Witam wszystkich...
W czym problem?
A więc...
Spotykam się od prawie 6lat z jedną kobietą.
Właściwie od początku był problem tego typu, że wiecznie była agresywna, beznadziejnie nastawiona do wszystkiego...
Mieliśmy swoje wzloty i upadki ( przeważnie przezemnie )..
Próbowałem ją zostawić jakieś 2lata temu, niestety doszło do próby samobójczej i serce mi pękło, poddałem się i wróciłem.....
Ona choruje na psychoze maniakalno-depresyjną, próbowałem ją przekonać 100razy, żeby zaczęła się leczyć...
Przez nią straciłem wszystkich znajomych, a nowych nie mam zamiaru nawet poznać bo kiedy nie pasuje jej, że ktoś coś powiedział automatycznie robi się agresywna, zaczyna wyzywać wszystkich w około..
Doszło z czasem niestety do takiego stopnia, że straciłem kontakty z rodziną, przez jakiś rok czasu miałem problem z narkotykami, ona o niczym nie wiedziała, w końcu kiedy chciałem z tym skończyć powiedziałem jej, że mam taki problem a nie inny, zamiast mnie wesprzeć oczywiście kończyło się awantura...
w związku nie mam nic do powiedzenia, wszystko to wiecznie moja wina, nigdy jej..
Ja zarabiam, nie małe pieniądze z resztą (około 8tys zł miesiecznie), dbam o nią jak mogę, kupiłem dom.. Ona oczywiście jak zrobi coś w domu to jest święto, proste sprawy tego typu, że leży ścierka, widziała ją 100razy ale nie podniesie, gdy ja przejdę koło niej obojętnie jest awantura, że przecież widziałem, że leży na ziemi i jestem leniem..
Wieczne wyzwiska w moją stronę to nic nowego, kilku znajomych (z którymi z resztą zerwałem kontakt, bo było mi wstyd się z nimi spotykać, albo sami zwracali uwagę, że jesli bede sam to nie ma problemu) zwróciło mi uwagę że ona nie ma względem mnie w ogóle szacunku... Nie mam zadnego fejsbuka ani nic z innych rzeczy no bo przecież pewnie będę pisać z ludźmi a po co mam to robić... Ze wszystkim problem...
Kiedy wracam po całym dniu do domu, ona zapyta czy pojedziemy do sklepu na zakupy a ja odpowiem NIE, znów awantura, że i tak nie mam nic lepszego do roboty...
Szczerze mówiąc, czuję się jak więzień we własnym domu...
Nie moge nigdzie wyjsć, bo albo zamęczy mnie telefonami, albo wygraża się, że nie będę miał do czego wracać...
Przez ostatnie pół roku wmawiała mi, że jestem psychicznie chory, sam zacząłem się nad tym zastanawiać...
Ale doszło znów do sytuacji, że ona była pod wpływem alkoholu, ja miałem rano jechać do pracy a ona taranowała mi drogę do samochodu, ewentualnie kładła się przed autem..
Nie wytrzymałem zadzwoniłem po karetke, żeby ją gdzieś zabrali (chciałem jej pomóc... )
Pani która weszła ją zabrać, sama zwróciła uwagę, ze poki ja zabierają, powinienem się spakować i uciekać od niej jak najdalej, bo zniszczy mi życie..
Kiedyś byłem zawsze uśmiechnięty, dusza towarzystwa..
Na dzień dzisiejszy nawet mi się nie chce z nikim rozmawiać, bo wiem, że z tej znajomości nic nie będzie.
Wszystko właściwie zależy w jakim ona jest nastroju, czasem jest tak kochana, że wszystkie złosci mi przechodzą i pragne tylko jej...
Ale nie raz, już myślałem jak to zrobić, żeby się rozstać w godności, bez wyzwisk, zdrad... Przecież łączy nas tak dużo, po co mamy gadać sobie później za plecami..
Alkoholu nie piję od roku, bo tylko jak wypiłem potrafiłem powiedzieć co tak naprawdę myślę, oczywiście jej to przeszkadzało..
Myślałem, że tak już po prostu ma wyglądać moje życie...
ale....
Jakiś czas temu, poznałem pewną dziewczynę, jakos wyszło, że rozmawiamy, nie nastawiam się na nic.. Ale widzę, że kobieta może być normalna, mogę się przy niej śmiać, ma normalne zycie, pracuje, robi coś ze sobą...
I właściwie to jest chyba moją motywacja, zeby odejść...
Wiem, że sobię poradzę bez niej...
Bardziej martwię się o nią, nie chciałbym żeby coś sobie zrobiła.
Ale też nie chce być z nią z litości..
Wczoraj po spotkaniu z koleżanką o której wcześniej pisałem, wróciłem do domu i nie wiem od jak dawna , byłem po prostu nie miły, jej groźby na nic się nie zdawały, zagroziła, że się wyprowadzi, powiedziałem, że śmiało..
Ale boję się ze ona znów weźmie mnie na płacz łzy i pęknę..
Zaluje, że nie skonczylem tego juz dawno temu, zaluje, ze w ogole ja poznałem, bo właśnie wtedy moje normalne zycie sie skończyło..
Wystarczy, ze wyjde z domu na pół godziny, a dostaje takie obelgi w moją strone, ze z placzem wracam do domu...
Pieniadze ktore zarabiam tez wydaje na lewo i prawo, mowi mi na co mamy to wydać, musze chować pieniadze zeby miec na wlasne przyjemnosci...
Rozmowy na nic się nie zdają, z nią nie ma rozmowy, kiedy zaczne mówić o tym jak się czuję, obraca kota ogonem i wychodzi na to ze ja wszystko robię źlę, że to ja jej zniszczyłem zdrowie i psychike.. I teraz powinienem ja się z tym męczyć.
Kiedyś była sytuacja, że ją zdradziłem, spakowała się..
Ale jak już miała wszystkie rzeczy na dole, stała zapłakana, bezbronna, przeprosiłem i jakoś to naprawiłem...
Czuję się jakbym miał małe dziecko w domu a nie kobiete..
Nie mam ochoty spedzac z nia czasu, nie mam ochoty wracac do domu, nie tesknie, Wiecznie chodze zły, zdenerwowany. Rodzice nie raz mi powtarzali, ze nie powinienem z nią być, ze stac mnie na duzo wiecej.
Nie mam pojecia tylko jak odejsc, jest mi z tym bardzo cięzko, ale chce zmienić swoje zycie i byc szczesliwy, sam czy z kim innym..
Moze jest tu ktos kto przeszedl przez taka sytuacje i sobie z tym poradził..
Dodam, że chciałbym odejsć z klasą, bez kłótni, przeciez moglibysmy kiedys normalnie rozmawiac...
sytuacja jest na tyle ciezka, ze mieszkamy w jednym domu, a ciezko mi powiedziec zeby sie spakowała i wyszła, wiem ze nie ma dokąd pójść (mama za granicą, brak innej rodziny, z resztą dlatego ze z kazdym jest poklocona)
Do tego mamy psa, kocham go po uszy, wiem ze jak odejdzie nie ma innej opcji jak taka zeby zabrala psa, ale z tym juz sie chyba jakos pogodzę..
zawodowo tez nie moge sie rozwijac, bo jesli chcialbym gdzies wyjechac to tylko slysze ze nie bede mial do czego wrocic...
uwazam ze nie jest warta moich zmartwien i nerwow...
Ostatnio rozmawialimy o tym czego się boimy, prawda jest taka ze ja boje się własnie jej..
Prosiłbym o jakieś wasze przezycia zyciowe, moze jakies rady, mam juz powoli dosc tego co sie dzieje w moim zyciu, a nie chce rzucac obrazliwych słow w jej strone tylko po to zeby w koncu odeszla..
Pozdrawiam..