Oj Dziewczyny, już tak nie przesadzajcie 
Ja też się udzielałam na forach ślubnych (a teraz tutaj, jak my wszystkie
) a za głupią i bezmyślną się nie uważam
raczej za dużo myślę, to też niedobrze...
Akurat, jak słusznie pisze chaber, dużo można wynieść z takich for i porad, porównywalnie tyle, ile z poradników psychologicznych niekiedy, według mnie...
Co do ślubnego szału i hormonów.... szczerze - mnie to też niedawno dopadło... kiedyś byłam zatwardziałą singielką, robiącą karierę, studiowałam, pracowałam, podróżowałam i nic mnie innego w życiu nie interesowało... aż tu nagle poznałam mojego Męża - szybki ślub, rodzina.... I wcale nie czuję, że to za szybko....
Także nie ma co generalizować.... Ja akurat stara jestem
, bo wzięłam ślub dopiero niedawno, ale znam naprawdę przypadki osób które sie pobrały w wieku 20 lat na studiach i wiedzieli dobrze, co robią.... albo nie wiedzieli, ale byli mądrzy i im się udało. Także nie generalizowałabym jednak.
Ale wracając do przypadków z forum i naiwności... Jasne, jako osoba której nigdy nawet przez myśl nie przeszło, żeby zamieszkać z teściami, też się dziwię naiwności młodych kobiet....
ALE czy nie dziwi Was jeszcze bardziej (albo tak samo) naiwność tych teściowych, które zachowują się tak jak te młode synowe - przyjmują pod swój dach, myślą 'jakoś to będzie', a potem zdziwko, że synowa się nie chce podporządkować.... fochy, dawanie do zrozumienia, że 'rozmyśliłam się, już mi się nie podoba, że tu mieszkacie'.
Czy to nie jest równie bezmyślne? Przecież to są kobiety, które zwykle mają 60-tkę na karku, a wyobraźni chyba żadnej....
Ok, rozmyślić się można. Ale czy nie można tego normalnie przegadać z rodziną? postawić sprawę jasno? (tak jak marena, która od początku mówiła jasno, że nie chce mieszkać z synową i już)
Rozumiem, że czasem można się pouśmiechać przy niedzielnym rosole i kurtuazyjnie czemuś przytaknąć dla świętego spokoju (sama tak robię, bo to mniej nerwów kosztuje niż, wdawanie się w tłumaczenia), ale na Boga nie w sprawach fundamentalnych! takich jak wspólne mieszkanie.
Jak można takich rzeczy wcześniej nie przegadywać ze sobą, tylko myśleć "jakoś to będzie"....
Moja teściowa też kiedyś przyjęła pod swój dach obcą osobę (długa historia, nie będę się wdawać w szczegóły)... bo biedna, nie ma się gdzie podziać... i okej, nawet sobie na początku pomyślałam, że to szlachetne (bo mnie by na to nie było stać, za bardzo lubię swoją wygodę i niezależność), ale potem zaczęłam zauważać, że tu nie o szlachetność chodzi tylko o brak asertywności, bo ciągłe zgrzyty są...
To jest taki tok myślenia: już mamy tej osoby dosyć, ale nie umiemy jej tego powiedzieć, więc będziemy się tak męczyć do śmierci, bo nie wypada mówić prawdy.....
No właśnie ludzie są po prostu przyzwyczajeni, że nie wypada mówić prawdy, a zwłaszcza w rodzinie (nie chore?).... to są lata zaniedbań przechodzących z pokolenia na pokolenie....