Witam. To jest pierwszy fragment książki, którą mam zamiar napisać do końca, jestem mniej więcej w 1/4. Zaczęłam ją w wieku 17 lat, teraz dojrzałam, by dokończyć książkę
Opowiada ona historię Józefiny - prostej, do bólu przeciętnej dziewczyny ze wsi, która napotyka w życiu(niczym ślepa kura na ziarno) niezwykły skarb. Początkowa fala radości zamienia się w pasmo upokorzeń, bólu i chleba ze smutkiem. Oto pierwszy fragment:
Czekając na ojca zapalała w oknie świeczkę. Potrafiła tak ślęczeć godzinami. Patrzyła na bezkresne, mroczne granice dzielące jej dom i las. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie z tej ciemności wyjdzie męska, zmęczona postać człapiąca buciorami. Kiedy tak czekała i czekała odbijała się w szybie jej dziecięca buźka. Włosy za dnia ułożone w dwa grzeczne warkoczyki były teraz rozpuszczone i przeczesane grzebieniem. Dziewczynka wyglądała wówczas jak aniołek w białej koszuli nocnej. Co jakiś czas tylko spoglądała cichcem do sąsiedniej izby, by się upewnić, czy matka śpi. Gdy tak się działo z ulgą, na paluszkach dreptała z powrotem na swój okienny dyżur. Im dłużej czekała, tym bardziej ją to nudziło. Dlatego wyobrażała sobie, że widzi ten upragniony moment, gdy ojciec wchodzi na podwórko i otwiera wiecznie trzaskające drzwi. Jakaż to była radość i ulga! Słysząc to natychmiast dmuchała pośpiesznie w płonącą świeczkę i wskakiwała pod kołdrę usatysfakcjonowana odgłosami dobiegającymi z kuchni. Mało obchodziło małą Józię, czy ojciec jest trzeźwy, czy nie. Najważniejsze, że był już w domu. Ale im była starsza, tym rzadziej czekała na niego przy świecy..
A kim była? Jóźka Leber była sobą, jeśli tak to można najdobitniej opisać. Józefina, Jóźka, Józa. Różnie ją nazywano, lecz ona dla samej siebie była Józefiną Leber, które to nazwisko napawało ją dumą, nadziejami i szczęściem, że szczyci się tożsamością brzmiącą tak szlachecko. Od zawsze zamieszkała z rodziną we wsi Borygi Józefina nie była ani taka ani siaka z charakteru, czy wyglądu. Korzystnie byłoby określić ją typowym mianem normalnej. Myszowata blondynka. Nie gruba, nie chuda, ale pięknej, boskiej figury nie miała także. Wzrost średniawy, nijaki. Ubierała najczęściej swoje słynne spodnie ze sztruksu i jakiś sweter. Nie miała Józka predyspozycji, by się zanadto stroić, ale uwielbiała, gdy w jej szafie gościło coś nowego. Jakiś drobiazg, chociaż stara broszka matki, która się zaplątała gdzieś w czasie, pomiędzy stertą łachów.. Na zakupy''ubraniowe'' nie chodziła, gdyż ojciec tego w ogóle nie pochwalał. Pieniądze przeznaczano głównie na sprawy do życia niezbędne jak sól i kasza. Jak w domu była sól to i dobrobyt gościł w progach Leberów. A Józka była Józką. Wiecznie te same dwa warkocze(co jakiś czas szaleństwem było uplecenie jednego, precyzyjnego kłosa), szary sweter i spodnie z przetartego materiału uszyte przez matkę..
Osiągnąwszy wiosen 15 Józefinka poczuła się w pełni młodą kobietką. Pogawędki z koleżankami dostarczały jej zanadto wrażeń dorastającej dziewczyny. Bardzo chciała nadążać za zaściankową modą panującą w jej szkole. Będąc w 7 klasie ''usilnie wysilała'' swoje uroki, o których zapewniały ją koleżanki. Robotnicze córy, każda z kolei, miały na koncie wiele atutów. Tak uważały, gdyż chciano podobać się chłopcom. Marysia Wieniakówna od początku wiosny męczyła czerwoną sukienkę w grochy po tym jak Ewka orzekła, że jej nogi są warte pokazania. Świeciła więc Marysia wychudzonymi, wystającymi kolanami licząc, że chłopcom spodoba się jej odwaga. Chwilowo bez skutku, jednak wojowniczki były nieugięte. Każda miała coś z bogini. Jedna piękne oczy, druga cudowne włosy, a któraś tam jeszcze z kolei może lepiej grała w piłkę nożną.. I to się chłopcom podobało o wiele bardziej niż jaskrawa spódnica w grochy i szkieletowate kolana. Tak czy siak dziewczęta prowadziły swoisty klubik dowartościowywań. A Józia? Cóż, Józia też znała przypisany sobie komplement. Miała mieć ładne, białe zęby.. I rzeczywiście, nie dałoby rady zaprzeczyć. Józia mogła się bezapelacyjnie pochwalić pięknym, perlisto-białym uśmiechem. Chodziła więc wyszczerzona od ucha do ucha, za sobą słysząc okrzyki''Tak jest, Józia! Tak się trzeba ten no.. eksponować!''. W obawie przed utratą dziewiczej bieli zębów Józefina usilnie błagała matkę w sklepie, by kupiła nieco droższą pastę do zębów. Prośby, rzeczywiście, usilne, gdyż każda zbyta zostawała odparsknięciem''a idź mi do cholery, pieniądze masz to sobie kup''. I biedna dziewczyna wpadała w panikę, że jej blask może zgasnąć. Z pomocą przyleciała legendarna już Ewka Tumorek doradzając sfrustrowanej koleżance, by ta nie piła broń boże herbaty, bo zamiast świecić bielą będzie niczym żółte słońce w gębie. Tak też Józefina posłuchała rady, żyjąc o przegotowanej wodzie ze studni. Matka kręciła głową na wariackie pomysły córci, lecz nie było na nie rady. Biel musi być i bić!
Tak też mniej więcej wyglądały szkolne podrygi modowe Józefki i koleżanek. Chodziła do szkoły, była z tego wybitnie dumna. Co jakiś czas snuła plany kim zostanie. Dobrze jej szła matematyka, więc może będzie profesorką na tych.. uniwersytetach? Lekarka? Policjantka? Kucharka, malarka, krawcowa, aktorka? Nade wszystko pragnęła jednak zostać nauczycielką. Wypracowania pisała zawsze na bardzo dobry. Dwój u niej brakowało w dzienniku. Nauczyciele chwalili Leberową, zawsze zbierała najlepsze noty. Na naukę poświęcała dużo czasu, gdyż smak młodości poznała dopiero w wieku lat 17, kiedy we wsi zaczęto organizować pierwsze potańcówki w remizie.
Co piątek szła razem z koleżankami, by spotkać chłopców. Dziewojom jedno było teraz w głowie. Każda miała jakiegoś swojego upatrzonego młokosa. Sentymentalnie wzdychały na szkolnym korytarzu, czy na potańcówce, upajały się aparycjami swoich wybranków. Szczęśliwsze zostawały wybrane i poproszone do tańca, reszta ułożona w zestawie podpierającym ścianę czekała na swoją kolej. Okoliczny zespół, zakąski, wódka przemycona gdzieś od starszych kolegów. Tańce, hulanki, swawole, a później ekscesy w krzakach, za remizą, pijackie dogadanki w drodze do domu. Wiejskie drogi Boryg widziały dużo. Nie raz nie dwa były zastępczym noclegiem pijanych wodzirejów z okolicznych wiosek. Tak to już było, że jak alkohol uderzył do głowy to z siłą słonia. Ale Józka nie pochwalała tego stylu zabaw. Zawsze trzymała umiar. Nawet jeśli umoczyła język w spirytusie to wykrzywiała lica w grymasie. Nie umiała pić, i już. Umiała natomiast bawić się bez alkoholu.
Tak płynęła młodość w Borygach. Latem Józefina wybywała na całe dnie, by zażywać słońca z przyjaciółmi. Upajała się latem. Nad jezioro przybiegali przez las codziennie. W ruch szły ręczniki, leżaczki, ciemne butelki Piwa Nałęczowskiego. I tak do wieczora potrafili leżeć, śpiewać. Z wieczora rozpalano ognisko. Maciek Mohajczuk często przynosił od ojca kiełbasę, która upieczona w brzozowym drewnie smakowała tak cudownie dymnie, ogniście.. Tak wyglądało lato w Borygach, a młodzież już nie dzieci. Większość cieszyła się wówczas pełnoletniością.
Lipcowego dnia w powietrzu unosiła się sielanka. Nad jeziorem było bardzo cicho. Słońce zbliżało się powolutku za horyzont, więc czerwień wieczornego słońca upajała człowieka do cna. Szumiały łąki, trawy muskane delikatnym, ciepłym wiaterkiem. Towarzystwo osiemnastoletnie zniknęło gdzieś w lesie i tylko Józefinka została na jeziorze dryfując spokojnie w małej łódce. Ręka jej zwisała poza krawędzią i koniuszki palców dotykały toni jeziora. Dziewczyna z błogą miną pozwalała się muskać promieniom słońca. Idylla, idylla, idylla.. W takim to stanie obserwował ją pewien miły, osiemnastoletni jegomość. Czarna czupryna krzywo obstrzyżona tak, że pierzasty kosmyk ciągle wpadał na czoło. Kraciana koszula, trampki z przedziurawionymi palcami. Młokos jak się patrzy, gdyż piegów na nosie miał nie mało. Młodzieńcze, dziecięce wręcz oczęta patrzyły uważnie na dryfującą Józefkę. Wyglądała jak Calineczka w łupince orzecha. Gdy tak siedział chłopaczek, obserwując ją, ona poczuła wielką radość z wszechobecnej wokół wody. Uczucie wstrząsnęło nią tak, że aż przewróciła z ekscesu łódeczkę i wpadła do jeziora. Chlup i Józefina zniknęła pod wodą. Młokos szybko zerwał się jak poparzony, by patrzeć, czy aby nie wypływa. Im dłużej jej nie było tym większy niepokój w nim wzbierał. Rzucił się więc na pomoc. Dał nura do wody. Chwileczkę potem, gdy był przy łódce począł nurkować, by szukać ciała nieszczęsnej Józefiny. Zdębiał, gdy zobaczył ją obok, płynącą radośnie w stronę słońca. Niedaleko od niego pluskała się wesoło i swobodnie, aż miło było patrzeć. Przerażony wciąż i zdezorientowany chłopaczyna zawołał więc, by tę sprawę wyjaśnić.
- Heej! Heej!
Dziewczę odebrało komunikat i poczęło go słuchać w zaskoczeniu.
- Co panna wyprawiasz?!
- Pływam sobie! - Zawołała do niego radośnie.
- Tak, pływa sobie! A jakby cię kurcz złapał?! - Ostrzegł przezornie. W głosie słychać było, że bardzo był przejęty, zdruzgotany i oszołomiony, gdyż dzisiejszego popołudnia nie był gotowy na wyławianie z wody truposzy młodych panienek.
Tak czy siak Józefinkę udało mu się wyłowić żywą. Oboje wyszli na brzeg w mokrych ubraniach. Ona w starym, jednoczęściowym kostiumie kąpielowym w paseczki, on w stroju letnim, dziurawym i nadgryzionym zębem czasu, a do tego mokrzy do suchej nitki. Józia skrzetnie poprawiła włosy. Koleżka-ratownik patrzył na nią uważnie z miną jakoby obrażoną, a woda komicznie kapała mu z czubka nosa. Czarne, mokre włosy tak przykleiły mu się do czoła, że ledwo widział na oczy. Sapał cichcem, próbując uspokoić zdruzgotane serce. Zauważywszy to Józefina podparła się w boki dumnie, acz z wyrazem wścibskości.
- Zmartwiłeś się, koleżko o mnie? - Zapytała równie niewyględnie. Uśmiechnięta buźka przyprawiła tę scenę nutą komizmu. Chwilę potem oboje śmiali się gromko z zaistniałego pseudo wypadku. Andrzej, bo tak nazywał się niedoszły wybawca Józefiny, bardzo wstydził się okoliczności w jakich się znalazł. Wstydził się swoich dziurawych trampek, nieobstrzyżonych włosów i paniki, z jaką zareagował na pływackie zapędy Józi. Wyluzował jednak szybko, by skorzystać do końca z dnia, jaki mu przyszło spędzić nad jeziorem w towarzystwie nowo poznanej obywatelki Boryg.
Miłym zrządzeniem losu Andrzej i Józefina bardzo przypadli sobie do gustu. Nie rozmawiali, by się bliżej poznać, nie wiedzieli o sobie nic. Ich rozmowy miały charakter filozoficzny, ponad światowy. Andrzejek lubił się rozwodzić o pięknie świata i przyrody, jakie to szczęście, że może podziwiać naturę boryżyńską. Józefka śmiała się przy tym do rozpuku, nazywając go głuptasem i twierdząc, że on chyba świata na oczy nie widział. Puszczał to mimo uszu i dalej drążył tematy czysto metafizyczne, za co Józia uwielbiała go coraz bardziej.
W sierpniu chodzili razem na długie spacery polnymi drogami. Pletli sobie wianki z pszenicy, szukali rzadkich kwiatów i słuchali nieodległej kakofonii leśnego ptactwa. Później wstępowali szybko do Józi na szklankę kompotu malinowego. A później znikali znowu, aż do wieczora..
Kwitła przyjaźń Józefiny i Andrzeja, a ponieważ nie raz widziano ich razem, pytano, co też jest między nimi. Gdy tylko Leberowie siadali do obiadu, matka pytała córkę, kim jest ów Andrzej, z którym spędza całe dnie. Józia migała się od odpowiedzi brzęcząc od niechcenia''kolega'', choć wiedziała dobrze, że to za małe słowo. Ojciec podstępnym spojrzeniem świdrował córę i węszył nieszczerość. Gdy tak siedział i palił papierosa, widać było zmęczenie na jego twarzy. Nie łatwy miał obowiązek, by codziennie dojechać raniutko do Gdańskiej Stoczni i tam okiełznać ogromnego żurawia. Pracował cały dzień, wracał późną nocą. Zarobiony doszczętnie przynosił do domu jakieś grosze. Szanowano jego pracę, a ponieważ ta pochłaniała go na cały dzień, nie miał już czasu dla dorastającej pierworodnej, by porozmawiać o jej pierwszych umizgach..
Trochę czasu minęło aż przyjaźń Józefinki i Andrzeja podparła się na solidnych fundamentach. Od czasów jeziorno-spacerowo-letnich stali się nierozłączni jak Polska i komuna. Nie wiadomo, co ciągnęło młodych do siebie. Po prostu ze sobą biegali i ćwierkali w swym towarzystwie jak dwa beztroskie wróbelki. I tak sobie ćwierkali, aż do jesiennej chrypki..
Dajcie znać, jeśli pragniecie poznać dalszy ciąg ![]()