Taka cisza, bo sporo się działo. I nie mialam chwili, by siąść przy komputerze, a jeśli już, to ciągle się ktoś plątał po domu, a to fachowcy od AGD, bo wszystko się popsuło (czarna seria), a to teściowa, a to mąż na L-4, nie mogłam się skupić. Dzisiaj jestem sama, mogę sobie pisać.
Odbyła się rozmowa. Przyjechali w piątek, niespodziewanie, po książki potrzebne synowi. Oczywiście bez dziecka. Synowa nie chciała nawet zdjąć kurtki, tylko zaraz wyjść od nas, ale mąż stanowczo zażądał od obojga poświęcenia chwili czasu, bo mamy im coś ważnego do przekazania. No i powiedział to co pisałam wcześniej. Że czujemy się urażeni zachowaniem synowej, jej jawnym okazywaniem nam wrogości przy jednoczesnej roszczeniowej postawie. Gierki dzieckiem nazwał emocjonalnym szantażem i stwierdził, że ta sprawa ostatecznie go utwierdziła w decyzji o wycofaniu wszelkich deklaracji pomocowych. I że nikt mu łaski nie będzie robił. Koniec. Wyszedł z pokoju.
Zostaliśmy sami. Synowa czerwona na twarzy nie odezwała się ani jednym slowem. Zapytałam ją czy ma mi coś do powiedzenia. Czy jest coś co zaważyło na naszych stosunkach. Że możemy o tym porozmawiać. Bez odzewu. I wtedy syn się wściekł. "...w domu to potrafisz całymi dniami napier....., że to że tamto, ale jak cię matka wprost pyta, to słówkiem się nie odezwiesz, tylko siedzisz z zaciętą miną...". Więc pytam o "to i tamto". Syn na to, że głównie chodzi o to jak żyjemy i że nie chcemy POŚWIĘCIĆ się dla dzieci. Zapytałam syna czy też ma nam to za złe. Odpowiedział, ze przecież wiem, że nie i że jest wdzięczny za każdą pomoc którą dostaje, chociaż wcale nie musi. Pytam synową, czy chce o tym porozmawiać. Nie chce!
Wrócił mąż do pokoju. Syn zapytał czy możliwy jest powrót do dawnych deklaracji. Mąż na to, że musielibyśmy być w stu procentach przekonani, że ich małżeństwo ma sens, bo to co zaobserwował do tej pory sensu nie ma. Że stosunek żony syna do niego samego i do jego rodziców (w związku z dzieckiem) źle rokuje na przyszłość i że koniec z udawaniem, że jesteśmy ślepi i że nie widzimy co się święci. I dotąd, dokąd nie uzyskamy takiej pewności i nie zobaczymy, że synowa zmienia swoje podejście do życia, męża, dziecka i do nas, nie ma mowy o przekazaniu praw do naszej własności im obojgu, bo nie będziemy swojego majątku inwestować w coś co nie ma sensu, a potem włóczyć się po sądach. A wasze małżeństwo, jeśli ma być szczęśliwe, to będzie, z naszym materialnym wkładem, czy bez niego. No i że pomaganie dorosłym dzieciom nie jest przymusowe, chociaż tobie synowo tak się wydawało. Dostaliście na początek działkę (dzisiaj wartą ok. stu tysięcy) i możecie sobie z nią zrobić co chcecie, budować, sprzedać, podzielić się pieniędzmi, nic nas to nie interesuje, ale na tym dzisiaj koniec. Działka jest na współwłasność i wszystko co na niej zostanie zbudowane też jest na współwłasność, więc nie będziemy inwestować w to, co z mocy prawa może być podzielone między was w razie rozpadu małżeństwa. A jest to bardzo prawdopodobne, gdy się wie o problemach z jakimi się borykacie. Fochami i presją wywieraną za pomocą naszego wnuka nic synowo nie uzyskasz. Nic ci do tego co robimy ze swoim dorobkiem. Chcieliśmy was nim wesprzeć jako małżeństwo, ale zmieniliśmy zdanie. Od dzisiaj każda nasza pomoc będzie adresowana do naszego syna z wyłączeniem ciebie i będzie udokumentowana, żeby w razie katastrofy nie było wątpliwości co jest czyje. Ciężko z matką pracowalismy na to co mamy i nie po to, by ciebie synowo wianować na ewentualną nową drogę twojego życia. Niech ci pomogą twoi rodzice. Budować na WASZEJ działce nie będziemy. Auto, które zamierzałem wam dać, będzie UŻYCZONE synowi, ale pozostanie moją własnością. Jeśli syn będzie chciał wziąć nasze mieszkanie, to zostanie ono równiez UŻYCZONE na określony czas jemu, nie wam. Umowa będzie przedłużana w razie potrzeby, albo zakończy się w naturalny sposób, jeśli i wasze małżeństwo się zakończy. Umowa użyczenia jest tytułem prawnym do mieszkania, ale sprzedać mieszkanie może tylko właściciel, a tym pozostaniemy my. I zrobimy to, by polepszyć warunki do życia synowi i wnukowi, ale ty nie będziesz miała nic do powiedzenia w sprawach majątkowych. Zarządzać będziesz mogła tym, czego dorobicie się wspólnie z mężem. Naszym majątkiem zarządzamy my. Co do wnuka, to oczywiście chcielibyśmy go widywać, ale jeśli postanowicie inaczej, przyjmiemy to. To wasze dziecko, twoje i naszego syna.
I tyle. Trwało to niecałą godzinę. Synowa nie zabrała głosu. Pojechali do siebie, ona z zaciętymi ustami, on smutny.
Co będzie dalej, zobaczymy.
Mnie ulżyło, że zostało to wszystko powiedziane.
W sobotę zadzwoniła do mnie matka synowej z pretensjami. Że źle potraktowaliśmy jej córkę, że najpierw coś obiecaliśmy, mieliśmy budować, a teraz się wycofujemy, że jak tak można....Odpowiedziałam, że wogóle mnie nie interesuje co ma do powiedzenia i że to nie jej sprawa, koniec rozmowy.
Żałuję, że wogóle przepisywaliśmy tę działkę na nich oboje. Chcieliśmy, żeby synowa dobrze się czuła, żeby była "u siebie", tymczasem sami siebie postawiliśmy w impasie. Gdybym mogła cofnąć czas, to wcale bym nie przepisała. Zbudowalibyśmy tam domek i proszę bardzo, mieszkajcie sobie jeśli wam to pasuje. A jak nie, to nie mieszkajcie, sprzeda się, albo wynajmie. W każdym bądź razie, synowa miałaby niewiele do powiedzenia. A przenieść własność na nich oboje możnaby zawsze, nawet po 15 latach, gdybyśmy doszli do wniosku, że warto. Albo na syna, albo na wnuka.
Nasza córka wychodzi za mąż za jakiś czas. Nie popełnimy takiego błędu, jak wcześniej. To co mamy do dania, damy tylko jej, żadnej współwłasności, choćby zięć miał się obrazić. Ludzie uczą rozumu....
Minęło kilka dni i jest cisza. Nie dzwonimy i syn nie dzwoni. Podejrzewam, że ma piekło. Żal mi go, ale musi sam sobie poradzić.