to trudne kiedy oczekuje, że będę z nimi spędzać czas.
Nie wiem czy oczekuje rady, możliwe, że tylko czuję potrzebę wygadania. Chociaż może znajdzie się ktoś kto był w świeżym związku i mierzył się z depresją, jak to u was wyglądało.
Czuję coś do niego i boję się, że nasze rozstanie by mnie rozsypało na kawałki, chociaż mam wrażenie, że ten związek też źle na mnie wpływa. On też mnie fatalnie nie traktuje tylko nie potrafi być dla mnie wsparciem emocjonalnym, plus ta komunikacja leży.
Dodam, że był w kilku stałych związkach, o których mi nie opowiadał, ale jego ostatnia była zostawiła go po kilku latach dla innego faceta.
Mam świadomość, że jest Piotrusiem Panem trochę, nie wiem czy to mi przeszkadza. Chociaż gdy powiedział, że nie myśli o przyszłości w ogóle to wyszłam do niego z pretensjami, bo ja jestem osobą planującą, szczególnie, że to mój ostatni rok studiów.