Joga napisał/a:Ciekawi mnie to, co piszą dziewczyny, że myślały, że będzie inaczej.... Czy to faktycznie myślenie życzeniowe, czy te teściowe naprawdę się w takie zołzy zmieniają?
...........................................................................................................................
Choć tak teoretycznie moi teściowie to nie są źli ludzie, w sumie nic im nie mogę zarzucić strasznego.... po prostu kompletnie się różnimy i irytują mnie jak siedzę tam 3 godziny, a co dopiero 3 dni, tydzień, miesiąc, rok, pięć lat, kosmos....
Wiele razy juz o tym pisałam, ale jeszcze raz......
Jestem podwójną teściową, czy tam świekrą i teściową, nie ważne. W każdym bądź razie mam synową i mam zięcia. Ani syn, ani córka nie mieszkają ze mną, choć mamy duży dom.
Nie zauważyłam, żebym po ich ślubach przeszła jakąś metamorfozę. Nie wyrosły mi ostre kły, ani rogi. Jestem jaka byłam. Mam zalety, mam wady, różne przyzwyczajenia, śmiesznostki i dziwactwa. Mam swój wypracowany przez lata styl życia. Mam też swoje zasady i poglądy na życie, wychowywanie dzieci, politykę i wszystko inne. Żyję sobie spokojnie w swoim domu i nie wadzę nikomu. Mój mąż zna mnie od 36 lat i ja jego znam. Przywykliśmy do swoich zachowań, w tym do swoich dziwactw. Nasze dzieci też do nas przywykły.
I nagle do mojego domu wprowadza się OBCA osoba, z całym zestawem swoich własnych przyzwyczajeń, przekonań i poglądów. I z myśleniem, że są najlepsze, bo jej własne. Ma prawo tak myśleć. I ja też to prawo mam. A teraz zaczynamy żyć we wspólnej przestrzeni, ale w innym rytmie. Wchodzimy sobie w drogę, irytujemy się na wzajem.
Wszystko wkurza. Kuchnia, zlew, pies, brazylijski tasiemiec w tv, nie zgaszone światło w łazience, łomocząca muzyka techno, albo dla odmiany Cztery Pory Roku Mozarta (a dziecko ma drzemkę), zniszczone i połamane tulipany na rabacie, nie zamknięta brama, horrendalnie wysoki rachunek za prąd...... Można wymieniać i wymieniać. No i te różne zdania na każdy temat. Od przepisu na kotlety mielone po katastrofę smoleńską.
Na imieninach u cioci Jadzi zawsze jest jeden wujek, którego nie znoszę. Szturcha mnie łokciem, gada głupoty z pełnymi ustami i kicha mi do talerza. Trzy godziny siedzę z przyklejonym uśmiechem i idę do domu. W domu sobie ulżę, puszczę parę jobów na temat tego "durnia" i już.
A gdzie mam się schować przed INNOŚCIĄ mojej synowej? I gdzie ONA ma się schować przed moją??????
Jesteśmy na kursie kolizyjnym... Zaczynają się fochy, miny, demonstracje i pretensje. Z jednej i z drugiej strony.
Dom ma być AZYLEM, nie polem bitwy. W DOMU chronisz się przed INNOŚCIĄ świata, zdejmujesz przyklejony uśmiech, ściągasz z siebie gorset konwenansów, jesteś SOBĄ. To twoja przestrzeń i poruszasz się w niej tak jak chcesz i jak przywykłaś.
A co zrobić, gdy ta INNOŚĆ zamieszka w twoim domu? Najpierw się starasz, dostosowujesz, idziesz na ustępstwa, prezentujesz swoją "wizytową" wersję. Tak jak wtedy, gdy przyjadą na tydzień goście. Czwartego dnia wizyty już marzysz, żeby sobie pojechali, bo masz dość tych "ą" i "ę". Goście pojadą, a ty wrócisz do swojego luzu. Albo inny przykład - tygodniowe szkolenie i jeden hotelowy pokój z koleżanką z pracy. Znajomą, ale nie bliską. Dostosowujesz się i ona też się stara. Po tygodniu masz dość i wracasz do swojego domu z uczuciem ulgi, że już nie musisz brać pod uwagę jej potrzeb i zwyczajów.
Najazd gości się kończy, szkolenie się kończy, a synowa z teściową są ze sobą latami, często do końca życia teściowej. Dla mnie jako teściowej to strasznie frustrujące.
Ona sobie jeszcze pożyje na luzie, po swojemu, w moim domu. Może będzie mądra i nie pozwoli by jej syn zamieszkał ze swoją żoną pod jej dachem. Może wyciągnie wnioski.....
Ale dla mnie nie ma już perspektyw.
Mam żywą wyobraźnię. Używam jej. Myślenie, że "jakoś to będzie" jest mi obce. Znam siebie, wiem co dla mnie jest ważne, a na co mogę machnąć ręką. Wiem jaka jest moja synowa.
Jesteśmy bardzo różne. Ale nawet gdybyśmy były bardziej do siebie podobne, to też nie chciałabym z nią mieszkać.
Każda z nas musi mieć swój własny dom, swój azyl.