Witam. W zasadzie to chciałabym pojąć taki jeden temat. Nie wiedzialam jak to nazwać więc jest jak jest. Temat nie dotyczy mnie bezpośrednio. W zasadzie znajomego z którym czasem rozmawiam. Od razu wyjaśniam że znam tylko jego wersję zdarzeń. Otóż od dłuższego czasu w małżeństwie jest tragedia. Mieszka w osobnym pokoju. W domu ciągle awantury. O błahostki. Mają córeczkę. Kiedy mi opowiedzial o sytuacji w domu. Trudno było mi w to uwierzyć. Bo która wyksztalcona kobieta awanturuje się ze łyżka leży na stole. Kolega robi zakupy, odbiera córkę ze szkoły, jeździ z nią na zajęcia dodatkowe. Jednak coś mi nie daje spokoju w tej jego wersji. N amawialam go na terapię malzenska. Podobno kiedyś chodzili Ale on zrezygnował. Nie wiem dlaczego. Dziś już iść nie chce. Ciągle narzeka jak mu w tym małżeństwie źle , jaka zona jest potworna awanturnica itd. P oradzilam mu żeby porozmawial z nią, spróbowali się dogadać. Jak się uda beda dalej rodzina A jak nie przynajmniej będzie wiedział ze próbował. Ale w zasadzie skonczylo się na tym ze do rozmów nie doszło bo ona się znowu awanturowala to jemu się już nie chce. Z drugiej strony trzyma się jej jakby bez niej oddychać się nie dało. I tego właśnie nie rozumiem. Bo skoro faktycznie jest taka gehenna jaka przedstawia to po co z nią jest? Takie życie to koszmar. Podobno mówi mu że jest dla niej obcym człowiekiem. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego Ale chyba jakaś przyczyna musi być. Teraz jest na etapie: jest mi wszystko jedno, będzie co ma być. Tylko skoro tak mu zależy na tej żonie to po co sylwestra spędził w gronie znajomych w innym mieście zostawiając ja sama w domu. Chciałabym zrozumieć tak tryb postępowania. I po co mi opowiada jakie on ma ciężkie życie skoro nic z tym nie robi.
Może chciałby, żebyś go "pocieszyła" ? Znałem kiedyś jednego gościa, który wręcz do perfekcji opanował podrywanie na "litość".
Być może masz racje ale sytuacja jest jasna. Ja jestem w związku i nie w głowie mi żadne przygody. Pryznam szczerze ze kiedyś lubiłam z nim rozmawiać. Ma fajne poczucie humoru , zdolność opowiadania ciekawych historii. Ja już to nawet nie pytam co u niego. Ale na zakończenie rozmowy mówię miłego dnia i jak już widzę w Odowiedzi "obojetni" to aż mnie trzepie. Bo albo facet jest jakaś dupa niemiloscierna wedle zasady jak mnie stworzyłeś tak mnie masz. Co mi kompletnie do niego nie pasuje. Albo coś ukrywa. Nie chce aż tak zagłębiać się w jego sprawy bo to nie mój interes. Ale mój zakres dobrych rad się już wyczerpał i mam ochotę nim tak porządnie wstrząsnąć żeby nie sperdzielil wszystkiego na własne życzenie.
Jak słusznie zauważyłaś to nie jest Twój interes. Skoro wyczerpałaś już cały zestaw rad, które uznałaś za słuszne, a on z tego nie skorzystał, to może czas odpuścić? Jeśli on by się nachalnie chciał dalej zwierzać, to mu w sposób grzeczny i kulturalny powiedz, że rozumiesz, że ma ciężko, próbowałaś mu poradzić, ale więcej zrobić nie potrafisz i zmień temat.
To już mam za sobą. Staram nie wracać do tego tematu. Nie wypisywać. Unikać wręcz. Jednak ze mam wrażenie ze tę jego odpowiedzi typu wszystko mi jedno, objetne wtedy kiedy nawet nie pytam coś sugerują. normanie spotyka się znajomych rozmawia się i oni też mają problemy ale zazwyczaj nikt się z tym nie obnosi. A szczerze zaczyna mnie wkur.... jak składam życzenia wszystkiego najlepszego z okzji urodzin i słyszę tekst malkontenta: nie wiem czy będzie dobrze, wszystko jedno. Moglabym udusić. Czy nie może być normalnym kolega takim jak kiedyś z którym można się było pośmiać pogadać pozartowac. Już to nawet na terapię wysłałam bo wszystko na nie. Ale stwierdzil ze nie ma depresji. I tak usprawidliwiam przyczynę zerwanej wkrótce znajomosci .....
Bo mamidelko widzisz mam jakiś taki dar w sobie (albo przeklenstwo) ze ludzie uwielbiają wręcz dzielić się mi swymi problemami. Z czasem jeśli komuś z grzeczności radzisz tak jak Wy tu na forum A ta osoba poza narzekaniem nic nie robi, staje się męczące.
Jak staje się męczące to wtedy zrywa się kontakt z takim człowiekiem, a nie próbuje go naprawiać wbrew niemu samemu.
Bo mamidelko widzisz mam jakiś taki dar w sobie (albo przeklenstwo) ze ludzie uwielbiają wręcz dzielić się mi swymi problemami. Z czasem jeśli komuś z grzeczności radzisz tak jak Wy tu na forum A ta osoba poza narzekaniem nic nie robi, staje się męczące.
Rozumiem to, bo i sama mam takie skłonności. Trochę mi się zeszło zanim ogarnęłam co z tym zrobić, ale powoli powoli i do przodu. Przede wszystkim masz dar słuchania innych i empatię na poziomie, który pozwala Ci wejść w buty drugiej osoby, to są bardzo zacne cechy. Niestety jak większość zacnych cech rozdawane w niekontrolowany sposób skłaniają niektórych do nadużyć. I tutaj z pomocą przychodzi szeroko rozumiana asertywność, stawianie granic. Wiele jest osób, które wykorzystują sprzyjające im osoby właśnie w celu wypłakania, albo podzielenia się z nimi swoimi żalami, przelewają to w ten sposób na inną osobę i same czują się lepiej. Wygadały się, upuściły frustracji i to im wystarcza na jakiś czas. Takie wampiry emocjonalne. Skoro do kolegi nie dotarło, że nie jesteś chusteczką do ocierania łez to pozostaje albo zerwać kontakt całkowicie, albo graniczyć go do absolutnego minimum. Pomaganie, słuchanie jest bardzo wartościowe, ale jeśli zaczyna to być kosztem samego siebie robi się niezdrowe, męczące a w konsekwencji wyniszczające. Bywa, że trudno jest się pozbyć takiego malkontenta, czasami trzeba mocno i dosadnie powiedzieć dość, to nie jest przyjemne dla osób, które lubią robić dobrze mentalnie innym, ale jest konieczne dla zachowania własnego zdrowia psychicznego. Pamiętaj, że odpowiedzialna jesteś przede wszystkim za siebie i masz prawo ewakuować się z sytuacji, które Tobie szkodzą.
Nasze kontakty już sa ograniczone do minimum. Jednak ze każdą okazja jest dobra do wskazania jak to on ma ciężko i jak mu jest już wszystko obojętne. Dziękuję za zrozumienie
Może go zgaś jakimś mało przyjemnym ale kulturalnym tekstem? Może coś w stylu "o czyli po staremu, to świetnie!". Pomyśl o czymś w Twoim stylu. Jak po dobroci nie idzie, może sarkazm do niego dotrze ![]()
(...) jak składam życzenia wszystkiego najlepszego z okzji urodzin i słyszę tekst malkontenta: nie wiem czy będzie dobrze, wszystko jedno. (...)
To zadaj mu proste pytanie" "Po co mi to mówisz?" i... odejdź.
(...) mam jakiś taki dar w sobie (albo przeklenstwo) ze ludzie uwielbiają wręcz dzielić się mi swymi problemami. (...)
Do tanga trzeba dwojga. Ludzie dzielą się z Tobą swymi problemami, bo... słuchasz ich. Słuchasz i radzisz. A z radami, jak to z radami, nie ma obowiązku postępować zgodnie z nimi. Tym bardziej, że... większość osób nie oczekuje rad tylko chce się "wygadać" (inne, adekwatne słowo, jest mało kulturalne).
No cóż. Dziękuję za rady i z pewnością skorzystam. Nie wydaje mi się żeby chodziło o sam fakt wyzalenia się. Tak naprawde to sama nie wiem na co liczy. I obecnie mnie to już nie interesuje.
Jeszcze raz dzięki. Zobaczymy czy będzie to skuteczne. Oby. Trzymajcie kciuki
Być może masz racje ale sytuacja jest jasna. Ja jestem w związku i nie w głowie mi żadne przygody. Pryznam szczerze ze kiedyś lubiłam z nim rozmawiać. Ma fajne poczucie humoru , zdolność opowiadania ciekawych historii. Ja już to nawet nie pytam co u niego. Ale na zakończenie rozmowy mówię miłego dnia i jak już widzę w Odowiedzi "obojetni" to aż mnie trzepie. Bo albo facet jest jakaś dupa niemiloscierna wedle zasady jak mnie stworzyłeś tak mnie masz. Co mi kompletnie do niego nie pasuje. Albo coś ukrywa. Nie chce aż tak zagłębiać się w jego sprawy bo to nie mój interes. Ale mój zakres dobrych rad się już wyczerpał i mam ochotę nim tak porządnie wstrząsnąć żeby nie sperdzielil wszystkiego na własne życzenie.
Sytuacja jest jasna wg Ciebie, ale to nie znaczy, że on nie może na coś liczyć. Jesteś w związku, a nie w małżeństwie. Związki się czasami zmieniają. A zresztą dla wielu małżeństwo też nie stanowi przeszkody. To po pierwsze. Po drugie to to, że on twierdzi, że nie ma depresji nie znaczy wcale, że tak jest. Z problemami psychicznymi jest tak, że bardzo rzadko ktoś jest w stanie sam się zdiagnozować. Potrzeba do tego pomocy. W depresji mówienie komuś, żeby się np. "wziął w garść" nic kompletnie nie daje, a wręcz przynosi odwrotne efekty. Gdyby wychodzenie z depresji było takie proste, to terapeuci mieliby dużo mniej roboty.
Rozumiem, że wasza relacja jest luźno-koleżeńska. Nie jest to żadna wielka przyjaźń. Oczywiście nie masz żadnego obowiązku go niańczyć. W przyjaźni trzeba się czasem wykazać dużą cierpliwością. Jak to mówią: "Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie"
Choć tak naprawdę do "w bogactwie" też.
Takie małe przemyślenie. Dowiedziałam się ze mój kolega postanowił czerpać z życia garściami i zaczął szaleć na imprezach. Nie nie doradzam mu już bo to bez sensu. Ale nie prościej było by odejść od tej żony skoro mu tak źle. Szkoda w tym wszystkim tylko tego dziecka. Które w tej chwili dopiero ma z afundowana hustawke. I tak mnie tylko zastanawia po co on to Robi. Zachowuje się jak jakiś szczeniak A nie dorosły facet. Tyle przemyśleń.