W skrócie:
Rozstaliśmy się 2 tygodnie temu ze słowami "kocham Cię, nie jestem pewny/pewna tej decyzji". Takie słowa usłyszałam od niego i tak z mojej strony jest w istocie. Nie będę się rozwodzić nad przyczynami. Napiszę, że kiedy ja miałam chwilę zwątpienia, poprosił, żebym tego nie skreślała. "jesteśmy zbyt fajni, żeby to zaprzepaścić". Tak mi powiedział i sądzę, że miał rację, byłam szczęśliwa, że mnie przy sobie zatrzymał. Tym razem mieliśmy trochę kłopotu w życiu poza związkiem, do tego sami się jakoś pokłóciliśmy i stało się. Więc w zeszłym tygodniu (około tydzień od rozstania), ja wyciągnęłam rękę i parafrazując jego słowa, poprosiłam, żeby tym razem on nas jeszcze nie skreślał.
Umówił się ze mną na spotkanie w tym tygodniu, ale ponieważ ma sporo pracy (bardzo często siedział w firmie po nocach, a ja mu czasami dowoziłam "prowiant" i towarzyszyłam po godzinach, sam mnie zapraszał, więc zdrada nie wchodzi raczej w grę), przełożył spotkanie na przyszły tydzień. Żeby mieć pewność, zapytałam, czy mnie tylko tak zbywa, czy rzeczywiście nie może. Powiedziałam, że nie chcę przekraczać granicy między inicjatywą a narzucaniem się. Stwierdził, że żadnej granicy nie przekraczam i że mógłby spotkać się na maks pół godziny, ale on tak nie chce, woli mieć więcej czasu. I stąd przyszły tydzień. Kiedy spytałam go jak się zapatruje na to nieskreślanie, czy to spotkanie będzie pożegnaniem, czy rozmową, powiedział, że... nie wie.
Okej, w porządku, czekam, rozumiem - musi sobie na spokojnie przemyśleć a nawał pracy mu to uniemożliwia - doceniam, że nie chce tego załatwiać na odczepne. Bardzo pięknie z jego strony. Ale od ostatniej rozmowy telefonicznej w środę rano (ja zadzwoniłam), z jego strony jest kompletna cisza. Nawet nie wysłał głupiego smsa z pytaniem, co u mnie. Właściwie od 2 tygodni odzywaliśmy się do siebie ze 3 razy i za każdym razem to z mojej inicjatywy.
Biję się z myślami, czy ta cisza wieszczy definitywny koniec i czy nie nastawiać się na nic przyjemnego podczas tego spotkania...