Jestem z facetem 2,5 roku w zwiazku. Ostatni rok to ciągle klotnie, ale nie takie zwyczajne, on rzuca talerzami, tłucze szklanki, popycha mnie i strasznie wyzywa, a ja zaczęłam wyzywać jego. On mi to ciągle wypomina, mówi że gdybym kochala nie obrazalabym jego aż tak, a ja czuje że robię źle. Czuje straszne poczucie winy, że odzywam się do niego dosłownie jak w jakimś domu patologicznym. Nie przebieram w słowach.
Przez pierwszy rok gdy się obrażał nie reagowalam na to. Mowilam spokojnym tonem, starałam się go uspokoić. W końcu nie wytrzymałam i sama wybuchłam.
W złości zabierał poduszkę i szedł spać do salonu. Gdy się klocilismy nie obrazalam jego, starałam się go bardziej uspokoić, ale on i tak nie odzywał się do mnie. Wyglądało to tak, że zrobił coś, ja chciałam z nim o tym pogadać, albo było mi przykro, więc on od razu się do mnie rzucał: o co mi chodzi?! Nie było normalnej rozmowy, tylko jego krzyk, mimo ze to on coś zrobił. Więc mówiłam mu, ze to ja mogę się tak zachowywać jak on, bo to on coś nawywijal. W zamian za to on nie odzywał się do mnie, tak jakbym nie mogła zwrócić mu uwagi, że zrobił coś co mnie zabolało.
I tak początkowo obrażał się "tylko" w co niektóre weekendy, foch trwał 2 dni, teraz doszło do fochow trwających 2/3 tyg. Początkowo zawsze starałam się go uspokoić więc gadalam i gadałam prosiłam by wrocil do mnie do sypialni, on w zamian za moje gadanie bo jak twierdził to go wkurza najmocniej wypychal mnie z pokoju i zamykał drzwi. Później doszło do tego, że mnie wyklinal, ja zaczęłam wyklinac jego. Mowilam mu, że nie czuje się jak w związku, a jak z kolegą.
On jest raczej chłodny z natury, nie okazuje uczuć, nie lubi mówić komplementów itp, powiedzialam mu ok, nie czujesz potrzeby być miłym ok, ale nie bądź nie miły za to.
Stał się bardzo impulsywny, nie śpi że mną już 2 tydzień, a ja już nie wytrzymuje, zablokowal mnie w telefonie, jest obrażony. Chodzę i płaszcze się przed nim, przepraszam go sama nie wiem za co. Proszę by wrocil do sypialni spać, by ze mną rozmawiał normalnie. Cisza...I ja już z nerwów płacze, proszę go, aż w końcu nie wytrzymuje i zaczynam przeklinac. On jakby na to czeka. Ostatnio cały dzień rozmawiał ze mną normlanie, smialismy się, ja już nie poruszałam tematu klotni, a na noc on i tak poszedł spać do salonu, byłam zdziwiona mówię do niego czemu to robi, on znowu cisza. Ja znowu w złość.
Cokolwiek on nie zrobi złego, na koniec zawsze to ja go przepraszam i proszę by nie odchodził. Zależy mi na nim strasznie.
Tak go chyba nauczyłam, że za każdym razem gdy on zrobił coś od czego sam wszczynal klotnie, strzelał focha, groził mi rozstaniem, a mi zależało na nim tak bardzo że sama prosiłam go o spokój. W zamian za to on się nie odzywał. W końcu ja wybucham wyzywam go od najgorszych, on mnie też, potrafi mnie popchnac, szarpać za włosy! I gdy emocje u mnie opadaja to ja znowu przepraszam, a on wtedy siedzi zadowolony i słucha. I to ja go przepraszam, ja proszę o to by był już spokój. I to co zrobił, co było przyczyną sprzeczki nagle znika, on przez 2 tyg wypomina mi to że ja na niego krzyczałam, jak go wyzywalam, Mimo ze on wyzywal mnie. I tak po 2 tyg nie ma już tematu o co była sprzeczka, a jest temat tego, że ja w nerwach na niego krzyczę, bo on nie chce rozmawiać i śpi obrażony w drugim pokoju.
Cały czas słyszę, że gdybym go kochala to bym to nie obrazala, ale we mnie siedzi to jak on się do mnie odzywał. Mówi że denerwuje go to, że po sprzeczne nie daje mu spokoju, tylko chce od razu złagodzić spór i gadam za duzo. To prawda, zawsze chce szybko się pogodzić, dlatego gadam. Też mam zacząć strzelać fochy?
Dałam się wciagnac w jakaś chora grę. Jak z niej wyjść?