Hej, moim problemem są nawracające infekcje grzybicze. Kiedyś było ich więcej i częściej (w ciągu jednego roku około 3-4razy). Mnóstwo różnych leków i kremów dopochwowych oraz doustnych tabletek. Ostatni raz miałam tą infekcję rok temu na wiosnę: było naprawdę poważnie - pieczenie, straszne swędzenie, opuchlizna warg sromowych, pękająca śluzówka, grudkowaty śluz. Po prostu katastrofa. Leczenie dopochwowe celowane (po posiewie) trwało około 2 miesięcy z przerwami i dodatkowo Flumycon 1 kapsułka na tydzień przez pół roku. I miałam spokój. Tak mi się wydawało do niedawna.
Kilkanaście dni temu byłam na rutynowej wizycie u ginekologa i po tym spotkaniu w drugiej połowie cyklu miałam zrobić kontrolny wymaz z antybiogramem, bo było za dużo tego śluzu. Wyszła candida spp.+++ i ph pochwy 5 , ale ja nie mam żadnych objawów klinicznych takich jak rok temu: żadnego swędzenia, pieczenia, żadnych grudek w śluzie. Jedyny objaw to to że tego śluzu jest trochę więcej i sam wynik wymazu mówi za siebie. Czy któraś z was miała bezobjawową grzybicę? Czy dostałyście jakieś leki? Dodam że lekarka stwierdziła że tak naprawdę nie powinna mi nic przepisać bo nie mam typowych objawów, w końcu zdecydowała że da mi doustnie Nystatynę, a po niej żebym łykała doustne probiotyki ginekologiczne.
Wczoraj skończyłam łykać nystatynę, ale nie widzę żadnej różnicy, jest jak było. Profilaktycznie od dnia wyników posiewu ograniczyłam słodycze do zera, zmieniłam płyn do higieny intymnej na Plivafem F, w połowie kuracji Nystatyną zaczęłam łykać Provag, kupiłam też Iladian Direct Plus (na zakwaszenie środowiska pochwy), ale boję się go użyć.
Dziewczyny powiedzcie co mam jeszcze zrobić? Boję się że ta infekcja wybuchnie pewnego dnia ni stąd ni zowąd. Macie jakieś pomysły/doświadczenia?